Biały Smok
Elian całkowicie zaanektował laboratorium, praktycznie z niego nie wychodził, na drzwiach umieszczając napis „nie przeszkadzać, praca wre". Cokolwiek przyszło mu do głowy musiał to być naprawdę genialny pomysł, skoro robił z tego powodu taki raban. Więc nikt nie przeszkadzał mu w pracy, nawet gdy zdało się słyszeć stamtąd niepokojące hałasy, huki, nawet wybuchy. Pozostało czekać…
Nie było to takie łatwe. Ostatnia noc nie należała do najprzyjemniejszych. Chłopak pracował nawet w nocy, a w końcu robił przy tym pewien hałas. W całym sklepie można było dokładnie usłyszeć, co w tej chwili robił. Zatem próby zaśnięcia w takiej atmosferze były dość trudne. No cóż, trzeba to jakoś znieść…
Noc trzecia. Elian nie wychodził przez ponad trzy doby. Nie przestawał hałasować. Nikt nawet nie próbował zasypiać. Wszyscy siedzieli w salonie, mając nadzieję, że cały ten sajgon skończy się jak najszybciej. Jako że to nie była pierwsza zarwana noc, byli nieco śnięci.
– Cokolwiek to ma być, oby działało – odrzekła Yoruichi.
– Musimy w niego uwierzyć – wtrącił Kisuke. – Chociaż wydaje mi się, że nie mamy w tej chwili innego wyjścia.
W odpowiedzi wszyscy zgodnie, jednym chórem ziewnęli.
– Chociaż od jakiegoś czasu jest jakoś cicho – kontynuował Urahara. – Może już skończył?
Wszyscy tą wiadomość przyjęli dość entuzjastycznie, tj. na ile mogli sobie pozwolić. Ururu i Jinta dla przykładu po prostu usnęli. Dzieciaki wdzięcznie osunęły się na podłogę, oddając się błogiemu spoczynkowi. Pozostali choć nadal byli przytomni, to i im niewiele brakowało, by nie pójść w ślady młodzików.
Minęło dokładnie dwadzieścia sekund tej błogiej ciszy. Kolejny huk natychmiast wszystkich otrzeźwił. W tym momencie (dopiero teraz?) ta sytuacja z męczącej stała się wkurzająca. Pierwszy nie wytrzymał Tessai. Osiemdziesiąt godzin braku snu sprawiło, że mężczyzna przestał myśleć racjonalnie.
– To już przechodzi ludzkie pojęcie! Żeby porządny człowiek nie mógł się normalnie wyspać?!
– Chwileczkę, Tessai–san, nie… – Urahara próbował go zatrzymać.
Nie przyniosło to jednak skutku. Rzeczony zerwał się i ruszył w kierunku laboratorium. Jinta zdawał się tym bardzo rozbawiony.
– He, he, żal mi go – odparł ze złośliwym uśmieszkiem.
Yoruichi spojrzała na chłopca, również w dobrym humorze.
– Kogo masz na myśli?
– No… E… – Jinta zdawał się nie rozumieć.
– W tej chwili chyba nawet Tessai nie jest w stanie powstrzymać Eliana. Zresztą sam…
W tym momencie usłyszeli wybuch. Porządny wybuch. Po chwili…
– Cholera, mówiłem żeby nie otwierać!
Minutę później Tessai powrócił do salonu, cały osmalony.
– To… Był zły pomysł.
Po czym usiadł z powrotem na swoim miejscu. Nikt więcej się nie odezwał. Mogli tylko czekać…
Około południa wszystko ucichło. Nikogo to jednak nie zainteresowało. Po prostu wszyscy, jak siedzieli tak zasnęli. Jakieś pół godziny później, drzwi z korytarza otwarły się z hukiem, co oczywiście wszystkich obudziło. W drzwiach stał Elian.
– Mam, w mordę jeża! EUREKA!
Chłopak wyglądał jakby… No jakby nie spał przez dobrych kilka dni. Oczy zaczerwienione, włosy zapewne wskutek różnych eksplozji stały mu dęba, przypominał dzięki temu zwariowanego naukowca. Zresztą sam wyraz twarzy o tym świadczył. Upiorny uśmiech, będący dziełem jego ponadprzeciętnie rozszerzających się ust, świadczył o tym, iż wreszcie zakończył swoje dzieło.
Wszyscy patrzyli na niego, jak na wariata. Prawidłowo zresztą.
– No co się gapicie? Jazda, idziemy! Chyba wam też zależy!
Złapał osobę, która stała najbliżej, i popędził korytarzem. Padło akurat na Yoruichi. Chłopak ciągnął ją przez całą drogę. Pozostali również poszli za nim. Mieli siły na to tylko dlatego, iż byli szczęśliwi, że wreszcie zakończyła się ta mordęga.
Laboratorium wyglądało jak po przejściu… Właściwie nie wiem, co by spowodowały takie szkody poza osiemdziesięcioma godzinami intensywnych eksperymentów, rzecz jasna.
– No i jak się podoba?!
To coś składało się z dwóch rzeczy. Monitora, na którym było wyświetlone coś w rodzaju wykresu, obecnie pustego. Część druga wyglądała najbardziej interesująco. Przypominający stojak na probówki przedmiot, jednak zamiast probówek stało w nim siedem podłużnych kryształów: czarny, czerwony, żółty, zielony, niebieski, purpurowy, biały, w tej kolejności od lewej. Do każdego przyłączone były dwa kable. Przewody oczywiście podłączone były do komputera.
– Cóż, dobra robota… Ahage–san – odrzekł Kisuke. – A do czego…
– Już mówię! To cacko pozwoliło mi ustalić, w jaki sposób można zlokalizować Linaga. Ale zacznę od początku. Naszym głównym problemem jest fakt iż nie można wyśledzić jego Reiatsu, nie? Moje pierwsze pytanie: co sprawia, że potrafimy rozpoznać energię danej osoby?
– To chyba oczywiste – odpowiedziała Yoruichi. – Każda osoba posiadająca Reiryoku ma charakterystyczne dla siebie Reiatsu, to chyba…
Elian wycelował nagle palec w jej stronę. I nie przestawał się szczerzyć.
– Dobra odpowiedź! Jak każdy człowiek posiada własne DNA, tak każdy ma odrębny typ energii duchowej. Pytanie drugie i najważniejsze: co sprawia, że wszyscy mamy odrębne Reiatsu?
Przez chwilę nikt nie wiedział, co odpowiedzieć.
– Nic – odezwał się Jinta. – Tak już jest i koniec.
Palec powędrował w jego stronę. Potworny uśmiech także.
– BŁĄD! To nie jest logiczna odpowiedź, karyplu! Dobra, wróćmy może do DNA. Czyli takich małych niteczek, które sprawiają, że nie jesteśmy TACY SAMI! No?! Dzięki temu, że mamy odrębny materiał genetyczny, każdy z nas jest inny. To dzięki DNA przy Tessai–san wszyscy to kurduple, to właśnie za sprawą DNA Inoue ma takie wielkie balony, a u Rukii ich nie zobaczysz nawet pod lupą. W ogóle, dzięki DNA jest podział na facetów i dziewczyny. Gdyby nie to, wszyscy bylibyśmy jednym, bezpłciowym czymś, jak polipy. Mało tego, to właśnie dzięki DNA mamy odmienny charakter. Właśnie dlatego Kisuke jest cały czas taki spokojny, a Yoruichi ma tendencję do pchania mi się do łóżka, a ty jesteś taki wkurzający karyplu!
Elian wyglądał, zachowywał się i mówił w niesamowity dla niego sposób, puściły mu kompletnie wszelkie hamulce. Wydawało się, jakby kompletnie zwariował, choć może to efekt tego, że przez ostatnie trzy doby przesiedział w tym laboratorium, bez snu. Wszyscy starali się ignorować jego szaleństwo, skupiając się na bardziej istotnych kwestiach.
– Twierdzisz, że jest tego jakaś konkretna przyczyna? – spytała Yoruichi.
– OTÓŻ TO! I tak właśnie jest! Gdyby nie to, nie byłoby nas tutaj! Każdy z nas rodzi się z odrębnym dla nas Reiryoku, tak jak z DNA. Z tym, że materiał genetyczny jest czymś fizycznym. Wystarczy mi twoja próbka śliny, czy czegoś równie obrzydliwego, a powiem ci kim jesteś. DNA można zbadać, bo jest czymś namacalnym. A jak to zrobić z wiszącą w powietrzu energią? Ha, ha i to jest problem! Straszliwy, ale ja go rozwiązałem.
Podszedł w stronę kryształów.
– Te kamyki pomogły mi rozwiązać tą tajemnicę. Otóż wyobraźcie sobie, że Reiatsu, o którym tu mowa pod wieloma względami przypomina… co? ŚWIATŁO, odpowiedzieli chóralnie zgromadzeni! Zachowuje się jak fala elektromagnetyczna, choć ma zupełnie odmienne właściwości, co pewnie już zdążyliście zauważyć. Jednak i tutaj można wyodrębnić takie własności jak częstotliwość czy długość fali energii duchowej. Więc wracamy do pytania drugiego: co sprawia, że wszyscy mamy odrębne Reiatsu?
– Zapewne to, iż Reiatsu, które emitujemy różnią się częstotliwościami – wyjaśnił Kisuke, do którego ta teoria zaczynała przemawiać.
– DOKŁADNIE! – Elian skierował na niego palec. – Choć lepiej brzmi nazwa widmo. Widmo energii duchowej. Każda osoba emituję Reiatsu o własnym, określonym widmie i to dlatego się między sobą różnimy w tym zakresie. Jak jesteśmy odróżnić te widma od siebie? Rozpoznawać po energii duchowej konkretne osoby? Cholera wie! Natura zawsze znajdzie sposób. W każdym razie nie jesteśmy w stanie nic zrobić, jeżeli ktoś potrafi ten naturalny sensor zagłuszyć. A to właśnie robią Raashí. Ukrywają jakoś swoją energię duchową, uniemożliwiając wyczucie jej przez nas. Jednak taki numer może przejść tylko z żywymi istotami. Inaczej ma się to w kwestii maszyn. I tu wkracza moje cacko. Otóż okazuje się, że niektóre kryształy i kamienie szlachetne mają zdolność oddziaływania z Reiatsu, magazynowania jej, a nawet wzmacniania. Ta siódemka tutaj „wyczuwa" energię duchową, na którą się natkną. Jest ich kilka, gdyż niektóre lepiej współpracują z energią o określonej częstotliwości. Piątka w centrum to Reiatsu, które zwykle możemy wyczuć. Pozostałe rezonują ze skrajnymi częstotliwościami, których ludzie czy Shinigami już nie wyłapują. Patrzcie państwo!
Skierował dłoń w stronę kryształów. Po chwili biały kryształ zaczął świecić. I to bardzo jasnym światłem. Fioletowy i niebieski również zabłysnęły, choć już dużo słabiej.
– O czym to świadczy? Moje Reiatsu skupia się wyłącznie na bardzo wysokich częstotliwościach, zwykle niewyczuwalnych nawet dla Shinigami. A skąd to wiem? Otóż wszystko pięknie widać na wykresie!
Skierował się w stronę komputera. Elian skupił się głównie na słupku po prawej, który był najwyższy. Wskazywał na niego, patrząc na wszystkich w sposób, jakby miał ich za przygłupich i mówił „to jest słupek".
Chłopak w dalszej kolejności zajął się lewą stroną wykresu, całkiem pustą.
– Jeśli dobrze kombinuję, widmo duchowe Linaga powinno mieścić się w paśmie niskich częstotliwości. Chociażby po tych jego laserach, które był czerwone. Kolory energii duchowej mają tutaj cholernie duże znaczenie. Podsumowując: w świetle przedstawionych przeze mnie wyników eksperymentów mogę z całą pewnością stwierdzić, iż znalazłem niezawodny sposób, żeby dorwać skurczybyka!
Po tych słowach stanął na baczność, wyraźnie z siebie zadowolony. Urahara i pozostali wpatrywali się w niego, potem kierując wzrok na urządzenie, dość pokaźnych rozmiarów zresztą. No właśnie…
– Więc, Ahage–san… – zaczął Kisuke. – Dzięki temu jesteś w stanie namierzyć Reiatsu Linaga, czy tak?
– Tak jest!
– Tak, to… dobrze. Nawet bardzo dobrze, a… Czy ten przyrząd nie wydaje ci się… trochę…
Urwał, szukając odpowiedniego słowa. Z lingwistycznym wsparciem przyszła Yoruichi.
– Czy to ustrojstwo nie wydaje ci się zbyt nieporęczne?
– Hę?
Odwrócił wzrok w stronę maszyny. Przyjrzał się jej dokładnie, po czym znów spojrzał na kobietę, z miną świadczącą, iż nie ma zielonego pojęcia, o co chodzi.
– A czemuż to? Że niby za duże?
– Jakbyś zgadł.
Elian klasnął w dłonie.
– DOSKONAŁA SUGESTIA! Dlatego ten przyrząd służył wyłącznie do potwierdzenie mojej teorii. Mam też wersję przenośną.
Sięgnął po przedmiot leżący tuż obok monitora, który do tej pory nie przyciągał tak wielkiej uwagi, jak prototyp.
Był to karawasz, zakładany na przedramię, skórzany. Po zewnętrznej stronie ręki znajdował się rdzeń całego przyrządu, niewielki ekranik, wewnątrz którego znajdował się komputer oraz program, taki jak w większej wersji, umożliwiający analizę energii duchowej. Wewnętrzna strona była dość niepozorna, choć za wyjątkiem zapięć do karwasza znajdowało się tam jeszcze coś w rodzaju podłużnego pokrowca. Niewątpliwie była to część mechanizmu.
– Cały mechanizm udało mi się skurczyć do takiej postaci. Oczywiście poza komputerem znajdują się tam również kryształy, wiadomo po co. I jeszcze jedna ważna rzecz.
Założył urządzenie na lewą dłoń. Wyglądał jak BARDZO dziwaczny zegarek, skrywający jednak pewną tajemnicę. Elian wygiął dłoń do tyłu w charakterystyczny sposób, zginając wszystkie palce, ukazując przy okazji funkcję pokrowca. Z niego właśnie wysunął się niemal półmetrowej długości szpikulec, który chłopak z dumą prezentował.
– Nadajnik, podłączony bezpośrednio do kryształów. Wyjątkowo czuły. Wychwyci nawet Reiatsu zwykłych ludzi, co nawet nam przysparza spore trudności. Zasady działania można się domyślić: nadajnik wychwytuje energię duchową i przekazuje ją do kryształów. Te z kolei odpowiednio reagują, co komputer następnie analizuje i wszystko pięknie wyświetla na monitorze. A to nie jest wszystko. Maszynka pozwala również zlokalizować źródło energii duchowej. W tym wypadku wyświetla się dokładny kierunek oraz odległość od celu. Mogę również zaprogramować to do śledzenia określonego pasma częstotliwości. Linagi po prostu już jest mój!
Elian dosłownie pękał z dumy. Szczerze mówiąc, miał ku temu powody.
– Czy te wyniki was zadowalają, panie i panowie?
– Trzeba przyznać, że robi to wrażenie, Ahage–san – odparł Urahara.
– Pewnie, że robi wrażenie! Ta maszynka rozwiąże wszystkie nasze problemy z Raashí. Musi robić… wrażenie…
Chłopak nagle ziewnął, ukazując swoje mordercze kły w pełnej krasie. Wyglądało to dość niepokojąco, dzieciaki dla bezpieczeństwa cofnęły się.
– Ależ to była mordęga! Ze trzy dni tu siedziałem, nie? No to, chyba powoli udam się…
I wtem, jak stał, tak padł na ziemię. Zanim się znalazł na podłodze, już spał. Cóż, mimo iż Elian stał się Çynegí odpornym praktycznie na wszystko, taka osiemdziesięciogodzinna intensywna mordęga umysłowa powaliłaby każdego. Z pomocą chłopakowi przyszedł Tessai, który podniósł go z podłogi i zaniósł do jego pokoju, kładąc go na łóżku.
– No dobra, chyba my też powinniśmy iść spać – zakomunikował Kisuke.
Nikt się nie sprzeciwiał. Wszyscy byli wymordowani tymi trzema dniami. Dzieciaki w ostatniej chwili dotarły do swoich pokoi, padając na dziób jak tylko stanęły za blisko łóżek. Pozostali na szczęście mieli więcej samokontroli, położyli się już zwyczajnie. W każdym razie, nareszcie skończył się ten trzydniowy sajgon.
Nikt tak nie doceni snu, jak ktoś kto nie spał przez dobre osiemdziesiąt godzin. Dla wszystkich to był najbardziej rześki poranek, jaki kiedykolwiek przeżyli. A spali przez dobre… piętnaście godzin, licząc od wczorajszego popołudnia. Oczywiście z jednym wyjątkiem. Elianowi w zupełności wystarczył ośmiogodzinny sen, by zebrać wszystkie siły. Wstał wcześnie rano i… znów poszedł do szkoły. Chyba jeszcze liceum Karakura nie miało tak przykładnego ucznia. Poszedł tam z przygotowanym naprędce zestawem wymówek, pod tytułem „czemu cię nie było przez bite trzy dni?"
Tymczasem Urahara zabrał się za porządki w laboratorium. W pewnym momencie natrafił na sporządzane przez Eliana notatki. Przeglądając je, na jego twarzy coraz bardziej widoczne było zdumienie.
– Niesamowite. Jakim cudem…
– Znalazłeś coś ciekawego, Kisuke?
Do środka weszła Yoruichi. Mężczyzna nadal stał ze swoją miną, jakby przed nim właśnie dokonał się cud.
– Ten chłopak jest genialny. Jak to się stało, że do tej pory nikt na to nie wpadł? Sam zastanawiałem się nad odpowiedzią przez lata, jednak nie potrafiłem znaleźć sposobu, by wyjaśnić tak trywialną sprawę. Ahage–san zrobił to w trzy dni. Po prostu wpadł do mojego laboratorium i to odkrył. I jego maszyna… To nie jest zwyczajna…
– Nad kim się tak rozpływasz?
Tuż za Yoruichi pojawił się rzeczony chłopak.
– Widzę, że dorwałeś się do moich notatek. – Był w dość dobrym nastroju. – No i jak lektura?
– Jestem zdumiony. – Kisuke nadal był w lekkim szoku. – Jak na to wpadłeś?
– Jak? Z początku zastanawiałem się nad tym, w jaki sposób działają sensory, umożliwiające wyczuwanie energii duchowej, z tym że to mnie daleko nie zaprowadziło. Więc postanowiłem skupić się na Reishi, cząsteczkach duchowych. Starałem się ustalić, w jaki sposób coś tak prostego może się różnić między sobą. W końcu mnie olśniło. Światło. Fotony, a więc kwanty. Reishi to kwanty energii duchowej. Zastanawiałem się więc, czy Reiatsu może mieć własności zbliżone do fal elektromagnetycznych. Z początku uznawałem to za głupi pomysł. Ale jednak czekała mnie niespodzianka. Okazuje się, że Reishi pod wieloma względami zachowują się jak fotony. Pozostało mi tylko zbadać własności energii duchowej pod tym kątem. Szybko odkryłem, że Reiatsu zachowuje się jak fala elektromagnetyczna. Pozostało mi jedynie ustalić sposób, w jaki występują różnice pomiędzy energią emitowaną przez różnych ludzi. Już wcześniej wiedziałem, że niektóre rodzaje kryształów reagują na energię duchową. Przygotowałem więc tu sobie sprzęt, by móc samodzielnie wyhodować odpowiednie kryształy. Kiedy miałem już wszystko zabrałem się do eksperymentów. Dalsze efekty pracy już znacie.
Zarówno Kisuke, jak i Yoruichi patrzyli na niego, jak na szalonego.
– Może z tym ustrojstwem poszedłem trochę na żywioł, ale jak widać opłaciło się.
– Co to właściwie jest kwant? – zapytał Urahara.
Elian również spojrzał na niego, miną: "jak to nie wiesz?!"
– Jak to nie wiesz?! Przecież to podstawa fizyki kwantowej! Wiesz, co to fizyka kwantowa?
Spytał o to bezwiednie, nie spodziewając się nawet odpowiedzi przeczącej od Kisuke. Mężczyzna pokręcił tylko głową, nadal patrząc na niego, jak na kosmitę.
– Żartujesz? To w jaki sposób wy to badaliście?
– Elian, jak do tej pory jesteś jedyną osobą, która to odkryła – wyjaśniła Yoruichi.
Chłopak nie wierzył w to, co słyszał. W tej chwili on i Kisuke mieli dokładnie takie same miny. Nastała głucha cisza.
– To tak… poważnie?
– Właściwie to gdzie byłeś? – kobieta przerwała ciszę.
– A w szkole – chłopak znów się ożywił. – Musiałem wszystkim wyjaśnić, czemu zaginąłem na te trzy dni. No i ostrzec, że znów zniknę. W końcu polowania na Linaga wymagają pełni skupienia. A właśnie, sensei. – skierował się w stronę Yoruichi – Przydałby mi się mały trening przed wypadem.
– Jakim wypadem? – kobieta była mocno zdziwiona.
– Jak to jakim? Łowy zaczynam od dzisiaj.
– Masz zamiar go szukać? Sam?
– Ahage–san, jesteśmy zadowoleni z tego, iż znalazłeś sposób, by go zlokalizować – wtrącił się Urahara. – Jednak w tej chwili powinniśmy na spokojnie przemyśleć, co dalej.
– Ja już wszystko przemyślałem – odparł Elian. – Mam już wszystko, co trzeba. Sprzęt, wyszkolenie i zamiar powstrzymania Linaga, zanim znów kogoś zabije.
– I jak to sobie wyobrażasz? – spytała Yoruichi, równie zaskoczona jego podejściem, co zirytowana. – Jak masz zamiar go pokonać? W tej chwili nie ma tu nikogo, kto mógłby się z nim mierzyć.
– Więc mam siedzieć sobie spokojnie w przytulnym mieszkanku, podczas gdy on morduje ludzi?
– Nikomu się to nie podoba. W tej chwili jednak nie mamy innego wyjścia.
– Mamy! Znaleźć go i zabić.
– Jak niby chcesz to zrobić?
– Ahage–san ma trochę racji – Kisuke dołączył do rozmowy. – Nie będziemy już bardziej przygotowani do walki z Linagim. Możemy po prostu iść razem z nim, we trójkę z pewnością…
– Pójdę sam, ktokolwiek inny będzie mi tylko przeszkadzać.
Elian nagle zrobił się wyjątkowo nieprzyjemny. Chyba nikt nie wierzył w to, że chłopak mógłby coś takiego powiedzieć. Jednak stało się.
– Coś ty powiedział?! – Te słowa wyraźnie wprawiły Yoruichi we wściekłość. – Chyba zapominasz, z kim masz do czynienia!
– Pamiętam doskonale! Z tym że to jest moja walka! Linagi zabija ich przeze mnie, nie…
– Więc chcesz się po prostu zemścić?! Czy to z poczucia winy nagle straciłeś rozsądek?! Zrozum, że nie masz z nim najmniejszych szans!
– Mam znacznie większe szanse od was!
– Ach tak?! Myślisz, że dzięki swoim talentom jesteś od nas lepszy?! Nauczyłeś się zaledwie paru magicznych sztuczek, jesteś zaledwie uczniakiem! Nie miałbyś żadnych szans w starciu choćby ze mną, gdyby to była walka na poważnie! Tym bardziej nie poradzisz sobie z nim! Zaślepia cię twoja nowa moc, którą odkryłeś dopiero od niedawna, nie masz tak naprawdę pojęcia z czym masz do czynienia! Nie myślisz racjonalnie, nie wiesz, z czym przyjdzie ci…
– DOSKONALE WIEM, CO ROBIĘ!
Elian ryknął nagle na cały głos. Wszystkich mocno zdziwiła jego gwałtowna reakcja, Yoruichi i Kisuke wpatrywali się w chłopaka z niepokojem. Tak nagły wybuch gniewu mógł okazać się niebezpieczny. Znów mógł tracić kontrolę…
– Po prostu nie chcę, by ktoś jeszcze ucierpiał. Wystarczy już ofiar.
Chłopak był daleki od tego. Skierował wzrok na kobietę, ich spojrzenie spotkały się. Yoruichi w jego złocistych oczach nie widziała gniewu. Dostrzegła tam zmartwienie, troskę, poczucie odpowiedzialności za ludzi którym zagraża teraz Raashí. Elian troszczył się o wszystkich, nawet o Kisuke, czy o nią.
– Może nie mam z nim szans, ale mam jedną przewagę, której nie ma nikt inny. Ktokolwiek wda się z nim w walkę zginie. Z wyjątkiem mnie. To o mnie mu chodzi, więc nie będzie chciał mnie zabić. Dlatego to ja muszę go pokonać.
– Elian…
– Proszę cię tylko o jedno, Yoruichi. Przygotuj mnie do tego pojedynku jak najlepiej. Wiem, że z twoim wsparciem jestem w stanie go zwyciężyć.
Nastała cisza. Yoruichi nie potrafiła nic powiedzieć. Nadal była zdania, że samotny wypad Eliana jest zbyt ryzykowny. Z drugiej strony musiała przyznać mu rację. Linagi przybył do Karakury właśnie po niego. Raashí z pewnością zabiłby każdego, kto wszedłby mu w drogę, jednak nie zaryzykuje śmierci chłopaka, który jest dla niego tak cenny.
Pomimo tak żelaznych argumentów kobieta wciąż miała wątpliwości. Elian nie przestawał patrzeć jej w oczy. Widziała w nich tą troskę, lecz również determinację, by to zagrożenie, jakim jest Linagi usunąć. Obawiał się tej konfrontacji, w jego oczach dostrzegła strach, jednak ten szybko znikł, zastąpiony zdecydowaniem. Chłopak był zdecydowany, wiedział, że musi działać, bez względu na to, jak się to dla niego skończy. Yoruichi również zdecydowała…
Bez żadnego słowa, ominęła chłopaka, kierując się w stronę drzwi. Zatrzymała się w nich, odwracając się w stronę Eliana.
– To idziesz, czy nie?
Chłopakowi natychmiast poprawił się humor.
– Tak jest!
Razem skierowali się w stronę podziemnego kompleksu. Trening to była głównie walka. To było w tej chwili najważniejsze. Nauczyć Eliana, jak należy się zachować w prawdziwej walce na śmierć i życie. Nie było to łatwym zadaniem, wręcz niemożliwym, w ciągu kilku godzin przekazać doświadczenie, które normalnie zbiera się latami. Yoruichi starała się więc nauczyć chłopaka ile tylko mogła w tak krótkim czasie.
Nastał już wieczór, słońce schowało się już za horyzontem. Nadszedł już czas, by działać. Elian był już przygotowany. Założył na lewą rękę swój wynalazek i skierował się w stronę wyjścia. Doszedł już do drzwi, prowadzących na zewnątrz.
– Hej, bohaterze!
Chłopak odwrócił się. Tuż za nim stała Yoruichi.
– Postaraj się wrócić w jednym kawałku.
Pomimo powagi sytuacji kobieta zdawała się być w dobrym humorze. Patrzyła na niego z uśmiechem na twarzy. Elian odwzajemnił uśmiech.
– Spoko. Tak łatwo się mnie nie pozbędziesz, sensei.
Znów się odwrócił. Skierował swój wzrok na niebo.
– Zanim pójdę…
– Tak?
– Linagi to kawał skurczybyka, niewykluczone, że znudziło się mu już zabijanie kompletnie nieznanych mi osób. Może zaatakować kogoś z was. Zachowajcie ostrożność. I ostrzeżcie pozostałych, Ichigo, Rukię…
– Spokojnie, zajmę się tym.
– Dzięki.
Wystrzelił w powietrze. Elian nim zaczął, skierował się w stronę swojego domu.
„Nie mam zamiaru iść bezbronny."
Gdy wszedł do mieszkania od razu skierował się do salonu. Jego wzrok zatrzymał się na wielkiej tarczy i mieczach, które zdobiły jedną ze ścian, szczególnie na jednym z ostrzy. Wiszącym nad tarczą esowato zakrzywionym ostrzu.
– Mam nadzieję, że przyniesiesz mi szczęście, kolego.
Ściągnął go ze ściany. Schował klingę do pochwy, opartej o regał obok, po czym ułożył ją na swoich plecach.
– Lepiej już pójdę…
Wyszedł z mieszkania. Zwyczajnie, bez żadnych akrobacji, wyszedł drzwiami. Zamknął je za sobą. Zatrzymał się przed nimi. Stał przez chwilę, zagłębiając się w swoich myślach. Przypomniał sobie pierwszy raz, gdy przekroczył jego próg. Swój pierwszy dzień w Karakurze. Miejscu, które z początku było dla niego więzieniem, którego szczerze nienawidził. Przynajmniej dopóki nie poznał nowych znajomych. Wspominał wszystkie te szalone dni spędzone w liceum, swoje żarty i żarciki, numery jakie robił Keigo, teksty którymi doprowadzał Rukię do szału. Tak, ostatnie miesiące były czymś niesamowitym.
Wspominał szczególne jeden dzień, ten najważniejszy dotąd w jego życiu. Dzień gdy miasto zaatakowała horda demonów, które ścigały go po całym mieście. Tego dnia dowiedział się właśnie o innym, drugim obliczu tego miasta, o Pustych, o Shinigami. Od pewnej ciemnoskórej kobiety, z którą znajomość zaczął od rzucenia w nią kamieniem. Dowiedział się od niej o swoim niezwykłym talencie. Pobyt w sklepie Urahary, treningi z Yoruichi również wspominał bardzo dobrze, nawet mimo jej pomysłów, z dekoltem w roli głównej. Zgłębianie tajemnych sztuk Shinigami było dla niego niesamowitym doświadczeniem.
Jednak ta idylla nie mogła trwać wiecznie. Pojawiło się zagrożenie w postaci klanu Raashí. I teraz tylko on mógł ich zatrzymać. Nigdy nie spodziewał się, że kiedykolwiek będzie od niego tak wiele zależeć.
„Ech… A chciałem tylko sobie znaleźć ciepłą posadkę w korporacji."
Odszedł w końcu od drzwi. Wyszedł na ulicę.
– Mam tylko nadzieję, że jeszcze tu wrócę…
Elian ruszył na łowy. Chłopak skierował się w stronę punktu obserwacyjnego, który już wcześniej wybrał. Najwyższy wieżowiec w mieście, w centrum miasta. Dotarł tam w niecałe kilka minut. Bez problemu wspiął się na szczyt tamtejszej anteny telewizyjnej. Stanął na samym jej czubku, doskonale utrzymując równowagę.
– No to zaczynamy akcję.
Uruchomił urządzenie na lewej ręce. Stukając parę razy po ekranie zaprogramował maszynkę na lokalizowanie Reiryoku o niskiej częstotliwości widma. Następnie wykonał odpowiedni ruch dłonią, wysuwając nadajnik. Pozostało mu jedynie czekać…
Tymczasem w jednej z bocznych uliczek miała miejsce kolejna tragedia. Młody mężczyzna leżał w kałuży własnej krwi. Jedynie adrenalina sprawiała, iż nie stracił jeszcze przytomności. Sparaliżowany strachem nie był w stanie się ruszyć, mógł jedynie spoglądać błagalnym wzrokiem na swojego oprawcę. Był nim Raashí Linagi.
– Cze…. Czego ty ode mnie chcesz?! – wykrzyknął mężczyzna.
– Doprawdy, nie wiem jak wy, ludzie przetrwali tyle czasu, mając do dyspozycji tak niską inteligencję, która zresztą była waszą jedyną nadzieją na przetrwanie. Utoczyłem ci tyle krwi, człowieku a ty pytasz się, czego chcę? Dobrze więc, wyjaśnię ci to bardziej dobitnie, iżbyś zrozumiał.
Linagi złapał go za kurtkę i podniósł wysoko do góry. Wystarczyła mu do tego tylko jedna ręka. Następnie silnym ruchem uderzył nim o ścianę. To uderzenie złamało mężczyźnie żebra, które najprawdopodobniej przebiły płuco, gdyż ten, opluł Linaga krwią. Raashí nie zareagował na to, jedynie zlizał nieco krwi z twarzy, swoim długim, wąskim językiem.
– Czy masz jeszcze jakieś głupie pytania? – odparł, spokojny do bólu. – Więc pozwolisz, iż zakończę twoje cierpienia.
Otworzył usta, ukazując swój zestaw ostrych jak brzytwa zębów. Najpewniej miał zamiar rozszarpać mu gardło. Jednak coś go powstrzymało.
– Dałbyś już spokój, co?
Głos w głowie Linaga, który mógł należeć tylko do…
– Senoko. Czemuż to nagle się odzywasz? Masz zamiar odgrywać moje sumienie?
– Nie, tylko przypomnieć ci, po co tu jesteś. Mamy misję do wykonania. Nie zauważyłeś, że mordowanie ludzi nie ma żadnego sensu?
– Wybacz, nie jestem typem wegetarianina.
– Z… Z kim ty rozmawiasz?
Linagi zdaje się na chwilę zapomniał o mężczyźnie.
– Nie odzywaj się niepytany, człowieku.
Rzucił nim o kolejną ścianę.
– Nie twierdzę, że powinieneś żyć o źródlanej wodzie i korzonkach. Jednak takie ciągłe zabijanie w końcu zwróci czyjąś uwagę. Pal licho tamte dzieciaki, czy tego sklepikarza, ale prędzej czy później zainteresuje się tym Seireitei. Co zrobisz, jak się tu zwali tabun Shinigami, których jedynym zamiarem będzie dorwanie ciebie?
– Gdybyś uważniej mnie słuchał, wiedziałbyś iż nie robię tego bezmyślnie. I nie mówię tu tylko o zwabieniu tego dzieciaka. Zresztą ja również uważam, że wystarczy już tej zabawy.
Skierował wzrok na mężczyznę, który przez ten czas nie ważył się nawet drgnąć.
– Myślę, że panicz Ahage powinien otrzymać bardziej wyraźny sygnał.
Podniósł lewą dłoń, kierując ją w stronę mężczyzny.
– Strzelaj celnie, Senoko.
Promień przestrzelił serce.
Nagle na wykresie pojawiły się pierwsze odczyty.
– Mam skubańca!
Na ekranie wyświetliły się dokładne współrzędne źródła Reiatsu. Elian natychmiast tam ruszył.
„Teraz mi nie zwieje. Nawet jak zmieni położenie, maszynka natychmiast go wyśledzi. W tej chwili jedynym problemem pozostaje jego zabicie."
Chłopak po chwili znalazł się na przedmieściach, na jednej z bocznych uliczek. Linaga tam nie było, o czym doskonale wiedział, zerkając na ekran urządzenia. Jednak jego uwagę przyciągnęło zupełnie coś innego.
Za koszem na śmieci przy którym stał Elian znajdowały się zwłoki młodego mężczyzny. Siedział on, oparty o ścianę z głową przechyloną na bok. W jego piersi ziała wypalona na wylot dziura. Nietrudno było domyślić się, czyja to sprawka. Chłopak zauważył też inne rany, głębokie cięcia wzdłuż ramion, nogi zdawały się złamane, miał też całkowicie zmiażdżone żebra.
Elian przykucnął naprzeciw, spoglądając w jego wciąż otwarte, puste oczy, w których nie było już życia. Wyciągnął dłoń w jego stronę. Zamknął mu powieki. Po minucie wstał. Czuł wyłącznie gniew. Nienawiść do tego, który przysporzył temu mężczyźnie tyle cierpień.
– Dosyć już tego, Linagi.
Szybko zerknął na ekran, by ustalić, gdzie obecnie znajduje się Raashí. Gdy wszystko już wiedział natychmiast tam ruszył. Trop doprowadził go do lasku za miastem.
– Więc to tu się ukrywasz, cały ten czas?
Urządzenie cały czas wskazywało, iż Linagi znajdował się przed chłopakiem. Nie poruszał się. Nagle cel znalazł się po jego prawej stronie, kilkadziesiąt metrów stąd. Oznaczało to tylko jedno: szykował się do ataku.
Elian w ostatniej chwili uniknął czerwonego, świetlnego pocisku. Niestety strzała trafiła w urządzenie, niszcząc je całkowicie. Chłopak zatrzymał się. Czekał na kolejny atak. Ten jednak nie nastąpił.
– Tamto ustrojstwo przygotowałeś specjalnie na mnie? – rozległ się głos Linaga. – Czuję się zaszczycony. I dumny, iż zdołałeś sam skonstruować coś takiego. Zaiste, masz talent.
– Nie gadaj tyle, Raashí! Wyłaź!
W tym momencie do chłopaka z naprzeciwka zaczął zbliżać się cień. Po chwili przybrał on zarys i wygląd Raashí Linaga.
– Wedle życzenia. Nie zamierzam się już ukrywać. Najpewniej jesteś tu po to, żeby mnie zabić.
– Jakbyś zgadł.
Elian wyciągnął swój miecz. Jego widok wyraźnie zaintrygował Linaga.
– Virdana? Interesujące… Nie spodziewałem się ujrzeć tego ostrza w rękach dzieciaka. Wiedz, Ahage że to właśnie klan Raashí stworzył miecz, który właśnie dzierżysz. Ciekawi mnie tylko, w jaki sposób go zdobyłeś.
– Zdziwisz się, co można znaleźć w sklepie ze starociami – skwitował chłopak.
– W istocie. Jednak ta broń ma jedną wadę, istotną dla tego pojedynku. Przynajmniej jeśli chodzi o ciebie.
– Niby jaką?
Linagi nagle zniknął. Elian poczuł z tyłu impuls energii. Szybko odwrócił się. W jego kierunku mknął pocisk. Szybko uniósł miecz, by zablokować strzał. Skutecznie. Jednak w tym samym czasie Raashí pojawił się za jego plecami, szepcząc mu do ucha:
– Wiem o niej więcej niż ty.
Chłopak natychmiast odwrócił się, chcąc wymierzyć cios. Pokierował ostrze szerokim łukiem, celując w głowę. Linagi bezproblemowo uniknął trafienia, zatrzymując się kilka metrów dalej.
– Choć sam nie korzystam z miecza, wiem, jak należy walczyć z kimś, kto taką broń posiada. Zarówno virdana, jak i każde ostrze ma jedną, poważną wadę.
Linagi nagle wystrzelił kolejny promień. Elian bez trudu go zatrzymał. Ciął w powietrzu, rozbijając strzałę. To jednak miało tylko odwrócić uwagę chłopaka. Raashí już mknął ku niemu, kierując pięść w jego stronę. Chłopak instynktownie próbował zablokować cios mieczem. Ostrze zatrzymało ten atak, pięść uderzyła w płaz. Jednak Linagi już szykował kolejny. Elian nie zauważył nogi, która uderzyła w jego lewy bok. Siła kopnięcia była oszałamiająca, gdyby nie ogromny dąb, stojący na drodze, chłopak najpewniej przeleciałby kilkaset metrów poprzez las. Uderzył więc o potężny pień, całkowicie go niszcząc i powalając wielowiekowe drzewo.
– Każda broń ogranicza tego, kto się nią posługuje, gdyż można jej użyć tylko w określonych warunkach. Broń palna wymaga celowania, przy którym należy się jednak zatrzymać, stając się łatwym celem. Każdy miecz jest balastem samym w sobie, i choć potrafi zadać znaczące obrażenia, ostrze najpierw musi dosięgnąć celu. Zatrzymanie takiego miecza jest z kolei dziecinną igraszką. Zresztą zdążyłeś się o tym przekonać.
Elian powoli wygrzebał się ze szczątków drzewa. Poza drobnymi stłuczeniami, nic poważnego mu się nie stało. Szybko wstał, przyjmując pozycję bojową.
– Najlepszym sposobem walki jest walka wręcz. Używasz w niej wyłącznie własnego ciała, które przecież znasz najlepiej. Sam się dziwię, czemu zabrałeś ze sobą ten miecz. Myślałeś, że broń będzie skuteczniejsza w walce ze mną? Pokażę ci, jak wielki błąd popełniłeś.
Rozłożył palce u obu dłoni. Linie na jego rękach zajaśniały.
– Znajdź!
Z palców wystrzeliło dziesięć pocisków, mniejszych niż pozostałe. Skierowały się one w stronę chłopaka.
– Pociski ścigające, tak?
Elian zdaje się był na to przygotowany. Wyciągnął dłoń w kierunku strzał.
– Hadō no 33, Sōkatsui.
W stronę pocisków wystrzelił pióropusz błękitnego ognia. Chłopak chciał je zniszczyć, wszystkie, za jednym zamachem. Włożył w to zaklęcie mnóstwo energii. Chyba nawet trochę zbyt dużo. Błękitna fala wystarczyła, by zniszczyć drzewa nawet sto metrów dalej. Linagi, który znalazł się na linii ognia uskoczył, unikając spalenia.
– Już uciekasz? Myślałem, że bardziej się…
Tu chłopaka czekała niespodzianka. Szukające pociski nie zostały zniszczone. Cała dziesiątka zręcznie uniknęła płomieni, znów naprowadzając się na swój cel. Elian bez większych problemów uchylił się przed pociskami. Te oczywiście zrobiły zwrot, znów kierując się w jego stronę. Strzałę będącą najbliżej Elian próbował zniszczyć. Zamachnął się w tym celu mieczem, jednak pocisk ominął ostrze, celując w głowę. Chłopak uniknął strzały, jednak pozostała dziewiątka już mknęła ku niemu.
Elian jeszcze wiele razy starał się je zniszczyć, jednak te za każdym razem unikały jego ataków.
„Co to za nowe cholerstwo? Zachowują się jak żywe. Jakby miały własną inteligencję, która mówi im, jak unikać moich ciosów."
Chłopak wyjątkowo zręcznie unikał ataków pocisków, wykazując się niebywałą koordynacją oraz precyzją ruchów, godną mistrza. Nie wiadomo jak długo się od nich opędzał, dopóki nagle coś mu nie przerwało.
Pociski wycofały się. Elian był tym zaskoczony, nie miał pojęcia, czemu to zrobiły. I nie zdążył już ustalić tego przyczyny. W tym momencie inny pocisk, wystrzelony przez Linaga trafił go w lewe ramię, poważnie go raniąc. Choć ból nie był silny, wystarczył, by zbić chłopaka z pantałyku. Na to zdaje się czekały ścigające pociski. Natychmiast skierowały się w jego stronę. Nie zdążył się przed nimi uchronić. Część pocisków celowała w kończyny, by go unieruchomić, inne zaś trafiły w klatkę piersiową, przebijając płuca. Choć takie rany mogłyby okazać się śmiertelne dla człowieka, zwłaszcza jeśli chodzi o płuca, o tyle nie zagrażały one życiu Eliana, jako Çynegí miał niebywałą zdolność regeneracji. Nie znaczy to jednak, że niczego nie czuł. Chłopaka sparaliżował ból, padł na kolana, nie mogąc nawet drgnąć.
– Twoim kolejnym problemem jest fakt, iż sam, praktycznie nieprzygotowany wyruszyłeś na wroga o wiele bardziej od ciebie doświadczonego – odrzekł Linagi, który pojawił się przed nim. – Mało tego, wiedziałeś, iż to była pułapka, a jednak postanowiłeś w nią wejść. Nie wydaje ci się to głupotą, Ahage?
Rany klatki były najmniejsze, płuca bardzo szybko się zrastały. Elian jednak przez długi czas nie był w stanie nic powiedzieć. Z trudem łapał oddech.
– Po co tu właściwie przyszedłeś? Chodzi o zemstę? Za ludzi, których zabiłem, których nigdy nie widziałeś? Nie powiem, bardzo szlachetne. Jednak sam widzisz, do czego doprowadza bezmyślne zgrywanie bohatera. A może walczysz dla swoich przyjaciół? Ha! Przyjaciół? Naprawdę uważasz, że nimi są? Może dawniej, może kiedyś, gdy byłeś tylko człowiekiem, lecz nie zapominaj, kim się teraz stałeś. Jesteś Çynegí, mieszańcem, kimś odmiennym. A ludzie boją się wszelkiej odmienności. Nawet twoi, jak ich nazywasz przyjaciele, w końcu to zauważą. Zrozumieją, kim tak zaprawdę się stałeś, wtedy się od ciebie odwrócą i znów zostaniesz sam…
– ZAMKNIJ SIĘ!
Elian nie mógł dłużej tego słuchać. Chciał go uciszyć, sprawić by zamilkł, by przestał mówić. Bał się, że to co mówi stanie się prawdą, że znów będzie samotny przez to, kim jest. Nie chciał tego. Ten krzyk był jednak wszystkim, co chłopak był w stanie zrobić. Przez jego ciało przepłynęła kolejna fala bólu. Zgiął się, starając się zrobić wszystko, by uśmierzyć ból.
– Rozumiem, prawda boli. – Linagi nie przestawał mówić – Musisz zdać sobie jednak sprawę, że nie znajdziesz sobie miejsca wśród ludzi. Tak zawsze dzieje się z tymi, którzy się wyróżniają. Dlaczego więc nie dołączysz do nas, Ahage? Nie uważasz, że oferujemy ci więcej, niż oni? Życie pośród innych mieszańców, normalne życie, takie o jakim zawsze marzyłeś. Zwykłe, proste życie. Nikt nie będzie patrzył na ciebie inaczej, zawrzesz nowe znajomości, może się nawet zakochasz, wspólnie założycie rodzinę, będziecie szczęśliwi. Czy nie o tym marzysz? To jest właśnie to, co mogą dać ci Raashí. A czego nie dadzą ci ludzie.
– Myślisz, że ta twoja gadanina sprawi, że się do was przyłączę? – odrzekł w odpowiedzi Elian. – I to ja tu jestem głupi?
Nawet jeśli to co mówił miało być prawdziwe, nie miał zamiaru dawać mu satysfakcji. Jego słowa z pewnością nie ucieszyły Linaga.
– Chciałem być uprzejmy, Ahage, jednak najwyraźniej nie da się z tobą po dobroci. To, czy pójdziesz ze mną, nie zależy od twojej woli.
Raashí zaczął powoli zbliżać się do chłopaka. Elian nie miał już żadnych opcji. Nie wiedział, co jeszcze może w tym momencie zrobić. Nie był w stanie się ruszyć, całe ciało stało się jakby wielokrotnie cięższe, nie miał już siły by choćby unieść lekko dłoń, a co dopiero unieść miecz…
W tym momencie coś zaświtało w jego głowie. Przypomniał sobie wizytę w sklepie Urahary, kiedy przyniósł ze sobą swój miecz, by poćwiczyć szermierkę, pod okiem Kisuke zresztą. Przypomniał sobie słowa mężczyzny, gdy z zainteresowaniem badał ostrze jego miecza.
– Pierwszy raz widzę taką broń, Ahage–san. Nie chodzi mi tylko o kształt. Klinga została wykonana z materiału, którego zupełnie nie znam, jakby nie pochodziło z tego świata. Poza tym zdaje się jakby… żywa. Mogę wyczuć słaby puls duszy tego miecza. Nie jestem tego do końca pewien, ale to ostrze pod wieloma względami zachowuje się jak Zanpakutō…
Zanpakutō? Faktycznie, Elian wiele razy mógł wyczuć od miecza Reiatsu, naprawdę słabe, jednak sprawiało to, iż nie mógł uznawać go za zwykły miecz. Może to jest szansa? Tylko jak się upewnić? Chłopakowi przyszedł do głowy jeden pomysł.
Zebrał w sobie wszystkie siły, by podnieść miecz. Nie skierował go jednak w stronę Linaga. Odwrócił klingę, celując końcem ostrza we własne ciało.
Nie uszło to uwadze Raashí, który zatrzymał się, by dokładniej przyjrzeć się poczynaniom chłopaka.
– Och? Niech zgadnę, chcesz się poświęcić? W końcu tak silnie zapewniasz wszystkich o swoim poświęceniu. Masz zamiar zabić się, by pokrzyżować nasz plany? Ciekawy pomysł, ale czy na pewno jesteś w stanie tego dokonać? Samobójstwo dla Çynegí nie jest taką prostą sprawą, nie myśl…
– Możesz się już zamknąć?!
Skierował ostrze w miejscu, gdzie znajdowało się serce. To była jego ostatnia szansa. Pamiętał to, co mówił Kisuke o tym mieczu. Pamiętał też inną historię. Gdy Ichigo opowiadał mu, w jaki sposób został Shinigami.
– Jeśli zginę, najwyżej będzie to oznaczać, że nie miałem racji – rzekł do siebie.
– Zaraz, co robisz?
Linagi najwyraźniej zdał sobie sprawę, z tego, co Elian ma zamiar zrobić.
Chłopak w odpowiedzi na pytanie uśmiechnął się.
– Improwizuję.
I z całej siły, jak mu pozostała wbił ostrze głęboko w swoje serce.
Potężne wyładowanie energii wstrząsnęło lasem. Linagi szybko cofnął się, by nie znaleźć się w zasięgu niszczycielskiej fali. Nie miał zielonego pojęcia, co właśnie się wydarzyło.
Elian nie czuł bólu. Właściwie nic już nie czuł. Wiedział tylko, że traci przytomność. Wzrok robił się coraz bardziej zamglony, nie widział już nawet swych dłoni, wciąż ściskających rękojeść miecza.
Zanim zemdlał, usłyszał tylko czyjś głos.
– Więc jednak…
– KYAAAAAAAAAAA!
Chłopak nagle się zerwał.
– Jasny gwint, ale miałem sen! Wydawało mi się, że walczyłem z Linagim, przegrywałem, a potem chciałem się…
Ręka natychmiast powędrowała ku jego piersi, by sprawdzić, czy jest ranny. Nic, nawet najmniejszego zadrapania. Po chwili rozjaśniło mu się w głowie. Zaczął rozglądać się w poszukiwaniu…
– A gdzie mój miecz? I… I Linagi? I…
Dopiero teraz zdał sobie sprawę, gdzie się znajduje.
– I gdzie cały las?
Zorientował się, że to jednak nie był sen. Tym bardziej był zaskoczony faktem, iż nagle znalazł się w zupełnie innym miejscu. Przede wszystkim było ciemno, brak słońca, czy jakiegokolwiek innego źródła światła. Elianowi jednak nie przeszkadzał ten fakt. Rozejrzał się, by ustalić, gdzie się znajduje.
Była to jaskinia. Ogromna, podziemna jaskinia. Na tyle wielka, że spokojnie zmieściłoby się tu miasto wielkości Karakury. Nie wyglądała jednak jak podziemny kompleks pod sklepem Urahary. To była prawdziwa jaskinia, z długimi stalaktytami zwisającymi ze sklepienia, wielkimi skalnymi kolumnami, które zdawały się podtrzymywać cały strop, oraz ogromnymi głazami. Za jednym z nich był właśnie Elian. Chłopak stwierdziwszy, że nic mu nie jest wstał bez żadnych problemów.
– No dobrze, trzeba się trochę rozejrzeć.
Wyruszył na zwiad. Szedł przed siebie, bez określonego kierunku. Nieistotne było dokąd by poszedł, krajobraz wszędzie był taki sam. Elian nie miał pojęcia jak długo szedł, wszystkie skały były wręcz identyczne. Nie przestawał iść, mając nadzieję, że znajdzie w tej jaskini coś innego poza kamieniami. Jednak w końcu chłopak stracił cierpliwość.
– Jasny gwint! Czy tu naprawdę nic nie ma?! Czy nikogo?! Hej! Jest tu kto?!
Są chwilę, w których mowa jest srebrem, milczenie złotem. To właśnie taki przypadek. Elian bardzo szybko otrzymał odpowiedź. Szokującą.
Zza skalistego wzgórza, które znajdowało się za jego plecami wyszedł… Smok. Prawdziwy smok. Ogromny, około trzydziestu metrów długości, z czego połowę stanowił sam ogon. Łuski jego były białe, bielsze od wszystkiego, co człowiek mógł sobie wyobrazić. Cztery potężne łapy, zakończone ostrymi szponami, długa szyja zakończona długą głową, z końcem pyska lekko skierowanym do góry. Na grzbiecie, na całej linii kręgosłupa, od szyi niemal po sam koniuszek ogona znajdowały się kolczyste wyrostki, kształtem przypominając ostrza szabli. Z tyłu głowy również znajdowały się trzy długie wyrostki, wyglądające jak korona. Najważniejszym atrybutem każdego smoka są skrzydła, ogromne, podobne do skrzydeł nietoperzy. Ten jednak pod tym względem zdecydowanie się wyróżniał. Z obu stron grzbietu wyrastały długie, świecące na błękitno nici, po pięć z każdej strony. Pomiędzy nimi można było dostrzec słabą poświatę, która zdaje się imitowała błonę lotną.
Wyjście zza wzgórza w jego wydaniu oznaczało po prostu przebicie się przez skałę. Chłopak w ostatniej chwili zdołał uniknąć marnego losu pomiędzy szczękami smoka.
– Do ciężkiej cholery, co to ma być?! – Wyraźnie zrobił na Elianie wrażenie. – Nie pisałem się na harce ze smokami!
Lewa łapa jaszczura już kierowała się w jego stronę. Szpony ukazały się w pełnej krasie, długie niczym ostrza mieczy. Chłopak szybko odskoczył do tyłu, po czym postanowił dokonać taktycznego odwrotu. Prezentując doskonałe opanowanie shunpo w mgnieniu oka oddalił się od smoka. Przy okazji odkrył, ze jaskinia w istocie była ogromna, Elian zdołał się o dobre kilka kilometrów.
– No i mu zwiałem. Teraz należy ustalić, gdzie ja właściwie…
Nie zdążył tego ustalić.
Nagle tuż za nim pojawił się rzeczony jaszczur, również popisując się znajomością shunpo.
„Co… Skąd on…"
Dla chłopaka było to tak niezwykłe, że stał przez chwilę w miejscu, mocno zdezorientowany. Dopiero gdy ujrzał pazury mknące ku niemu, obudził się. Jednak było już za późno. Nie zdążył ich uniknąć, szpony rozcięły mu lewą rękę i nogę. Rany nie były jednak poważne, chłopak był w stanie się poruszać bez większych problemów. Natychmiast rzucił się do ucieczki.
– Co to miało być? Jakim cudem taki moloch potrafi używać Migoczącego Kroku?
Potrafił. Smok wiedział, jak używać shunpo. I to na poziomie, który bez żadnych problemów pozwalał mu nadążyć za Elianem. Sytuacja chłopaka nie wyglądała najlepiej. A było coraz gorzej.
Nagle, stając na lewej nodze Elian poczuł… Nie, właśnie nic. Bez ostrzeżenia stracił czucie w nodze, przewracając się na ziemię. Po chwili zauważył, iż nie mógł również poruszyć lewą ręką. Szybko zrozumiał dlaczego.
Rany, jakie zadał mu smok nie goiły się. Wręcz przeciwnie, ręka w miejscu zranienia zaczęła czernieć. Jego ciało zaczęło obumierać, z każdą chwilą coraz bardziej.
Chłopak próbował wstać, jednak bezskutecznie.
Nagle tuż przed nim pojawił się smok, przygniatając Eliana prawą łapą, całkowicie uniemożliwiając mu ucieczkę, czy jakikolwiek ruch. Jaszczur zbliżył swoją głowę do niego. Chłopak spoglądał w jego wielkie, czerwone, gadzie oczy. I nagle zdarzyło się coś, co przekraczało Eliana wszelkie wyobrażenie.
Smok przemówił.
– Mów, kim jesteś, bym wiedział, kogo zabiłem!
Już i tak chłopak był przerażony niezbyt miłą perspektywą spędzenia reszty życia, które miało już nie trwać długo w żołądku smoka. A tu jeszcze coś takiego…
– Ga… Gada… On gada!
Już i tak wściekły jaszczur na te słowa jeszcze bardziej się rozsierdził.
– Co ty sobie wyobrażasz?! Wydaje ci się, że jestem tępakiem, który nie zna mowy?!
Elian, o ile to było w ogóle możliwe, jeszcze bardziej się przeraził.
– Przepraszam, nie o to mi chodziło, Panie Smok! Zaszła straszna pomyłka! Przecież nie powinienem zostać Pana przekąską, tylko z powodu…
– MILCZEĆ!
Natychmiast umilkł, pewny będąc, iż oto jego dni są policzone. Jednak smok najwyraźniej nie miał zamiaru go pożerać. Przynajmniej na tę chwilę. Zamiast tego spokojnie zapytał:
– To ty?
– E… – chłopak kompletnie nie wiedział, o co mu chodzi
– Ty masz mój miecz?
– Miecz? Tak, chyba tak. To znaczy… Nie wiem, gdzie teraz jest… Chyba go nie zgubiłem? Pamiętam tylko, że…
– Wystarczy! Czy wy wszyscy musicie być tacy gadatliwi?
– Cóż, właściwie to…
– Kto mówił, że cię o to pytam? Wiesz co to jest pytanie retoryczne?
– Jeśli o to chodzi, py…
– To właśnie było pytanie retoryczne! Dlaczego ze wszystkich istot na tej planecie mój miecz musiał znaleźć ktoś tak wkurzający?!
– Właśnie, ten miecz należy do ciebie?
Elian postanowił zmienić temat. Rozsądne posunięcie, choć smok nadal był w kiepskim humorze.
– Cały czas ci to mówię.
– Aha… Cóż, trochę trudno mi sobie wyobrazić smoka, który…
– Czy ty naprawdę jesteś taki tępy, skoro ci się wydaje, że mógłbym używać jakiejkolwiek broni? To ja jestem tym mieczem.
Chłopak dopiero po chwili załapał.
– Czyli jesteś moim Zanpakutō?
On nie robi tego specjalnie, serio. Po prostu ma wybitny talent do wkurzania innych.
– Kim ty niby jesteś, że śmiesz zwać się moim panem?! – Smoka wyraźnie wściekło użycie tego słowa. – Wydaje ci się, że ktoś taki może mi dyktować, co mam robić?!
– Chwileczkę, Panie Smok, nie chciałem tego powiedzieć, przepraszam! Źle się wyraziłem, mój błąd! Proszę nie dokonywać na mnie konsumpcji!
Przeprosiny najwyraźniej zostały przyjęte.
– Niech ci będzie.
Łapa smoka, która przygniatała Eliana do ziemi uniosła się. Chłopak był wolny, choć nie był w stanie się ruszyć, a to z powodu wciąż czerniejących ran. Smok tymczasem spokojnie przysiadł naprzeciw niego.
– Zanpakutō, powiadasz? Tak, w pewnym sensie… Dość długo kazałeś mi na siebie czekać. Jestem ciekaw, co tak nagle cię skłoniło do tego, żeby tu przyjść.
– Właściwie zmusiła mnie do tego sytuacja…
Chłopak nagle umilkł. Trucizna, czy cokolwiek teraz było w jego ciele dotarło już bardzo daleko w głąb jego ciała, zajmując już ponad połowę organizmu. Jad dotarł do krtani, przez co nagle utracił możliwość mówienia. Ta cisza zwróciła uwagę smoka. Spojrzał na leżącego przed nim chłopaka.
– Masz zamiar wstać?
Elian oczywiście nie odpowiedział. Jaszczur jednak szybko znalazł tego przyczynę, widząc niemal już całkowicie czarną lewą rękę.
– Zapomniałbym – odparł krótko.
Ponownie sięgnął ku niemu swoją łapą. Jednym z pazurów delikatnie dotknął jego serca. Równie szybko, jak się zaczęło, tak samo szybko martwica zaczęła się cofać. Chłopak po minucie znów odzyskał zdolność mówienia i poruszania się. Natychmiast się podniósł.
– Dzięki, Panie Smok…
– Po co tu właściwie przyszedłeś? – smok nadal był dość nieprzyjemny.
– Cóż, właściwie nie planowałem tego… Co to w ogóle za miejsce?
– Ta jaskinia jest projekcją, stworzoną w moim umyśle. Coś w rodzaju mojego własnego, wewnętrznego świata.
– Aha… Przytulnie tu…
– Przejdźmy do rzeczy. Powiem ci, czemu tu jesteś. Postawiono cię pod ścianą i jedyną szansą na przeżycie było przyjście tutaj.
– Tak, to bardzo bliskie prawdy…
– I pewnie chcesz, żebym użyczył ci swojej mocy.
– No…
– Powiedz mi jedno. Niby dlaczego miałbym to robić? Z kimkolwiek tam walczysz, to nie jest moja sprawa.
– Wiesz, myślałem…
– Że jako Zanpakutō muszę się ciebie słuchać? – Smok coraz bardziej się nakręcał. – Powtórzę więc, że nie interesuje mnie to, że mordujecie się między sobą.
– A…
– Ciekaw jestem, skąd ci to w ogóle przyszło do głowy! Najwyraźniej wasza arogancja nie ma granic! Uważacie się za władców świata, wydaje wam się, że wszystko wam się należy!
– Mogę choć…
– Zapominacie że tak naprawdę jesteście jedynie pyłem, tylko dlatego, że wam się poszczęściło sądzicie, że wszyscy…
– DASZ MI WRESZCIE DOJŚĆ DO SŁOWA?!
Chłopak w końcu nie wytrzymał. Słuchając tych ciągłych pretensji zaczął się mocno irytować. Zrozumiał w końcu gdzie się znajduje i co tu robi. Domyślił się że smok jest w tej chwili jedyną szansą na pokonanie Linaga. Nie miał więc czasu na przekomarzanie się z trzypiętrowym jaszczurem.
Reakcja Eliana była dla smoka tak zaskakująca, że nie zareagował w żadem sposób. Wpatrywał się w jedynie w jego zawziętą twarz.
– Nie wiem, o co ci chodzi, Panie Smok. Nie wiem, czemu się uwziąłeś na mnie, na ludzi. Może masz jakieś kompleksy, nie wnikam w to. Tak, jestem tu bo potrzebuję twoich mocy. Może uznasz to za głupie, że tak kurczowo trzymam się życia i za wszelką cenę staram się przetrwać. Cóż, my śmiertelni tak już mamy. Wydaje się, że nie dojdziemy do porozumienia, więc nie mam wyboru.
Podniósł rękę, celując palcem w stronę smoka.
– Jeśli będzie trzeba, zabiorę ci twoją moc siłą.
Elian był pewien, że po tych słowach jaszczur wpadnie w furię. Nie do końca to przemyślał. Choć nie miał w tej chwili innego wyboru, jak walka ze smokiem, to nie miał pojęcia jak miałby to rozegrać. W tej chwili czekał na cios. Jednak nie doczekał się…
Cisza. Głucha cisza. Smok jedynie wpatrywał się w chłopaka.
– Kto aż tak ci zalazł za skórę, skoro gniew przyćmił ci umysł do tego stopnia, że chcesz ze mną walczyć?
– Nazywa się Raashí Linagi. Choć wątpię, żeby cię to zainteresowało, w końcu to nie twoja walka.
Łeb smoka zbliżył się do Eliana. Chłopak stanął w pozycji bojowej, czekając na uderzenie. Po raz kolejny został zaskoczony.
– Nie pierwszy raz widzę taką determinację w oczach kogoś takiego jak ty. Widziałem już wielu, którym wydawało się, że mogą za mną walczyć. Ty różnisz się od nich. Inni chcieli sławy, chwały, pokazać że są lepsi, silniejsi od reszty. Nie chcesz po prostu pokonać tego Linaga, chodzi ci o coś jeszcze. Czego od niego chcesz?
Elian spojrzał mu prosto w oczy.
– Zemścić się za tych, których bestialsko zamordował. Oraz ochronić tych, którzy nie mogą się przed nim obronić.
Najwyraźniej smok czekał właśnie na te słowa.
– Twierdzisz, że tamten facet nazywa się Raashí?
– Tak. No i?
Smok odwrócił się. Powoli zaczął się oddalać. Chłopak nie wiedział, co on właściwie robi.
– Hej! A ty dokąd?
– Wygrałeś.
To były ostatnie słowa, jakie usłyszał, nim smok, jaskinia, nawet on sam całkowicie znikli.
Linagi nadal nie rozumiał, co się dzieje. Zatrzymał się dopiero pięćdziesiąt metrów dalej, z gałęzi drzewa obserwując całe wydarzenie. Nie był w stanie dostrzec chłopaka, który w tym momencie zamienił się w jedną wielką kulę białego światła.
– Coś ty w ogóle zrobił?
Nie był w stanie pojąć, skąd wzięło się nagle tyle energii. Światło było na tyle jasne, by w tej chwili mieszkańcy przedmieść Karakury byli święcie przekonani, iż jest właśnie środek dnia. Drzewa uginały się pod naporem tej mocy, o mniejszych roślinach można było w ogóle zapomnieć, szczególnie tych najbliżej epicentrum.
Nagle cisza. Wszystko znikło. Nie było już światła, ogrom energii nagle się ulotnił. Elian również zniknął.
Kiedy Linagi upewnił się, że już po wszystkim zeskoczył z gałęzi. Powoli, ostrożnie zaczął zbliżać się do miejsca, w którym do niedawna był chłopak.
– Najwyraźniej postanowiłeś się poświęcić – odparł. – Cóż za głupota.
Raashí ujrzał miecz Eliana, wbity w ziemię. Było to dość dziwne, zważywszy na fakt, gdzie znajdował się wcześniej.
– Nexai będzie niepocieszony takim obrotem spraw. Nie zamierzałem wracać z niczym… Choć wydaje mi się, iż to ostrze powinno go usatysfakcjonować.
Zdążył zrobić jeden krok, nim zauważył, że czyjaś ręka już sięga po miecz.
– Nie pożądaj rzeczy bliźniego swego, Linagi.
Dłoń chwyciła za rękojeść. Ostrze uniosło się do góry. Przed Raashí stał nie kto inny, jak Elian.
Jego wygląd zdecydowanie się zmienił. Na pierwszy rzut oka jego ubiór przypominał tradycyjny strój, noszony przez Shinigami. Jednak przyglądając się bliżej, można dostrzec kilka dość istotnych różnic. Owszem, również miał na sobie czarne kimono, jednak z drobnymi poprawkami. Zdawało się, że nosi je tył na przód, a to z powodu tego, że z tyłu ubranie było rozcięte, dokładnie na linii kręgosłupa, zapięte jedynie u góry. Jedynie kołnierz pozwalał ustalić, gdzie jest przód. Chłopak nosił również krótkie, skórzane spodnie, zamiast tradycyjnej hakamy. Dodatkowo nogi były osłonięte będące częścią kimono suknem, rozciętym z przodu.
Linagi był wyraźnie zaciekawiony nowym wyglądem chłopaka.
– A więc bawisz się w Shinigami, tak?
W odpowiedzi Elian wycelował koniec ostrza w jego stronę.
– Uwierz mi, nie w głowie mi teraz wygłupy.
– Może zatem zechcesz to udowodnić? – Linagi wyraźnie prowokował chłopaka. – Bardzo jestem ciekaw, jak wygląda twój uwolniony Zanpakutō, jeśli ten miecz faktycznie nim jest.
Tu chłopak miał pewien problem. Co niby miał teraz zrobić? W odpowiedzi w jego głowie usłyszał głos smoka.
– Masz zamiar się wycofać?
– To było pytanie retoryczne? – odparł chłopak.
– Więc zaczynajmy.
Elian przyjął pozycję bojową.
– Ty i ja jesteśmy łowcami. Pozwól mi więc polować. W zamian dam ci moc, której potrzebujesz.
– Umowa stoi. A więc…
Obrócił miecz w dłoni, tak, by ostrze kierowało się do tyłu. Następnie wykonał przed sobą szeroki ruch po łuku, lewą dłonią gładząc powierzchnię klingi. Miecz zatrzymał się na jego lewym boku, rękojeść oparła się o ramię. Dłoń tymczasem dotykała końca ostrza, cała ręka była w jednej linii z ostrzem.
– Poluj, Tersaali.
Miecz zajaśniał. Po chwili stracił swoją fizyczną formę stając się czterema jasnymi punktami. Te zaczęły wirować wokół chłopaka. On tymczasem opuścił dłonie. Światełka wirowały jeszcze przez chwilę, po czym skierowały się w stronę rąk. Kręciły się wokół nich, po chwili zniknęły w długich rękawach.
Linagi nie był zbytnio usatysfakcjonowany tym widokiem. Nie był zaniepokojony, tylko rozczarowany.
– Jeśli już skończyłeś wygłupy, przejdźmy może do rzeczy.
– Wedle życzenia.
Mężczyzna usłyszał nagle Eliana za sobą. Był tym wyjątkowo zdziwiony. Odwrócił się w jego stronę.
„Jak on to zrobił? Potrafi się tak szybko poruszać? Miałem go na oku cały czas, zauważyłbym, gdyby choćby drgnął…"
Nagle poczuł chłód stali na szyi. Tym razem miał pewność, że chłopak się nie ruszał.
– Zdziwiony, że można być taki szybki? – odezwał się Elian.
Raashí zauważył już, co go zraniło. Na przedramionach chłopaka znajdowały się dwa stalowe karwasze. Zewnętrzna strona pokryta była licznymi grawerowanymi liniami, układającymi się we wzory, przypominające symbole plemienne. Najważniejsza była jednak wewnętrzna strona. Tam znajdował się specjalistyczny mechanizm, taki sam, jakiego użył Elian w swoim wynalazku. Jednak tym razem zamiast szpikulca było tam półmetrowej długości ostrze. Na płazie znajdował się czarny, pojedynczy pasek, po obu stronach klingi.
Ten widok był dla Linaga mocno niepokojący. Powoli zaczął tracić kontrolę nad tym pojedynkiem. Mimo wszystko starał się zachowywać pozory spokoju.
– Trzeba ci przyznać chłopcze, masz talent. Pewnie dlatego tak się tobą interesują.
– Niby kto?
– Nie dowiesz się tego ode mnie. Wciąż jednak brakuje ci doświadczenia, które w tym wypadku jest…
Nagle Raashí zdał sobie sprawę, że w miejscu w którym poczuł ostrze Eliana nie czuje bólu. Właściwie nic tam nie czuł. Odruchowo dotknął miejsca, gdzie powinna być rana. Nie widział tego, co się tam dzieje. Rana była całkowicie zaczerniona, komórki ciała zaczęły obumierać, a martwica postępowała coraz bardziej.
– Na twoim miejscu nie dotykałbym tego – odrzekł chłopak.
Linagi szybko się przekonał, dlaczego. Dłoń, która dotknęła rany również zaczęła czernieć. Chłopak uniósł jedno z ostrzy.
– Na powierzchni tych ostrzy zgromadzone jest Reiatsu tego Zanpakutō. To nie jest zwyczajna energia. Działa ona jak wirus. Reishi wnikają w komórkę, zmusza ją do tworzenia nowych cząsteczek, następnie uwalnia energię i zabija nosiciela. I tak, dopóki nie zostanie w tobie najmniejsza cząstka życia. Nazwałem to Jadem Pożeracza.
Taka wizja śmierci nie spodobała się Linagowi. Jednak ten nadal zachowywał spokój.
– Wydaje mi się, że przeceniasz swoje możliwości. Zdaje się jednak, że trzeba ci to udowodnić to w inny sposób.
Rozłożył ręce.
– Znajdź!
Po raz kolejny z palców Linaga wystrzeliły pociski szukające, celując w stronę Eliana. Chłopak jednak zupełnie się tym nie przejął.
– I miałbym się drugi raz na to nabrać?
Zaczekał, aż pociski znajdą się jak najbliżej. Gdy były już niebezpiecznie blisko, zniknął. Po chwili pojawił się za nimi i ruszył w stronę Linaga. Mężczyzna nie przejął się zbytnio tym atakiem.
– Jesteś zbyt przewidywalny, Ahage.
Uniósł lewą rękę. Jak się później okazało Elian właśnie na to czekał. Wysunął ostrze prawej dłoni. Wbił go w kryształ. Ten wrośnięty w dłoń Raashí.
– Wiesz, że kryształy doskonale przewodzą Reiatsu?
Jaśniejący do tej pory czerwienią kryształ zaczął czernieć. Linie wychodzące z niego również. W bardzo krótkim tempie energia duchowa ostrza przebiegła po nich, dosięgając do drugiego kryształu. Po minucie obie dłonie, kark i tył głowy były już w zasięgu techniki.
Elian schował ostrze. Linagi nadal mógł stać, choć jego Kaago był już całkowicie zniszczony. A i jemu nie pozostało już wiele czasu. Chłopak spoglądał na niego, trochę zmartwionymi oczyma.
– Wiesz, Linagi… Prawie mi ciebie żal.
– A to czemu? – odrzekł Raashí. – Myślałeś że dam sobie spokój? Że cudownym sposobem się nawrócę? Nie, to było nieuniknione. Ty albo ja, takie jest prawo pięści. A moja śmierć… Moim zdaniem nie pójdzie na marne.
– Zatem pozwolisz, że dokończę dzieła.
Wysunął lewe ostrze.
– Powodzenia na dalszej drodze nowego życia, Ahage Elian.
Po jego ostatnich słowach chłopak wbił klingę w podbródek Linaga, przebijając się do mózgu. Jad Pożeracza załatwił resztę. Raashí Linagi padł martwy na ziemię.
Chłopak przez chwilę milczał. W końcu powiedział krótko:
– Wygrałem...
Odwrócił się, chcąc najpewniej wrócić z powrotem do miasta. Jednak nagle z Eliana uszły wszelkie siły. Chłopak upadł, tracąc przytomność. Przebicie własnego serca pozostawiło ranę, która do tej pory się nie zrosła. Nie mógł już utrzymać się na nogach, do tej pory tylko adrenalina i energia duchowa, którą podarował mu Tersaali sprawiały, że był nadal przytomny.
Nim całkiem odpłynął, ujrzał sylwetkę jakiejś osoby.
Otworzył oczy. Sufit wydawał mu się znajomy. Był w swoim własnym pokoju, w sklepie Urahary. Nadal było ciemno, choć był pewny, że był to już następny dzień. Wiedział, że rany serca w jego przypadku nie zrastają się tak szybko, jak pozostałych organów. Chłopak próbował się podnieść. Nie miał z tym większych problemów. Podnosząc się zauważył, że jego ręce stały się jakby cięższe. Okazało się, że nadal nosił ukryte ostrza, podobnie zresztą jak i swój strój Shinigami. Było to trochę dziwne, że Tersaali nie powrócił do formy miecza. Jednak nie rozwodził się nad tym.
Nagle poczuł burczenie w brzuchu. Mniej więcej od momentu, w którym dokonał swojego przełomu nic nie jadł, a podczas walki z Linagim stracił mnóstwo energii.
– No to trzeba ją jakoś uzupełnić – odparł chłopak z uśmiechem na twarzy.
Po cichutku otworzył drzwi, wszyscy najpewniej spali. Po cichu zaczął się skradać, kierując się w stronę kuchni. Gdy tam już dotarł, zaczął polowanie na cokolwiek, co nadaje się do jedzenia, a w tej chwili chłopak zjadłby dosłownie wszystko. Udało mu się zlokalizować lodówkę. Nie zdążył jednak sprawdzić jej zawartości.
– Kogóż my tu mamy? – rozległo się.
Chłopak aż podskoczył. Tuż za nim stał nie kto inny, jak Shihōin Yoruichi, wyraźnie zadowolona z tego, że udało jej się Eliana nastraszyć. Dorzućmy do tego fakt, iż miała na sobie znany skądinąd chłopakowi strój z dekoltem w roli głównej. Tu ciekawostka: Çynegí również się czerwienią, choć nie tak intensywnie jak ludzie. Gdyby nie to, z twarzy byłby teraz czystej krwi Indianinem. Elian mimo wszystko starał się nad sobą zapanować i utrzymać wzrok na jej oczach (nie niżej).
– Chyba się umówiliśmy, ze masz wrócić w jednym kawałku? Przez chwilę miałam wrażenie, że skonasz mi w ramionach.
– Czy… – Chłopak najwyraźniej wyobraził sobie tą scenę, krępując się jeszcze bardziej. – Czyli, że ty…
– Tak, to ja cię tu przyniosłam. Nagle wyczuliśmy twoją energię duchową, a wiesz że z reguły nie znaczyło to nic dobrego. Ruszyłam więc do ciebie, najszybciej jak tylko mogłam. Gdy dotarłam na miejsce było już zdaje się po wszystkim. Byłeś tam ty, półmartwy oraz zwłoki w ostatnim stadium rozkładu, najpewniej był to Linagi. Swoją drogą, coś ty mu zrobił?
Elian zapomniał ludzkiej mowy. W dużej mierze było to spowodowane strojem Yoruichi, który nie spełniał w pełni swojej funkcji okrycia. Choć chłopak zaprzągł do pracy całą siłę woli, jednak instynkt zwyciężył. Wzrok jego zatrzymał się dużo poniżej linii oczu kobiety.
– E…
– Zresztą jutro nam o tym opowiesz. Kisuke i pozostali też będą chcieli wysłuchać twojej mrożącej krew w żyłach opowieści. Czemu się tak przyglądasz?
Chłopak natychmiast uniósł wzrok, stając na baczność. Lekko wystraszony tym, iż mogła odkryć, czym tak bardzo się interesował odparł nerwowo:
– Nic. Nic takiego.
– Na pewno? – Yoruichi nie była zbytnio przekonana.
– Tak, wszystko w porządku.
Kobieta doskonale wiedziała, że Elian cały ten czas wpatrywał się w jej dekolt. Zaplanowała to, a jakże! Więc uśmiechnęła się do chłopaka z pewną satysfakcją.
– No dobrze. To do zobaczenia jutro.
I powędrowała korytarzem w stronę swojego pokoju. Chłopak tymczasem nadal stał jak wryty, ze swoją spanikowaną miną.
Wtem usłyszał:
– Hmm…
– Co za „hmm"? O co ci chodzi? – Na chłopaka nadal działały „widoki". – Nigdzie się nie gapiłem!
– Wy wszyscy jesteście tacy domyślni? Może jednak pozwoliłbyś mi dokończyć, nie zakładając z góry, co mam zamiar powiedzieć?
– Dobra, to co masz mi do oznajmienia?
– Powiedzmy, że tym razem miałeś rację.
– Ty…
Chłopak nie dokończył zdania. Stał przez chwilę w milczeniu.
– Tersaali.
– O co chodzi?
– Nie kierują tobą szlachetne pobudki, czyż nie?
– Co masz na myśli?
– Mam wrażenie, że zgodziłeś się mi pomóc, dopiero wtedy, gdy usłyszałeś „Raashí". Mylę się?
Smok przez chwilę się nie odzywał.
– Wiesz, kim oni są?
– Doskonale to wiem – odparł po dłuższej chwili. – Wiedz, że żyję już długo, dłużej niż istnieje wasz gatunek. I nikt inny przez te tysiąclecia nie zalazł mi za skórę tak, jak właśnie Raashí. Czego by nie chcieli, ich obecność nie wróży nic dobrego.
– Jest ich więcej? – spytał Elian.
– Dużo więcej. Każdy silniejszy od poprzedniego. Tak, pomogłem ci tylko dlatego, że mamy wspólny cel. Walkę z nimi. Jednak w tej postaci nie jestem w stanie nic zrobić.
– Czyli chcąc osiągnąć swoje cele, musisz ze mną współpracować.
– Tak jest. Nie można ci odmówić talentu, chłopcze. Jednak brakuje ci wiedzy, która umożliwiłaby ci równą walkę z nimi. Zwyczajny trening Shinigami, jaki przeszedłeś nie wystarczy, Raashí używają zupełnie innych sposobów walki z pomocą Reiryoku. Linagi, jak go nazwałeś z pewnością nie był zbyt silny, jak na ich standardy i tylko dlatego byłeś go w stanie pokonać, będąc na tym poziomie.
– Masz zamiar mnie uczyć?
– Bez tego możesz zapomnieć o zwycięstwie.
Chłopak długo się nie zastanawiał.
– Umowa stoi.
Po wrażeniach dzisiejszej nocy kompletnie stracił apetyt. Wrócił więc do swojego pokoju, by tam spokojnie zasnąć, czego bardzo mu brakowało przez te miesiące.
W tym samym czasie, w miejscu, które przypominały lochy zamku. Jednym z korytarzy przechodził mężczyzna, miał brązowe włosy, stosunkowo długie, sięgające mu do ramion oraz szare oczy o pionowych źrenicach. Nie były one jednak tak widoczne w półmroku, gdy rozszerzały się, umożliwiając mężczyźnie widzenie w słabym świetle.
Szedł korytarzem, dopóki nie natrafił na ścianę. Wszedł do pomieszczenia za ostatnimi drzwiami na prawo. Również tam nie było wiele światła. Widoczny był jedynie ogromny fotel, bardzie przypominający królewski tron. Wyraźnie widać było, iż na nim ktoś siedział.
– Nexai...
– Masz dla mnie jakąś wiadomość? – Pokój wypełnił się zimnym, jadowitym głosem.
– Tak jest. – Mężczyzna był najwyraźniej odporny na jego wpływ. – Niestety muszę przekazać, iż Linagi nie żyje.
– Tak, można było się tego spodziewać.
– Co masz na myśli?
– Linagi był zbyt pewny siebie. Nie wziął pod uwagę faktu, iż chłopak jest wyjątkowy. Poza tym jest w posiadaniu pewnego… artefaktu. Jednak jego śmierć nie poszła na darmo.
Nastała krótka cisza.
– Jakie są twoje dalsze rozkazy?
– W tej chwili pozostaje nam czekać na zejście lawiny wydarzeń, a nie potrwa to długo. Mam natomiast zadanie dla ciebie.
– Tak?
– Widzisz, Karavu, gdy nadejdzie czas znów będziemy musieli skierować wydarzenia na właściwy tor. Zajmiesz się tym ty i Kirke.
– Dlaczego ona? Przecież jest kompletnie nieokrzesana…
– Wiem. O to właśnie w tym chodzi. Wyruszycie teraz do miasta, tam otrzymacie dalsze instrukcje. To wszystko.
– Tak jest, Nexai.
Karavu wyszedł, zamykając za sobą drzwi.
– Spoczywaj w pokoju, Linagi. Dobra robota.
