7.
Panią Hudson bolała głowa. Potwornie. Niemniej jednak wyciągnęła siebie z łózka długo po tym jak wyszło słońce i zaczęła robić kolejną partię ciastek, którą obiecała Sherlockowi poprzedniego wieczora, zanim rzeczy na górze zaszły tak daleko, że zatrzymały obu chłopców w łóżku dłużej niż ją, czy świt. Sherlock najprawdopodobniej zapomniał o obiecanych herbatnikach, ale- jak sobie wytłumaczyła- to był dobry powód, by iść na górę i powiedzieć im "dzień dobry".
Minęła jedna godzina, a potem druga. Zrobiła czekoladowe herbatniki które lubił John i takie bez niczego, dla Sherlocka, który nie lubił tak bardzo słodyczy.
Zrobiła sobie herbatę i zażyła paracetamol na ból głowy, potem wzięła kąpiel i ubrała się w swoją ulubioną fioletową sukienkę, takiego samego koloru jak ukochana koszula detektywa; jedna z kilku które mu kupiła przez te lata.
Nikt się nie ruszał na górze. Albo ona nie słyszała.
Zmyła naczynia po pieczeniu, wytarła kuchnię, pozamiatała i pościeliła łóżko.
Wciąż żadnego dźwięku z górnego mieszkania. Zaczęła się niecierpliwić, ale siedziała przy stole w kuchni ze świeżą herbatą i mową powieścią, która czytała do swojego klubu książki. Trudno się było skoncentrować, ale jakoś dawała radę. Słuchała dłuższą chwilę.
Około południa trzask drzwi i lekkie kroki Sherlocka. Usłyszała jak idzie do kuchni odkręca kran wystarczająco długo by napełnić czajnik (ale ciągle nie wystarczająco długo, by zmyć te naczynia, które całkiem niedługo zaczną cuchnąć, a mogła zrobić to sama). Poprzez rury słyszała jak mówi, mruczy- tak, zdecydowanie mruczy- jedną z tych ślicznych piosenek, które czasem grał na skrzypcach o północy. Ale nie ostatniej nocy. Żadnych skrzypiec, w ogóle- nie żeby ona mogą to stwierdzić. Wino ją uśpiło. Ale zaprzęgła do pracy swoje własne siły dedukcyjne i rozpracowała, że chłopcy mieli lepsze rzeczy do robienia ostatniej nocy, niż kłótnie o skrzypce. Cięższe kroki przyszły do kuchni.
-Dzień dobry. –przeszło przez rury- senne, zadowolone. Potem długa pauza.
-Mmm… to naprawdę dobry poranek. Robisz herbatę?
-To już nie poranek.- usłyszała jak powiedział Sherlock. -Ale tak, robię herbatę. Przyniosę ci ją, na kanapę jeśli poczekasz na mnie.
-Naprawdę zrobisz to? Wielki Holmes przyniesie mi poranną herbatkę?
Pani Hudson mogła usłyszeć uśmiech w głosie Johna i była niezdolna do powstrzymana swojego.
-Myślę, że mógłbyś zrobić ten poranek lepszym, niż wspaniały, John.
Cisza i przesuwanie stóp blisko siebie.
-Ale tak, przyniosę ci poranną herbatę. I jeśli będziemy bardzo dobrzy i włożymy nasze szlafroki, to zgaduję, że pani Hudson przyniesie nam tacę herbatników, które upiekła dziś rano.
Pani Hudson wyprostowała się na krzesła, zdziwiona wyraźnie. Te słowa Sherlock adresował do niej, jego głos odbijał się bardzo wyraźnie przez rurę kanalizacyjną:
-Mogę wyczuć ciastka pani Hudson.- powiedział. –Ale niech nam pani da 5 minut, dla przyzwoitości, zanim pani przyniesie je tutaj?
Dziwny dźwięk dławienia się.
-O Boże Sherlock, sądzisz, że pani Hudson mogła…
15 minut później (dla bezpieczeństwa), gospodyni z tacą pełną herbatników, zapukała delikatnie do ich drzwi.
-Proszę wejść. -usłyszała Sherlocka, więc weszła. Jej chłopcy byli dzięki bogu na tyle przyzwoici, by siedzieć w piżamach, rozłożeni na kanapie. Kark Johna był jaskrawo różowy, a on sam siedział ze stopami na stoliku, położonymi między dwoma filiżankami herbaty; z książką w rękach i z głową Sherlocka na kolanach. Detektyw miał zamknięte oczy- bez wątpienia myślał, trzymając Johna za rękę, która tamten położył na jego klatce piersiowej.
John spojrzał w górę, trochę nieśmiało, ale z czymś takim w twarzy, co przypominało pani Hudson kota, który dobrał się do śmietanki.
-Herbatniki! Cudownie! zrobiła pani te czekoladowe?
-Oczywiście, słonko!- przeszła przez pokój i postawił tacę na stoliku. –I te zwykłe dla Sherlocka… Czy nie jest wam dziś przytulnie? Mieliście miły wieczór?
-Był całkiem... stymulujący. -Sherlock wyciągnął rękę i najpierw dotknął karku Johna, teraz jasnoczerwonego, a potem spojrzał na panią Hudson i jego uszy nagle zrobiły się różowe. -Ale tak, dziękuję, całkiem tu przytulnie dziś rano. -podniósł się i wybrał herbatnika z tacy. -Moglibyśmy nawet rozpalić w kominku- trochę chłodno tutaj, nie sądzisz?
Pani Hudson skrzyżowała ramiona na obfitym fioletowym biuście, spoglądając z zadowoleniem na jej młodych mężczyzn.
-Tak, ogień byłby cudowny, jestem pewna. To doskonały dzień, żeby zostać w domu i zwinąć się w kłębek. Niech wam herbatka wyjdzie na zdrowie. -chciała już wychodzić.
-Pani Hudson…-odwróciła się, Sherlock stał za nią; ależ szybko ruszał się ten dzieciak.
-Pani Hudson..-przekrzywił głowę, żeby wyszeptać jej do ucha:
-Dziękuję pani za wszystko.
Pocałował ją króciutko w policzek.
-Oczywiście kochanie. -odszepnęła w odpowiedzi. -Zawsze chętnie pomogę.
Kiedy schodziła na dół do swojego mieszkania, była usatysfakcjonowana, że 221B będzie wolny od sprzeczek. Przynajmniej dzisiaj.
