22Agusss: Dziękuję :) Ten inny genialny fik to jedno z moich absolutnie ukochanych opowiadań HP, i chociaż nie ściągnęłam jego polskiej nazwy (bo trudno byłoby inaczej przetłumaczyć dokładnie tę samą angielską frazę), to przeszło mi przez myśl, że dzięki podobnemu tytułowi być może zajrzą do mojego tłumaczenia fani Theowyn :D I dziękuję za wskazówki techniczne - interpunkcja nie jest na dłuższą metę moją mocną stroną ;)
Hakkarii: Tak, ta niekanoniczna cecha bardzo mnie tu w nim ujęła. Generalnie nie jestem fanką Harry'ego, ale myślę, że w tym fiku dość łatwo go polubić :)
Freja: Ja w pierwszym momencie też zastanawiałam się, dlaczego rozdział został tak zatytułowany, i myślę, że chodzi tu nie o wyzdrowienie fizyczne, ale psychiczne - Harry oprócz opowieści o snach podzielił się z Remusem olbrzymim ciężarem, jakim jest dla niego przepowiednia; jego ulga jest tak wielka, że można ją w pewnym sensie uznać za emocjonalne wyleczenie :) Severus większą rolę gra w sequelu, ale i tu rozwinie nieco skrzydełka - niestety nie od razu. Co do samej przepowiedni, to przyznaję się bez bicia, że kanon pamiętam średnio, ale myślę, że Zakon jako taki by o niej nie wiedział - ostatecznie słyszał ją tylko Dumbledore, który, jak wiemy, nie lubi dzielić się sekretami.
Zapraszam do lektury!
Powrót na Grimmauld Place
- Harry! Wstawaj, leniu, mama już przygotowała śniadanie!
Poduszka przeleciała przez pokój i wylądowała na twarzy Harry'ego z cichym pacnięciem; chłopiec otworzył jedno oko, odsunął poduszkę i zerknął wilkiem na stojącego w drzwiach Rona.
- Hermiona i Ginny już wstały.
Harry podniósł się i stanął obok łóżka.
- Kto jeszcze tu jest? - spytał próbując jednocześnie założyć dżinsy i rzucić w przyjaciela poduszką.
- Mama, tata, bliźniacy i Zakon. Niedługo zjawi się też Dumbledore...
- Na zebraniu, wiem.
Ron zmarszczył brwi.
- W głowie mi się nie mieści, że tobie wolno wziąć w nim udział, a nam nie. - jęknął łapiąc poduszkę i odrzucając ją na swoje łóżko. - Mamy prawo tam być; też chcemy walczyć!
Harry skrzywił się na te słowa; wiedział, że Ron tak powie. Remus miał rację – Harry nie byłby w stanie powstrzymać swojego najlepszego przyjaciela przed udziałem w tej wojnie, ale sama myśl o tym sprawiła, że poczuł ściskanie w dołku...
- Co jest, kumplu? Wyglądasz, jakbyś właśnie połknął muchę.
Harry uśmiechnął się.
- Nic mi nie jest; i tak opowiem ci wszystko, o czym będą dyskutować, więc nie musisz się martwić.
- No tak, ale chodzi o zasady! - nadąsał się Ron.
Harry umył się i ubrał do końca, po czym obaj chłopcy zeszli na dół na śniadanie.
Kwatera Główna była przez całą noc pełna ludzi; większość z nich została na miejscu, by wziąć udział w porannym zebraniu. Harry przybył na Grimmauld Place wczesnym rankiem i nie widział jeszcze ani nikogo z Weasley'ów, ani kogokolwiek innego. Po raz pierwszy był też niechętny spotkaniu z Arturem i Molly; wkrótce będzie przecież musiał poprowadzić ich synów do walki, a jeśli zginie którykolwiek z nich, Harry nie będzie w stanie sobie tego wybaczyć...
- Harry! Tu jesteś, kochaneczku!
Jak na zawołanie, Harry znalazł się w mocnym uścisku pani Weasley gdy tylko przekroczył próg kuchni; przez kilka minut narzekała na to, jak bardzo urósł i schudł, a następnie posadziła na krześle obok Ginny.
- Tak się cieszę, że jesteś tu z nami cały i zdrowy, Harry. - powiedziała kręcąc się po kuchni i rozkładając talerze za pomocą zaklęcia. - Przez jakiś czas porządnie się o ciebie martwiliśmy; nadal zresztą wyglądasz trochę blado.
- Właśnie, stary, co się wydarzyło po tym, jak wyszedłeś poszukać profesora Lupina? - spytał Ron z ustami wypchanymi bekonem. - Wiemy tylko, że w końcu wylądowałeś w Skrzydle Szpitalnym w Hogwarcie.
- Zaatakowałem głową pociąg. - wyjaśnił Harry pokazując dużą bliznę z tyłu głowy. Ron i Hermiona skrzywili się.
- To wygląda okropnie, Harry. - stwierdziła Hermiona, zanim zdołała się powstrzymać.
- I musiało naprawdę boleć. - dodała Ginny dotykając lekko palcami bliznę.
Harry wzruszył nonszalancko ramionami; zauważył, że po drugiej stronie stołu Remus uśmiecha się zawadiacko zza swojej gazety, i zarumienił się po uszy.
- Niespecjalnie, szczerze mówiąc; byłem zbyt skołowany, żeby cokolwiek czuć.
Tonks, siedząca obok Remusa, puściła do niego oko. Harry rzucił jej piorunujące spojrzenie; wciąż czuł palce Ginny na swojej potylicy.
- Dumbledore będzie tu o jedenastej. - powiedział Harry'emu Artur i podał mu przez stół tacę z bekonem, gdy zauważył, że talerz chłopca jest pusty. - Wtedy zaczniemy zebranie.
Harry spojrzał na stół i zaczął nakładać sobie jedzenie. Jedynymi obecnymi członkami Zakonu byli Remus, Tonks, Molly i Artur; nie było nikogo innego.
- Gdzie są pozostali? - spytał chłopiec odgryzając kawałek tosta.
- Na służbie. - odpowiedziała Tonks. - Niektórzy z nas nie mają tyle szczęścia, żeby spać do późna.
Czas wlókł się stanowczo zbyt wolno; Harry nie mógł się doczekać godziny jedenastej i rozpoczęcia zebrania. Chciał opowiedzieć Dumbledore'owi o swoich snach, a przede wszystkim dowiedzieć się, kto zginął w wyniku ataku na pociąg. Nie był do końca pewien dlaczego, ale skoro to przez niego stracili życie, czuł się w obowiązku znać przynajmniej ich tożsamość. Jego żołądek ścisnął się nieprzyjemnie; miał nadzieję, że na liście poległych nie będzie żadnego znajomego nazwiska.
W końcu Dumbledore i reszta Zakonu pojawili się i wszyscy zebrani usiedli przy kuchennym stole. Rona, Hermionę i Ginny wygoniono na górę. Ginny mrugnęła do Harry'ego w drodze do drzwi i przeciągnęła między palcami coś przypominającego sznurek. Chłopiec uśmiechnął się do niej, ale siadając między Remusem i Arturem poczuł się nagle niekomfortowo; czuł na sobie spojrzenia ludzi i kiedy dyrektor zajmował swoje miejsce, zrozumiał, że to właśnie on będzie głównym tematem tego zebrania. Drgnął niespokojnie na krześle.
- Voldemort po raz kolejny wyszedł z ukrycia. - zaczął Dumbledore poważnie. - Obawiam się, że atak na Ekspres Londyn-Hogwart jest pierwszym z wielu, które nastąpią w przyszłości, więc musimy się do nich przygotować. Lord Voldemort używa przede wszystkim strachu, by zmanipulować opinię publiczną; stara się przekonać ludzi, że moje wpływy słabną, a zamach na pociąg był pierwszym etapem mojego upadku. - zaczerpnął powietrza. - Rezultat jest taki, że wkrótce będę najprawdopodobniej zmuszony zrezygnować z posady dyrektora Hogwartu.
Dookoła stołu rozległy się okrzyki zdumienia i rozpaczy; Kingsley Shacklebolt uderzył pięścią w stół, a Szalonooki puścił taką wiązankę przekleństw, że Molly Weasley aż się skrzywiła.
- Albusie, jeśli opuścisz szkołę uczniowie znajdą się w wielkim niebezpieczeństwie! - powiedziała McGonagall; poparł ją chór głosów.
- Minerwo, w tym ataku zginęli studenci, chociaż wciąż kierowałem szkołą...
- Dobrze wiesz, że nie o to mi chodzi. - przerwała mu McGonagall ostro. - Kogokolwiek przyślą na twoje miejsce, będzie to najprawdopodobniej tyran na usługach Ministerstwa.
- Chcesz, żeby szkołą kierował ktoś taki, jak Umbridge? - spytał ze swojego kąta Dedalus Diggle.
- Zwłaszcza po tym, jak traktowała swoich uczniów? - dodała McGonagall kiwając głową.
Harry cichaczem zdjął dłoń ze stołu i położył ją na kolanie; słowa Nie będę opowiadać kłamstw wciąż były doskonale widoczne na jego skórze. Remus, zaciekawiony, obserwował go kątem oka.
- Tak czy inaczej - odezwał się po chwili ściągając na siebie uwagę zebranych. - musimy jakoś poradzić sobie z sytuacją, w której się znaleźliśmy. Albusie, z pewnością możesz umieścić w Hogwarcie członków Zakonu dla zwiększenia ochrony; Severus i Minerwa nie będą w stanie chronić wszystkich uczniów.
Dumbledore przytaknął i złożył dłonie w zamyśleniu.
- Właśnie dlatego postaram się, aby – kiedy nadejdzie czas – to Severus zajął moje miejsce jako dyrektor Hogwartu.
Harry uniósł gwałtownie głowę i spojrzał na Snape'a siedzącego nieopodal; jego dłonie zacisnęły się na poręczach krzesła, a żołądek skurczył się z gniewu. Nikt inny przy stole nie wydawał się jednak uważać tego za dziwny pomysł i Harry był chyba jedyną osobą, która zareagowała w ten sposób.
- No, chociaż tyle... - stwierdziła McGonagall, najwyraźniej zadowolona.
- Jaki atak planuje teraz Voldemort? - spytał Harry nie będąc w stanie dłużej się hamować; wokół stołu przebiegł zbiorowy dreszcz i chłopiec musiał się powstrzymać, by nie przewrócić oczami. - Gdzie on teraz jest? - to pytanie, niemal warknięcie, skierowane było do Snape'a.
- Nie wiemy. - przyznał Lupin. - Tak jak powiedział Albus, atak na pociąg miał po prostu sprawić, by ludzie stracili do niego zaufanie. Kolejnym etapem będzie prawdopodobnie próba przejęcia kontroli nad Hogwartem, ale z profesorem Snape'em jako dyrektorem to zagrożenie znacznie się zmniejszy.
Harry miał ochotę wywrzeszczeć na całe gardło, że Snape nie jest tak godny zaufania, jak wszyscy myślą; ostatecznie wciąż służył Voldemortowi!
- A co będzie, kiedy Voldemort odkryje, że on jest szpiegiem? - spytał rozzłoszczony. - Skąd wiecie, że już się nie zorientował? Co się stanie, jeśli Snape zginie będąc dyrektorem?
Remus spojrzał na niego ostrzegawczo. Harry spróbował opanować ogarniający go coraz bardziej gniew; wiedział, że posunął się za daleko.
- Przepraszam. - powiedział niepewnie. - Ale rozumiecie chyba, o co mi chodzi?
- Voldemort nie wie, że Severus pracuje dla Zakonu. - powiedział Dumbledore spokojnie. - Został wezwany dziś wczesnym rankiem.
- I czego się dowiedział?
Tym razem głos zabrała Molly Weasley. Artur spojrzał na nią z lekkim zdziwieniem, ale natychmiast skierował uwagę na Snape'a; nawet dyrektor wyglądał na zainteresowanego.
- Właśnie, Severusie, nie podzieliłeś się jeszcze informacjami na temat dzisiejszego spotkania. Czy byłbyś tak uprzejmy...?
Harry nie mógł oprzeć się wrażeniu, że coś jest nie tak, gdy Snape wstał, by zabrać głos; jego zwyczajowy grymas zastąpiła maska kompletnej obojętności – wyglądał tak, jakby zupełnie go nie obchodziło to, co zamierzał przekazać, ale w jego czarnych oczach było coś, co wytrącało Harry'ego z równowagi... bardziej, niż zazwyczaj.
- Czarny Pan nie zdradził żadnych szczegółów dotyczących kolejnych ataków. Ma on jednak nowe plany względem pana Pottera. - skierował spojrzenie na Harry'ego.
Chłopiec zakrył dłońmi oczy. Spodziewał się tego; wiedział, że Voldemort nie puści mu płazem wydarzeń w Ministerstwie.
- Jakie to plany, Severusie? - spytał Lupin ostro. Snape uniósł lekko brwi.
- Trudno powiedzieć. - odpowiedział uprzejmie. - Nie radziłbym jednak panu, panie Potter, ufać jakimkolwiek snom lub innym obrazom, które może pan ujrzeć w swojej głowie. Cokolwiek planuje Czarny Pan, można założyć, że będzie próbował na ciebie wpłynąć w ten sam sposób, którego użył w Ministerstwie... - urwał niezręcznie unikając czyjegokolwiek spojrzenia. - Wydaje się także niezwykle zainteresowany stanem twojego zdrowia po niedawnym wypadku.
Dumbledore skinął głową Snape'owi.
- Czy Voldemort zdaje sobie sprawę ze skali obrażeń Harry'ego? - spytał wymieniając z Mistrzem Eliksirów dość tajemnicze, zdaniem Harry'ego, spojrzenie. Chłopiec ścisnął z całej siły poręcze krzesła; blizna Umbridge na jego dłoni ukazała się w pełni. Czy znów coś przed nim ukrywano? Czy Dumbledore nie zdawał sobie sprawy, że właśnie takie zachowanie doprowadziło do śmierci Syriusza?
- Wie, że Potter doznał wstrząsu z powodu urazu głowy.
Dyrektore kiwnął głową, ale nie powiedział nic więcej; resztę zebrania spędził wpatrując się nieobecnym wzrokiem w swoje ręce złożone na kolanach. Członkowie Zakonu kilka następnych godzin dyskutowali na temat miejsc, które Voldemort mógł z dużym prawdopodobieństwem zaatakować, uzgadniali plany treningów i strategie bitewne. Dzień chylił się już ku końcowi, gdy zebranie się skończyło. Harry uznał, że Zakon nie jest ani o krok bliżej pokonania Voldemorta, niż był przed spotkaniem. Remus musiał zauważyć jego minę, bo zatrzymał Harry'ego w kuchni po tym, jak pozostali członkowie Zakonu opuścili Kwaterę Główną.
- Robimy, co możemy, Harry.
- Wiem. - odparł chłopiec szybko. - I wiem, że nie możemy tak po prostu ruszyć do walki, ale sądziłem, że to wszystko będzie się działo szybciej.
- Profesor Dumbledore gra na czas. - powiedział mu Lupin. - Musimy mieć pewność, że kiedy nadejdzie właściwa pora, będziemy tak przygotowani, jak to możliwe; a póki co trzeba czekać na odpowiedni moment.
Harry był pewien, że śni; czuł się dziwnie swobodnie, spokojnie i komfortowo rozglądając się dookoła w ciemnym pokoju z różdżką w ręce. Wyszeptał coś – zaklęcie, którego nie znał, i w jego dłoni pojawiła się kula błękitnych płomieni. Oświetlił nią biurko, które właśnie przeglądał, i – raz po raz spoglądając za siebie nerwowo – kontynuował pospiesznie przerzucanie rolek pergaminu; szukał czegoś. W końcu, poddając się, zaklął siarczyście i odwrócił się. W pokoju panował kompletny bałagan; Harry współczuł temu, kto będzie go musiał posprzątać. Na dywanie poniewierały się kawałki pergaminu, szuflady powyciągano z szafek, a pościel przerzucono przez oparcie fotela stojącego w rogu. Kopnął jedną z szuflad, która z łoskotem rozpadła się na kawałki, i z radosnym uśmiechem na ustach ruszył w stronę drzwi.
- Harry?
Harry miał wrażenie, że do jego czoła przyłożono rozpalony do czerwoności pogrzebacz; gorąco było tak nieznośne, że bał się, że jego głowa wybuchnie. Wrzasnął i przycisnął dłonią bliznę; cały drżał, nie był w stanie myśleć ani nawet oddychać.
Mocna ręka popchnęła jego pierś; Harry otworzył oczy i szarpnął się do przodu, prawie zderzając się czołem z Remusem; mężczyzna schylił się, by spojrzeć mu w oczy, i złapał go za ramiona.
- Oddychaj głęboko, Harry... nie, nie wstawaj, skup się tylko na oddychaniu.
Minęło kilka minut. Harry próbował uspokoić swój rozdygotany oddech i drżące ręce. W końcu spróbował otworzyć oczy; ból w jego bliźnie zelżał, podobnie jak uścisk w piersi. Spojrzał w górę i zauważył, że Remus wciąż nie puścił jego ramion; chłopiec był mu za to wdzięczny.
- Już w porządku?
Harry przytaknął. Pokój, w którym przebywał, był pusty, a światła wyłączone... to nie była jego sypialnia. Spróbował się podnieść, choć ręce się pod nim uginały.
- Ja... ja... gdzie ja jestem?
- W sypialni Syriusza. - powiedział Remus spiętym głosem.
- Jak...?
- Znalazłem cię tutaj. Cały pokój był wywrócony do góry nogami.
- To jeden z nich. - sapnął Harry przewracając się na plecy i znów zamykając oczy; poczuł przez powieki światło, które rozbłysnęło w ciemnym pokoju. - Moich snów. To mi się przyśniło, ale nie było snem – wydarzyło się naprawdę. To ja to zrobiłem...
- Harry, otwórz oczy. Musisz wstać. - powiedział Remus.
- Co się dzieje? - mruknął Harry, gdy Remus podniósł go do góry; chłopiec oparł się o niego ciężko. - Co się ze mną dzieje? Nie mogę tego zrozumieć.
- Porozmawiamy z dyrektorem. - postanowił Remus. - Nie martw się Harry, dowiemy się, o co w tym wszystkim chodzi.
