Rozdział 5: „Bądź moim przyjacielem, przytrzymaj mnie…"

- Powiedz mi przynajmniej, jak masz na imię! – krzyczę za nim, a on odwraca się ostatni raz w moją stronę, uśmiechając się delikatnie.

- Harry. Mam na imię Harry…

Poznałem go kilka dni temu, a jego imię wciąż brzmiało jak nowe - Harry. Chłopak o szmaragdowych oczach, w których dostrzegłem cień niepewności i niepokoju. Ale biła też z nich ufność, której nie chciał zawieść. Dlatego mu pomógł. Widział w jego oczach coś, co go pchnęło do pomocy. Nie umiał się powstrzymać przed uderzeniem tamtego chłopaka, gdy zobaczył przestraszonego Harry'ego, niemalże przypartego do muru. Mogłem być osobą publiczną, Liamem Paynem, ale dookoła nie było praktycznie nikogo, a paparazzi raczej dali sobie spokój ze śledzeniem mnie. Od kilku dni fotoreporterzy nie dawali znaku życia, co było mi na rękę, gdyż przez ostatni rok nasza kariera nabrała niesamowitego tempa. Niektórzy wciąż nas nie poznawali, ale mnie to cieszyło, ponieważ choć częściowo mogłem wtedy wtopić się w tłum.

Byliśmy dopiero w trakcie nagrywania pierwszego singla na drugą płytę i czuliśmy, że czegoś nam brakuje. A może kogoś? Brakowało nam tego jednego głosu, który by dopełniał harmonię. Przy poprzedniej płycie nie mieliśmy takiego odczucia. Wszystko było idealne, a my byliśmy zgrani, ale ostatnio oddaliliśmy się od siebie. Przestaliśmy zwracać dostateczną uwagę na resztę, bo chcieliśmy zbytnio skupić się na własnych problemach zamiast na potrzebach ogółu. Tego dnia to sobie uświadomiłem. Pomogłem pewnemu dzieciakowi na ulicy, którego nawet nie znałem i dotarło do mnie, że to jest ważniejsze. Mogliśmy coś zmienić dzięki naszej muzyce, ale nie byliśmy tego świadomi. Może to poniekąd moja wina. To ja starałem się im przewodzić, mimo iż to Lou był najstarszy, ale na początku czułem pewną odpowiedzialność. Niestety od paru tygodni moje nastawienie zmieniło się. Zacząłem łaknąć każdej chwili normalności. Potrzebowałem odskoczni, ale tak naprawdę to chyba chciałem znaleźć kogoś dla siebie. Osobę, która nie będzie mnie lubiła tylko ze względu na popularność i kasę, której nie było wcale tak dużo. Chciałem być normalnym chłopakiem, spełniającym swoje marzenie. I przez naciskającego menadżera występowanie przestało sprawiać mi przyjemność. Teraz to była bardziej moja praca i nie podobało mi się to. Mógłbym się założyć, że reszta też chowała urazę, ale posłusznie wykonywali polecenia. Ja tak nie umiałem. Zacząłem śpiewać, bo to kochałem, a jedna osoba to niszczyła.

Usiadłem w wielkim fotelu, który stał w rogu mojego pokoju hotelowego. Obok znajdował się stolik na kawę, którego praktycznie nie używałem, ponieważ rzadko tu bywałem. Drzwi od pokoju otwierałem późnym wieczorem, tylko po to by się wyspać, a opuszczałem go zaraz po przebudzeniu się. Przymknąłem zmęczone oczy i zacisnąłem dwa palce u nasady nosa. Jedyne co chciałem zrobić w tamtym momencie to zasnąć. I spać. Tylko tyle. Miałem już dość „Wielkiego Pana Payne'a", który pojawiał się za każdym razem, gdy otaczali nas fotoreporterzy czy fani. Sam nie wiem, jaki jestem, ale na pewno to co o mnie mówią, nie jest prawdą. Z początku starałem się być jak najprawdziwszy, jednak z czasem to się zmieniło. Zacząłem udawać i nie umiem skończyć. Każda wolna chwila jest odskocznią od sławy, która mnie męczy.

Zbyt szybko wszystko nam przyszło…

Wziąłem głęboki oddech, odwracając głowę w stronę pustej ściany. Wypuściłem powietrze ze świstem i pomyślałem, że może – ale tylko być może – niedługo o nas zapomną. Choć wcale tego nie chciałem. Potrzebowałem po prostu wytchnienia i rozmowy z kimś innym niż tymi trzema świrami. Kochałem ich jak rodzonych braci z innej matki, ale po dwóch latach przebywania praktycznie tylko z nimi zacząłem czuć znużenie. Potrzebowałem czegoś innego, świeżego i nieoszlifowanego – jak ten chłopak. Harry. Pomogłem mu, ponieważ poczułem coś, czego nie znałem do tej pory, gdy tylko go ujrzałem.

Wziąłem do ręki telefon. Poruszałem palcami tuż nad klawiaturą, po czym ścisnąłem je w pięść, zastanawiając się czy powinienem. Zamrugałem kilka razy, po czym wziąłem kolejny głęboki oddech. Przygryzłem dolną wargę, starając się nie myśleć i po prostu wykręciłem numer, który znałem już na pamięć. Kiedy chciałem odetchnąć od wszystkiego albo miałem zbyt wielki natłok myśli oraz emocji, dzwoniłem do niej. Mogła uważać, że ją wykorzystuję, ale i tak miała czas, żeby mnie wysłuchać. Może tak było. Nie zaprzeczę, że ostatnio staje się to coraz częstsze – dzwonienie do niej, by odetchnąć powietrzem, które mi zabrano w momencie, gdy trafiłem do jednej grupy z resztą.

Trzy sygnały.

Tyle czekałem. Nigdy nie trwa to więcej. Jeśli ktoś nie odbierze to oddzwoni. Trzy sygnały to przecież wystarczająco, prawda? Kiedy nie odebrała, rozłączyłem się zanim usłyszałem czwarte piknięcie w słuchawce. Ułożyłem usta w dziubek i zmarszczyłem brwi. Spuściłem wrok na swoje dłonie, otwierając usta, by przekląć – nagle zrobiło mi się jakoś dziwnie smutno – ale przeszkodziło mi pukanie do drzwi.

- Czego? – krzyknąłem, lekko podenerwowany.

Ta kariera źle na mnie działa i wiedziałem to, a gdy w dodatku nic nie szło po mojej myśli, denerwowałem się jeszcze bardziej. Taki już byłem. Dusiłem w sobie negatywne emocje, a potem nagle one wybuchały w jednym momencie, jeśli nie umiałem skupić na nich swoich myśli. Nie docierało to do mediów, ale odbijało się na zespole. Widziałem to i nie umiałem temu zapobiec. A może nie chciałem. Tak po prostu. Byłem zbyt leniwy. Ja chyba potrzebowałem kogoś, dla kogo chciałbym to zrobić. Wrócić do tego, co było kiedyś.

- Spokojnie, człowieku – powiedział zmęczony Louis, który wszedł przez drzwi w swoich spodniach od piżamy i bosych stopach.

„Jak zwykle", pomyślałem. „Co za dzieciak".

Ale nie wiedzieć czemu uśmiechnąłem się delikatnie pod nosem. Przy Lou nie dało się długo być złym czy zdenerwowanym. Jego radosne podejście do życia poprawiało wszystkim humor. Choćby i na chwilę.

- Nie mów, że Zayn i Niall idą sobie, a ty nie masz co robić – przerwałem mu, gdy otwierał usta, by coś powiedzieć.

- Nie, nie, nie – zaprzeczył, kręcąc energicznie głową. Całe zmęczenie zniknęło z jego zielono-niebieskich oczu. – Przyszedłem, bo to ty jesteś tym, który rozwiązuje konflikty.

Chyba raczej prowokuje i stara się to naprawić…

- Nasze gołąbeczki się pokłóciły – wyjaśnił, kiedy spojrzałem na niego pytająco. – Nialler brzdąka na gitarze i nawet nie wyszedł z pokoju na kolacje. To jest do niego niepodobne!

- Uspokój się, tommo. – Wywróciłem oczami, po czym dźwignąłem się z fotela i rzuciłem gdzieś komórkę. – Chcesz, żebym z nim porozmawiał, tak?

Szatyn pokiwał głową, na nowo robiąc się śpiący. Było już późno, więc mu się nie dziwiłem. Spędziliśmy ten dzień w studiu, jak zwykle. Nic nowego nie nagraliśmy. Po prostu nam nie wychodziło. Menadżer zarezerwował nam pokoje niedaleko tego miejsca, żebyśmy mieli bliżej następnego dnia. Niedługa przerwa, którą mieliśmy niedawno skończyła się i wcale nie czułem się wypoczęty. Zresztą tak jak i pozostali. Wszyscy byliśmy zmęczeni i rozdrażnieni, więc myślałem, że to dlatego, ale żeby Niall opuścił jakikolwiek posiłek w ciągu dnia…

-To dziwne – mruknąłem do siebie kilka chwil później, gdy stałem pod drzwiami blondyna i wsłuchiwałem się w melodię, którą grał na swojej gitarze. – Nie znam tego.

{breathe me}

Gitara.

Żartobliwie mówię o niej „moja dziewczyna". Mam ją praktycznie odkąd pamiętam. Ojciec kupił mi ją, gdy rozwodził się z mamą. Nie traktowałem nigdy jej jako prezentu na pocieszenie. Ona po prostu była, gdy kogoś potrzebowałem. Nie mogłem do niej mówić, ani ona do mnie, ale kiedy na niej grałem, czułem się, jakbym odbywał najważniejszą rozmowę swojego życia. Każdy dźwięk, nawet jeśli nie był czysty, wydawała niemal pieszczotliwie przy najmniejszym dotknięciu przeze mnie strun. Z początku cicho i niepewnie, a potem jakby szykowała się burza. Tak pięknie, czysto, niewinnie. Z każdym dźwiękiem moje myśli ulatywały, a zmartwienia odchodziły. Była tylko ta melodia. Ta sama, która przypominała mi o nim – przecież nucił ją od niedawna całymi dniami. Jak mogłaby mi się nie kojarzyć.

Ułożyłem palce na gryfie, a drugą ręką przejechałem po strunach. Zmarszczyłem brwi, po czym zagrałem kilka przypadkowych chwytów, aż trafiłem na ten właściwy. Po chwili zabrzmiał ponownie i uśmiechnąłem się do siebie. To było to. Ta melodia. Wziąłem w rękę długopis, nachylając się do kartki by to zapisać, ale usłyszałem pukanie do drzwi.

- Proszę – powiedziałem na tyle głośno, by osoba po drugiej stronie drzwi nie usłyszała. –Kto tam?

- To tylko ja…

Drzwi otworzyły się nieznacznie, a blade światło z korytarza wpadło do pokoju. Długi cień pojawił się na podłodze, gdy Liam stanął w progu z założonymi rękoma na piersi. Pokręcił głową, robiąc krok do przodu i zamknął drzwi za sobą, po czym zapalił światło. W pomieszczeniu zrobiło się ciemno, a po chwili tak jasno, że musiałem przymknąć na moment oczy. Odłożyłem gitarę na ziemię i podniosłem się z miejsca, by dorównać przyjacielowi. Byłem od niego tylko kilka centymetrów niższy, więc mogłem mu spokojnie patrzeć w oczy.

- Co się stało? – spytałem podejrzliwie, przechylając głowę nieznacznie na bok. – Liam…

- Ty mi powiedz – oznajmił wyzywająco. Mierzyliśmy się chwile wzrokiem, ale ciemny blondyn zrezygnował i tylko westchnął, siadając na łóżku. – Oszczędźmy sobie pogadanki, dobrze? Po prostu powiedz co się stało i coś się na to zaradzi.

Zamrugałem kilka razy. Nie mogłem mu powiedzieć. Te fantazje o Zaynie stawały się coraz częstsze i czułem się przez to skrępowany w jego obecności. Nie umiałem już nawet patrzeć na niego tak jak kiedyś. Dzień, w którym się dowie, a może raczej wszyscy inni to zauważą, zbliżał się nieubłaganie. Ale lepiej późno niż wcześniej. Chciałem, jak najdłużej móc cieszyć się z tej przyjaźni i możliwości przynależenia do zespołu. Gdzieś w podświadomości wiedziałem, że kiedy wyda się, iż zadurzyłem się w Zaynie, mogłem tylko odejść z One Direction. Nikt nie chce geja w zespole. A już na pewno nie takiego, który się kocha w jednym z jego członków.

- Nie rozumiem – powiedziałem niepewnie i powoli. – Nic się nie stało, Liam. Czemu tak uważasz?

- Niall – zaczął miękko, przecierając zmęczone oczy – Louis powiedział mi, że nie zjadłeś kolacji. Coś się wydarzyło, kiedy mieszkałeś u Zayna, jak nas nie było? A może po przyjeździe do hotelu wy…

- Czy ty coś insynuujesz? – Przerwałem mu. Zmarszczyłem brwi, a następnie uczyniłem kilka kroków, by zmniejszyć dzielącą nas odległość. – Nie do końca rozumiem. Cały czas narzekacie, że za dużo jem, a gdy opuszczę jeden posiłek, od razu musiało się coś stać!

Prychnąłem, wywracając oczami. Splotłem swoje dłonie za głową, po czym odchyliłem ją do tyłu i spojrzałem w sufit. Wziąłem głęboki oddech, starając się uspokoić i wymyślić jakąś dobrą wymówkę. Przecież nie było mowy, żeby mi uwierzył.

- Pokłóciliście się? - spytał znienacka. – Wy zawsze tak dobrze się dogadywaliście.

- Nic się nie stało. Naprawdę. Po prostu nie miałem ochoty – westchnąłem.

Liam pokręcił głową i wstał po chwili. Zbliżył się, by położyć mi dłoń na ramieniu. Poklepał je, po czym uśmiechnął się delikatnie, jakby na pocieszenie. Czyżby wiedział? Jeśli tak, to czemu nic nie powiedział.

- Wiesz, gdzie mnie znaleźć, jeśli jednak chciałbyś pogadać.

Już otwierałem usta, by coś powiedzieć, ale jego kroki potoczyły się echem po pomieszczeniu i wyszedł po chwili. Wtedy przymknąłem oczy.

Po prostu potrzebuję przyjaciela, który mnie przytrzyma i wesprze.

Nie mogłem tego otrzymać, ponieważ nikt nie mógł wiedzieć. Zwłaszcza ten niesamowicie powalający mulat, który zawrócił mi w głowie oraz zasiał zamęt w sercu i nie zanosiło się na to, by miał je opuścić w najbliższym czasie.

Opadłem na łóżko. Warknąłem w poduszkę, a ręce bezwiednie opadały na pościel po obu stronach mojego tułowia. Mruknąłem coś i poczułem się strasznie śpiący. Powieki stały się ciężkie – tak nagle. Odwróciłem głowę i z jednym okiem otwartym spojrzałem na zegarek, który wskazywał już późną godzinę. Wtuliłem się w poduszkę, złakniony czyjegoś ciepła. Jego ciepła. Chciałem, by mnie nakrył i schował się razem ze mną pod pierzyną uczuć, ale on siedział na balkonie sąsiedniego pokoju, paląc. Robił to już od jakiegoś czasu. Może minęła godzina? Ile wypalił? Jednego papierosa, góra trzy. Tyle razy mu mówiłem, że to niezdrowe, ale dla niego było to odprężeniem. Palił tylko wtedy, gdy czymś się stresował, ale ja nie miałem pojęcia, co to takiego było. Chciałem, by wyjawił mi wszystkie swoje sekrety i zaakceptował moje dziwactwa. Przytulił. Albo chociaż dotknął przez chwilę, bo właśnie tego potrzebowałem najbardziej. Ale to było złe. Nie mogłem wyjawić przyjacielowi, który jest zapewne hetero, swoich fantazji. A te potrzeby były tylko niewielką częścią. Moje wyobrażenia sięgały o wiele dalej i były bardziej nie na miejscu niż to konieczne.

Jak to się stało, że się zakochałem?

Za co go kochałem?

Jak długo?

Chciałbym to wiedzieć. To przyszło tak nagle – jak sztorm. Z początku niebo jest czyste, ale kiedy pojawiają się chmury, ignorujemy je. Jednak tylko z początku. Gdy pogoda się pogarsza, chowamy się, podczas gdy na zewnątrz panuje burza. W przypadku zakochania jest odwrotnie. Wszystkie walki toczą się w środku, a my nie umiemy ich ukazać. Przynajmniej ja nie potrafiłem. To wszystko było zbyt skomplikowane.

Jak mogłem bez niego oddychać? Teraz on oddycha mną, zabierając mi powietrze i uzależniając mnie od siebie ze zdwojoną siłą.

- Niall, jakiś ty głupi – mruknąłem, przewracając się na plecy i zakrywając twarz poduszką. – Idiota…

Rozdział nie jest najdłuższy (ma 2105 słów), ale jest całkiem dobry. Nie wyszedł do końca tak, jak chciałam, ale ważne, że jest. Niedługo sytuacja z Ziallem się rozkręci, więc bądźcie cierpliwi^^ Wcześniej jednak trochę namieszam, ale to tylko będzie przejściowe…

Przepraszam, że dodaję go tak późno, ale miałam drobne problemy, w które nie będę wnikać. Ale wczoraj dostałam taki uroczy „komentarz" – jeśli mogę to tak nazwać- na gg. I muszę podziękować tej osobie, bo to właśnie dla niej się zebrałam w sobie i skończyłam. Nigdy nie spotkałam się z tak miłymi słowami na temat tego, co piszę. Naprawdę podniosło mnie to na duchu, więc dziękuję : )

PS nie sprawdzałam rozdziału, bo po prostu padam, więc za wszelkiego rodzaju błędy, przepraszam .x

Skomentuj…