Jenny lubiła sporty, zwłaszcza te, gdzie nie było brutalnych zagrań jakie miały miejsca w piłce granej przez Jacka, a napięcie trzymało do ostatniego gwizdka sędziego. Piłkę nożną rozumiała tak jak krykieta, choć bardziej jej się podobał.
Idąc na mecz Jack próbował wyjaśnić jej zasady gry, ale nic nie pomogło, nadal nie pojmowała czemu piłka miała taki dziwny kształt, dlaczego ją kopali i nie mogli jej chwytać w dłonie, nie licząc bramkarzy i to tylko w pewnym obrębie pola na boisku.
Obecność Mer wszystkich niepokoiła. Eric nalegał, aby przyszła. Byli przeciwni, nadal nie mogłi wybaczyć jej tego co zrobiła, sprawa nadal nie była zakończona w ich uznaniu. Nie byli pewni jak dalej się zachowa i nie chcieli za bardzo poznać. Pozwolili im robić co chcą nie mieszając się do tego w żaden sposób, co trochę denerwowało Angel.
Na boisku miejskim zebrała się spora grupa kibiców obu drużyn, co prawda trybuny nie były przepełnione, to wolnych miejsc trudno było szukać. Przychodzili rodzice z dziećmi, aby spokojnie spędzić popołudnie i zaszczepić zainteresowanie do sportu.
Co prawda piłka nożna była pewnego typu nowością w North Rock, ale zdobywała przebojem nowych zwolenników. Najlepszym przykładem mógł być fakt, że co raz więcej osób przybywa na mecze drużyn szkolnych, a następnie w rozgrywkach stanowych, które miały odbyć się tylko jeden raz. Obecnie były już stałym punktem każdego sezonu sportowego.
Siedli tak w środku chcieli mieć dobry widok i trafili tak, że pod nimi była ławka Wikingów. Z tego miejsca mieli również dobry widok na rozwalonego na ławce rezerwowych jak króla Brossa. Komentował jakąś sprawę z jednym z kolegów, który miał grać w wyjściowej jedenastce.
Wśród krzyków z trybun usłyszał swoje imię, odwrócił się do tyłu i dostrzegł cała piątkę. Podniósł się z ławki i nie zważając na rozpoczynający się mecz. Wolnym krokiem podszedł do nich, przywitał się wpierw z Jackiem i Nickiem mocno ściskając podane przez nich dłonie, lekko kiwnął głową w kierunku Jenny, która była w kiepskim nastroju. Do Angel powiedział po prostu „cześć". Usiadł obok Margo delikatnie dotykając jej udo, co umknęło wzrokowi reszty, ale dziewczyna poczuła doskonale jego dłoń. Szepnął dwa słowa do jej ucha, które wywołały słaby uśmiech na jej twarzy i pocałunek.
Jenny nie miała pojęcia dlaczego, ale obudziło to w niej wielką furie. Nadal nie pojmowała co się działo między nimi, a oni nie mieli zamiaru niczego zdradzić tak na dobrą metę.
Fajnie, że przyszliście, zobaczymy jak się gra w piłkę.
Obyś czasem się nie przeliczył. powiedziała Jenny. Tanio nie mamy zamiaru sprzedać wam skóry. Nie liczcie na łatwe zwycięstwo.
To się cieszę. Może się nawet spocę.
Nie popuścił jej, mała awantura między nimi zawisła w powietrzu. Atmosfera robiła się bardziej napięta, niż na boisku, co nie musiało oznaczać nic dobrego.
Czemu nie grasz? spytał go Nick
Trener sprawdza narybek. A ja sobie z trybun obejrzę rozwałkę Panter. Dobry artykuł, Jenny.
Nie podlizuj się, nic ci to nie pomoże. Interesuje mnie inna sprawa, agent Trinity. Nie wiem nic o tego typu agentach. Ten facet powoli zaczyna mnie prześladować, nie mogę przestać uważać, że gdzieś jest w pobliżu i mnie obserwuje.
Czyżby Jack miał konkurenta? spytał z ironią Nick. Uważaj stary takiemu nie dasz szans, to nie Eric….
Nim ktokolwiek zdoła zareagować wielka pięść uderzyła go w żebra, na tyle mocno, aby jęknął i zamknął niewyparzoną gębę. Kiedy wściekł się odwrócił natrafił na ciężkie spojrzenie Brossa, jeśli nawet chciał coś powiedzieć, to zamilkł. Nigdy nie spotkał się z czymś takim widząc w jego dziką furie w oczy. Przestraszył się i to całkiem poważnie.
Nikt nie nauczył ciebie kiedy masz trzymać ryja zamkniętego na kłódkę? warknął wściekle na niego Eric. Harper nie rzuci Russella, gdyż go za bardzo…, wiecie sami. A ten agent zapewne ma jakąś miłą i kochającą żonę i dwójkę dzieci, które po kilku tygodniowej nie obecności radują się z powrotu ojca. Mały domek na przedmieściach jakiegoś miasta. Przykładny mżą i ojciec.
Zapadła wśród nich grobowa cisza, wszyscy spoglądali na niego. Wyglądał na osobę, która jak zwykle wiedziała więcej, niż mówiła naprawdę. Mogli zgadywać, ale to było mało prawdopodobne, że trafią na źródło tak doskonałej wiedzy kolegi. Nigdy nie mówił zbyt wiele, co wydawało się zawsze podejrzane. A Harper nie lubiła jakichkolwiek tajemnic w pobliżu jej osoby.
A ty skąd to wiesz? Jak zwykle coś wiesz, ale nie chcesz powiedzieć!
Nie odpowiedział, tylko zlustrował sytuacje jaka panowała na boisku. Zaklął pod nosem, co nie umknęło uwadze jego przyjaciołom. Nie podobało mu się to co zobaczył. Gra jego kolegów nie przypadła mu do gustu, pozwolili, aby przeciwnik narzucił swoje warunki. Cofnęli się do obrony. Taka sytuacja nic dobrego nie wróżyła, a dopiero była to połowa pierwszej odsłony meczu. Wikingowie zostali zmuszeni do cofnięcia się na swoją połowę, gdzie mogli tylko przerywać z wielkim trudem akcje Panter, które grały jak nigdy przedtem. Dokładne podania i szybkość gry zadowoliły nawet sceptycznego dyrektora co do możliwości jego uczniów w tej dyscyplinie sportowej.
Ostrzegałem ich! syknął wściekły pod nosem. Ten kretyn zaraz tam padnie i gówno zdziała! Czy on potrafi myśleć czymś innym jak tym co między nogami?!
Miał na myśli grę kapitana drużyny, który nieudolnie próbował uporządkować chaotyczną grę kolegów. Jak tak dalej pójdzie będzie jeden do zera, ale dla Panter i tyle będzie z obiecanej masakry. Nie chciał wyjść na głupca przed nimi i tak głupio przegrać mecz z Panterami, które wygrają tylko dlatego, że kapitan Wikingów był zbyt pewny siebie i zlekceważył przeciwnika.
Nie przejmował się obecnością przyjaciół i na gorąco komentował mecz, część jego słów nie była zbyt miła dla ucha, zwłaszcza kolegów z drużyny, których gra w żaden sposób nie zadawalała go. Nie mógł patrzeć jak robią pomyłki iście amatorskie, a przecież mieli przegrane wszelkie warianty gry i bez trudu powinni wyjść z obecnych problemów i zaatakować skutecznie.
Podobnie jak trenera, który nerwowo chodził przy ławce rezerwowych spoglądając co chwile na nią, zastanawiał się jakich dokładnie zmian dokonać. Czy wpuścić pewniaków teraz, czy poczekać do drugiej połowy? Każdy oczekiwał jego decyzji, gdyż taka sytuacja nie mogła przynieść niczego pewnego. Jeszcze jedno głupie zagranie, które w porę nie zostanie naprawione przez jednego z kolegów, a zaczną przegrywać. Nie tak sobie widział te spotkanie, myślał, że nie dadzą się, aż tak zaskoczyć nowym nabytkom Panter.
Brakowało mu jednego ze swoich podopiecznych na ławce, asa, na którego zawsze mógł liczyć, gdy sytuacja była naprawdę zła. Poirytowany rozejrzał się dookoła poszukując go, nie mówił, że gdzieś idzie, nawet nie zauważył momentu, gdy zniknął z ławki. Dostrzegł go na trybunach dla kibiców, gdzie w towarzystwie przyjaciół oglądał mecz. Jak go dobrze znał klął nieziemsko na ich grę. Nie dziwił się mu, dawno już nie partaczyli tak gry. Jeśli go to denerwowało, to miał nadzieje, że zmieni sytuacje na boisku. Podjął decyzje, że czas na zaprowadzenie paru zmian.
Malik, Nick! Rozgrzewać się! Niech ktoś ściągnie na dół mi tego kretyna!
Dwójka zawodników posłusznie podniosło się z ławki i zaczęli biegać przy bocznej linii, co nie uszło uwadze przeciwnikowi, a jeszcze bardziej kolegom, którzy grali na boisku. Był to jasny pokaz, co trener myślał na temat ich grze. Miało dojść do zmiany. Jeden z nowicjuszy pobiegł do Erica z wiadomością od trenera, który prosił go, aby ten zaszczycił go swoją obecności obok dwójki rozgrzewających się kolegów. Do końca połowy został jakiś kwadrans gry.
Do zmiany nie doszło w pierwszej połowie, co nie oznaczało, że nie dojdzie do niej w drugiej części meczu. Trener zabrał swoich podopiecznych na krótką pogawędkę do szatni. Miał im sporo do powiedzenia na temat ich nieudolnej gry. Nie żałował im słów krytyki, każdemu się dostało bez wyjątku. Nie miał zamiaru ich pocieszać, że w drugiej połowie będzie lepiej, zapewnił ich tylko, że następnego treningu nie przeżyją, a zwłaszcza ci, który ufał, a go zawiedli. Jednak kogoś pominął w trakcie tego oper.
Zabrakło na niej czwórki Wikingów, którzy postanowili pokopać sobie piłkę na boisku. Wśród nich był Eric i Malik. Chcieli wykorzystać nadążającą się przerwę w grze, aby przygotować się na zabójczą drugą połowę.
Eric dokładnie wiedział co miał do powiedzenia trener, jakich słów użyje, aby im to przekazać. Domyślał się, że po następny treningu część będzie prosiła o szybką i bezbolesną śmierć z czyjejkolwiek ręki, lub podpisze prośbę o wypisanie go ze sekcji sportowej. Niektórym trener powie to osobiście.
Druga połowa zaczęła się od tego, czego każdy się spodziewał, czyli od zmian jakie miały zajść na boisku. Wprowadził jak na razie dwójkę swoich pewniaków, a zdjął dwóch doświadczonych graczy w tym kapitana drużyny, co bardzo zaszokowało wszystkich, a najbardziej samego gracza. Był pewien, że nie zejdzie z boiska, był jednym z najstarszych zawodników i najbardziej doświadczonym. A jednak został zmieniony przez Brossa, który nie mógł go strawić i zawsze musiał udowodnić, że nie miał racji.
Opaskę przekazał Malikowi, a nie Brossowi jak powinien, gdyż on był drugim kapitanem. Malik chciał mu oddać opaskę, ale jego kolega nie przejmował się kawałkiem materiału z czerwoną literą C. To on kierował naprawdę grą drużyny z opaską kapitana, lub bez niej i nikt nie miał nic do powiedzenia, nawet kapitan. Był klasycznym libero. Ale kapitana musieli mieć, gdyż takie były przepisy, ale to, że ktoś inny kierował grą była inną sprawą.
Malik od razu pobiegł na swoją pozycję witając się z kolegami z drużyny i przekazując polecenia Brossa, zatrzymał się za młodym skrzydłowym, którego był to dopiero pierwszy mecz w barwach Wikingów. Wymienił z nim dwa słowa, nim posłał go do przodu, gdzie nie cierpliwi napastnicy czekali na jakieś wiadomości od niego na temat taktyki jaką mieli użyć, aby pokonać Pantery.
Tylko wprawione oko mogło dostrzec, że zmieniło się ustawienie Wikingów. Nic nie wzbudzająca zmiana ustawień miała na celu lepszą obronę, gdy reszta obstawiała na atak.
Sam Eric nie zajął swojej pozycji na prawym skrzydle w drugiej linii, lecz cofną się do obrony. Nie pomagając swym zachowaniem graczom przeciwnika którzy, spodziewali się bardziej frontalnego ataku od pierwszego gwizdka tej dwójki, która potrafiła w pojedynkę rozstrzygną koleje meczu. Byli doskonałymi egzekutorami, mogli w każdym momencie zakończyć ich doskonałą passę. Oni byli nie rozdzielni jak bliźniacy syjamscy, a tu jeden był na swojej normalnej pozycji, gdy drugi stanął przy słupku bramki, a następnie się o niego oparł. Zaskoczyło wszystkich po kolei, a najbardziej widzów, liczyli na jakieś popisowe akcje wykonaniu tej pary.
Wznowiono grę, piłka nie poszybowała od razu do przodu w nagłym ataku. Ta została od razu wycofana do tyłu, tam gdzie właśnie stał Bross, czyli na własne pole karne. Co bardzo zaskoczyło siedzących na trybunach kibiców Wikingów. Ten natychmiast podał do ostatniego obrońcy, aby po chwili wróciła do niego. Nie myśląc posłał ją do Malika, który cofną się trochę do tyłu.
Wszyscy cofnąć się! krzyknął do kolegów.
Nikt nie protestował, wykonał jego polecenie, doskonale mieli opracowane warianty w wciągania przeciwnika na swoją połowę i szybki wypad w kierunku bramki przeciwnika. Znali doskonałe umiejętności swego kolegi, który kierował grą jak nikt inny, bez powodu nie nadano mu pseudonim Czarodziej. Potrafił w jednej sekundzie zmienić oblicze gry.
Jeśli trener był zaskoczony tym wariantem gry swego podopiecznego, to nic nie powiedział, ufał mu i miał nadzieję, że wiedział co robi. Siedział spokojnie i czekał na rezultaty zmiany. Bross był jego najlepszym graczem, był kamieniem węglowym drużyny, która ufała mu jak nikomu innemu. Zrobią wszystko co im każe bez dyskusji i komentarzy, że trener mówił inaczej.
Kiedy Wikingowie cofali się do tyłu, Pantery parły do przodu, ale dojść do piłki nie mogli, gdyż ta był doskonale podawana. Nikt nie bawił się w zwody, czy inne sztuczki techniczne, zbyt wielkie ryzyko. A jeden głupi błąd i mogą stracić bramkę, balansowali na bardzo cienkim włosku.
Plan Brossa był bardzo prosty w założeniu, miał zamiar poczekać, aż ostatni z obrońców Panter przekroczy linie środkową i posłać piłkę do przodu, a na nią już czekał Malik z nowym skrzydłowym. Jego plan miał tylko jedną słabość, musiał czekać, aż ostatni przejdzie na ich połowę i spróbuje wesprzeć kolegów. To mogło nastąpić nie szybko, lub wcale i mogli stracić po drodze bramkę jeśli będą musieli czekać zbyt długo.
Ostatni obrońca przez moment wahał się nim wszedł na połowę przeciwnika, ale w końcu zrobił to. Ledwie wszedł nie pewnie na połowę Wikingów, a rozległ się donośny głos rogu bojowego. Bross właśnie na to czekał, rozejrzał się dookoła, Malik i jego skrzydłowy byli tam gdzie być powinni. Dostał od razu piłkę i nie przejmując się atakującą go dwójką zawodników posłał piłkę do przodu jak najmocniej, aby tylko doszła w kierunku tej dwójki i przeszła połowę boiska. Obserwował lot piłki padając na ziemie po dosyć brutalnym ataku jednego z przeciwników, ale to się nie liczyło, wykonał plan jaki założył.
Piłka gnała szybko wprost przed siebie, przecięła linie środkową boiska, a po chwili tą samą linie przekroczyło dwóch szybkich zawodników Wikingów udając się w pogoń za nią. Nikt nie zauważył kiedy i jak uciekli swoim opiekunom, próba dogonienia ich spełzłaby na niczym, nabrali już odpowiedniej prędkości.
Wszyscy myśleli, że sędziowie liniowi podniosą swoje chorągiewki do góry sygnalizując spalonego i to podwójnego, nic takiego się nie stało, choć jeden z nich się zawahał, nie był pewny tego co się wydarzyło przed momentem. Nie przerwali gry, próbowali dogonić uciekającą dwójkę biegnąc przy bocznych liniach. Sędzia główny zagapił się przez moment i pogubił się w sytuacji. W duchu miał nadzieje, że jego koledzy na liniach mieli więcej szczęścia od niego i wiedzieli, czy wszystko odbyło się zgodnie z przepisami.
Skrzydłowy jako pierwszy dopadł do piłki, Malik biegł obok niego asekurując go do końca. Spojrzał do tyłu, najbliższy nich zawodnik miał jakieś dwanaście metrów do nich. Mieli przed sobą tylko bramkarza. Temu nic nie zostało do zrobienia jak spróbować im przeszkodzić, ale jego szansę był znikome, wręcz żadne o czym wiedział widząc przed sobą dwójkę biegnących Wikingów. Zacisnął wściekle zęby widząc tą dwójkę przed sobą.
Bramkarz nie spanikował do momentu, gdy się rzucił w kierunki gracza z numerem dziewięć, ten przerzucił piłkę nad nim i zahaczył o jego nogę. Spodziewał się odgwizdania faulu i ukarania go żółty karmnikiem, czy czerwonym za taki atak na nogi. Gracz z numerem dziewiątym padł jak długi na murawę za leżącym bramkarzem, choć czuł ból w nodze był szczęśliwy, gdyż udało im się.
Do wypuszczonej do przodu piłki bez problemu doszedł Malik, który nie śpiesząc się za bardzo, jeśli nie powiedzieć, że spacerowym kroczkiem z szerokim uśmiechem na twarzy wprowadził piłkę do bramki.
GOOOL!! Cała ławka się podniosła do góry wiwatując swoim za tą pięknie rozegraną akcje. Jak zwykle Eric dokonał swego, cała akcja zaczęła się jak zwykle od niego. Trener był już spokojny o koleje meczu. Jego asy panowały nad wszystkim,jak zwykle.
Na trybunach kibice Wikingów skandowali imiona dwójki bohaterów, którzy po pięciu minutach od rozpoczęcia meczu wyprowadzili swoją drużynę na prowadzenie. Takiej gry właśnie oczekiwano po nich. Mieli dokonać tego, czemu drużynie nie udało się w pierwszej połowie bez nich. Byli ich pupilkami, którzy swoimi zagraniami zabawiała oglądających ich popisy na boisku.
Jenny spoglądał zaskoczona na to co się działo wokoło niej. Była oburzona wręcz, że sędzia uznał tą bramkę, albo był ten spalony, albo ona nie znała przepisów gry w piłkę nożną. A może jedno i drugie?
Był spalony? spytała Jacka.
Ten sam nie wiedział co miał powiedzieć na to co zobaczył przed momentem. Studiował przepisy gry w piłkę nożnej i według niego powinien być spalony. Sędziowie liniowi uznali, że wszystko odbyło się zgodnie z zasadami.
Nie. padła odpowiedź z tyłu.
Odwrócili się do tyłu i zobaczyli siedzącego za nimi kolegę ze szkoły, pisał do szkolnej gazetki, prowadził rubrykę sportową. Z tego co wiedzieli o koledze, to chciał grać w nogę, a zwłaszcza w Wikingach, ale wypadek na motorze skreślił jego marzenia na temat kariery sportowca, choćby w lidze szkolnej. Nie został w ich szkole i zajął się pisaniem. Nie opuszczał jednak żadnego meczu, kibicował zwłaszcza Wikingom, nie porzucił miłości do piłki, choć nie mógł w nią grać. Wśród uczniów był autorytetem jeśli chodziło o tą specyficzną odmianę piłki za oceanu.
Jeśli ostatni obrońca przejdzie przez połowę Wikingów, to nie było mowy o spalonym, gdy oni ruszyli za piłką. Takie zagrywki rzadko ogląda się w wykonaniu zawodowców, a w ten sposób rozbija się strefę, którą na dodatek sami założyli na siebie. Majstersztyk. Tylko Bross był w stanie wymyślić coś podobnego. I dlatego nazywają go Czarodziejem Boisk. Gdyby nie to, że złapał kontuzję rok temu w półfinałach, do weszliby do finału. Mieli wielkie pecha przegrywając z Mustangami.
Nigdy nie mówił o tym. zauważyła Angel skrzywiona tym faktem. On w ogóle mówi mało na swój temat. Ma więcej tajemnic, niż CIA. Trzeba to zmienić. Już ja z nim sobie pogadam po meczu!
W drużynie nazywają go Samotnym Wilkiem. Z nikim się nie trzyma, tylko od czasu do czasu pogada z Malikiem, z tym który strzelił bramkę. Grają razem na dwóch różnych skrzydłach. To on jest prawdziwym kapitanem drużyny. Kumple mają na niego jeszcze jedno określenie na niego, nazywają go Czarodziejem. Nie ma drugiego takiego jak on, stratega na boisku.
Jenny spojrzała na boisko, obrona pod kierownictwem Brossa trzymała z dala od pola karnego napastników nawet nie wysilając się przy tym za bardzo. Sam nie grał, stał przy samym słupku. Odkryła coś, co Tommy wiedział od samego początku, on kierował nią. Posyłał piłką dokładnie do napastników, czy pomocników, a tamci robili wszystko, aby wsadzić ją do bramki Panter. Nie pojmowała dlaczego tak się zachowywał.
Czemu on nie gra? spytał podobnie do niej zdziwiony Nick.
On ją kontroluje. wyjaśnił mu. Zlustrował szybko sytuacje na boisku i uśmiechnął się do nich, miał dla nich kiepskie informacje. Zaraz uderzy osobiście!
Zamilkł. Jeszcze ociągali się trochę. Brakująca dwójka znalazła się na miejscu, ale gdy znaleźli się cała machineria ruszyła gwałtownie, bez ostrzeżenia. Nagle ospała gra Wikingów, którzy grali bardzo zachowawczo jakby dla ochrony wyniku, przerodziła się w diabelny atak.
Patrzcie! Ruszyli!
Spojrzeli na to co się działo na boisku. Margo rozbolały oczy od wpatrywanie się w zawodnikiem z numerem trzynastym na podkoszulku.
Piłka trafiła do Brossa, a ten ruszył w kierunku połowy boiska. Czuł się całkiem dobrze prowadząc przy nodze piłkę. Wiedział obecnie czego mu brakowało. Powinien bardziej się przykładać do swego zainteresowania sportem. Miał zamiar dobrze się zabawić i zniszczyć doszczętnie Pantery.
Kiedy tylko zaczął zbliżać się do niego zaatakowało go dwóch pomocników Panter. Biegli wprost na niego. Ani oni, ani on nie miał zamiaru się zatrzymać, a tym bardziej oddać piłkę, którą prowadził krótko przy nodze. Zrobił jeden z nowych numerów. Podrzucił piłkę do góry, wyskoczył do niej i głową posłał ją za plecy dwójki, a samemu przeszedł między zaszokowanymi zawodnikami. Dopadł ją od raz i dalej pobiegł. A jednak oglądanie japońskich bajek na coś się przydaje, stwierdził w duchu zadowolony. Jeden numer przeszedł, to może i reszta na coś się przyda.
Zbliżył się do pola obronnego Panter, miał już na sobie trzech przeciwników i nadal nie oddał im piłki. Miał już kilku za sobą, co bardzo rozwścieczyło ich i nie patyczkowali się z nim, chcieli go zatrzymać za wszelką cenę, nawet posuwając do faulu. Ale i sfalowanie Erica nie było proste. Sam nie był nikomu dłużny i odpłacał pięknym za nadobne. Rozpoczęła się ostra gra bark w bark.
Rozejrzał się dookoła i dostrzegł samotnego Malika, który miał miejsca, aż na to. Jeden zwód. Drugi zwód. I posłał piłkę do nie krytego kolegi, któremu nikt nie przeszkadzał w poprowadzeniu dalszej części ataku. Nie zważając, że kolejny raz otrzymał mocniejszego kopniaka w nogę, pognał wolny na bramkę. Po drodze uderzył jednego z przeciwników barkiem, że ten się zachwiał, ale nie upadł. Dobrze, że sędzia był zajęty czymś innym i nie wiedział tego zajścia.
Malik nie pocieszył się zbyt długo wolnością. Przebiegł może z siedem metrów, gdy pokazało się dwóch wyznaczonych do krycia go zawodników. Nie przejmował się, gdyż był najlepszym technikiem w drużynie i ogranie tej dwójki przychodziło mu bardzo łatwo. Z taneczną dla siebie gracją wyminął ich. Jeden ze szybszych obrońców przyszedł im z pomocą i zaczął go spychać. Wyższy pomocnik zacisnął zęby i odepchnął go na pograniczu dozwolonym przez przepisy i oddał piłkę Brossowi, który na prawym skrzydle rządził nie podzielnie. Nikt nie potrafił mu przeszkodzić w tym co sobie zaplanował. A zamierzał wsadzić piłkę do bramki Panter.
Nawet nie przyjmował piłki tylko od razu posłał ją w kierunku bramki Panter. Bramkarz desperacko rzucił się w jej kierunku, ale mógł tylko w locie obserwować jak wpada do środka. Strzał okazał się mocniejszy, niż myślał, a strzelał przecież z przed pola karnego. Źle ocenił sytuacje i będzie musiał wyciągać piłkę z bramki. Zrobił to po raz drugi w trakcie meczu klnąc nie miłosiernie na swoich kolegów, którzy nie potrafili upilnować tej dwójki.
Reszta meczu była pod dyktando Wikingów, którzy w żaden sposób nie chcieli dać sobie spokój, choć mieli bezpieczny wynik i nie oddadzą zwycięstwa, ale oni chcieli zniszczyć do końca Pantery. Bross niepodzielnie kierował grą, ani raz nie spojrzał na ławkę z kolegami, na której obok nich siedział trener. Nie przysłuchiwał się temu co mówił zmiennikom, gdy ich wprowadzał. To on kierował grą drużyny i nikt nie miał do powiedzenia dopóki trener nie da mu znaku mówiącego, że ma inaczej prowadzić grę. Ten nic takiego nie zrobił.
W przeciągu dwudziestu minut było już cztery do zera, a do końca meczu jeszcze dobre piętnaście, plus dwie minuty, które miał doliczyć sędzia za przerwy jakie mieli. Pantery już tylko się broniły desperacko, gdyż nie mieli szans na zwycięstwo, pragnęli nie dopuścić, aby rozmiar porażki był większy.
Pragnienia pragnieniami, a okrutna rzeczywistość rządziła się swoimi prawami. Kiedy sędzia zakończył spotkanie było siedem do zera, wszystkie bramki padły w ciągu czterdziestu ośmiu minut meczu. Nikt tak dotkliwej porażki nie spodziewał się. Wikingowie nie pozostawili im żadnych złudzeń co do ich umiejętności gry w piłkę nożną. Te zwycięstwo udowodniło doskonałą formę Wikingów. Sam Eric trzykrotnie zmusił bramkarza do wyciągania piłki z bramki. Hart trikiem mógł się pochwalić również Malik. Jego ostatnia bramka po mocnym podaniu z własnej połowy Brossa. Strzał z przed pola karnego, z piętnastego metra, z półobrotu piłka wpierw trafił w poprzeczkę, a od niej odbijając się wpadła do bramki. Bramkarz nawet nie mrugnął okiem.
Tommy wstał ze swojego miejsca rozprostowując obolałą nogę. Na jego twarzy malował się słodki uśmiech zadowolenia, jego szkolna drużyna doznała jednej z największych porażek, ale jego faworyci nie zawiedli jak zwykle, udowodnili, że byli najlepsi w mieście, a w stanie znajdowali się w pierwszej piątce. Nikt temu faktowi nie mógł zaprzeczyć.
Ta bramka Malika od poprzeczki była specjalnie pod publikę. Na trybunach zasiadło paru łowców talentów, którzy polują na tą dwójkę.
Proponują im grę w zawodowych ligach? spytał go zaskoczony Nick.
Na początku roku Eric odrzucił propozycję gry w San Francisco. A na Malika mają chrapkę działacze z Los Angeles, zastanawia się nad ich ofertą. Trzymajcie się, muszę lecieć, aby napisać na temat wielkiej porażki naszych.
Nick nie mógł uwierzyć, że mógł odrzucić propozycje gry w zawodowej drużynie. Przecież była to szansa jedna na tysiąc, mógł zadebiutować i stać się sławny. Mógł nawet znaleźć sobie drużynę z Europy, gdzie grają największe gwiazdy kopanej piłki. On nie myślał nad sprawą zbyt długo, tylko podpisał kontrakt i zaczął zarabiać na sławę i sukces, na kontraktowe pieniądze.
Russellowi brakowało słów do opisania tego co widział przed oczyma, takiej masakry nie dało się wręcz opisać. Widział wiele porażek, ale żadna nie była tak dotkliwa jak ta i zadana przez jednego zawodnika. Eric strzelił sam trzy bramki, a przy każdej miał swój wkład większy, lub mniejszy, ale miał. Tak, on był prawdziwym Czarodziejem Boisk, nie było co dyskutować nad tym problemem. Tylko prawdziwy czarodziej mógł w pojedynkę zadać taką porażkę innej drużynie.
Nick nie wyglądał na zaskoczonego, spodziewał się takiego obrotu sprawy, gdy tylko ta dwójka weszła na boisko. Widział jak operowali piłką w trakcie treningów, jak nikt inny. Zabranie jej mu graniczyło z cudem. Ale nadal nie potrafił się pogodzić z myślą, że odmówił grania w zawodowej drużynie, przecież było to marzeniem każdego zawodnika.
Trybuny zaczęły świecić pustkami, było już po masakrze jak można było nazwać, co dokonali Wikingowie na Panterach, część kibiców wyszło, gdy wynik był już dawno przesądzony i nie chcieli widzieć tej farsy. Zwycięscy poszli do szatni radując się zwycięstwa. Pokonany podciągnął ogon pod siebie i chciał zniknąć jak najszybciej z murowy. Nie było to całkiem łatwe, gdy Eric jak zwykle poszedł podziękować za grę. Z najlepiej grających zawodników Panter wymienił się podkoszulkami, co było stałym już zwyczajem.
Angel wstała i rozprostowała obolałe nogi od siedzenia na niewygodnym krzesełku.
I co teraz? spytała ich. Nikt nie spytał go co mamy robić po meczu? On pójdzie z kumplami pić, a my mamy tutaj kwitnąć czekając na niego.
Nie. odezwał się chłopak w dresie, jak dobrze pamiętali został zmieniony w drugiej połowie. Kazał wam przekazać, że za kwadrans będzie do waszej dyspozycji, musi wziąć prysznic i przebrać się. To był naprawdę piękny mecz.
Tak. przyznała mu rację z wielką nie chęcią Jenny.
Chłopak uśmiechnął się, ruszył do szatni, w połowie drogi zatrzymał się i powiedział do nich na odejście.
To była pokazówka z jego strony. Nigdy nie strzela więcej jak jedną bramkę na mecz. Zapewniał, że dokonamy masakry Panter i dokonało się. Czarodziej nigdy się nie myli!
Pobiegł do szatni, gdzie zapewne świętują pierwsze zwycięstwo. Następny mecz już nie będzie taki prosty, ale był dobrej myśli, kolejne trzy punkty. Od pięciu lat, jak zacieli grać w rozgrywkach stanowych zawsze wychodzili z fazy grupowej i zachodzili całkiem wysoko, w tym roku miało być podobnie. Sny o pucharze nie były niczym nierealnym.
Jenny fuknęła wściekle. To po to ich zaprosił na ten cholerny mecz, aby pokazać jaki z niego doskonały gracz. Wiedział dlaczego to zrobił, tu nie chodziło tylko o zniszczenie Panter, chciał pokazać coś Margo i jej. Dziewczyna była gotowa założyć jego fun – club po tym co pokazał na boisku. Jej, że jest jakaś dziewczyna, która chciała zrobić dla niego dosłownie wszystko z pójściem z nim do łóżka włącznie. Jaki był tego dokładny cel? Czemu miało to służyć? Chce zabłysnąć przed Margo?
Odciągnęła na bok Angel, miała jakieś kiepskie przeczucia do tego co działo się między Ericem, a Margo. Spędzali więcej ze sobą czasu, a o zajściu w jego domu nie mówili, jakby nigdy nic tam się nie zdarzyło. A przecież ukrywali coś, więc „coś" miało miejsce, choć zaprzeczali temu.
On coś knuje przeciw Margo! szepnęła do ucha koleżanki, tak, aby reszta niczego nie słyszała. Chce ją bardziej rozkochać w sobie, a później ją porzuci.
To nie było logiczne, ani w jego stylu. Chociaż Eric rzadko kiedy działał zgodnie z jakimkolwiek logicznym tokiem myślenia. Blue jednak nie mogła pojąć skąd się wzięły te nagłe podejrzenia co do zamiarów Brossa. Znał jednak dobrze swoją koleżankę i jeśli oskarżała go o coś takiego, to miała dowody na to. Nie chciało jej się jednak wierzyć w to.
Co ty mówisz?
Harper spojrzała na Margo zajęta prze Nicka i Jacka rozmową. Co raz bardziej było jej żal dziewczyny. Nie zasługiwała na taką karę. Po raz pierwszy był zdania, że Eric przesadza i musiała go powstrzymać nim zrobi krzywdę naiwnej i bezbronnej osobie krzywdę.
Posłuchaj. zawróciła się do niej. Eric był ostatnio wybuchowy, a po tym co zrobiła powinien ją zjechać jak pies burą sukę. Nie zrobił tego. Zawsze mówił, że ogień trzeba zwalczać ogniem. Ona próbowała igrać z nim, tak on w odwecie poigra z nią.
On… nie jest taki! Nie igra uczuciami innych!
Wytłumacz mi w takim wypadku. Ma dziewczynę, a bierze się za tą podlotkę? Sam przyznał, że jest mściwy. A to jest jego zemsta na niej. Nie kazał nam jej ukarać, gdyż ten przywilej chce zachować dla siebie.
To nie jest powód, aby myśleć, że tak zrobi. broniła kolegi, choć nie wiedziała czemu to robi. Może Bross ma swoje odchyły od normy, ale nie jest zdolny do czegoś takiego. Chyba…. Chyba, że chce ściągnąć czyjąś uwagę na siebie.
Miało to jakiś sens jak tylko nad tyk się pomyślało uważniej. Jenny zadumała się nad nową poszlaką w całej sprawie. Jeśli chciał zwrócić swoją uwagę zajmując się tą podlotką, to musiał być jej były chłopak, ale nie pamiętała, żeby miała chłopaka. Jeśli nie miał to być chłopak, to dziewczyna. Tylko jaka? Nie miała pojęcia kto był celem jego rozgrywki.
Czyją?
Twoją! powiedziała z chłodną pewnością siebie Angel, w takich wypadkach się nie myliła. Chce, abyś poczuła się zazdrosna o niego. I jak widzę udało mu się tego dokonać. Widać, że bardzo nerwowo spoglądasz na niego jakbyś chciała wydrapać jemu oczy i dać jej do zjedzenia i na odwrót. Jesteś wściekła i nie wiesz może na co, a złościsz się najbardziej kiedy pojawia się on z nią. Sama to nakręcasz.
W słowach koleżanki odkryła jakiś ukryty sens. Spędzał z Margo kupę czasu na rozmowach, czy robieni jakiś rzeczy. Ona później mówiła o nim same dobre rzeczy. Poczuła lekkie ukucie w sercu, gdy po raz pierwszy zwierzyła się ze wspólnej kolacji, którą zjedli u niego. Jej nie zapraszał na noc, nie oferował kolacji i śniadania. Poczuła się jak osoba gorsza w tym momencie. Ona miała, to czego ona nigdy nie dostała kiedy była z nim. To bolało, jak cholera.
Nie przewidziała, że może tu chodzić nie o zemstę, ale wzbudzenie zazdrości i skłonienie jej do powrotu do niego. Nie mógł się pogodzić z faktem, że wybrała Jacka, a nie jego. Przecież to on odsunął się na bok pozwalając jej dokonać wyboru. Czyżby uznał, to za błąd, który chce za wszelką cenę naprawić? Nie pomyślał tylko, że już było za późno i nie wróci do niego. Kochała Jacka, a niego! Nigdy nie wróci do niego i musiał się z tym pogodzić, a nie snuć jakieś podejrzane intrygi i ranić przy tym nie winna dziewczynę. Nie znała go z takiej strony i wolała nigdy nie poznać.
Kolejny raz spojrzała na śmiejącą się Mer. Naprawdę zrobiło się żal dziewczyny. Stała się narzędziem w jego rękach. Nie powinno to się nigdy wydarzyć. Nawet nie wiedziała jak bardzo myliła się w ocenie Erica. W końcu pokazał swoje prawdziwe oblicze, a tak bardzo chciała uważać go za swego przyjaciela. Nie miała pojęcia jak bardzo mogła się pomylić w jego ocenie, byli przyjaciółmi, nim zaczęli być razem. Miała nadzieje, że on okaże się prawdziwym człowiekiem honoru, prawdzie pokazał, że honor i duma były mu tak samo obce jak nocy dzień.
Bross wybiegł z szatni, jego koledzy nie chcieli go tak łatwo wypuścić, a zwłaszcza przed imprezą ku niego, bo to on pokonał Pantery. Co do tego nie było wątpliwości, dokonał czegoś wielkiego. On jednak nie miał zamiaru ulegać im i zostać. Chciał jak najszybciej pójść do czekających na niego przyjaciół.
Ledwie się pokazał, a już Nick zaczął składać mu gratulacje z powodu dobrze zagranego meczu, choć drużyna z jego szkoły poniosła klęskę z jego ręki. Nie zadawał mu pytań na temat jego decyzji o odrzuceniu propozycji gry w zawodowej drużynie, nie było na to miejsce, ani czas.
Jak mówiłem, nie mieli żadnych szans z nami. Jenny mam nadzieje, że nie jesteś na mnie, aż tak bardzo wściekła. Daję słowo, gdybym grał od początku do końca, to wynik byłby wyższy.
Rzuciła mu w odpowiedzi tylko wściekłe spojrzenie, które gdyby tylko mogło zabiłoby go na miejscu. Aż ciarki przeszły mu po całym krzyżu. Nigdy nie widział jej, aż takim stanie, gdy mogła zamieniać jednym spojrzeniem w bryle lodu. Wątpił, aby masakra jaką dokonał z kolegami mogła rozwścieczyć ją tak bardzo. Musiało się stać coś innego, tylko on nie miał bladego pojęcia co.
Nick wzruszył tylko ramionami, tak jak on nie miał bladego pojęcia co wywołało takie dziwne zachowanie ze strony dziewczyn. Nawet byk na widok czerwonej płachty nie zachowuje się tak jak ona na niego. Zagwizdał złowrogo.
Podobnie Jack był wielce zaskoczony zachowaniem swojej dziewczyny, nic wcześniej nie wskazywało na takie zachowanie u niej, a tym bardziej u Angel. Obie były gotowe rozerwać go na strzępy własnoręcznie. Nie miał bladego pojęcia czym sobie zasłużył na takie traktowanie z ich strony. Powoli zaczął mu współczuć.
Margo cieszyła się widząc jego, nie dostrzegła wymiany spojrzeń obu starszych koleżanek między sobą, a mówiło one bardzo wiele.
Nie rozumiał co się tu działo, domyślał się, że sprawa w jakiś nie znany mu sposób dotyczy jego osoby. Tylko d diabła nie wiedział jak.
Czy ktoś będzie łaskaw wyjaśnić mi co jest grane? spytał niepewnie.
Spojrzał pytająco na Harper, ta jednak nic mu nie powiedziała, tylko wzrokiem chciała go zabić.
Dopiero Blue z lekkim nie pokojem podeszła do niego i wyjaśniła mu wszystko dokładnie. Mówiła szybko i jasno, żeby nic nie uszło jego uwadze. Nie pominęła żadnego detalu, nic.
Twarz Erica nagle spoważniała, zniknął głupkowaty uśmieszek, a pojawiła się powaga, której nikt nigdy nie widział u niego. Graniczyła z dziką furią, gdy wyjaśniła mu wszystkie stawiane zarzuty. Znieruchomiał, wściekle zacieknął zęby i mordercze spojrzenie posłał jej jak nigdy wcześniej. Mordu nie miał dokonać, ale jego wyraz twarzy był przeciwnego zdania. Jeśli Harper wyglądała na wściekłą, to on szalał furią nie do opisania.
Nigdy w życiu nie słyszał gorszych bzdur pod swoim adresem, jak te, które przed momentem wyszeptała mu Angel. Nie mógł pojąć skąd się zrodziła taka myśl w jej umyśle. Sam nie był w stanie pomyśleć o czymś taki, a zrobieniu nie było wręcz mowy. Próbował obrócić to w lekki żart, ale nie potrafił. Złość wzięła nad nim górę. Zaklął siarczyście pod nosem tak głośno, że wszyscy usłyszeli.
Blue poczuła bijący od niego morderczy chłód. Szepcząc kolejne słowa próbowała uspokoić go, ale nic nie działało. Wulkan zaraz wybuchnie i nic nie dało się zrobić, aby nie dopuścić do tego. Nic nie skutkowało, ani prośby, ani błagania. Po raz pierwszy miała być świadkiem czegoś, co było nie możliwe wręcz, za parę sekund miał wybuchnąć Bross.
Harper cofnęła się w kierunku Russella przy którym poczuła się odrobinę bezpieczniej. Już nie przypominał tego chłopaka, którego kiedyś znała, z którym kiedyś była. Obudziła dziką bestie, o której istnieniu w ogóle nie miała pojęcia. Bez konsekwencji się nie obejdzie.
Angel nie poddawała się łatwo i próbowała przemówić do rozsądku, ale jej słowa trafiały w próżnie. Wrzało w nim, aż wybuchło.
Jenny, ty chyba oszalałaś! Nie wiem co cię skłoniło, aby posądzić mnie o coś takiego. Idź do cholery głupia dziewczyno, leczyć się u psychiatry, bo widzisz coś czego nie ma! wrzeszczał tak głośno jak nigdy przedtem, nawet nie posądzali go o takie możliwości. Jeśli tak myślisz, to naprawdę masz o mnie cholernie wysokie mniemanie! Już dawno o tobie zapomniałem i nigdy był nie wrócił, choćby od tego zależał dalszy los ludzkości. Nie pojmuję ciebie dziewczyno, a myślałem, że cię znam. Kurwa! Pieprzę to co myślisz, mam to gdzieś. Eee…, nawet słów jest żal na ciebie tracić i tak nic nie pojmiesz.
Machnął ręką i nie czekając na niczyje słowa ruszył do swego samochodu, którym przyjechał. Zostawił ich samych, już dość usłyszał, więcej nie chciał i nie musiał. Ruszał do domu, gdyż nie miał co do roboty, stracił ochotę na zabawę, odebrała mu ochotę na wszystko.
McKen, tak jak Russell i Mer nie pojmowali przyczyny wybuchu Brossa, ale przeraził ich nim niemiłosiernie. Stali osłupieni słuchając jego wybuchu i ataku na Harper.
Jack poczuł jak Jenny kurczowa chwyta się jego ręki, bała się, że nagle zrobi coś złego, uderzy ją. Nie wiedział czemu, ale miał takie same uczucie co ona, że nagle zrobi gwałtowny ruch i dojdzie do czegoś, czego później będą wszyscy żałowali.
Margo nie pojmowała czego była światkiem, ale była pewna, że nie było to nic dobrego i dotyczyło Erica, Jenny i jej, nie miała pojęcia czemu, ale cokolwiek powiedziała Angel dotknęło ją i Jenny. Spojrzał na dwie koleżanki czekając na jakieś słowa wyjaśnienia, te jednak przybrały maski goryczy i milczały nie mając zamiaru nic powiedzieć na temat przyczyny wybuchu Erica.
Rozpacz nabrała tak na sile, że nie była w stanie powstrzymać łez i zaczęła płakać.
Niech ktoś mi powie co tu się dzieje do jasnej cholery! spojrzała koleżankę z drużyny dopingującej, Blue wiedziała najwięcej, bo jej słowach wybuch gniewem. Co mu powiedziałaś?
Angel nie mogła dłużej milczeć. Z jednej strony Margo żąda wyjaśnień zanosząc się łzami, z drugiej zaś twarde spojrzenie swego chłopaka, który również był ciekawy, co mu powiedziała.
Jenny uważa, że Eric chodzi z tobą, aby ukarać ciebie za próbę uwiedzenia go. Ja…, że chce wzbudzić zazdrość u niej, by w ten sposób wróciła do niego.
Mer z trudem spojrzała na zażenowaną Harper, która nie miała odwagi spojrzeć jej prosto w oczy. Wbiła wzrok w ziemie, a jakiekolwiek słowa utknęły jej w gardle i nie była w stanie powiedzieć choćby jednego słowa. Wystarczająco dużo już powiedziała więcej już nie musiała.
Nic nie powiedziała, otworzyła usta, aby powiedzieć coś do niej, ale nie była w stanie. Poczuła ukucie w sercu, które spowodowało, że słowa nie były w stanie przejść przez gardło. Odwróciła się i biegiem puściła się do pobliskiego postoju taksówek, wsiadła do pierwszej z brzegu, a ta zabrała ją do domu. Łzy długo jeszcze miały płynąć tej nocy.
Nick miał już gotową wiązankę dla koleżanki do powiedzenia, ale Angel chwyciła go za rękę i powstrzymał się, swoje jednak powiedział mniej dobitnie i trochę bardziej spokojnie. To co miał do powiedzenia nie tylko tyczyło się Jenny.
Na drugi raz pomyślcie dokładnie co macie do powiedzenia i to w jakiej sytuacji i przy kim! Cokolwiek nim kierowało, to na pewno nie była chęć ukarania jej, ani wzbudzenia zazdrości u ciebie.
Dopiero po chwili wyszeptała głosem pełnym skruchy akt żalu za wypowiedziane słowa. Teraz było jednak za późno na nie. Nie było już wściekłego Erica, odjechała zapłakana Margo. Nie było ich komu powiedzieć . Nikomu nie przyniosą pociechy. Będą puste i bez znaczenia, gdyż nie miała komu je powiedzieć. Pociągnęła nosem dwa razy, przetarła wilgotne oczy od łez.
Zachowałam się jak skończona idiotka. Muszę go przeprosić.
Dobry początek, najpierw akt żalu, a następnie odkupienie winy.
Jack spojrzał na kolegę, który co chwile atakował jego dziewczynę, a zapomniał, że jego również i jego miała swój udział w całej sprawie, a nie tylko Jenny.
Angel, to też się tyczy!
Jasne! Obie naważyły tego piwa i teraz obie je wypiją. Jack, to nie nasza sprawa, ale posądziły niewinnego chłopaka o okropny czyn, czułbym się podle na miejscu Erica i rozumiem jego atak wściekłości. Obie będą teraz się głowić jak wybrnąć z tej sytuacji.
Myślisz, że zrobiłyśmy to umyślnie?! wrzasnęła na niego Jenny. Myślisz, że nie żałuję tego co przed chwilą się stało?
Może i jest wam żal, ale chłopaka posądzić o coś podobnego? Widocznie nie znałaś go tak dobrze jak to twierdziłaś. Jenny stało się i nie cofniesz tego już. Myślcie lepiej jak jutro ich przeprosić, albo i nawet i dzisiaj.
Milczała przez moment bijąc się z własnymi myślami, nie wiedziała co ma dokładnie zrobić. Spojrzała na Jack w nim miała zawsze oparcie, ale nie dzisiaj i nie po tym co miało miejsce przed kilkoma minutami. Spoglądał na nią, a w oczach dostrzegła pewnego rodzaju gorycz smutku, nie podejrzewał jej o takie myśli, a dopiero co zachowanie. Nie był w stanie pojąć jej obecnie. Zachowała się jak mała dziewczynka, tak jakby nie Eric był zazdrosny o nią, ale szybciej ona o niego. Ta myśl ukuła go. Byli ze sobą tyle czasu, a ona robi coś takiego.
Jadę do domu. oznajmiła im. Muszę to przemyśleć i przeprosić Erica. To zrobię rano.
Nikt jej nie powstrzymał, Jack chciał jechać z nią, ale nakazała mu zostać, chciała być teraz sama ze swoimi myślami.
