Dziękuję za komentarze do poprzednich rozdziałów. Czas na kolejną aktualizację.

Podziękowania dla Merryloon za beta-reading.

Rozdział 7

Wizytacje

Przez cały zimny, wietrzny dzień, pozbawiony najlżejszego tchnienia lata, słońce skąpiło swoich promieni. Zapowiadał się najgorszy wrzesień od lat i nawet gracze quidditcha, którzy zwykle nie zwracali uwagi na złe warunki pogodowe, wytrwali w deszczu ledwie pół godziny nad powoli zamieniającym się w jezioro boiskiem, rezygnując z pierwszego w tym sezonie treningu. Obserwując ich poczynania z okien gabinetu, Severus bez zdziwienia zarejestrował, że była to drużyna Hufflepuffu. Żółto-czarne stroje Puchonów, wyraźnie odznaczające się na tle szarego nieba, szybko stały się znacznie bardziej czarne niż żółte. No tak, uczniowie wszystkich pozostałych domów, nawet Gryfoni, mieli na tyle rozsądku, by w taką pogodę nie wyściubiać nosa z zamku. Dopiero pod wieczór nieco się rozpogodziło. Deszcz zelżał do drobnej mżawki, a przez jednolite, szare chmury, rozciągnięte cienką warstwą na niebie, od czasu do czasu prześwitywało odrobinę bladego, słonecznego blasku.

Na jakąś godzinę przed kolacją Snape ostatecznie porzucił swoje niezwykle absorbujące zajęcie, polegające głównie na wyszukiwaniu tekstów dekretów, które wprowadzono w szkole za czasów Wielkiego Inkwizytora Dolores Umbridge. Severus miał niejasne przeczucie, że jej niechlubny dorobek może się wkrótce przydać. Przekopanie się przez całą wyprodukowaną przez lata makulaturę, która z chwilą, gdy objął stanowisko, znalazła się w jego posiadaniu, nastręczyło mu pewnych trudności. Portret Dumbledore'a, zapytany o dekrety, nie potrafił mu pomóc. Rychło okazało się, że w dokumentacji orientował się jeszcze gorzej niż Snape. Minerwa zapewne wiedziała dokładnie, co gdzie leży, ale Severus podejrzewał, że w tej akurat kwestii na pewno by mu nie pomogła.

Opuścił gabinet i zszedł na dół spiralną klatką schodową. Przystanął przy gargulcu, na wszelki wypadek z różdżką w zanadrzu. Omiótł podejrzliwym spojrzeniem korytarz, ale nigdzie nie dostrzegł Irytka. Poltergeist nie miał zamiaru poprzestać na jednorazowym występie, toteż rankiem czatował na niego w holu ze swoim śpiewnym powitaniem. Nie miał jednak sposobności doprowadzić dyrektora do białej gorączki, bowiem na horyzoncie pojawił się Krwawy Baron i mający się z niepyszna poltergeist pośpiesznie przeniósł się ze swoją artystyczną twórczością na dalsze rejony zamku. Za to uroczy napis „morderca" znów pojawił się przy gargulcu i to właśnie sprawiło, że Severus postanowił porozmawiać z Binnsem na temat nocnych dyżurów jeszcze tego samego dnia. Co prawda miał już deklarację od Krwawego Barona i kilku innych duchów, ale stwierdził, że do patroli nie zaszkodzi zaangażować również profesora od historii magii.

Gabinet Binnsa znajdował się na piątym piętrze. Wiodący do niego opustoszały korytarz wyglądał wyjątkowo ponuro i trudno było oprzeć się wrażeniu, że rzadko ktoś się tutaj zapuszczał. Postaci na portretach śledziły go uważnie, a jedna z grupek czarodziejów, siedzących przy okrągłym stoliku, zerwała się ze swoich miejsc i, przepychając w ramach, wytrzeszczała na niego oczy, tak jakby pojawienie się tutaj żywej osoby stanowiło sensację. Możliwe, że po prostu chcieli dokładnie obejrzeć sobie tego nowego, strasznego dyrektora szkoły. Snape nie mógł sobie przypomnieć, kiedy zawitał tutaj ostatni raz. Szedł wolno wzdłuż ściany, uważnie studiując napisy na zaśniedziałych tabliczkach na drzwiach. Jeżeli pamięć go nie myliła, gabinet nauczyciela historii magii znajdował się blisko posągu rycerza z pierzastymi skrzydłami przyczepionymi do pleców.

Wreszcie, prawie na samym końcu korytarza, dostrzegł na tabliczce nazwisko Binnsa. Zapukał do drzwi, ale odpowiedziała mu tylko cisza. Odczekał chwilę i zapukał ponownie z nieco większym natężeniem. I znów nic.

— Czego tam się rozbija? — rozległ się oburzony głos jednego z portretów. — Chcesz drzwi rozwalić?

Severus, nie zwracając uwagi na protesty obrazu, zastanowił się, czy zapukać po raz trzeci. Po chwili wahania nacisnął na klamkę. O dziwo, nie było zamknięte. Popchnął lekko drzwi. Otworzyły się z przeciągłym, jękliwym skrzypnięciem. Zatrzymał się w progu, przyglądając niewielkiemu, ciasnemu wnętrzu. Gabinet miał kształt litery L; biurko Binnsa znajdowało się bardziej w głębi. Komnata wydawała mu się mniejsza, niż pamiętał, przytłoczona przez wysokie, sięgające sufitu regały pełne starych, zakurzonych ksiąg. Powiódł wzrokiem po pociemniałych grzbietach wiekowych woluminów. Z pewnością znaczną część tego imponującego księgozbioru stanowiły unikaty, ale na cóż one teraz Binnsowi, skoro nie mógł z nich dłużej korzystać? W kątach komnaty kłębiły się pajęczyny, a brudne szyby jedynego okna, znajdującego się na wprost wejścia, prawie wcale nie przepuszczały światła. Nie bez przyczyny skrzaty omijały to miejsce. W gabinecie Binnsa czas jakby się zatrzymał, a on sam wydawał się zawieszony pomiędzy światem żywych a umarłych. Severus pamiętał go za życia; zgarbionego staruszka, wolnym krokiem wędrującego z pokoju nauczycielskiego do klasy, zawsze z wypchaną notatkami teczką pod pachą. Chyba nigdy do niego nie dotarło, że umarł, a w każdym razie zgon nie przeszkodził mu w kontynuowaniu nauczania. W końcu w historii magii nic się nie zmieniło, a nowy rozdział wciąż się pisał i wszystko jeszcze mogło się wydarzyć.

— Profesorze Binns? — powiedział w przestrzeń.

Postąpił kilka kroków w głąb gabinetu, połami peleryny zamiatając kłęby kurzu z posadzki. Dopiero teraz dostrzegł perłowoszarą postać, tkwiącą nieruchomo na krześle za biurkiem, dotychczas schowanym przed jego wzrokiem za krawędzią wystającego regału. Zrobił jeszcze jeden krok i wtedy drzwi same zatrzasnęły się za nim z głośnym hukiem. Severus nerwowo drgnął.

— Ktoś pukał? — Duch jakby się ocknął. Pochylił się nad blatem, wyciągając szyję, by przyjrzeć się przybyszowi.

Severus podszedł bliżej. Papiery na biurku wyglądały, jakby nikt ich nie ruszał od kilkunastu lat. Atrament dawno zasechł w kałamarzu.

— O co chodzi, chłopcze? — zaskrzeczał Binns. — Przyszedłeś poprawić to N z ostatniego testu?

Severus przez moment nie wiedział, co odpowiedzieć. Machinalnie strzepnął z siebie pajęczynę, która przyczepiła mu się do rękawa szaty, gdy otarł się o regał. Faktycznie, dostał kiedyś N z testu z historii magii, ale wątpił, czy Binns akurat to pamiętał, zwłaszcza, że najwyraźniej miał przeskok w pamięci o dobrych kilka lat.

— Nie mam teraz czasu, muszę skończyć moją książkę — oświadczył duch stanowczym tonem. Powiódł wzrokiem po leżących na biurku papierach. Sięgnął po sztywne ze starości pióro, ale jego ręka przeszła przez nie na wylot. Spojrzał nierozumiejącym wzrokiem na własną, perłowoszarą dłoń. — Muszę skończyć moją książkę... — powtórzył Binns. — Rozdział o Wulfryku Ponurym... — Duch zaczął przekładać na blacie przed sobą jakieś papiery i Snape zauważył, że na prawdziwych pergaminach, pokrytych gęsto drobnym pismem, leżała druga warstwa, złożona z tych widmowych. Arkusze, zapisane przez historyka za życia były zakurzone, jak wszystko w gabinecie, a atrament, widocznie kiepskiej jakości, zaczął już na nich blaknąć.

— Profesorze Binns — powiedział powoli i wyraźnie do ducha. — Jestem Severus Snape, obecny dyrektor Hogwartu.

To wreszcie przyciągnęło uwagę Binnsa.

— Dyrektor? A gdzież jest Albus? — zdziwił się staruszek, spoglądając na niego zza grubych szkieł swoich binokli.

— Wyjechał w długą podróż — odparł Snape przez zaciśnięte zęby.

— Ach, wyjechał... — Binns zamyślił się na długą chwilę. — Ja nie wyjechałem — powiedział cicho, jakby z lekkim wahaniem. — Muszę skończyć moją książkę...

— Mam do pana prośbę, profesorze. Czy mógłby pan nocami, tak od czwartej do ósmej rano, przespacerować się po korytarzach szkoły i przypilnować, żeby uczniowie nie przebywali poza swoimi domami? — zapytał Severus, możliwe, że nieco natarczywie.

— O czwartej? Dziwna pora na spacery. Ale tak, masz rację, ci uczniowie tak strasznie hałasują nocami, rozrabiaki... Trzeba ich utemperować. — Pokręcił głową. — Wczoraj spotkałem Minerwę McGonagall, musiałem dać jej szlaban, a to przecież taka dobra uczennica...

Wyglądało na to, że Binns dryfuje w czasie coraz dalej, oddalając się od teraźniejszości. Severus postanowił mu przerwać, bo zachodziło ryzyko, że zostanie razem z nim w tym zapomnianym gabinecie na resztę wieczności.

— Czy mogę liczyć na pańską pomoc? — Snape uparcie tkwił przy zasadniczym temacie.

— Co? A, tak, tak, oczywiście. Dopilnuję, żeby te urwisy nie rozrabiały. Po co ta mała McGonagall opuszczała w nocy swój dom... — Mamrotał tak jeszcze do siebie przez chwilę, nim ponownie zapadł w swój widmowy sen, lekko kiwając się na krześle.

Severus nie bez ulgi opuścił zakurzony gabinet. Każda rozmowa z Binnsem mogła doprowadzić do obłędu. Zwłaszcza, gdy przy tej okazji można się było dowiedzieć, że nawet Minerwa McGonagall w swoich szkolnych czasach łamała regulamin.

Grono pedagogiczne jakoś nieszczególnie przejęło się perspektywą czekających ich wizytacji. Tylko Alecto coś tam grymasiła, ale Severus nie zwracał na to uwagi i od czwartku konsekwentnie przystąpił do nawiedzania nauczycieli.

Slughorn miał wątpliwą przyjemność zajmować pierwszą pozycję na jego liście.

Lochy były dla Severusa niczym środowisko naturalne, toteż z przyjemnością wszedł do ciemnego, chłodnego wnętrza klasy eliksirów. Na pulpitach ławek stały przygotowane palniki pod kociołki, a uchylone drzwi na zaplecze świadczyły o tym, że Slughorn znajduje się w pobliżu. Snape spojrzał na blat biurka, które kiedyś należało do niego i krytycznym spojrzeniem obrzucił zgromadzone tam naczynia i składniki eliksirów. Jak ten Horacy mógł w ogóle coś znaleźć w tym bałaganie? Podszedł bliżej. Tablica, stojąca obok biurka, była pusta, ale na blacie dostrzegł kilka zapisanych pergaminów, a jeden z nich, co mógł dostrzec nawet, gdy widział tekst odwrócony do góry nogami, z pewnością zawierał formułę eliksiru.

„Ciekawe, co będą przygotowywać" — pomyślał.

Zerknął w stronę drzwi na zaplecze. Cisza. Dotknął czubkiem różdżki pergaminu, odwracając go w swoją stronę. No proszę, eliksir niewidzialności? Slughorn stawiał przed klasą ambitne zadania. Snape też przerabiał ten eliksir z klasą owutemów, chociaż nieco później... Ale cóż to? Uproszczona formuła? Czyżby jednak Slughorn nie wybierał aż tak ambitnych zadań jak Snape?

Usłyszał głośniejszy trzask zamykanych drzwiczek od szafki i zbliżające się kroki. Machnął różdżką nad pergaminem. W jednej chwili wrócił on do swojego pierwotnego położenia, a Severus odsunął się o kilka kroków, tak jakby dopiero wszedł do klasy. Slughorn dostrzegł go, gdy tylko opuścił zaplecze. Zadrżał nerwowo, o mało co nie wypuszczając z rąk skrzynki z przyniesionymi składniami eliksirów.

— Severus! Nie spodziewałem się... To znaczy, nie tak szybko... — umilkł, nie wiedząc, co powiedzieć. Odstawił skrzynkę na blat, potrącając przy tym łokciem jedną z kolb, na szczęście pustą. Naczynie przewróciło się z głośnym brzękiem, potrącając kilka innych. Horacy rzucił się, by je złapać. Drżącymi rękami ustawił kolby w rządku.

— Nie przeszkadzaj sobie — powiedział Severus, nie chcąc stresować go bardziej niż było to konieczne i udał się na tyły klasy.

Zaszył się w najciemniejszym kącie lochu i nie dał znaku swej obecności nawet wtedy, gdy do sali weszli uczniowie. Kilka osób dostrzegło mroczną postać, przyczajoną przy ławce w tylnym rzędzie, co wywołało pewne poruszenie wśród obecnych. Z kolei Severus zauważył paru uczniów, którzy z pewnością nie zaklasyfikowaliby się do jego klasy owutemów. Nie bez przyczyny wybrał poziom zaawansowany, siódmy rok. Nie miałby sił na obserwowanie lekcji, na której dzieciaki wysadzały kociołki w powietrze. Dość się tego naoglądał w swojej czternastoletniej karierze nauczyciela eliksirów.

Pogrążony w rozmyślaniach, chłonął atmosferę lekcji. Szare obłoczki dymu unosiły się nad bulgoczącymi na wolnym ogniu kociołkami, wonie mieszały się w niewielkim pomieszczeniu, Slughorn przyciszonym głosem udzielał instrukcji uczniom przy poszczególnych stanowiskach; wszystko to było tak znajome... Na Wielkiego Salazara, jakież to były piękne czasy, nawet jeżeli każdy kolejny rocznik był bardziej tępy od poprzedniego. Tak na dobrą sprawę Severus nigdy nie odkrył w sobie nauczycielskiego powołania, o pedagogicznym nawet nie wspominając. Jednak z czasem przyzwyczaił się do tej pracy i nawet polubił przedmiot, którego nauczał, co nie przeszkadzało mu co roku nękać Albusa o posadę nauczyciela obrony przez czarną magią.

Mimochodem rejestrował to, co mówił Slughorn, który przeszedł do wykładania części teoretycznej. Często przerywał, by zadać klasie jakieś pytanie, hojnie nagradzając poprawne odpowiedzi punktami.

„Zbyt hojnie" — pomyślał Snape z niesmakiem, powstrzymując się jednak od wtrącania. Przez cały czas Slughorn starannie unikał patrzenia w jego stronę. Zapewne dzięki temu udało mu się wziąć w garść i lekcja wypadła całkiem nieźle. Omówił formułę eliksiru niewidzialności, uczniowie przygotowali składniki do pierwszego etapu warzenia mikstury i lekcja dobiegła końca.

Severus poczekał, aż wszyscy opuszczą klasę. Chciał jeszcze zamienić ze Slughornem parę słów na osobności.

— Horacy, potrzebuję kilku składników z magazynu — powiedział Snape łagodnie, co sprawiło, że Slughorn nerwowo drgnął. Z rąk wyślizgnęła mu się śledziona i z głośnym plaśnięciem upadła na posadzkę. — Po co te nerwy? — zapytał, podchodząc bliżej.

Jeżeli miało to uspokoić Slughorna, to wywołało skutek odwrotny od zamierzonego. Zerkał na niego z wyraźną obawą. W ogóle nie przypominał jowialnego czarodzieja, który wyciągał go na spotkania w swoim klubie albo przychodził do jego pracowni omówić nową formułę, już nie jak nauczyciel z uczniem, ale jak Mistrz Eliksirów z Mistrzem Eliksirów.

— Widzisz, moje osobiste zapasy są mocno przetrzebione, a mam pilne... zlecenie. Oczywiście wszystkie braki uzupełnimy, mamy wystarczającą ilość środków na te cele.

Śledziona, leżąca na podłodze, z niewiadomych przyczyn rozpraszała Severusa. Zerknął na nią jeden raz i drugi, aż w końcu wyciągnął z wewnętrznej kieszeni szaty szybkim ruchem różdżkę. Może nieco nazbyt szybkim, bo w oczach Slughorna mignęła panika. Snape, nie zwracając na to uwagi, przelewitował śledzionę do zlewu.

— To nieświeszczuk? — zapytał.

— Aguti — sprostował Slughorn, powoli odzyskując normalne kolory na twarzy, gdyż Severus już schował różdżkę.

— Oczywiście. — Snape skinął głową; w rzeczywistości było mu wszystko jedno, do jakiego stworzenia należała ta śledziona. Wrócił do tematu: — W wolnej chwili wpadłbym do magazynu i poszukałbym potrzebnych rzeczy. Nie masz nic przeciwko?

— N-nie, skądże — Slughorn zdołał wreszcie wydusić z siebie jakąś odpowiedź. Myśl o Snape'ie, wpadającym w owej wolnej chwili i buszującym na zapleczu raczej go nie uszczęśliwiała, ale i tak nie mógł udzielić innej odpowiedzi.

Uzyskawszy tę raczej wymuszoną zgodę, Severus skinął Slughornowi głową i opuścił klasę, co nauczyciel eliksirów powitał z wyraźną ulgą.

Tego samego dnia, jeszcze przed obiadem, zwizytował lekcję Flitwicka. Czwarty rok Hufflepuffu i Ravenclawu zaczął zajęcia od wprawiania się w prostym zaklęciu odsyłającym, więc nic ciekawego się nie wydarzyło, może poza drobnym incydentem. Jedna z uczennic przypadkowo posłała swój obiekt ćwiczeń w stronę Snape'a; poduszka przeleciała tuż nad jego głową. Wszyscy zamarli, wpatrując się w niego z przerażeniem. Severus, z niezmąconym spokojem, odesłał poduszkę uczennicy. Czy oni naprawdę przypuszczali, że będzie rzucać urokami z byle powodu, jak, nie przymierzając, w tej idiotycznej, irytkowej piosence? Poza tym jednym wyjątkiem, żadna poduszka więcej go nie zaatakowała i ogółem zajęcia były raczej nudne. Severus zaczął się poważnie zastanawiać, jak przetrwa kolejne jedenaście wizytacji, które zapewne również zbyt zajmujące nie będą. Nawet jeżeli odliczyć od tego Carrowów, którzy zapewne praktykowali coś oryginalnego, to i tak miał w perspektywie jeszcze dziewięć.

— Ricardea portugalska jest bardzo chimeryczną rośliną. Szkodzi jej zarówno niedobór wody jak i nadmierne przelanie...

Severus westchnął bezgłośnie. W wypełnionej gąszczem roślinności szklarni było ciepło, duszno i ciasno. Wszystko to razem sprawiało, że Snape czuł się jak przyduszony wąż, z tym tylko, że węże jednak nieco lepiej znosiły wysokie temperatury. Trzecia wizytacja tego samego dnia nie była może najlepszym pomysłem, ale chciał to wszystko załatwić jak najszybciej.

Uczniowie, podzieleni na pary, stali przy długim stole, na którym znajdowały się upchane jedna obok drugiej doniczki z owymi wymagającymi roślinami. Sprout kompletnie ignorowała obecność Snape'a, tak jakby był zmurszałym pniem jakiegoś drzewa; tylko raz zimnym głosem udzieliła mu napomnienia, by nie przygniatał pnączy. Nieopatrznie wybrał kombinację gryfońsko—puchońską, piąty rok. Od strony uczniów ciągle dobiegały do niego jakieś głupawe chichoty, a co najmniej raz wyłowił wypowiedziane szeptem słowo: „wampir", które od poniedziałku irytowało go znacznie bardziej niż wszystkie przezwiska, jakie przez minione lata zdołali wymyślić mu uczniowie.

— ...natomiast odmiana brazylijska cechuje się...

Severus nawet nie usiłował słuchać. Odsunął się o kilka kroków i dyskretnie zaczął przyglądać się bujnej roślinności, znajdującej się w szklarni numer dwa. Kto wie, może było tutaj coś, co mógłby wykorzystać do warzenia eliksirów?

Zarejestrował, że Sprout mówiła teraz o odmianie angolańskiej. Ile jedna roślina może mieć odmian? Snape nie zdziwiłby się, gdyby okazało się, że ricardea rośnie również w Gwinei Równikowej i na Timorze.

Jego uwagę przyciągnął bujnie rozrośnięty okaz belladonny w potężnej donicy, stojący za ażurową ścianką z pnączami, tymi samymi, których miał nie przygniatać. Zresztą, wcale ich nie przygniatał, tylko lekko się oparł. Na wszelki wypadek nie zbliżając się już do pnączy, podszedł do donicy i uważnie przyjrzał się belladonnie, fachowym okiem Mistrza Eliksirów oceniając przydatność mięsistych liści. Byłyby w sam raz... Wśród eliksirów, których przygotowanie zlecił mu Czarny Pan, znajdowało się kilka trucizn, a belladonna stanowiła część składową niemal wszystkich z nich. Severus zerknął w stronę Sprout, udzielającej dalszych instrukcji odnośnie pielęgnacji ricardei. Próba oberwania liści belladonnie w jej obecności skończyłaby się zapewne tym, że dostałby w łeb doniczką z ricardeą, którą Sprout trzymała w dłoniach. Postanowił wkraść się do szklarni, gdy nauczycielki zielarstwa nie będzie w pobliżu i zaopatrzyć w najpotrzebniejsze składniki. Resztę lekcji spędził na dyskretnym przeglądzie pozostałych zasobów cieplarni.

Następna, wedle logiki, powinna być McGonagall, jako ostatnia z nauczycieli pełniących funkcję opiekuna domu. Nie czuł się jednak na siłach, by sprostać dzisiaj tak ambitnemu zadaniu, jakim była konfrontacja z Minerwą. Stwierdził, że przydałoby się coś niewymagającego większego wysiłku intelektualnego, a skoro tak, to wybór był w zasadzie tylko jeden: wróżbiarstwo.

Rzadko bywał w okolicach wieży Trelawney. Spojrzał w górę. Spiralna klatka schodowa wiła się wysoko, aż na sam szczyt. Jej koniec niknął w mroku. Severus z rezygnacją rozpoczął mozolną wspinaczkę. Gdy dotarł na górę, skonstatował, że zabrało mu to nieco więcej czasu, niż zakładał. Schody kończyły się przy małych drzwiczkach, prowadzących do pustej komnaty. Na sam szczyt wieży, gdzie znajdowała się klasa, a zapewne również komnaty mieszkalne Trelawney, wiodła drabina. Severus obejrzał ją dokładnie, nim wszedł na pierwszy szczebelek. Wyglądała dość solidnie, co nie zmieniało faktu, że gdy wyobraził sobie włażącą na nią Trelawney, pojął, dlaczego tak sporadycznie opuszczała swoją wieżę. Faktycznie, od strony technicznej mogło to sprawiać pewne trudności.

Wszedł do klasy i zatrzymał się w progu, czekając, aż oczy przywykną mu do ciemności .Grube, zaciągnięte zasłony nie przepuszczały światła. W szklarni było duszno i wilgotno, tutaj duszno i sucho; wyglądało na to, że trafił z deszczu pod rynnę. Nigdy wcześniej nie był w tej sali. Na wróżbiarstwo oczywiście nie uczęszczał, uznając je za kompletnie nonsensowną głupotę. Uczniowie, siedzący w małych grupkach przy niskich, okrągłych stolikach, nie spostrzegli jego nadejścia. Zauważyła go za to Trelawney. Urwała w pół słowa wykład o wróżeniu z fusów i wlepiła w niego zalęknione spojrzenie. Wszyscy, jak na komendę, obejrzeli się na niego. Powiódł po klasie ponurym wzrokiem; uczniowie szybko umknęli spojrzeniami na boki. Cisza zdawała się dławić ciemne i duszne pomieszczenie.

— Dotarła do pani moja wiadomość, profesor Trelawney? — zapytał cichym głosem po to tylko, żeby w ogóle coś powiedzieć.

— T-t-tak, oczywiście — przytaknęła Trelawney. Cofnęła się odruchowo, trafiając na własne krzesło i o mało co się o nie nie potykając. Zatrzymała się, nerwowo splatając dłonie.

— A więc proszę sobie nie przeszkadzać — powiedział Snape.

Znalazł sobie nieco wolnego miejsca z tyłu, między gablotką, a stolikiem, na którym stało kilkanaście szklanych kul różnej wielkości. Jedynym obiektem przeznaczonym do siadania była czerwona pufa. Snape obrzucił zwyrodniałe kształty mebla nieufnym spojrzeniem i przywołał sobie proste, aczkolwiek wygodne krzesło. Dwie Krukonki, które zajmowały stolik tuż przed nim, obejrzały się na niego z niepokojem. Nikt nie chciał go mieć za plecami.

Po sali dryfowało w powietrzu kilka imbryczków z wrzątkiem. Najwidoczniej picie herbaty było częścią jakiegoś wróżbiarskiego rytuału.

— Herbaty, p-p-panie dyrektorze? — odważyła się zapytać Trelawney, zerkając w jego stronę.

Ze swojego miejsca Severus nie mógł dostrzec, jakie herbaciane liście mają w filiżankach uczniowie, ale z pewnością nie był to Earl Grey.

— Dziękuję, innym razem. Proszę się zachowywać, jakby mnie tutaj nie było. — Zupełnie nieświadomie powtórzył słowa Dolores Umbridge. Gdzieś z boku dobiegło zduszone prychnięcie. Po krótkim namyśle Snape uznał, że jeszcze tym razem ogłuchnie.

Trelawney, chociaż trzęsła się jak liść na wietrze i co chwilę zacinała, zdołała jakoś poprowadzić wykład do końca.

— Czy są jakieś pytania? — powiedziała niemal szeptem, jakby z nadzieją, że żadne pytania nie padną.

— Pani profesor — odezwał się jakiś Gryfon, siedzący przy stoliku z przodu, unosząc rękę w górę. — A czy pokaże pani, jak się wróży ze szklanej kuli?

W jego głosie pobrzmiewało zainteresowanie, ale Snape wyłowił również nutkę obłudy. On sam zakwalifikowałby pytanie jako co najmniej bezczelne, ale Trelawney najwidoczniej nie wyczuła tego swoim wewnętrznym okiem.

— Cóż... — rzekła z wahaniem. — Właściwie to było zaplanowane dopiero na późniejsze lekcje, ale skoro jesteście zainteresowani...

W klasie rozległy się potakujące głosy. Trelawney poprawiła okulary na nosie i zerknęła w stronę Snape'a. Najwidoczniej uznała, że gdyby odmówiła, mogłoby to zrobić nienajlepsze wrażenie na dyrektorze. Chcąc nie chcąc, usiadła przy swoim stoliku. Wyciągnęła ręce nad mlecznobiałą powierzchnią kuli, przymknęła oczy i zaczęła przedstawienie.

Severus skrzywił się z niechęcią. Nienawidził przepowiedni, nawet tych wymyślonych. Nie wierzył, że Trelawney potrafiłaby na życzenie cokolwiek przepowiedzieć, choćby jaka będzie jutra pogoda. Wystarczyło jednak, że kiedyś wygłosiła tę jedną prawdziwą przepowiednię. Tę, którą on sam podsłuchał, od której wszystko się zaczęło. Gdyby nie to... Gdyby wtedy nie doniósł o niej Czarnemu Panu... Może wtedy to wszystko by się nie wydarzyło. Może Lily wciąż by jeszcze żyła... Z trudem oderwał się od tych rozmyślań. Rozpamiętywanie przeszłości nie przynosiło niczego dobrego.

Tymczasem Trelawney zaczęła wyraźnie się rozkręcać. Trans symulowała tak dobrze, że nawet Severus prawie się nabrał.

— Widzę... widzę... wielki, czarny cień, spowija zamek...

— No, największy cień to siedzi tam z tyłu — dosłyszał złośliwy komentarz, wygłoszony odrobinę zbyt głośno.

— Minus dziesięć punktów dla Gryffindoru, Herriot, za przeszkadzanie nauczycielowi w prowadzeniu lekcji — warknął Severus, uznając, że symulowanie głuchoty ma jednak pewne granice. Kilka osób nerwowo podskoczyło na swoich miejscach, a hardy Gryfon gwałtownie pobladł i głośno przełknął ślinę. Nikt nie przypuszczał, że hogwarcki nietoperz ma aż tak dobry słuch.

Tylko Trelawney jakby tego nie dostrzegła. Snuła swoją wizję o ponurym cieniu i zdawać by się mogło, że w dusznej komnacie nagle powiało chłodem.

„Naprawdę jest niezła" — pomyślał Severus z niechętnym uznaniem. Oparł się wygodniej o oparcie krzesła i zerknął na szklane kule na stoliku obok. Kilkanaście jego własnych odbić odwzajemniło to spojrzenie. Wizje wieszczone przez Trelawney stawały się coraz bardziej katastroficzne.

— Widzę płomienie, płomienie spadające z nieba! Kula ognia wybucha w zamku!

Trelawney jakby się ocknęła. Poprawiła okulary, które zjechały jej na czubek nosa. Klasa wytrzeszczała na nią oczy w szczerym zdziwieniu, gdzieś z tyłu dobiegło ciche: „łał". Zebrała nawet oklaski. Zaskoczona, ale i najwyraźniej podbudowana tym niespodziewanym aplauzem, przeszła do części praktycznej lekcji, dotyczącej wróżenia z fusów.

Severus głębiej zapadł się w krzesło, bezwiednie zagarniając poły swojej peleryny, jednym uchem słuchając interpretacji na jakże fascynujący temat, jakim były różne układy fusów na dnie filiżanek. Po skraju świadomości plątała mu się wywróżona przez Trelawney apokaliptyczna wizja i niemal już widział meteoryt albo kometę, ciągnącą za sobą ognisty ogon i spadającą na Hogwart.

Oczy same już mu się zamykały. Oparł się nieco wygodniej o oparcie krzesła.

Nagle usłyszał głośniejszy gwar rozmów i spostrzegł, że uczniowie zbierają swoje rzeczy i wstają od stolików. Lekcja dobiegła końca.

„Nigdy więcej" — poprzysiągł sobie solennie.

Trelawney, blada jak upiór, wyglądała na bliską zejścia. Severus, kierując się nie tyle odruchem litości, co względem czysto praktycznym, bo gdyby coś jej się stało, Lord przysłałby mu na jej miejsce kolejnego Śmierciożercę, tym razem zapewne Bellatriks, wychodząc, rzucił jej przez ramię:

— Wynik pozytywny.

Trelawney wydała z siebie głośne westchnienie ulgi, chwytając się za serce i opadając na krzesło.

Snape, nim zszedł po drabinie, dokładnie sprawdził, czy nikt nie majstrował przy jej szczeblach.

Wślizgnął się do klasy transmutacji na kilka minut przed rozpoczęciem lekcji. Minerwa była już na posterunku. Stała przy biurku, w rękach trzymała jakąś otwartą książkę. Na widok Severusa, wchodzącego do klasy, zamknęła ją z trzaskiem. Rzuciła mu ostre spojrzenie, wyraźnie dając do zrozumienia, że wkracza na nie swój teren. Cała szkoła mogła należeć do niego, ale w tej sali rządziła Minerwa McGonagall.

— Zastanawiam się, czemu właściwie ma służyć ta kontrola — powiedziała Minerwa. Odłożyła książkę na biurko i oparła dłonie na biodrach.— Co ty właściwie próbujesz nam udowodnić? Przecież wy nie potrzebujecie uzasadnienia, żeby pozbywać się ludzi.

Snape z trudem powstrzymał się przed sięgnięciem po poły swej peleryny, by owinąć się nią w ochronnym geście.

— Pozwolisz, że po prostu poobserwuję lekcję — rzekł wymijająco, nie udzielając jej odpowiedzi.

— Ależ proszę bardzo, Severusie — powiedziała zimno McGonagall.

Snape, tradycyjnie, zajął miejsce na końcu sali. Trafił na szósty rok owutemów. Po szkole już się rozniosło, że wampir wizytuje lekcje, co wprowadzało pewien dreszczyk sensacji. Uczniowie, zajmując swoje miejsca, rzucali mu ukradkowe spojrzenia. W sali dał się słyszeć szum rozmów i McGonagall dwa razy musiała upomnieć klasę, nim wreszcie nastała cisza i mogli przystąpić do zamiany małych ssaków w zegarki. Severus wbrew woli przypomniał sobie, że nigdy nie był najlepszy z tej dziedziny.

— I co? Jak wypadłam? — zapytała chłodno McGonagall, zatrzymując go, gdy po skończonej lekcji zmierzał do wyjścia. — Nie zrobiłeś sobie notatek jak Umbridge?

— To zbyteczne — odparł krótko.

Po blacie ławki w pierwszym rzędzie na krótkich nóżkach biegł kolczasty zegarek. Minerwa zatrzymała go w miejscu jednym machnięciem różdżki i zaklęciem przetransmutowała z powrotem w jeża. Delikatnie odesłała zdenerwowane zwierzątko do skrzynki.

— Zajmij się lepiej swoimi śmierciożerczymi przyjaciółmi — poradziła mu Minerwa. — To, co wyprawiają, woła o pomstę do nieba.

— Pozwól, że ja to ocenię, Minerwo — odparł lodowato.

W porównaniu do kolejnego, drobnego starcia z Minerwą, numerologia była już czystą przyjemnością. Niewielka klasa Vector znajdowała się w odległym zakątku zamku. Na środku komnaty stał duży, nakryty ciemnoniebieskim suknem stół. Mogło przy nim swobodnie zasiąść kilkanaście osób. Większa ilość miejsc nie była potrzebna. Zajęcia z numerologii zawsze należały do tych bardziej kameralnych. Na ścianach wisiały plansze dotyczące znaczenia numerologii w różnych kulturach, również u mugoli. U szczytu stołu leżał notes i etui do okularów, obok stała pusta filiżanka. Widocznie Vector wyszła tylko na chwilę.

Severus zaanektował sobie jedno z krzeseł i przestawił je pod ścianę, z dala od stołu, obok stojaka ze zwiniętymi planszami, ale nie usiadł na nim. Stanął pod jedną z plansz, traktującą o symbolice różnych cyfr, po to tylko, by zawiesić na czymś oko. Tak zastała go Vector, gdy wróciła do klasy. Nie skomentowała jego pojawienia się, za co był jej szczerze wdzięczny. Rzuciła mu jedynie uważne spojrzenie i tak spędzili kilka minut w ciszy, aż do rozpoczęcia lekcji.

Klasa składała się z ośmiu osób: siedmiu dziewczyn i tylko jednego chłopaka. O ile Severus się nie mylił, to z jego własnego domu. Vector porozmawiała sobie z uczniami za pomocą wzorów i cyfr, a Severus nawet nie usiłował zrozumieć, o czym mówią. Zbyt absorbowało go rozmyślanie o bieżących sprawach. Poza tym, jeżeli dobrze pójdzie, dzisiaj w nocy albo nawet jeszcze wieczorem miał zamiar skończyć pierwszą partię eliksirów.

„Trzeba będzie wysłać sowę na adres Malfoyów z wiadomością, że „lekarstwa gotowe" i umówić się na kontakt..." — pomyślał.

Po zakończeniu lekcji powiedział do Vector:

— Nie wiedziałem, że pan Hollom uczęszcza na numerologię.

— Coż, trafił się taki jeden rodzynek w cieście. Widocznie niektórzy Ślizgoni mają inne zainteresowania niż czarna magia — uprzejmie zauważyła Heloiza, przecierając okulary szmatką.

— W istocie — odparł Snape przez zaciśnięte zęby, żałując, że w ogóle się odezwał, zamiast wyjść z klasy bez słowa.

Obiecał sobie, że cały weekend spędzi w pracowni, a pierwszą osobę, która spróbuje mu w tym przeszkodzić, potraktuje Niewybaczalnym. Z tą myślą zakończył pierwszą część akcji pod tytułem: wizytacje.

Nikły blask skrawka księżyca, wpadający przez okna, malował na ciemnych posadzkach jasne prostokąty zimnej, błękitnej poświaty. Głęboka, nocna cisza spowijała Hogwart. Nawet postaci na portretach zapadły już w sen. Tu i ówdzie snuły się perłowoszare, milczące duchy. I tylko nauczyciele, którym w tę sobotnią noc przypadła kolej na patrol, musieli odłożyć udanie się na spoczynek do upiornej godziny czwartej nad ranem.

Auriga Sinistra uznała, że da się to znieść. Co prawda znała kilka bardziej interesujących sposobów na spędzanie wieczorów niż czterogodzinne błąkanie się po korytarzach zamku, ale nocna pora była dla niej znacznie bardziej przyjazna niż poranki. W końcu obserwacje astronomiczne prowadzono nocą, a część praktyczna jej lekcji odbywała się o północy, na szczycie wieży.

Pierwsza godzina jej dyżuru dobiegała właśnie końca, gdy przy klatce schodowej spotkała Heloizę Vector.

— Przejdziemy się kawałek razem? — zaproponowała Liza, kiedy już przestały oślepiać się nawzajem różdżkami i upewniły się co do swojej tożsamości.

— Jasne. Dlaczego się tak czaiłaś za rogiem? — zapytała Sinistra z zainteresowaniem.

— Myślałam, że to może ta Carrow — przyznała Vector.

— No wiesz, czy ja mam fryzurkę jakby piorun w miotłę strzelił? — oburzyła się Auriga, odruchowo odgarniając długie włosy.

— W ciemnościach ciężko rozpoznać... A kręciła się gdzieś tutaj. Idziemy?

— Możemy iść. Tylko może na inne piętro, bo to obleciałam już dwa razy.

— A ja piąte. To gdzie cię jeszcze nie było?

— Przy wieży Gryffindoru — oświadczyła po krótkim namyśle Auriga.

— Byłam tam na samym początku, ale nie zaszkodzi sprawdzić jeszcze raz...

Weszły na siódme piętro, a potem wolnym krokiem ruszyły korytarzem w stronę części zamku należącej do Domu Lwa, oświetlając sobie drogę różdżkami. Ich kroki odbijały się echem od ścian i wysoko sklepionego sufitu.

— Ten drań chce nas wykończyć — Heloiza stłumiła ziewnięcie. — Drugi raz w przeciągu pięciu dni mam patrol o północy. Nie wiem, jak długo jeszcze tak pociągniemy.

— Noc jeszcze młoda — zauważyła Auriga.

— Może dla ciebie. Ty zawsze o tej porze obserwujesz niebo. Ile nam jeszcze zostało?

— Prawie trzy godziny.

Jakiś czas krążyły w okolicach wieży Gryffindoru, starannie omijając tę część siódmego piętra, gdzie znajdowało się terytorium wroga — dyrektorski gabinet i komnaty mieszkalne Carrowów.

— Wpół do drugiej — powiedziała Vector. — Chwila przerwy?

Auriga nie miała żadnych obiekcji. Zatrzymały się przy wykuszowym oknie z szerokim, kamiennym parapetem, ostatnim w długim szpalerze biegnącym wzdłuż ściany korytarza.

Heloiza przysiadła na parapecie.

— Przydałoby się coś na rozbudzenie — westchnęła.

— Na przykład kawa? — zapytała Auriga.

— O tej porze kuchnia chyba nie działa? — zdziwiła się Vector.

— Kuchnia może nie, ale Zgredek zawsze działa. Uruchomił dla nas specjalny dyżur ratunkowy.

— I dlaczego ja się dowiaduję o tym dopiero teraz? Oczywiście, że z chęcią napiję się kawy.

Sinistra przywołała dwa kubki aromatycznego, gorącego napoju. Vector z przyjemnością ogrzała dłonie, ostrożnie biorąc do rąk parujące naczynie.

— Tego mi było trzeba — mruknęła, upijając łyk, gdy kawa już nieco przestygła. — Nie mam pojęcia, jak ty to wytrzymujesz. Od poniedziałku do piątku lekcje, dzisiaj ten dyżur.

— Można się przyzwyczaić — stwierdziła Auriga. — Poza tym obserwacje kończą się o wpół do drugiej, czasami wcześniej, zależy od pogody... Odprowadzę uczniów do domów po lekcji i o drugiej jestem już u siebie.

— Był już u ciebie wampir na wizytacji? — zagadnęła Vector, zmieniając temat.

— Nie. Najwidoczniej nie chciało mu się wejść do mnie po schodach.

— Nie licz na to, że cię pominie...

— Ależ ja się nie mogę doczekać... A u ciebie jak było?

— Nic interesującego. Siedział z tyłu i roztaczał złą aurę. Nie wtrącał się. — Vector odstawiła kubek na parapet. Zdjęła okulary i starannie przetarła szkła rękawem. Przez chwilę przyglądała się przyjaciółce badawczo, po czym powiedziała: — Skończyłaś już?

— Co? — zapytała Sinistra, wyrwana z zamyślenia. Wpatrywała się w migoczące na ciemnym niebie gwiazdy. Wąski rogalik księżyca lśnił słabym blaskiem, przysłaniany przez posrebrzane jego światłem strzępy chmur, przeganiane podmuchami wiatru.

— Mam na myśli mało przyjemną czynność, powszechnie zwaną biciem się z myślami — wyjaśniła Liza. — Coś cię martwi, widzę przecież.

— Jak chyba każdego teraz... — powiedziała wymijająco Auriga.

Vector nic nie powiedziała, czekając.

— No dobrze, przyznaję. — Sinistra usiadła na parapecie obok Lizy, wpatrując się w trzymany w dłoniach kubek. — Zwróciłaś uwagę, jak on się zachowuje? Jest opanowany jak nigdy dotąd, a przecież mógłby zamienić nasze życie w piekło.

— Chyba już wystarczy tego, co zrobił...

— Nawet mi nie przypominaj — powiedziała Sinistra. Wystarczyła jej świadomość, że na szczycie wieży astronomicznej dokonano morderstwa. — Wiesz, że chodzi mi o to, co teraz dzieje się w Hogwarcie. Gdyby chciał nam zrobić coś złego...

— A twoim zdaniem do tej pory robił nam samo dobre? — zapytała sceptycznie Vector. — Rozumiem, że byłabyś usatysfakcjonowana, gdyby nas wszystkich pozakuwali w kajdany i zawlekli do Azkabanu? — zainteresowała się.

Sinistra nic nie odpowiedziała, w milczeniu obracając w dłoniach swój kubek.

— Severus jest wyrachowany — powiedziała po chwili Heloiza.— Jest ich tutaj tylko troje. Poza tym, jeżeli Carrowowie będą za bardzo podskakiwać, to Minerwa przetransmutuje ich w mopy i wyśle do schowka Filcha.

Obydwie parsknęły cichym śmiechem. Czasami lepiej było obrócić wszystko w żart, byleby nie myśleć o tym, co się stało. O zdradzie Severusa, o śmierci Dumbledore'a i o zaginięciu Charity, która wedle informacji Minerwy również nie żyła.

Sinistra zastanawiała się, czy powiedzieć coś jeszcze. Podzielić się z Lizą tym, co widziała pewnego sierpniowego, deszczowego poranka. Na razie jednak postanowiła zatrzymać to w tajemnicy. Korytarz szkoły, nawet nocną porą, nie był najlepszym miejscem na takie rozmowy.

Heloiza założyła okulary i sięgnęła po swój kubek z kawą, ale nie uniosła go do ust.

Na drugim końcu korytarza, tam, gdzie znajdowało się strzeżone przez obraz Grubej Damy wejście do wieży Gryffindoru, dało się dostrzec zarys kilku postaci, które przemknęły w jego głąb, dość nieudolnie kryjąc się przed wzrokiem nauczycielek.

Sinistra zerknęła na Vector, wysoko unosząc brwi. Vector na Sinistrę, nie kryjąc lekkiego zdziwienia. Ileż porozumienia było w tej krótkiej wymianie spojrzeń.

— Przypomnij mi... co to nasz pan i władca polecił nam robić w takich sytuacjach? — zapytała Auriga z namysłem.

— Niech się zastanowię... Raportować o wszystkim tym jego przystawkom?

Milczały przez chwilę.

— Nie wiem jak ty — powiedziała z determinacją Vector — ale ja nic nie widziałam.

Sinistra tylko leciutko się uśmiechnęła i skinęła głową.

Kolejne nocne patrole ujawniły, że plaga ślepoty dotknęła większość hogwarckich nauczycieli.

c.d.n.