Severus Snape pochylił się do przodu i utkwił spojrzenie hebanowych oczu w siedzącej naprzeciwko niemu postaci.
- A co z Grimmauld Place? – zapytał nieustępliwym tonem i ze zniecierpliwieniem przeczesał bladą dłonią kruczoczarne włosy.
Albus Dumbledore pokręcił ze znużeniem głową i wysączył kolejny łyk gorącej, zielonej herbaty.
- Dlaczego nie? – fuknął z irytacją Mistrz Eliksirów, wstając gwałtownie i przechadzając się po swoim gabinecie, kontynuował twardym, przepełnionym irytacją głosem.
- Jestem pewien, że zarówno ten pchlarz, Black, jak i Potter, będą wniebowzięci, jeżeli dostaną szansę spędzenia reszty wakacji w swoim towarzystwie – powiedział to takim tonem, jakby sama myśl o przebywaniu, choćby minuty, w gronie tych dwóch Gryfonów, przyprawiała Severusa o mdłości.
- Wziąłem pod uwagę taką możliwość – odparł Dumbledore, zerkając na Mistrza Eliksirów znad okularów-połówek. – Jednakże, Syriusz od kilku tygodni usiłuje doprowadzić rodową posiadłość Blacków do stanu używalności i minie jeszcze sporo czasu, zanim będzie można postawić tam stopę bez obawy, że coś zadusi członków Zakonu we śnie. – Dyrektor odstawił parującą filiżankę na mahoniowe biurko i złączył opuszki palców, uśmiechając się przy tym lekko.
- Zapewne pamiętasz, jak wspominałem ci na początku lipca, że Syriusz był tak uprzejmy i zaproponował Grimmauld Place jako nową siedzibę Zakonu, prawda, Severusie? – Severus pamiętał. I pamiętał również, jak bardzo był wówczas wściekły na tego cholernego kundla i Albusa, kiedy starszy czarodziej wyjaśnił mu, najspokojniej w świecie, co stało się tej pamiętnej nocy, zaraz po wydarzeniach we Wrzeszczącej Chacie.
Zacisnął zęby na to wspomnienie i omiótł swego rozmówcę roziskrzonym spojrzeniem.
- Więc rozumiesz – kontynuował Dumbledore, zupełnie ignorując złość wyzierającą z oczu Mistrza Eliksirów – dlaczego nie uważam, aby pomysł umieszczenia Harry'ego na Grimmauld Place był dobrym wyjściem. Chłopiec ma jeszcze czas, aby dowiedzieć się o pewnych sprawach. Poza tym, nie uważam również, aby Syriusz zdołał uprzątnąć wszelkie pozostałości po swych przodkach w ciągu jednej czy dwóch nocy, skoro pracuje nad tym zawzięcie od tak długiego czasu.
- Oczywiście – warknął Severus, wykrzywiając przy tym złośliwie wargi. – Black, pomimo, że uciekł z Azkabanu, nadal pozostaje rażąco nieprzydatny i niekompetentny. Nawet, jeśli w grę wchodzi życie i zdrowie jego ukochanego chrześniaka. – Posłał Dumbledore'owi pełne a-nie-mówiłem spojrzenie i na powrót usiadł za dużym, drewnianym biurkiem. Spojrzał wyczekująco na starszego czarodzieja, a kiedy ten, wciąż milcząc, wpatrywał się spokojnie w swego rozmówcę, Severusowi poczęła kiełkować w głowie niepokojąca myśl.
Zmrużył z konsternacją oczy i wydał z siebie zduszony okrzyk.
- Nie powiedziałeś mu!
- Zareagowałby w zbyt pochopny sposób, Severusie. Znasz przecież go i wiesz, jaki jest… - Dumbledore urwał, jakby szukał odpowiedniego słowa, ale Snape przerwał mu i zaczął wyrzucać z siebie złośliwe epitety.
- Głupi? Małostkowy? Nierozważny? Arogancki? Pełen odrażającej brawury?
- Severusie – napomknął go dyrektor cicho, z wyraźnie słyszalną naganą w głosie. Severus uniósł brew, ale zacisnął usta w wąską linię i zamilkł.
- Naprawdę, musisz mi uwierzyć, że przemyślałem wszelkie dostępne opcje, mój drogi chłopcze. Nie mogę pozwolić Harry'emu, aby spędził ostatni miesiąc wakacji w Hogwarcie, ponieważ, jak już ci wspominałem, to byłoby zbyt oczywiste. A biorąc pod uwagę wydarzenie z czerwca, szkoła to będzie pierwsze miejsce, o jakim pomyśli Voldemort, kiedy dowie się, że Harry nie przebywa już w Little Whinging. I zanim zadasz mi kolejne pytania – Dumbledore podniósł nieco głos widząc, że Mistrz Eliksirów już otwiera usta, aby coś powiedzieć – to owszem, Hogwart ma najlepsze zabezpieczenia, aby ochronić chłopca przed Voldemortem. Jednakże, kto ochroni Harry'ego przed nim samym. – Dumbledore pokiwał głową i ponownie upił łyk, lekko już przestudzonej, herbaty.
- Niestety, ale Harry wdał się aż nadto w swego ojca oraz chrzestnego, którzy, jak to ująłeś? Przepełnieni są brawurą?
- Odrażającą – dodał Severus, mając ochotę wywrócić oczami. – I jeden z nich już w czasie przeszłym, dyrektorze. – Albus spojrzał surowo na Mistrza Eliksirów, ten jednak w odpowiedzi posłał swemu przełożonemu beznamiętne spojrzenie bez cienia skruchy.
- Cóż, jak mówiłem, Harry, przebywając w zamku, byłby pozostawiony samemu sobie, ponieważ wszyscy nauczyciele powyjeżdżali już na swe urlopy, albo, jak większość z nich, z mojego polecenia udali się za granicę w interesach Zakonu. Ja sam jestem zbyt zajęty, aby pełnić nad nim pieczę, tak samo jak pozostali jego członkowie. To bardzo pracowite lato dla nas wszystkich, z czego, jestem pewny, zdajesz sobie sprawę, Severusie. – Mistrz Eliksirów wykrzywił się brzydko i postukał palcami o blat biurka.
- A co z Weasleyami? Potter mógłby pojechać do nich. Zarówno Artur jak i Molly niemal już adoptowali tego chłopaka, nie wspominając o tym, że cała ich latorośl byłaby wprost zachwycona.
- Nie, Severusie. Nie narażę rodziny Weasleyów na takie niebezpieczeństwo. Harry musi wrócić na Privet Drive, ponieważ jedynie tam pozostanie bezpieczny do czasu rozpoczęcia roku szkolnego. – Mistrz Eliksirów zacisnął zęby, ale w milczeniu pokręcił z irytacją głową i wbił spojrzenie w gzyms kominka.
Dochodziło już późne popołudnie, a on od samego rana, kiedy tylko zdołał wyrwać się z objęć Morfeusza (po uprzednim zażyciu Eliksiru Bezsennego Snu), zaczął rozmyślać, gdzie można by umieścić Pottera na resztę wakacji. Pomysł odesłania chłopaka z powrotem do jego krewnych wydawał się Severusowi niedorzeczny i nie do zaakceptowania. Jednakże, co zdążył już zauważyć, jedynie on pozostawał takiej myśli. Dumbledore najwyraźniej nic sobie nie robił z tego, jak chłopak był tam traktowany. Severus zacisnął palce na swojej szacie i zmrużył oczy. Był bardziej niż pewny, że powinien pozostawić tę sprawę w stanie, w jakim obecnie się znajduje i oddać całą odpowiedzialność w ręce Dumbledore'a. Jednakże coś w jego głowie wrzeszczało, teraz jeszcze głośniej, niż minionej nocy, że pozostawienie szczeniaka na pastwę tych mugoli byłoby absolutnym aktem zbrodni i pogwałceniem obietnic, które niegdyś złożył. Słyszał już wcześniej ten głos, rozbrzmiewający w najgłębszych zakamarkach jego duszy. Słyszał go na pierwszym roku Pottera, kiedy musiał odczarowywać jego miotłę, aby ten cholerny szczeniak nie skręcił sobie karku, spadając z niej. Słyszał go potem ponownie na drugim roku, kiedy Potter, wraz z Weasleyem, przylecieli do Hogwartu zaczarowanym samochodem. Potem, słyszał go znowu, głośniej, niż kiedykolwiek wcześniej, jakby stado trolli wrzeszczało mu wprost do ucha, kiedy to Święta Trójca Hogwartu udała do Wrzeszczącej Chaty. A potem było tylko gorzej, bo wrzaski nie ustępowały przez cały przeklęty Turniej Trójmagiczny.
Severus, wściekły na samego siebie, że jest takim głupcem, aby, nawet w tym najmniejszym stopniu, choć wbrew swojej woli, interesować się cholernym Potterem, wstał i podszedł do drzwi, gdzie stał już Dumbledore i spoglądał na niego ze smutnym uśmiechem dobrotliwego staruszka.
- Chciałbym teraz porozmawiać z Harrym, jeśli nie masz nic przeciwko – zagadnął wesoło, wychodząc na korytarz. Mistrz Eliksirów poprowadził starszego czarodzieja do bawialni i zawołał skrzata domowego, nakazując mu natychmiastowe sprowadzenie na dół chłopaka.
- Cieszę się, że tak ci zależy na tym, aby Harry był bezpieczny – powiedział Dumbledore niefrasobliwym tonem, rozsiadając się na, obitej czarną skórą, sofie. – Złożyłem wizytę państwu Dursley i zapewniam cię, że nic, co miało miejsce przez ostatnich kilka tygodni, więcej się nie powtórzy. – Posłał Mistrzowi Eliksirów rozbawione spojrzenie, kiedy ten, zaciskając pięści, oblał się bladym rumieńcem.
- Nic mnie nie obchodzi Potter, ani to, w jakich warunkach mieszka, z kim i co robi w czasie wolnym od szkoły! – syknął, wbijając pełne złości spojrzenie w Dumbledore'a.
- Odniosłem zgoła inne wrażenie - mruknął dyrektor, pełen entuzjazmu.
- Jest impertynenckim, zadufanym w sobie gówniarzem, który uważa, że pozjadał wszystkie rozumy i żadne zasady ani regulaminy go nie dotyczą!
- Nie zmienia to faktu, że jest tylko nieszczęśliwym dzieckiem.
- To pan, dyrektorze, posyła go w paszczę lwa. Śmiem twierdzić, że po raz kolejny. – Odwrócił się na pięcie i pomaszerował w stronę schodów. – Musze zająć się pilnymi sprawami. Wstrętek niebawem pojawi się z Potterem. Proszę czuć się jak u siebie w domu. – Z tymi słowami, wszedł ponownie do swego gabinetu i zamknął za sobą chicho drzwi.
Harry obudził się, kiedy słońce wisiało już wysoko na niebie, usiłując przedrzeć się przez ciężkie, grube zasłony, zaciągnięte przed jedynym oknem w pomieszczeniu.
Przez chwilę leżał w łóżku, rozkoszując się miękkością materaca i starając się przypomnieć sobie, czy nawiedzały go podczas snu jakieś koszmary. Z zadowoleniem stwierdził, że nie i wyskoczył z łóżka, przepełniony energią, której nie czuł od wielu miesięcy. Spychając na dno swojej świadomości wszelkie przygnębiające myśli, założył na nos okulary i z uwagą rozejrzał się po pokoju. Nagle, odsłaniając okno, zdał sobie sprawę z trzech rzeczy. Po pierwsze, wciąż był w samej bieliźnie. Po drugie, był potwornie głodny. A po trzecie, nadal przebywał pod jednym dachem ze Snape'em. Na myśl o tym ostatnim wykrzywił się brzydko i wzruszył ramionami. Cóż, za parę godzin będzie tutaj Dumbledore i najpewniej zabierze Harry'ego ze sobą. Na tę myśl żołądek chłopca wykonał kilka koziołków, a w głowie Gryfona poczęła rodzić się cudowna wizja spędzenia reszty wakacji w Hogwarcie, albo!, co lepsze, u Rona i reszty Weasleyów! Z zadowoleniem malującym się na twarzy, podszedł do drzwi i z konsternacją zauważył, że wciąż są zamknięte. Jakby tylko czekając na ten znak, w pomieszczeniu zmaterializował się skrzat domowy i z niskim ukłonem zaskrzeczał okropnie piskliwym głosem.
- Panicz Potter już się obudził, sir. Czy Wstrętek może przynieść paniczowi coś do jedzenia, sir? – Harry zerknął na kulącą się postać i wydął wargi na słowo „panicz". Oczywiście, tylko skrzat domowy Severusa Snape'a mógłby używać tak idiotycznego określenia. No, może jeszcze u Malfoyów by to przeszło.
- Tak, prosiłbym coś do jedzenie i jeśli można, coś do ubrania. – Zerknął wymownie na siebie i uśmiechnął nieśmiało do skrzata. Ten, wybałuszywszy wielkie oczy na Harry'ego, skinął tylko głową i zniknął z cichym pyk! Harry nie musiał czekać nawet dwóch minut, a Wstrętek ponownie pojawił się w pokoju z tacą z jedzeniem i ubraniem przewieszonym przez chude, kościste ramię. Odstawił wszystko ostrożnie i spojrzał wyczekująco na chłopca. Harry, czując się co najmniej skrępowanym, mruknął:
- Dziękuję, Wstrętku, nic więcej nie potrzebuję. – Skrzat zerknął na Gryfona z rozczarowaniem i ponownie zniknął, pozostawiając chłopca samego w pokoju. Harry podszedł do krzesła, gdzie Wstrętek odłożył ubranie i, starając się nie myśleć, że może kiedyś należało ono do Snape'a (chociaż nie wyobrażał go sobie w czymkolwiek, co nie byłoby smoliście czarne), wciągnął przez głowę szarą koszulkę i nałożył wypłowiałe spodnie. Z zapałem spojrzał na tacę z jedzeniem i poczuł ukłucie zawodu. Spodziewał się raczej kiełbasek i jajecznicy, a zamiast tego dostał miskę rosołu i sok dyniowy. Fuknął z irytacją i zabrał się do jedzenia. Już po kilku łyżkach zorientował się, że może wcale to nie był taki głupi pomysł, gdyż jego żołądek skurczył się boleśnie i Harry był pewien, że więcej w siebie nie zmieści, jeżeli nie chce zwymiotować nawet tak żałośnie małej porcji. Z konsternacją upił łyk soku i podszedł do okna, po czym otworzył je na oścież.
Ciepłe, przyjemne powietrze owiało twarzy Harry'ego i ten przeniósł spojrzenie na prawie bezchmurne niebo. Kilka zagubionych obłoków wolno płynęło po przyjemnym dla oka błękicie, rzucając blade cienie na zazieleniony ogród, rozciągający się daleko poza zasięg wzroku chłopca. Wypielęgnowane trawniki (choć nie tak, jak na Privet Drive) pokrywały rozmaite klomby różnokolorowych kwiatów i finezyjnie przyciętych krzewów bukszpanu. Kilka samotnych, ogromnych wierzb płaczących rozpościerało swe gałęzie nad niewielkim stawem, na powierzchni którego unosiły się przegniłe lilie wodne. W powietrzu wyczuwało się zapach wrzosu, forsycji i chabrów.
Harry przez chwilę wpatrywał się w parę świergoczących ptaków, które podskakiwały na oparciu jednej z drewnianych ławeczek tuż nad stawem i na powrót podszedł do łóżka. Jego wzrok powędrował do regału z książkami i, z braku lepszego zajęcia, skierował się ku niemu, przeglądając tytuły. Książki, o dziwo, nie traktowały jedynie o eliksirach bądź czarnej magii i Harry sięgnął po Smoki całego świata, przeglądając jej zawartość. Zaciekawiony wieloma wspaniałymi, ruchomymi ilustracjami, usiadł pod oknem i rozkoszując się ciepłym, letnim powietrzem, skupił się na tekście.
Harry nie wiedział, ile czasu przesiedział z książką na kolanach, kiedy nagle w pokoju ponownie pojawił się skrzat domowy, zerkając na chłopca wielkimi, wodnistymi oczami.
- Panicz Potter jest proszony o zejście na dół, sir. – I podszedł do drzwi, otwierając je na oścież. Harry, z bijącym sercem, zerwał się na nogi, rzucił książkę na łóżko i wyszedł z pokoju, czując, jak żołądek podchodzi mu do gardła.
Kiedy wszedł do bawialni, Dumbledore już na niego czekał w towarzystwie niewielkiego imbryczka i dwóch parujących filiżanek.
- Dzień dobry, dyrektorze – powiedział, posyłając starszemu czarodziejowi nieśmiały uśmiech i stanął przy jednym z wolnych foteli.
- Harry, mój drogi, jak miło cię widzieć. Proszę, usiądź i napij się herbaty. - Dumbledore wskazał chłopcu miejsce, posyłając mu radosne, życzliwe spojrzenie. Harry usiadł z wdzięcznością i sięgnął po jedną z filiżanek. Upił spory łyk, parząc sobie przy tym język, i wbił wzrok w dyrektora.
- Harry – zaczął Dumbledore, wygodnie rozsiadając się na czarnej sofie – ufam, że miałeś dobrą noc? – zagadnął go niefrasobliwym tonem, a Harry'emu nieco zrzedła mina. Miał nadzieję, że dyrektor od razu powie chłopcu, że zabiera go z tego domu, jak najdalej od ponurego Mistrza Eliksirów i już, na przykład w Norze, odbędą rozmowę, którą Harry życzyłby sobie, w gruncie rzeczy, nigdy nie zaczynać.
Skinął natomiast bez entuzjazmu głową i upił kolejny łyk.
- Tak, profesorze Dumbledore. Dziękuję – mruknął w odpowiedzi, starając się nie wyglądać jak przekłuty balon. Zerknął na dyrektora, jednak ten wciąż wpatrywał się w chłopca z tymi samymi, dobrotliwymi iskierkami w błękitnych oczach i jowialnym uśmiechem na pomarszczonej twarzy.
- Cóż, Harry, bardzo się cieszę. Nie moja w tym, niestety, zasługa, jednak profesora Snape'a i wierzę, że podziękowałeś mu już za to, prawda? Bardzo wiele zrobił dla ciebie minionej nocy. – Harry zaczerwienił się po same cebulki włosów i speszony wbił spojrzenie w bursztynową herbatę. Z opresji udzielenia odpowiedzi wybawiło go głośne, sarkastyczne prychnięcie, dobiegające od strony drzwi, a potem surowy, zimny ton doszedł do uszu chłopca.
- Oczywiście, że Harry Potter nie podziękował. Harry Potter nie musi dziękować. Harry Potter uważa, że obowiązkiem każdego czarodzieja na tym świecie jest ratowanie jego sławetnej osoby z każdej opresji.
- Wcale, że nie! – krzyknął Harry, zanim zdążył się pohamować i posłał w stronę Snape'a wściekłe spojrzenie. Ten jedynie uniósł brew i wykrzywił bladą twarz w grymasie niezadowolenia. Harry natomiast przeniósł przepraszające spojrzenie na dyrektora i przygryzł dolną wargę.
- Przepraszam, dyrektorze – jęknął, widząc, że starszy czarodziej patrzy na niego karcąco.
- Nie mnie należą się przeprosiny, Harry – upomniał go cicho, jednak bez widocznej nagany w głosie. Harry przełknął ślinę i odwrócił się w stronę nauczyciela eliksirów.
- Przepraszam, profesorze. I dziękuję, profesorze – wypalił na jednym tchu bez przekonania w głosie i na powrót przeniósł zawstydzone spojrzenie na filiżankę, którą wciąż trzymał w dłoniach. Usłyszał, jak Snape wydaje z siebie odgłos, coś pomiędzy prychnięciem, a parsknięciem, i przeszedł przez pokój, po czym usiadł naprzeciwko Harry'ego w drugim wolnym fotelu. Dumbledore machnął różdżką i przed nauczycielem pojawiła się filiżanka, po którą sięgnął, z widoczną niechęcią, ale podziękował i upił łyk przez zaciśnięte wargi.
- Więc, Harry – Dumbledore ponownie spojrzał na chłopca z uśmiechem i Harry'emu ulżyło. Zaraz jednak cały się spiął, ponieważ przeszło mu przez myśl, że gorsze od przeprowadzenia rozmowy z Dumbledore'em odnośnie wydarzeń na Privet Drive, będzie jedynie przeprowadzenie jej w obecności Snape'a. Znowu. Przygryzł wargę i spojrzał wyczekująco na dyrektora.
- Rozmawiałem z twoim wujem oraz ciotką – Harry pobladł, ale milczał – i ufam, że moje słowa wzięli sobie do serca. Dlatego proszę cię, abyś puścił w niepamięć wszelkie wyrządzone ci krzywdy i nie pielęgnował ich w sobie. – Dumbledore uśmiechnął się pokrzepiająco, a Harry miał wrażenie, że ma watę zamiast mózgu. Z największym wysiłkiem starał się słuchać dalej.
- Ufam, że twoi krewni są świadomi błędów, które popełnili, jednakże wciąż należy pamiętać, że wszyscy jesteśmy tylko ludźmi. I nasze wybory, decyzje, które podejmujemy, niekiedy są brzemienne w skutkach. I musisz pamiętać, Harry, że niekiedy strach przed tym, czego nie znamy, pcha nas do najbardziej rozpaczliwych, najbardziej niezrozumiałych czynów – urwał na chwilę i upił łyk herbaty, po czym kontynuował.
- Wierzę, że sytuacja, która miała miejsce w lipcu więcej się nie powtórzy, dlatego muszę cię prosić, abyś… - Nie zdążył dokończyć zdania, ponieważ przerwał mu Snape, wtrącając się chłodnym, beznamiętnym tonem.
- Potter, dyrektor chce cię poinformować, że przez następny miesiąc będziesz przebywał pod moją opieką. Tutaj. – Harry zadławił się herbatą i wylał połowę cieszy na swoje kolana. Niezdolny do jakiegokolwiek ruchu, co chwila otwierał i zamykał usta, jak ryba wyjęta z wody i spoglądał na Snape'a przerażonym wzrokiem. Przeniósł wzrok na Dumbledore'a, który przez chwilę wyglądał na zmieszanego, jednakże, doszedł do wniosku Harry, musiało mu się to przewidzieć, ponieważ refleks emocji zniknął z twarzy starszego czarodzieja, zastąpiony zadowoleniem, a na jego twarzy wykwitł szeroki uśmiech. Dyrektor machnął różdżką i spodnie Harry'ego na powrót były suche, a filiżanka pełna. Chłopiec odstawił ją jednak powoli na szklany, niski stolik, nie ufając swoim trzęsącym się dłoniom i zerknął błagalnie na mężczyznę. Nie, to wszystko nie tak! krzyknął w myślach, a panika zaczęła zaciskać się supłem wokół jego żołądka.
- Ja… - wydukał zrozpaczony – Ja myślałem, że pan… że pan zabierze mnie – urwał i zacisnął palce na brzegu sofy. Wciągnął powietrze do płuc i widząc, że starszy czarodziej czeka uprzejmie, aż Harry zbierze się w sobie, wypalił.
- Ja myślałem, że zabierze mnie pan do Hogwartu! Albo do Nory! – jęknął, spuszczając zawstydzone spojrzenie, nie będąc w stanie nawet spojrzeć na nauczyciela eliksirów. Ten prychnął pod nosem i wykrzywił usta w cynicznym wyrazie.
Dumbledore pokręcił głową, a długa, siwa broda zachybotała się lekko.
- Niestety, Harry, w Hogwarcie na okres wakacji nie miałby się tobą kto zająć, a do Nory, przykro mi to mówić, nie mogę cię wysłać. Choć jestem przekonany, że państwo Weasley byliby zachwyceni, to jednak muszę ci przypomnieć, co wydarzyło się w czasie ostatniego zadania Turnieju Trójmagicznego. – Harry zamarł na te słowa. Pamiętał aż za dobrze.
- Tak, ufam, że zrozumiesz, iż bezpieczeństwo mieszkańców Nory byłoby z twojego powodu wystawione na zbyt duże ryzyko. – Harry pokiwał smętnie głową, jednak wciąż milczał. Przygryzł dolną wargę, czując pod zębami świeżą bliznę i zamrugał kilkukrotnie. Nie mógł zostać tutaj! Nie mógł zostać ze Snape'em! Wszystkie jego sekrety wyjdą na jaw już pierwszej nocy, a do tego nie może dopuścić! Snape natychmiast zorientowałby się, co się dzieje, poinformował Dumbledore'a i Harry wpadłby w nie lada kłopoty! Zaczęliby go przepytywać, a on nie umiałby wytłumaczyć tego wszystkiego, co działo się nocami w jego głowie, a wówczas pomyśleliby, że albo postradał rozum i wydalili go z Hogwartu, uznając, że stwarza zbyt duże zagrożenie, albo, co gorsza, uznaliby, że Harry ponosi wszelką odpowiedzialność za rzeczy, które widział i słyszał.
- Dyrektorze – jęknął błagalnie, nie zważając na to, że Snape wciąż siedzi w tym samym pokoju, bacznie mu się przyglądając. – Proszę, wolałbym wrócić do Dursleyów – szepnął niemal niesłyszalnie, czując, jak głos zamiera mu w gardle. Z miejsca, gdzie siedział nauczyciel eliksirów doszedł go odgłos pomruku niedowierzania i szybko zerknął w tę stronę. Snape wyglądał, jakby Harry'emu wyrosło poroże, jednak zreflektował się natychmiast i ponownie na jego twarzy zagościł chłodny, złośliwy wyraz. Jednak to Dumbledore odezwał się pierwszy.
- Cóż, Harry. Nie jest dla mnie tajemnicą, że między tobą, a profesorem Snape'em bywało różnie. – Niedopowiedzenie roku, przeszło Harry'emu przez myśl, jednak nie odezwał się i słuchał w ciszy.
- Co jest dla mnie niezrozumiałe, to to, że wolałbyś towarzystwo swoich krewnych, którzy traktowali cię – urwał, i pogładził w zamyśleniu brodę. – Nieodpowiednio – dokończył, a Harry ponownie pomyślał, że dyrektor ma dzisiaj wyjątkową skłonność do lukrowania mniej słodkiej rzeczywistości niż zazwyczaj.
- Powinieneś być wdzięczny profesorowi Snape'owi za to, że był tak uprzejmy i zgodził się na przyjęcie cię pod swój dach. – Harry zignorował naganę w głosie dyrektora i już chciał coś powiedzieć, kiedy Snape wtrącił się pierwszy.
- Nie jest żadną tajemnicą, że pan Potter ma spore trudności z okazywaniem wdzięczności i należytego szacunku osobom, które na to zasługuję – syknął jedwabistym tonem, mierząc Harry'ego spojrzeniem czarnych, hebanowych oczu. Harry przełknął ripostę i ponownie zwrócił się do dyrektora.
- Ja jestem bardzo wdzięczny, naprawdę – wypalił, usiłując podejść starszego mężczyznę z innej strony. – Jednak nie chcę sprawiać profesorowi Snape'owi kłopotu, zwłaszcza w wakacje. I sam pan powiedział, że powinienem dać Dursleyom szansę, więc jak mam to zrobić będąc tutaj? – Modląc się, aby to zadziałało, wbił błagalne spojrzenie w Dumbledore'a.
- Harry, ufam, że profesor Snape przemyślał sobie tę sprawę bardzo dokładnie i wziął pod uwagę wszelką ewentualność. Dlatego nie martwiłbym się tym. A co do twoich krewnych to myślę, że mógłbyś napisać do nich list, w którym poinformowałbyś ich, że nie chowasz do nich urazy. – Starszy czarodziej posłał chłopcu pogodny uśmiech i, nie zważając na jego zdesperowaną minę, wstał.
- Ale ja nie mogę tutaj zostać! – krzyknął Harry, również zrywając się na nogi.
- Potter – warknął ostrzegawczo Snape, ale Harry zignorował go i kontynuował.
- Proszę, dyrektorze, proszę! Musi pan zrozumieć, że ja naprawdę nie mogę tutaj zostać! Muszę wrócić na Privet Drive! – Dumbledore przez chwilę wpatrywał się w Harryego i ten już zaczął wierzyć, że dyrektor zgodzi się, kiedy nagle przemówił spokojnym, choć nieco mniej pogodnym tonem, niż zazwyczaj.
- To, co rozumiem to fakt, iż tutaj będziesz miał lepszą opiekę niż u swoich krewnych, Harry. I muszę zwrócić ci uwagę, iż twoje zachowanie pozostawia wiele do życzenia – upomniał go i Harry poczuł, jak na jego policzki wstępuje palący rumieniec.
Opadł bezwładnie na kanapę i spuścił zawstydzony, pełen rezygnacji wzrok.
- Cóż, skoro wszystko jest już ustalone. – Dumbledore klasnął w dłonie i uśmiechnął się promiennie. – Profesorze Snape, muszę jeszcze z panem przedyskutować kilka kwestii na osobności. Zapraszam za chwilę do mojego gabinetu, gdzie również czekają osobiste rzeczy Harry'ego. – Chłopiec niechętnie podniósł się, czując, jak nogi drżą mu lekko i poczuł dłoń starszego czarodzieja na swoim ramieniu. Zerknął w górę i napotkał życzliwe, dodające otuchy błękitne oczy spoglądające na niego zza okularów-połówek.
- Wierzę, Harry, że wkrótce znów się spotkamy. I że będziesz zachowywał się odpowiednio. Słuchaj profesora Snape'a. Ufam mu bezgranicznie – polecił cichym tonem, w którym brzmiało zdecydowanie i pewność. Harry z trudem skinął głową, odwrócił wzrok, wymamrotał jakieś pożegnanie i zerknął niepewnie w stronę Snape'a.
- Idź do swojego pokoju – polecił, kiedy uchwycił spojrzenie chłopca i skinął głową w kierunku schodów. Harry jeszcze raz wbił błagalne spojrzenie w Dumbledore'a, a kiedy ten mrugnął do chłopca i powiedział „idź", Harry wiedział, że nic więcej nie wskóra i nie pozostało mu nic innego, jak wyjść z pokoju, garbiąc się przy tym i czując na swoich plecach palący wzrok Snape'a.
