Rozdział 7. Między sumieniem a obowiązkiem

Sierżant Mendoza zna definicję dobrego żołnierza.

Dobry żołnierz jest lojalny wobec swojego dowódcy. Bezwzględnie podporządkowuje się jego woli. Posłusznie wypełnia otrzymane rozkazy. Odrzuca emocje. Nie myśli, nie czuje. Zabija wrogów. Nie pyta: „dlaczego?".

Dobry żołnierz staje w obronie słabszych. Dba, by ludności cywilnej nie działa się krzywda. By obywatele czuli się bezpiecznie, a wokół nich panowały spokój i porządek. By wszystkich traktowano równo i z szacunkiem.

A co, jeśli jedno drugiemu przeczy? Jeśli okrutny i chciwy zwierzchnik bezlitośnie gnębi swoich poddanych, wróg jest ich przyjacielem, zaś obowiązujące prawo kłóci się z powszechnym rozumieniem sprawiedliwości?

Co, jeśli żołnierz ma gołębie serce?


Buenos dias, sierżancie – powitało Mendozę od progu. – Wybacz, że sprawiam kłopot. – Zamaskowany mężczyzna zdobył się na słaby, przepraszający uśmiech.

Zorro! Jesteś aresz… – Sierżant urwał i jęknął z przerażeniem. – Madre de Dios! Ranny? – Jego reakcja nie pozostawiła wątpliwości, iż nie był świadomy powodu zaproszenia do kwatery kaprala. – Co ty tu robisz? – zapytał rozpaczliwym głosem. – Powinienem wszcząć alarm!

Nie przeszkodzę ci w tym – spokojnie odpowiedział banita. – Podobnie jak nie ucieknę, ani się nie obronię, gdy wpadnie tutaj Ramone.

Mam obowiązek…

Więc poproszę cię tylko o jedną przysługę – przerwał mu Zorro. – Przez wzgląd na naszą długotrwałą znajomość, sam mnie zabij. Przynajmniej zrobisz to… szybko. Tak sądzę.

Żartujesz? – obruszył się Mendoza. – Nie mógłbym... – dodał po chwili, zrozumiawszy, że banita mówił jak najbardziej poważnie.

Czyli jednak alcalde – westchnął Zorro.

Nie, nie… Nie!

Zatem pozostają nam dwie możliwości. – Zmęczony bólem banita nie miał siły na przeciąganie rozmowy. – Albo pozwolisz mi się wykrwawić, albo… Pomożesz mi, sierżancie?

Mendoza tylko na to czekał. Dotąd gorączkowo szukał w myślach powodu, który nakazałby mu zająć się rannym. Ta prośba była dokładnie takim powodem. W zasadzie nie prośba, a pytanie, ale poczciwy sierżant uznał je za wystarczające usprawiedliwienie niesubordynacji, jakiej zamierzał się właśnie dopuścić. Teraz uklęknął przy Zorro, chcąc ocenić stopień urazu.

Rana nie zagraża życiu – stwierdził po krótkich oględzinach. Gdyby nie fatalne samopoczucie, banita skomentowałby spostrzegawczość Mendozy. – Kula nie utkwiła głęboko – padła kolejna odkrywcza uwaga i sprzeczne z nią słowa. – Potrzebny jest lekarz.

Nie, to się nie uda. – Zorro pokręcił głową. – Doktor Hernandez nie wejdzie tu niepostrzeżenie.

Coś wymyślę, jakoś go wprowadzę – upierał się Mendoza. Wstał i zaczął spacerować po pokoju. – Wiem! – oświeciło go nagle i polecił. – Kapralu, będziesz udawał chorego! Może... niestrawność? Kucharz nie popisał się dzisiejszym obiadem. – Skrzywił się na wspomnienie twardego i niedoprawionego gulaszu. – Nie ma to jak kuchnia señority Escalante... – westchnął, niepocieszony, że wydarzenia dnia uniemożliwiły mu spożycie smacznego posiłku w gospodzie.

To zbyt niebezpieczne – ponownie sprzeciwił się ranny, wyrywając sierżanta z zadumy. Gomez posłał banicie pełne wdzięczności spojrzenie. – Ramone nie uwierzy w taki zbieg okoliczności.

Więc może don Diego? – nie dawał za wygraną Mendoza. – Zna się na medycynie. To dobry człowiek, nie odmówi pomocy – zapewnił. – Może zastanę go w tawernie. Powiem alcalde, że poprosiłem go o...

Nie wolno nam narażać señora de la Vegi, sierżancie – przerwał mu Zorro. – Tym bardziej że Ramone zdaje się za nim nie przepadać. – Zaskoczony propozycją nie znalazł lepszego argumentu na odrzucenie własnej kandydatury.

Na szczęście obawa o przyjaciela wystarczyła, by Mendoza nie nalegał na realizację swojego pomysłu. Co nie znaczy, że przestał się wzbraniać przed rolą felczera.

Kapral ci pomoże – zasugerował banita, starając się ukryć zniecierpliwienie. Czuł, że jeśli dyskusja potrwa jeszcze chwilę, jego rana zacznie być śmiertelna.

Nie potrafię…

Sierżancie...

Ja naprawdę nie...

Sierżancie, proszę.

Madre de Dios! – jęknął Mendoza i z powrotem przyklęknął przy Zorro. Gomez zbliżył się i podał mu nóż. – Kapralu, a skąd ty właściwie…? – W tym momencie sierżant uświadomił sobie, że wciąż nie wie, jaki udział w całym zajściu ma jego towarzysz.

B-bo… Bo t-to ja…

Bo to on mnie postrzelił – wyjaśnił ranny, zanim Gomez zdążył wyjąkać odpowiedź.

On? Jak to on? – Mendoza nawet nie próbował ukryć zdziwienia. – Gdzieś ty się nauczył tak strzelać? – zwrócił się do żołnierza.

Banita znów się uśmiechnął, słysząc pytanie, które sam zadał nie dalej jak pół godziny temu.

Nie celował do mnie – odparł, słusznie przypuszczając, że roztrzęsiony kapral będzie miał trudności ze skleceniem zdania.

Sierżant tylko pokiwał głową. Dobrze znał skromne umiejętności swoich podkomendnych.

Zorro... – jęknął raz jeszcze, zanim przystąpił do wyjmowania kuli. – To będzie... Nie mam żadnych środków...

Wiem.

Wytrzymasz?

Postaram się.

Mendoza przeżegnał się i mocno ujął nóż.


Teraz sierżant również robi znak krzyża. Jest czy nie jest dobrym żołnierzem, jako człowiek wierzący prosi o pomoc Boga.

Cdn.