Wesołych Świąt!

Cztery dni po wydarzeniach we Florencji

Rezydencja Vergerów płonęła. Łuna unosiła się nad chlewniami, z których dochodziły piski palonych żywcem świń. Płonęły stajnie, chociaż ktoś przytomny wypuścił konie, które stały teraz rżące i przerażone przy samym końcu padoku. Od temperatury znajdującej się w środku rozbiły się okna vergerowskiej willi. Jacyś ludzie biegali po podwórzu, ktoś krzyczał.

Margot Verger stała przerażona w koszuli nocnej i obserwowała jak wszystko, co kojarzyła z rodzinnym nazwiskiem zamieniało się w pogorzelisko. Nie chodziło o to, że pożar mógł strawić majątek rodzinny. Mimo całej swojej skłonności do zabobonów i dewiacji Vergerowie jednak pieniądze, aktywa oraz najcenniejsze przedmioty trzymali w bankach.

Płonęły i rozpadały się w niwecz jej wspomnienia. Mason zarzynający jej konia. Ojciec tłukący ich dwójkę tak mocno, że pozostały blizny. Mason zabawiający się z kilkuletnią sierotą z pobliskiego sierocińca. Bogobojna matka karząca im dzień w dzień chodzić do kościoła. Mason, który kazał się całować, bo przecież są kochającym się rodzeństwem. Mason wsadzający jej głowę do muszli klozetowej. Sroga guwernantka, która została pobita batem do powożenia…

Margot uśmiechała się. W ręku trzymała fiolkę ze spermą brata. Przycisnęła ją mocno do piersi. To było jej najcenniejsze ubezpieczenie na przyszłość. Polisa, którą wykorzysta do przejęcia kontroli nad majątkiem.

- Niech ktoś zadzwoni po straż – powiedziała, nie odwracając wzroku od pożaru.

Stojący obok niej stajenny też zadrżał. Oboje byli przesiąknięci dymem.

- Zadzwoniłem, proszę pani.

- A po policję?

- Też.

Margot odwróciła się w jego stronę. W poświacie ognia jej twarz wyglądała upiornie. Oczy błyszczały niezdrowo a usta wykrzywiał pełen zadowolenia uśmiech.

- Co tu się do licha stało? – wyszeptała.

- Jak tylko zobaczyłem ogień przy chlewni i w pokoju pani brata od razu pobiegłem budzić wszystkich – wyjaśnił. – Może to jakieś zwarcie instalacji elektrycznej? Coś trzeszczało od dwóch dni przy dachu.

- To prawdopodobne – przytaknęła bardziej dla świętego spokoju niż z faktycznej wiary, że tak się stało. – Jakieś wieści o moim bracie?

Oczywiście nie musiała pytać. Uziemiony, niepełnosprawny Mason nie byłby wstanie uciec z pokoju. Szczerze mówiąc bawiła ją myśl, że musiał płonąć żywcem. Zemsta smakowała słodko.

Stajenny zmarszczył ze smutkiem twarz.

- To nic – posłała mu wdzięczne spojrzenie. – Miejmy nadzieję, że nie cierpiał… zbyt długo.

Margot znowu odwróciła się w stronę pożaru. Stała zafascynowana i obserwowała go jeszcze długo, nawet wtedy, kiedy przyjechały wozy straży pożarnej i policja.

Alana Bloom narzuciła jej koc na ramiona i delikatnie pociągnęła do samochodu.

- Co się stało? – zapytała przerażona, kiedy znalazły się w nim.

Panna Verger wzruszyła ramionami.

- Zwarcie instalacji elektrycznej – rzuciła beznamiętnie. – To musiało być to.

- Czy… - Alana zawahała się na moment. – Czy Hannibal Lecter przeżył?

- Mason trzymał go przy chlewniach – skrzywiła się ze wstrętem. – Widziałaś w jakim był stanie, kiedy go przywieziono. O ile ktoś go nie wyniósł… - zachichotała nagle. – Boże, dopiero teraz pomyślałam, że on też musiał zginąć.

Psychiatra wpatrywała się w Margot z napięciem. Po chwili jej wzrok padł na zaciśniętą pięść i fiolkę, która się w niej znajdowała. Twarz Bloom stężała na moment. Jej rysy wyostrzyły się, jakby walczyła ze sobą, w końcu nie wytrzymała i zapytała:

- Lecter cię do tego namówił?

Margot drgnęła.

- Nie – zaprzeczyła mechanicznie a potem zaczerwieniła się. – Tylko mnie nie potępiaj. Kiedy zobaczyłam ogień w chlewni pomyślałam, że to taka okazja… Poszłam do Masona i trochę się pokłóciliśmy. Wzięłam paralizator i… - umilkła pozwalając Alanie domyśleć się reszty. – Proszę, nie wydawaj mnie. Ja to zrobiłam dla nas.

- Uda nam się?

Panna Verger dotknęła wolną ręką twarzy Bloom i nieśmiało pogładziła jej policzek. W tej chwili wydawała się być znowu ofiarą. Delikatną ofiarą swojego brata, która zdobyła się na jeden jedyny akt agresji. Alana nie potrafiła być na nią za to zła. Wprost przeciwnie, poczuła się dziwnie doceniona i kochana.

- On nam już nie zagraża – dodała cicho Margot.

Jej kochanka nie wiedziała czy mówiła o Masonie, czy też o Hannibalu Lecterze.

- o o o –

Clarice weszła do sali przesłuchań niosąc laptopa. Jack Crawford, nadal leżący w szpitalu we Florencji, uparł się, że chce uczestniczyć w przesłuchaniu Margot Verger i w ogóle w przesłuchaniu każdego, kto mógł wiedzieć co się wydarzyło w Rezydencji Vergerów.

Młoda policjantka zmrużyła oczy zaskoczona, dostrzegając siedzącą obok Vergerówny Alanę Bloom, ale nie powiedziała ani słowa. Koniec-końców Margot była przesłuchiwana jako świadek, nie była o nic oskarżona. Poza tym, co Starling zdążyła już zrozumieć, głównie przesłuchanie miało dociec co się stało z Hannibalem Lecterem, który (co dziwne) akurat przebywał w środku.

- Dzień dobry – przywitała się najpierw z drobną, brązowowłosą kobietą a potem spojrzała w kierunku ciemnowłosej. – Dzień dobry, pani Bloom.

- Witaj, Clarice – Alana posłała jej słaby uśmiech.

- W przesłuchaniu chciałby uczestniczyć także agent Jack Crawford. Dlatego przyniosłam laptopa – poinformowała obie. – Czy nie ma pani nic przeciwko, panno Verger?

Margot pokręciła głową. Nadal była przesiąknięta zapachem spalenizny. Wyglądała na bardzo zmęczoną. Ciemne sińce pod oczami informowały, że nie przespała w nocy ani minuty.

- To standardowe przesłuchanie… - zaczęła Starling, ale Crawford, który pojawił się na ekranie momentalnie jej przerwał.

- Nie interesują mnie te bzdury – warknął. – Co się stało z Lecterem?

- Zginął.

- Bzdura! Nigdy nie widziałem człowieka, który potrafiłby się tak wiele razy wyrwać śmierci jak on! – sarknął. – Znaleźliście jego ciało?

Panna Verger zadrżała nagle uświadamiając sobie, ile ciał znajdowało się w zgliszczach jej gniazda rodzinnego. Pozieleniała na twarzy.

- Policja zabezpiecza dowody, Jack – wtrąciła Alana, a po chwili wahania dodała jeszcze – Byłam tam kilka godzin przed wybuchem pożaru. I widziałam Hannibala Lectera. Po tym jak potraktowali go przyjaciele Masona nie byłby wstanie nigdzie uciec. Miał złamaną rękę, ranę postrzałową barku, pęknięte żebra – wyliczała. – Ba, był nieprzytomny ale stabilny.

- Może symulował?

- Symulował postrzał? – jęknęła ze złością panna Bloom. – Jack, czy ty sam siebie słyszysz? Miał pękniętą przegrodę nosową. Ledwo oddychał. I obite nogi – wyliczała. - Kiedy go zauważyłam, sama nie wierzyłam, że jest w takim stanie. Więc musiałam go zbadać. Lecter ponoć był odpowiedzialny za śmierć Mario? Brata, któregoś z pracowników Vergera.

- Matteo Deograciasa – wtrąciła Margot. – Hannibal był odpowiedzialny za śmierć Mattego, brata Carlo Deograciasa*. Więc kiedy Carlo dorwał go we Florencji…

- Carlo. Niski, palący papierosy? – dopytywał Jack. Jak przez mgłę pamiętał tego człowieka. I jego czarne buty. Sycylijski akcent i brzydki, przepalony nikotyną głos.

Panna Verger potwierdziła.

- Ale to takie wygodne! – Crawford nie dawał za wygraną.

Wyglądał śmiesznie z obandażowaną głową i mnóstwem malutkich plastrów, ale wydawał się całkiem nieźle dochodzić do siebie.

- Gdzie jest Will? – zapytał nagle.

- Powinnam go tu wezwać? – zdziwiła się Clarice. – Przepraszam, ja… Rozmawiałam z nim rano. Akurat naprawiał swoją łódź i pomyślałam, że to bezsensowne ciągnąć go tu…

- Był zmęczony? Śpiący? Zdenerwowany?

- Nie – Starling czuła, że nie podoba jej się kierunek, w którym zmierzała ta rozmowa. – Wprost przeciwnie. Był spokojny i opanowany. Zaproponował mi nawet, żebyśmy kiedyś wybrali się razem na ryby. O, i zaprosił mnie na obiad – ucieszyła się, że chociaż w ten sposób mogła odciążyć Grahama spod irracjonalnych podejrzeń Jacka.

Inspektor patrzył na nią z niechęcią.

- Masz sprawdzić wszystko. I dopóki nie znajdziecie ciała… Dopóty nie uwierzę, że ten skurczybyk zginął. Chcę mieć też wyniki piroteczniczne przefaksowane do Florencji najpóźniej jutro.

Kiwnęła głową.

- I pojedź tam. Najlepiej z Grahamem. Patrz jak będzie reagował.

Margot mocniej skuliła się w sobie.

- Nikogo nie było – upierała się. – Przecież gdyby był… to ktokolwiek z nas by coś zauważył. Płonęło tak, że łunę widać było z odległości kilku kilometrów. Nikt nie wyszedł stamtąd żywy.

- Lecter ma godny pozazdroszczenia talent do wychodzenia z gorszych sytuacji.

Vergerówna spojrzała na niego pełnym zrezygnowania, zmęczonym wzrokiem.

- Dopiero przed przesłuchaniem dotarło do mnie, że poza mną ocalała tylko garstka ludzi: stajenny, kucharka, pokojówka i dwóch pracowników chlewni, którzy akurat byli na urlopie. Zginął mój brat i cały jego zespół. To łącznie siedem osób. Okropna tragedia.

Clarice chciała zapytać co Hannibal Lecter robił w rezydencji Masona Vergera, ale czuła, że nie było to odpowiednie pytanie. Była tylko uczennicą i nikt nie traktował jej aż tak poważnie, by wyjaśniać wszystkie zawiłości tej sprawy.

- Czy były już kłopoty z instalacją elektryczną? – zapytała przełamując ciszę, która zapadła po słowach brązowowłosej.

- Od kilku dni – Margot wzruszyła ramionami. – Jeszcze przed pojawieniem się Lectera światło gasło i zapalało się. Myślałam, że to wina Masona i jego eksperymentów…

Starling bała się zapytać co to były za eksperymenty. O rodzinie Vergerów chodziły straszne plotki. Opowiadano, że Mason Verger był uwikłany w jakąś aferę pedofilską z udziałem dzieci ze schroniska, że pieniądze i nazwisko uchroniły go przed wieloletnim więzieniem. Słyszała też, że uległ wypadkowi w wyniku którego jego twarz została okropnie oszpecona a on sam stracił czucie w całym ciele. Czyżby to Hannibal Lecter odpowiadał za to?

- Mogłaby by pani opisać wydarzenia, które miały miejsce w nocy od chwili, w której dowiedziała się pani o wybuchu pożaru?

Margot posłała jej smutny uśmiech. Alana Bloom ściskała pod stołem jej rękę, jakby obie były złączone jakimś mrocznym sekretem.

- Kładłam się właśnie spać. Siedziałam przed toaletką. Wbiegł jeden ze służących z krzykiem, że wybuchł pożar. Zerwałam się na równe nogi. Coś zatrzeszczało, potem strzeliło… - opowiadała beznamiętnie, jakby relacjonowała zdarzenia, które tylko obserwowała. – Chciałam pobiec do brata, ale tamta część domu płonęła. W dodatku ogień pełznął w moją stronę. Wybiegłam. Okazało się, że poza domem płoną też chlewnie. Myślałam tylko o koniach, że ktoś powinien je wypuścić, ale ktoś to zrobił przede mną. Ja tylko stałam i obserwowałam jak wszystko zamienia się w pył.

Clarice nie rozumiała jak ktokolwiek mógł mówić aż tak bez emocji o tragedii, która go spotkała. Na szkoleniu zawsze uczono ją, że każde zachowanie odbiegające od normy jest w takich przypadkach podejrzane. Panna Verger zachowywała się podejrzanie… Młoda policjantka rzuciła szybkie spojrzenie w kierunku dr Bloom.

- Jest w szoku – wyjaśniła ta. – Poza tym… Mason był naprawdę złym człowiekiem. Nic dziwnego, że Margot może nawet odczuwać pewien rodzaj ulgi wynikający z jego straty. To się zmieni za kilka dni.

Starling nic nie rozumiała. Nie ufała żadnej z obu kobiet. I nie ufała Jackowi Crawfordowi, skoro kupił ich bajeczkę.

- o o o –

Wieczorem tego samego dnia Will wszedł razem z Clarice do prosektorium. Zeller z Pricem uwijali się jak w ukropie. Na srebrnych stołach sekcyjnych leżało osiem zwęglonych ciał. Niektóre były trochę lepiej zachowane, niektóre prawie zupełnie spalone.

Duszący zapach palonych włosów i skóry unosił się w pomieszczeniu. Starling aż łzawiły oczy. Przypominał jej się smród opalanych po zabiciu owiec. Nienawidziła tego zapachu i wspomnień, które mu towarzyszyły.

Graham skrzywił się i zamarł podchodząc stołu, przy którym leżały zwłoki zidentyfikowane jako należące do Hannibala Lectera. Nie było tego wiele. Trochę czarnych bryłek, jeden ząb, prawie zupełnie spalony zegarek, który przywarł do (prawdopodobnie) fragmentów ręki.

- Jesteście pewni, że to on? – zapytał nieswoim tonem.

Price skinął głową.

- Nie jesteśmy amatorami – wyjaśnił z wyższością.

- To znaczy ty nie jesteś. Ja nie zajmuję się identyfikacją przez zbadanie DNA – uściślił Zeller.

- W każdym razie ten ząb na pewno należał do Hannibala Lectera. Pewnie reszta też, ale tutaj masz zachowane pełne DNA – Price wyglądał na zadowolonego z siebie.

- Co nie jest znowu takie szczególne biorąc pod uwagę, że zęby bardzo trudno spalić – dodał jego kumpel.

- A gdzie czaszka? – Graham sprawiał wrażenie jakby im nie wierzył, albo jakby nie mógł uwierzyć.

Clarice pomyślała, że Brian Zeller i Jimmy Price tworzyli zaskakująco irytujący duet. Jeden przekrzykiwał i uzupełniał drugiego. Obaj mieli podobne ruchy i nawyki. Pewnie żona Price'a gotowała też dla Zellera obiadki…

- Margot wspominała, że miał uraz. Jeśli faktycznie była pęknięta…

- Dużo nie zostało – Jimmy próbował zażartować.

Wskazał palcem na kwadratową bryłę. Will przyglądał jej się zafascynowany. Jego oczy płonęły pełne wściekłości i gniewu.

- I jesteście na sto procent pewni, że to on? – powtórzył z niedowierzaniem.

- Tak.

- Przykro nam – uściślił Zeller. – O ile może być przykro w takiej sytuacji.

- To znaczy… Tak, to jest Hannibal Lecter – Price zebrał się na kategoryczny ton.

Clarice chciała coś powiedzieć, ale Graham tylko machnął ręką i wyszedł z prosektorium. Więc dr Lecter był kimś, na kim Willowi zależało? A może nie zależało? Może po prostu nie potrafił jeszcze uwierzyć, że jego koszmar właśnie dobiegł końca?

- Trudno to przyjął – powiedziała cicho.

- Lekko jak na fakt, że ten facet wywołał u niego zapalenie mózgu, karmił go ludziną, wrobił w kilka morderstw i zamordował przynajmniej dwie bliskie osoby - zaprzeczył Zeller.

- Chyba powinnam zanim wyjść.

Jimmy przytaknął, ale Brian sprawiał wrażenie, jakby chciał zaprzeczyć. Ten dziwny wyłom w ich symbiozie na swój sposób rozczulił Starling. Machnęła im ręką, zupełnie jak Will, i wyszła z prosektorium.

Jej mentor stał obok swojego samochodu. Miał ręce wsadzone w kieszenie spodni i wyglądał, jakby miał ochotę coś rozwalić. Uderzał rytmicznie stopą w chodnik i zaciskał konwulsyjnie usta.

- Will? – zapytała cicho podchodząc do niego. – Czy mogę ci jakoś pomóc?

- Chcę zobaczyć miejsce, gdzie zginął – powiedział z determinacją.

- Zidentyfikowano jego ciało.

- Zidentyfikowano jakiś ząb – parsknął, ale Clarice wiedziała, że w jakiś sposób zaczął się powoli godzić ze śmiercią swojego byłego psychiatry.

- Był bardzo ważny? – zapytała, kiedy wsiedli do samochodu.

Ona zajęła miejsce po stronie kierowcy. Graham zamknął oczy.

- Nie chciałem go znać, ale nie chciałem też, żeby zginął – wyjaśni z rozbrajającą szczerością. – Chciałem… Chciałem, żeby po prostu dał mi spokój.

- o o o –

Hannibal czuł, że boli go całe ciało. Powoli otworzył oczy. Obraz początkowo był całkowicie zamazany, ale potem stopniowo zaczął nabierać realnych kształtów. Lecter oddychał ciężko, świszcząco.

Gdzie się znajdował? Ostatnie co pamiętał to podróż w chłodziarce i… kwik świń. Ruszył głową o zaledwie kilka centymetrów próbując rozejrzeć się. Był przypięty pasami do łóżka. Ten, kto to zrobił zadbał co prawda o odpowiednie obandażowanie jego ran, ale zacisnął też więzy na tyle mocno by uniemożliwić mu ruchy.

Był w jakimś niewielkim pomieszczeniu. Czy to była piwnica? Czy spiżarnia? Gdyby miał zdrowy nos od razu wyczułby, gdzie się w przybliżeniu znajduje. Próbował zakaszlać, co zaowocowało kolejną porcją bólu.

Zmrużył oczy dostrzegając czającą się w kącie ludzką sylwetkę. Wpatrywał się w nią z niepokojem i niedowierzaniem.

- Will – wyszeptał.

- Dobry wieczór, doktorze Lecterze – odparł policyjny profiler i podniósł się ze swojego miejsca.

Szybkimi krokami podszedł do kontaktu i zapalił światło. Mała żarówka rozjaśniła pomieszczenie, w którym się znajdowali.

- Will – powtórzył Hannibal z niedowierzaniem.

- Na pana miejscu bym się tak nie cieszył – głos Grahama był zimny i ostry.

- Przyszedłeś po mnie… Proszę… podejdź bliżej. Przyszedłeś…

Młodszy mężczyzna musiał uznać, że majaczy, bo ze wstrętem dotknął jego czoła. To obrzydzenie nie uszło uwadze Lectera. Znowu go zabolało. Tym razem gdzieś głębiej, tym bólem, na który nie było środka znieczulającego.

Will odsunął się od niego tak szybko jak tylko mógł.

- Nie ufasz mi?

Graham zachichotał z niedowierzaniem.

- Czy oczekujesz na to pytanie jakiejś zaskakującej odpowiedzi? – zapytał sfrustrowany.

- Uratowałeś mnie – powtórzył z uporem maniaka Hannibal. – Nie zapomniałeś o mnie.

- DLA CIEBIE BYŁOBY LEPIEJ, ŻEBYM ZAPOMNIAŁ – syknął młodszy mężczyzna chwilowo tracąc nad sobą kontrolę. – Kiedy poczujesz się lepiej odepnę pasy i przykuję cię tam – wskazał podbródkiem na wiszące na ścianie kajdany. – Będziesz mógł swobodnie chodzić po tym miejscu. Zostawię ci też wodę i coś do jedzenia. Na potrzeby fizjologiczne będziesz miał wiadro.

- Will – powtórzył Lecter z zachwytem w głosie.

- I nie prowokuj mnie – wyszeptał jeszcze Graham podsuwając swoją twarz do twarzy Hannibala. – Już nie jestem słaby. Teraz wszystko zależy tylko i wyłącznie ode mnie.

Ostatnie słowa zabrzmiały złowrogo, ale psychiatra nie potrafił ich tak odebrać. Wpatrywał się w młodszego mężczyznę z niedowierzaniem i euforią.

Will o nim nie zapomniał.

Will po niego wrócił.

Will go uratował.

Will!

* Tak, pamiętam, że Carlo zginął, ale na potrzeby ficka jednak przeżył do pożaru.