O'Neill wstał z samego rana, nie budząc Emilly wyszedł z łóżka . Załatwił poranna toaletę, a następnie przebrany w świeże ubrania udał się do kuchni, by przygotować śniadanie. Podczas, gdy jajka i bekon smażyły się na patelni, O'Neill chwycił za telefon i wykręcił numer Daniela. Po kilku sygnałach w końcu usłyszał zaspany głos przyjaciela.
-Obudziłem cię, kosmiczna małpo?- zapytał uśmiechając się do siebie.
-Nie, w prawdzie jeszcze nie zdążyłem się położyć. Dostałem nową książkę o etymologii języka celtyckiego i właśnie jestem…- chwila ciszy.- … na 1604 stronie. Muszę ci powiedzieć, że nie zdawałem sobie sprawy, że starożytni Rzymianie….- Jack przewrócił oczami i ściągnął jajka i bekon z patelni, podczas, gdy Daniel nadal prowadził swój wykład.
-Daniel! Uspokój się! Nie dzwonię do ciebie, aby posłuchać wykładu na temat… czegoś tam.
-Ale!- zaprotestował naukowiec, lecz Jack nie dał za wygraną.- No dobrze, w czym mogę ci pomóc?
-Mam parę pytań, odnośnie Sam.- odparł i nałożył śniadanie na talerze.
-Jack już ci mówiłem, że nie wiem dokładnie kiedy wróci, poza tym nie wiem czy…
-Chodzi o Emilly.- odparł spokojnym chodź zbulwersowany głosem. Daniel po drugiej stronie słuchawki zamarł.- Jest tutaj, ze mną nad jeziorem. Przyjechałem wczoraj, w najgorszą ulewę jaką widziałem na oczy, a ona stała sama na werandzie ze zdjęciem w ręku. Sama ze zdjęciem. Możesz sobie to wyobrazić, zostawić dziecko samo w domu?
-Ja…
-Daniel nic nie mów, słuchaj. To nie wszystko. Przywitałem się z nią, myślałem, że się zgubiła, chciałem się dowiedzieć czegoś więcej, wtedy zarzuciła mi ręce na szyję i powiedziała.- wziął głęboki oddech i kontynuował.-powiedziała „Tęskniłam za tobą, tatusiu." Słyszysz? Nazwałam mnie tatusiem, jej ojcem. I szczerze powiedziawszy była tego pewna, jakby znała mnie od urodzenia. Daniel możesz mi to wytłumaczyć?
-To są tajne informacje w dodatku prywatne.- usłyszał w odpowiedzi Jack.
-Na miłość boską Daniel, co w ciebie wstąpiło!- krzyknął, jednak zaraz potem zniżył głos, gdyż zadawał sobie sprawę, że Emilly jeszcze śpi.- Wiem, że mówiła prawdę. Wiem, że jestem jej ojcem. Wystarczyło na nią tylko spojrzeć. Jest cudowna, perfekcyjna i ma moje oczy. Rozumiesz! To moja córka, wiem to na pewno. Proszę cię tylko o potwierdzenie, czy to takie trudne?
-Tak.
-Co tak?
-Tak, Emilly to twoja córka.
-Jak długo? Jak długo wiesz? Kiedy ci powiedziała?- zapytał mając na myśli blond major.
-Przed ślubem z Petem. Zresztą to nieistotne.- odparł Daniel, próbując jak najszybciej zakończyć tą konwersacje.
-Wiedziałeś cały czas? Cały ten czas, kiedy byłem w bazie i mi nie powiedziałeś?- wyrzucił zdruzgotany. Jego najlepszy przyjaciel go okłamał, a teraz w dodatku utrudnia mu dowiedzenia się prawdy. „Co się z nim dzieje, nie zachowuje się jak Daniel."
-Jack proszę cię!
-Jak? Emilly? Znaczy się skąd wie, jak się dowiedziała?
-Często o tobie mówiliśmy, że się przyjaźniliśmy, a ona zazwyczaj przy tym była. Potem podsłuchała moją rozmowę z Sam i zaczęła o ciebie wypytywać. Powiedzieliśmy jej, że zaginąłeś na misji i możliwe, że już nigdy nie wrócisz. Sam poprosiła ją, aby o tobie nie wspominała, nikomu. Wytłumaczyliśmy jej, że Pete jest jej jedynym ojcem. Emilly posłuchała, ale od tamtej pory nie rozstawała się z fotografią, na której byłeś. Nigdy nie wracaliśmy do tego tematu, nawet, gdy zostałeś ogłoszony zabitym. Zdarzało się, że prosiła, abyśmy jej opowiedzieli jaki byłeś, ale to wszystko. Widocznie Pete musiał coś powiedzieć. Zapewne się domyślasz, że on zna całą prawdę.
-Taa…- westchnął.
-Jack proszę cię odwieź ją do Peta, albo najlepiej do mnie i nie drąż więcej tego tematu. Nie masz prawa się z nią widywać, nie miałeś nawet prawa się dowiedzieć.- wytłumaczył mu przyjaciel.
-Słucham? Nie miałem prawa? Czy ty siebie słyszysz? TO. MOJE. DZIECKO! A ty mi mówisz, że nie mogę się z nią widywać?- ponownie uniósł głos.- O nie, nie będę o tym dłużej z tobą rozmawiać. Myślałem, że jesteśmy przyjaciółmi, jednak teraz widzę, jak bardzo się myliłem. Nie odbierzesz mi córki, nie pozwolę ci na to. Ani temu glinie. To moje dziecko, ma prawo znać ojca.- odparł i w gniewie odłożył słuchawkę, zanim Daniel zdążył coś powiedzieć.
Nie mógł w to uwierzyć, po tym wszystkim co przeszedł. Śmierć Charliego, Sara, Sam i Pete, Endora, Goaul'dowie, Baal. Po tym wszystkim, to właśnie jego najlepszy przyjaciel chce odebrać mu ostatnią nadzieję życia, jego malutką córeczkę. „O nie, nie poddam się bez walki! Mam prawo mieć kontakt z Emilly. Kocham ją!" powiedział pod nosem. Po śmierci Charliego był bliski załamania, kiedy stracił Sam, jego serce potrzaskało się na kawałki, by teraz to właśnie Emilly mogła je poskładać. Znali się niecałą dobę, a dziewczynka wypełniła jego puste dotąd życie miłością i nadzieją. Nie chciał jej oddawać, nie Petowi. Jego malutką córeczkę. Jack obiecał sobie, ze będzie ją chronić, opiekować się i kochać. Nie chciał aby cokolwiek jej się stało. Mógłby tego nie przeżyć.
Chwycił talerze, nadał do szklanego soku i skierował się do sypialni, gdzie spało jego malutkie słoneczko.
Kiedy Jack odłożył słuchawkę dr Jackson przetarł tylko oczy i sięgnął po kubek z zimną już kawą. Wypił ją do dna, a następnie wykręcił numer Peta. Niestety policjant nie odebrał, włączyła się automatyczna sekretarka. Daniel westchnął, a następnie nagrał mu wiadomość. Kiedy rozłączył się wyszedł z biura do kwatery Teal'ca. Nie dotarł nawet do końca korytarza, gdy Jaffa wyrósł przed nim.
-Coś się stało Danielu Jackson?- zapytał ciemnoskóry mężczyzna ze stoickim spokojem.
-Jack się dowiedział.- Daniel praktycznie wyszeptał i poprowadził Teal'ca w stronę swojego biura.
-O Emilly Carter?- archeolog tylko kiwną głową.- I co teraz? Wierzę, że powinniśmy zabrać dziecko, zanim dowiedzą się ich zwierzchnicy.
-No właśnie w tym będzie problem.- Jaffa uniósł prawą brew.- Ja… powiedziałem chyba trochę niepotrzebnych rzeczy i Jack. No cóż, nieźle go wkurzyłem. Nie pozwoli sobie odebrać „Ems", nie teraz kiedy zna prawdę.
-Nie zna całej prawdy.- odpowiedział Teal'c.- Myślę, że powinniśmy złożyć mu wizytę i wytłumaczyć resztę. Dyskretnie.
-Jak zwykle masz racje, przyjacielu.- Daniel poklepał go po ramieniu.
-W rzeczy samej.- oboje skierowali się do wyjścia.
Jack otworzył drzwi do sypiali i wszedł do środka. Położył talerze na szafce nocnej, a następnie odsłonił zielone zasłony wpuszczając do pokoju promienie słońca, które od rana lśniły w kropelkach rosy. Usiadł na łóżku przy Emilly i przejechał swoja dłonią po jej blond włoskach. Zauważył, że mała otwiera swoje zaspane oczka.
-Dzień dobry księżniczko. Jak się spało?- dziewczynka uśmiechnęła się, a chwilę później ziewnęła. Jack podał jej talerz ze śniadaniem.
-Co to?
-Śniadanie. Małe księżniczki muszą jeść, aby wyrosnąć na piękne królewny, które będą łamać męskie serca.- zachichotała i spojrzała na swojego ojca wzrokiem małego szczeniaka. Jack uśmiechnął się, jeśli do tej pory było coś czego by nie zrobił dla Emilly, teraz należało to do przeszłości. Tym spojrzeniem go całkowicie obezwładniła.- Zjesz ze mną?
-Oczywiście.- odparł, a dziewczynka nabiła na widelec kawałek sadzonego jajka i udając samolot „pofrunęła" z widelcem wprost do ust Jacka.- Emilly, mam swoją porcję!
-Otwórz buzię, tato!- zażądała słodkim głosem, a on posłusznie wykonał jej rozkaz. Następnie zjadł zawartość widelca i zanim Emilly zdążyła przygotować mu kolejną, Jack zrobił to samo ze swoim jajkiem i zaczął karmić córkę. Dziewczynka zaczęła chichotać.
Po zjedzonym śniadaniu, toalecie i przebraniu się w świeże ubrania, Jack i Emilly wyszli na podwórko. Rosa powoli zanikała, a słońce zaczęło przygrzewać. Mimo to pułkownik kazał założyć córeczce sweterek, aby się nie przeziębiła. Następnie rozłożył koc na trawie niedaleko stawu i usiadł przy dziewczynce, które wyciągał z różowego plecaka Hello Kitty swoje zabawki. Pierwszą jaką Jack zauważył była lalka Majora Matta Masona. Uśmiechnął się, przypominając sobie ten pamiętny dzień kiedy poznał Samanthę.
-Dlaczego się uśmiechasz, tatusiu?- zapytała zaciekawiona na swojego ojca.
-Przypomniał mi się dzień jak poznałem twoją mamę, skarbie. Wspominała o tej lalce.- wskazał na Majora Masona, a następnie uśmiechnął się do córki.
-Opowiesz mi o tym?- dziewczynka zrobiła woje najlepsze „szczenięce" spojrzenie.
-Nie teraz kochanie. Wieczorem, dobrze? Jak pójdziesz spać.- odpowiedział i pogłaskał ją po blond loczkach, które delikatnie rozwiewał wiatr. Emilly kiwnęła głową.
Generał Hammond stanął na zakończeniu rampy. Dwie minuty wcześniej otworzył się tunel przychodzący i wysłano kod identyfikacyjny, jednak do tej pory jeszcze nikt nie przeszedł. Generał spojrzał na zegarek. „ Pewnie są już w powietrzu." Powiedział do siebie.
Kilkanaście minut wcześniej przyszedł do niego Daniel i Teal'c. Spokojni z natury, tego dnia byli dość nerwowi. Teal'c zachowując swoją stoicką postawę pozwolił mówić Danielowi. Jednak, kiedy zauważył, że mediacje przyjaciela nie doprowadzają ich do zamierzonego końca, sam zaczął domagać się wcześniejszego wypuszczenia z bazy. Kiedy George spytał o co chodzi, żadne z nich nie chciał mu dać jasnej odpowiedzi, dopiero po chwili Daniel wyznał mu prawdę. Emilly była z Jackiem. Ich misterny plan ochrony dziecka i dwóch oficerów legł w gruzach. Generał nie chciał dochodzić do tego kto zawinił, ale widział w ich oczach, że winią Peta. „Może i mają rację." Pomyślał wtedy. Nie od dziś było wiadomo, że małżonek jego najlepszego naukowca i oficera był dość trudnym człowiekiem. W dodatku miał problemy z pogodzeniem się z pracą Samnathy oraz uznaniem Emilly za swoje dziecko.
Po dość ożywionej wymianie zdań, Hammond bezzwłocznie wysłał ich na najbliższe lotnisko wojskowe, gdzie miał czekać na nich helikopter. Musieli zabrać dziewczynkę od ojca i to jak najszybciej.
„Sam nie może się o tym dowiedzieć, chociaż teraz to nieuniknione, że będę musiał powiedzieć jej cokolwiek. Emilly na pewno będzie chciała wrócić do ojca." Starszy człowiek westchnął i spojrzał na błękitny horyzont zdarzeń, z którego zaczęli się wyłaniać jego żołnierze. Ostatnim z nich była major Carter, po niej tunel zamknął się.
-Witam w domu. Odprawa jutro rano.- odparł i uśmiechnął się do oficerów, kiedy go minęli udając się pod prysznic. Major Carter stanęła naprzeciwko niego.
-Sir.-zasalutowała.- Za pozwoleniem chciałbym wrócić do domu.
-Odmawiam majorze.- odparł generał.- Będziesz zwolniona ze służby dopiero po jutrzejszej odprawie, teraz mam dla ciebie inne zadanie. Zgłoś się za godzinę w laboratorium dr Lee. Odmaszerować.
TBC
teraz zbliżam się do dość emocjonalnych fragmentów ( przynajmniej dla mnie) chociaż na razie to tylko pomysły w mojej głowie, zobaczymy jak uda mi się do przełożyć na tekst...
dziękuję za wszystkie komentarze, są dla mnie potwierdzeniem, ze jednak komuś podobają się moje wypociny
jeśli się podobało, to zachęcam do pisania kolejnych komentarzy :) pozdrawiam
