Rozdział 7

Przez chwilę Sherlock daje radę tylko mrugać. Potem opuszcza nóż. Celowanie nim w Johna wydaje się dość niegrzeczne.

- Wróciłeś – mówi.

Tak. Wrócił. Czy ty naprawdę jesteś geniuszem? Dlaczego musisz stwierdzać oczywistość za każdym cholernym razem, kiedy on...

- Taaa, cóż. Listy mnie denerwowały – mówi John, zacierając dłonie i wchodząc do kuchni. - Wiem, że krótko się znamy, ale nikt nie powinien przez coś takiego przechodzić. Więc się wkurzyłem. Ale głowa... to po prostu... Mam dość skurwysyna. I stwierdziłem, że gdybym był tobą, gdybym musiał radzić sobie z tym gównem przez niemal całe życie, to nie chciałbym spać teraz spać sam w mieszkaniu, więc o to musiało ci chodzić i... Przepraszam, że doszukiwałem się w tym drugiego dna. Masz całkiem niezły instynkt samozachowawczy, skoro poprosiłeś kogoś, żeby się wprowadził, nawet jeśli ten ktoś dość wolno myśli, kwestionuje twoje motywy i w całej tej sprawie zachowuje się jak najgorszy dupek. No i masz rację, stąd mam bliżej do kliniki, a moje mieszkanie jest tak depresyjne, że ma się ochotę wsadzić łeb do piekarnika. Nie oskarżam cię o całkowicie egoistyczne pobudki, naprawdę wierzę, że po prostu chciałeś zrobić dla mnie coś miłego, ale byłeś tak nachalny, że... Ale teraz rozumiem, dobra? No więc masz kolegę-współlokatora.

Sherlocka opanowuje dziwna słabość i myśli, jakie to interesujące, iż nigdy nie wyobrażał sobie, że naprawdę do tego dojdzie. Walczył o to, sugerował to, dążył do tego, tęsknił, powtarzał sobie, że błaganie o to byłoby nie na miejscu, ale nigdy nie pozwolił sobie pomyśleć, że faktycznie może odnieść sukces. Wyobrażał sobie Johna Watsona na nieskończonej, piaskowej równinie; w ciemnych bunkrach i ponurych szpitalach; na uniwersytecie, zmierzającego na obiad, z mniejszą ilością zmarszczek i brakiem głębi w niebieskich oczach. Spędzał na tym całe godziny od momentu, w którym się poznali. Ale nigdy nie pozwolił sobie zobaczyć Johna w salonie, czytającego gazetę, podczas gdy przyćmione, popołudniowe światło wyostrza rysy jego idealnej twarzy. Nigdy nie wyobrażał sobie Johna śmiejącego się w kuchni z żartu, który tylko oni dwaj rozumieli, mieszającego curry i otwierającego drugą butelkę wina. Nigdy nie myślał, że mógłby wpaść na niego w korytarzu zaraz po prysznicu, gdy twarz doktora byłaby zaróżowiona, jego włosy - sterczące jak u gwiazdy punk rocka, a po jego skroni spływałaby pojedyncza kropla wody. Sherlock wiedział, że wyobrażanie sobie takich rzeczy to byłoby za dużo, zanim...

- Zostajesz?

Sherlock nawet nie próbuje ukryć entuzjazmu.

- Myślę, że alternatywą byłoby zamartwianie się na śmierć za każdym razem, kiedy nie piszesz do mnie przez dziesięć minut, a to nie byłoby, hm, zbyt komfortowe. - John podchodzi do szafki, wyjmuje szklankę i napełnia ją wodą z kranu. Pije.

Tak jakby mieszkał tu od wielu lat. Jakby został stworzony, żeby tu mieszkać. Tak jakby tamto mieszkanie, w którym był sam, powoli wysysało z niego życie, a to ładuje mu baterie. To przepiękne. Zupełnie niespodziewane. Nigdy się nie spodziewałem, że tak będzie wyglądać, skoro już wie, że nie musi wychodzić, jest o tyle jaśniejszy, niż kiedy mieszkał tak daleko, po drugiej stronie rzeki.

Nagle Sherlock zdaje sobie sprawę z nowej i niezbyt przyjemnej rzeczy. Ta myśl jest nowa, bo nigdy w życiu nie oczekiwał, że to wyzwanie zakończy się sukcesem. Ale teraz wygrał i pojawia się poważny problem. Zastanawia się, czy to powiedzieć, ale wie, że nigdy by sobie nie wybaczył, gdyby coś poszło źle, a John nie zostałby ostrzeżony. Sherlock siada więc na szafce i opiera łokcie na kolanach.

- To może byś niebezpieczne – mówi ponuro.

John podchodzi bliżej. W ręku ma szklankę z wodą, a na twarzy uśmiech, który wyraźnie mówi: „No to gramy".

- I oto jestem.

- Ale naprawdę. Bardzo niebezpieczne.

- Lubię niebezpieczeństwo. Pamiętasz, to ty powiedziałeś, że przeraża mnie spokój.

- Spokój to jedna rzecz. Stanie naprzeciw pędzącego pociągu – druga.

- No to padniemy na ziemię i poczekamy, aż przejedzie ponad nami.

- Przez znajomość ze mną może stać ci się krzywda.

- Najpewniej się nie stanie.

- Ale może.

- Ale zapewne się nie stanie.

- Wiem, jesteś doświadczonym i kompetentnym lekarzem wojskowym, ale, jak sam wiesz najlepiej, nie jesteś kuloodporny. Może ci się coś stać.

- Już mi się coś stało. Ale jakoś się trzymam. Jestem trochę zwichrowany, jasne, ale wciąż się trzymam i można na mnie polegać.

- Moriarty oznacza problemy.

- Ano. Przekonała mnie do tego odcięta głowa.

- Nie chcę, żeby stało ci się coś strasznego.

- Dzięki, stary. Mamy wspólne zachcianki.

- Nie bierzesz tego na poważnie.

John odstawia szklankę, kładzie obie drobne dłonie na kolanach Sherlocka i przysuwa się. Sherlock czuje jego zapach, czyste pustynne wydmy, herbatę Irish Breakfast oraz ciepły aromat wełny, który zaczął nazywać „johnowym". Przez to jego usta napełniają się śliną. Gdyby tylko wiedział, jak smakuje kark Johna...

- Sherlock – mówi John. - Spójrz mi w oczy. Chyba ci odbiło, jeśli myślisz, że stąd zwieję tylko dlatego, że poinformowałeś mnie, że może być niebezpiecznie. Widziałem głowę, Sherlock. I... serio, kpisz sobie? Jestem dorosłym facetem, zdrowym na ciele i umyśle. Sam doszedłem do wniosku, że ten wariat, którego zapuszkowałeś i który wysyła ci kawałek trupa, którego trupem własnoręcznie uczynił, może być niebezpieczny.

- I tak zostajesz? - pyta cicho Sherlock. Odezwanie się głośniej byłoby niegrzeczne, bo twarz Johna znajduje się kilka centymetrów od jego twarzy.

- Jeśli chcesz, zostaję. Przynajmniej dopóki to wszystko się nie unormuje.

- No to naprawdę jesteś idiotą.

John, zupełnie nieurażony, wybucha śmiechem. Przez to jego twarz zbliża się jeszcze trochę i, tylko przez sekundę, ich czoła się stykają. Sherlock błyskawicznie archiwizuje każde odczucie, jakie tylko może skatalogować, zmieniając neurologiczne sygnały w nieusuwalne pliki: cienie we włosach Johna i tykanie zegara, i odległy pomruk śmieciarki, i słaby zapach odciętej głowy, i słodką miękkość skóry tuż nad brwiami Johna - i upycha to wszystko w swoim umysłowym pałacu, w rzeźbionym pudełku z kości słoniowej leżącym pod łóżkiem w sypialni właściciela. To tam przechowuje wszystkie swoje najcudowniejsze wspomnienia.

- Wciąż umieram z głodu. - John odsuwa się i wypija resztkę wody. - Zadzwonię po chińszczyznę, może być? Masz jakieś ulotki z menu?

Sherlock pochyla się i otwiera szufladę.

- Zawsze można znaleźć dobrą chińszczyznę, patrząc na klamkę u drzwi.

- Nawet nie będę udawał, że wiem, co to znaczy. - John bierze od Sherlocka złożone menu i rozkłada je. - Głodny?

Sherlock potrząsa głową.

- I tak będziesz jadł. Cztery dni temu, gdy się poznaliśmy, już wyglądałeś za chudo, ale jeszcze zdrowo. Teraz wyglądasz jak Upiór Pierścienia. Co lubisz?

- Co to jest Upiór Pierścienia?

- Naprawdę właśnie zadałeś to pytanie?

Sherlock obrzuca go złym spojrzeniem.

- No dobra. Czyli maraton filmowy z nowym współlokatorem. Nie ma sprawy. Ooo, mają prawdziwe potrawy syczuańskie. Ich klamka jest z pewnością fantastyczna. Lubisz podwędzaną kaczkę?

- Tak, ale...

- Świetnie. Zjesz ją z herbatą.

John wyjmuje komórkę i zamawia kurczaka z papryczkami, kaczkę podwędzaną w liściach herbacianych, smażoną fasolę szparagową i porcję pierożków z wieprzowiną. Sherlock nie ma pojęcia, kto to wszystko zje. Ale obserwowanie jak John zamawia jedzenie, uśmiecha się, by jego głos brzmiał przyjaźniej dla dziewczyny-z-czarnymi-warkoczami, która – Sherlock wie – jest po drugiej stronie telefonu, a potem usłyszenie, jak mówi „Na Baker Street dwieście dwadzieścia jeden, mieszkanie be poproszę" jest niemal tak satysfakcjonujące, jak rozwiązanie sprawy. Jakiejś szybkiej. Być może lepsze niż zwyczajna kradzież. No. Bardzo satysfakcjonujące.

- Dobra. - John rozłącza się i z powrotem wkłada telefon do kieszeni. - To co, oprowadzisz mnie?

Sherlock zeskakuje na ziemię. Idzie przez korytarz, nie zatrzymując się przy swojej sypialni, choć drzwi są otwarte. John już widział jego sypialnię. W dość nieoczekiwanych okolicznościach. Otwiera jednak drzwi do łazienki i obaj do niej zaglądają.

- Ostrzegam lojalnie: woda na początku jest lodowata – mówi Sherlock.

- No widzisz? - uśmiecha się John. - I już zapobiegliśmy niebezpieczeństwu.

Sherlock odpowiada uśmiechem i idzie schodami do drugiej sypialni. Otwiera drzwi, czuje, jak John wchodzi za nim i... och.

No cóż, przecież nie został uprzedzony, że John się wprowadzi.

- Tu... - John odchrząkuje. - Tu może być bardzo przyjemnie.

W pudłach poupychanych pod ścianami piętrzą się głównie leksykony, których, co prawda Sherlock od wieków nie potrzebował, ale może potrzebować któregoś dnia. Tam też tkwią podręczniki do jego dziwnych przedmiotów na uniwersytecie, bo przecież sam wybierał sobie to, na co uczęszczał, w zależności od tego, co uważał za przydatne. Są też pudła zawierające całą dokumentację istotną dla rozwiązanych (i kilku irytująco nierozwiązanych) spraw. A ponieważ Sherlock pracuje z Yardem i przyjmuje zlecenia już od jakiegoś czasu, te konkretne pudła faktycznie zajmują masę miejsca. Sherlock zastanawia się, czy na Johnie zrobiłoby wrażenie, gdyby pokazał mu tysiące wspaniałych spraw, które rozwiązał, na przykład tę z kulawym Ricolettim albo tę, podczas której Matthews, dusiciel z Lambeth, niemal wybił mu kieł na środku stacji Charing Cross, ale dochodzi do wniosku, że na dłuższą metę – o ile jest jakaś „dłuższa" meta – może lepiej się tym nie chwalić. John właśnie ogląda pokój, a to już dużo do przetrawienia. Szczególnie biorąc pod uwagę naturalnej wielkości szkielet, niedźwiedzią skórę z ryczącym łbem, której pani Hudson nie pozwoliła trzymać na dole, oraz imponujące popiersie Eugene'a François Vidocqa.

A to wszystko, oczywiście, pokryte kurzem, którego spora warstwa zdążyła narosnąć przez dwa lata, trzy miesiące i osiem dni, bo dokładnie wtedy Sherlock się wprowadził. Samotnie. Nie chciał pomocy Mycrofta ani tragarzy, więc sam zaniósł to wszystko na piętro, po tym, jak przysłał sobie wszystkie szpargały na koszt brata. Przypomina sobie, że ta decyzja wywołała serię interesujących SMS-ów.

Sherlock podchodzi do okna i podnosi roletę, czego natychmiast żałuje. Pomieszczenie wydaje się jeszcze mniejsze i bardziej zakurzone.

- Planowałeś trzymać mnie razem ze wściekłym niedźwiedziem? - zastanawia się John, omiatając wzrokiem pokój.

Sherlock prycha.

- On nie jest wściekły, tylko triumfujący. I jakby nie uprzedziłeś mnie, że pomysł zamieszkania ze mną zaczyna ci się podobać. Odcięte głowy raczej nie ułatwiłyby podjęcia decyzji w przypadku większości ludzi, których znam.

- Nie – przyznaje John. - A jeśli masz koc, mogę zdrzemnąć się na kanapie. Nie mam nic przeciwko, jestem starym żołnierzem. Ale w zależności od tego, ile zajmie ta sprawa z Moriartym, wstawienie tu łóżka mogłoby być jednak przydatne. I może biurka. I tak będę potrzebował mebli, kiedy znajdę wreszcie własne mieszkanie, równie dobrze mogę już zacząć gromadzić.

„No tak, oczywiście, to jasne, że odejdzie, kiedy złapiemy Moriarty'ego, jeśli złapiemy Moriarty'ego" - stwierdza Sherlock i postanawia nie czuć się zranionym. - „To więcej, niż mogłeś sobie wymarzyć. Nie niszcz tego, myśląc o przyszłości. Poza tym i tak pewnie nie czeka cię długa przyszłość, więc to jest naprawdę magiczne zakończenie, prawda? Prawda."

- A co z meblami w twoim mieszkaniu?

- Och, to wszystko rządowe. Subwencjonowany dom przejściowy dla wróbelków z połamanymi skrzydłami. Na pewno potrzebuje go teraz jakiś nowy biedak, jest nas cała masa. A ja napisałem maila do zarządcy, zanim się wyprowadziłem. Nie chcę nigdy więcej oglądać tego miejsca. Wszystko, co mam, jest na dole.

Na myśl, że w mieszkaniu przy Baker Street jest nie tylko John Watson, ale i wszystko, co posiada, Sherlock odwraca się od doktora, niby po to, by wyjrzeć za okno. Ma pewność, że jaśnieje niczym wyrzutnia pocisku odrzutowego. Co może Johna odrzucić.

- Ja ciągle śpię na kanapie. Jeśli wolisz, możesz spać u mnie w pokoju.

- Jeszcze nawet nie rozmawialiśmy o tym, ile będę płacić. Nie zamierzam wyrzucać cię z twojej własnej sypialni, głupku.

- Albo też mógłbym tam spać. - Sherlock wzrusza ramionami, gapiąc się za okno na londyński platan rosnący na tyłach domu. Jego liście zaczynają przybierać genialny, żółty kolor. - Już wiemy, że nie masz problemów ze spaniem obok mnie.

- No jasne, oczywiście, dlaczego sam o tym nie pomyślałem, to w żadnym przypadku nie popsuje nikomu szyków. Dlaczego nie mam spać obok wysokiego, ciemnowłosego i przystojnego cudownego geniusza – detektywa konsultanta o głosie niczym szkocka za trzysta funtów, na którego, jak wspominałem, nie zamierzam lecieć, bo nie jest zainteresowany? Kusisz.

Bez ostrzeżenia klatkę piersiową Sherlocka zaczyna wypełniać ciemna wściekłość.

- Ja nigdy nie kuszę – warczy, nie odwracając się od okna. - Chociaż oskarżano mnie o to dokładnie trzydzieści dziewięć razy i ani razu nie było to prawdziwe. Jest tyle naukowo poprawnych terminów, które mógłbyś zastosować, nie ograniczając się do „świra", będącego ulubionym określeniem niektórych moich znajomych z Yardu, ale nie jestem kusicielem.

A jednak pierwszy raz, dwa tygodnie po tym, jak przypadkiem odrzuciłem Reggie'ego, czy to były dwa tygodnie, próbowałem to wykasować ale nie chciało zedrzeć się z mózgu, w każdym razie wtedy było to najgorsze, kiedy Reg postanowił podzielić się tym określeniem na rodzinnym pikniku z całym naszym kręgiem znajomych, bo ewidentnie zwierzył się ze swoich uczuć kilku kolegom, którzy kibicowali mu z całego serca, a on nie chciał wydawać się odrzucony, wolał mieć władzę nad tą całą sytuacją, to zrozumiałe, mogę zrozumieć tę potrzebę, to przecież nie wina Reggie'ego, że coś jest ze mną nie tak i, oczywiście, Reggie miał całą paczkę przyjaciół, a ja miałem jednego eks-przyjaciela, więc musiałem znieść to, że ludzie gapią się na mnie z wściekłością, kiedy się do nich uśmiecham przez resztę lata. Oczywiście John nie miał złych intencji. Ale jednak...

John przez chwilę milczy. Potem Sherlock słyszy, jak wzdycha i porusza się. Ostrożnie podchodzi. Sherlock zauważa, że John jest tuż za nim, a John obejmuje Sherlocka jednym ramieniem w spokojnym pół-uścisku. Sherlock spogląda w dół w zaskoczeniu, a brwi Johna fascynująco marszczą się ze wstydem.

- Akurat teraz to ja kusiłem ciebie. Ale przepraszam. Powinienem był pomyśleć, że... no, powinienem był pomyśleć. To wszystko. Nie jesteś kusicielem. I przepraszam. Jeszcze raz.

Sherlock potrząsa głową, zaciskając wargi.

- Nie musisz.

- Muszę jak cholera, chyba zbyt przyzwyczaiłeś się do tego, że ludzie tobą pomiatają, więc uważasz, że to norma. Nie żebyś ty nie odpłacał im się tym samym, ale nie zamierzam ranić twoich uczuć i nie przepraszać.

- Wiem z wiarygodnego źródła, że nie mam uczuć – odpowiada chłodno Sherlock.

John parska śmiechem.

- Ty nie masz uczuć... Ty nie masz uczuć? Ta, jasne. A ja jestem Kate Middleton. Głupek.

Detektyw nie ma pojęcia co odpowiedzieć na to natychmiastowe zdementowanie publicznej opinii. Przez chwilę tylko wyglądają przez okno, patrząc na liście platana tańczące na jesiennym wietrze i na resztę pochmurnego, małego ogródka z rowerową dętką opartą o płot. Potem Sherlock odwraca się pod ramieniem Johna, tak, że stoją twarzą w twarz. Całym sobą czuję ciepłą, drobną obecność doktora.

- Czy ty właśnie powiedziałeś, że na mnie lecisz?

John uśmiecha się, podnosząc głowę.

- Nie, powiedziałem, że nie mam zamiaru na ciebie lecieć. Przejdzie mi, już o tym rozmawialiśmy. Przestań się martwić.

Sherlock bardzo, bardzo się martwi.

Martwi się, bo, czując ramię Johna ma wrażenie, że wyciągnięto go nad taflę wody, chociaż nie ma pojęcia, że tonął. Tak na przykład.

Martwi się, że John dalej będzie widywał się z Sarah.

Martwi się, że martwi się o kwestię Sarah.

Martwi się, że nie martwi się wystarczająco o kwestię Sarah.

Martwi się, że właśnie wciągnął Johna Watsona do bardzo ciemnej i obskurnej króliczej nory.

Martwi się, że Johnowi może zacząć na nim zależeć.

Martwi się, że Johnowi może wcale na nim nie zależeć.

Martwi się, że Johnowi może zacząć na nim zależeć, a on umrze w męczarniach i jeśli Johnowi będzie z tego powodu przykro, to tylko z winy Sherlocka.

Martwi się, że jeśli Johnowi zacznie na nim zależeć, to natychmiast...

Dzwonek do drzwi.

- To pewnie jedzenie – mówi John i idzie do drzwi, poklepawszy przyjaźnie Sherlocka po plecach.

Sherlock pozwala sobie na jakieś dziesięć sekund powolnego oddechu i zastanawiania się, czy ten pomysł ze wspólnym mieszkaniem nie był najgorszym z jego pomysłów. Bo cholernie na to wygląda. To może być niezrównana katastrofa. Kiedy czuje się wystarczająco spokojny, idzie za Johnem na dół. Ale nie czeka na nich żadna chińszczyzna. Sherlock mógł to wydedukować, ta dostawa byłaby stanowczo zbyt szybka, a nawet jeśli kaczkę można przygotować bardzo prędko, kurczak potrzebuje czasu.

W kuchni dwóch mężczyzn w nieskazitelnie czarnych garniturach wkłada głowę, którą Sherlock umieścił z powrotem w pudełku, do dużego, plastikowego pojemnika z naklejonym symbolem zagrożenia biologicznego. John nie zwraca jednak na nich najmniejszej uwagi. Wbija wzrok w Mycrofta Holmesa, ubranego w szyty na miarę garnitur w drobne prążki i właśnie kończącego rozmowę przez telefon. Starszy brat jednym palcem daje Sherlockowi znak, by chwilę poczekał. Zupełnie nieznośny dupek.

- Powiedziałeś, że kogoś przyślesz, nie, że zjawisz się osobiście – zauważa kąśliwie Sherlock, schodząc z ostatniego stopnia.

- ...oraz sam grób. Tak, wszyscy śledczy mają przeszukać pięćset metrów dookoła. - Mycroft urywa na chwilę. - Przesadzam. Zastanawiam się, czy uznałbyś, że przesadzam, gdybym zapytał, dla kogo konkretnie pracujesz i czy cieszysz się całkowitym bezpieczeństwem pracy?

- Mycroft – warczy Sherlock.

Mycroft mruga i unosi palec do ust.

- A więc ten drań jest twoim bratem? - pyta John, unosząc brwi.

- Wolę myśleć, że jakiś wieśniak podrzucił go nam na próg, zanim Mamusia poczęła mnie.

- Ach, doskonale, byłem pewien, że w końcu zrozumiesz. - Mycroft uśmiecha się, co upodabnia go do helodermy, i daje Sherlockowi i Johnowi znak, by się nie ruszali. - Jest taka możliwość, nawet jeśli sam czyn został popełniony przez pośrednika. Do pomysłodawcy sprofanowania grobu musi prowadzić niepodważalny, fizyczny dowód.

- Nie lubię go, bo mnie porwał. Jaki ty masz powód? - zastanawia się John.

- Spójrz na niego.

- Patrzę.

- Czy to nie potworne?

- Ależ nie, zamierzam podjąć pewne środki, by to się nigdy nie powtórzyło. - Mycroft kręci opartą o ziemię parasolką, jakby zaraz miał wykonać popisowy numer Freda Astaire'a. - Jeśli jeszcze nie rozumiesz, że to zainteresuje media w stopniu znacznie większym niż zwykłe listy, to doprawdy ja przestaję rozumieć, czemu ci płacę.

- Widziałem gorsze rzeczy – stwierdza rozsądnie John, krzyżując ramiona na piersi. Zerka na Sherlocka. - On próbuje cię chronić.

- Próbuje zrujnować mi życie i wysłać mnie do Ameryki.

- Naprawdę?

- Nie martw się, nie jadę.

- Na pewno kierują nim braterskie uczucia.

- I to braterskie uczucia kierują nim, kiedy śledzi mnie przy pomocy ulicznych kamer, stale zakłada pluskwy w moim mieszkaniu i gdy usiłował podsłuchiwać twoje rozmowy telefoniczne?

- Słusznie.

- Chyba nie patrzysz na to z odpowiedniej perspektywy – sugeruje Mycroft tonem zadowolonego drapieżnika i powoli gładzi swój podbródek. - Jedenastu sędziów, poproszonych o przedłużenie wyroku Jamesa Moriarty'ego na podstawie jego niebezpiecznej dla społeczeństwa obsesji, przeszło na emeryturę, przeprowadziło się, odrzuciło sprawę, zmarło w tajemniczych okolicznościach lub też – to mój osobisty faworyt – przeniosło się do Ameryki Południowej i przejęło niespodziewanie odziedziczoną plantację kawy. Ale ci ludzie mieli do czynienia z listami. Teraz mamy do czynienia z odciętą częścią ciała ofiary morderstwa. Dwunasty sędzia dojdzie do właściwych wniosków.

John przygryza wargę i odwraca się do Sherlocka.

- To prawda?

- Ależ skąd, Mycroft wspomina o tym tylko dlatego, że mam za mało problemów – syczy Sherlock.

- Ponieważ jeśli on lub ona nie dojdzie do właściwych wniosków, będzie miał lub miała problemy bardziej uciążliwe niż sam James Moriarty – nuci Mycroft do telefonu.

- A więc jedenaście razy próbowaliście zatrzymać Moriarty'ego za kratkami i ponieśliście porażkę. A co z opinią wydawaną w więzieniu? Przecież nie mogą go wypuścić za dobre sprawowanie – zauważa ostrożnie John.

- Od zapuszkowania Moriarty'ego było pięciu dyrektorów więzienia. - Sherlock gwałtownie sięga po telefon brata, lecz ten z łatwością przekłada go do drugiej dłoni i nawet nie wypuszcza parasola. - Jeden odszedł, bo jego rodzina zginęła w pożarze. Jeden odszedł, bo zaraził się wąglikiem. Jeden...

- Czaję, dobra, wszystko jasne – przerywa John, przyciskając palce do nasady nosa.

- Najlepiej w ciągu siedemdziesięciu dwóch godzin lub szybciej. Tak, mimo sytuacji w Syrii. - Mycroft pstryka palcami, by zwrócić uwagę dwóch mężczyzn w czarnych garniturach, którzy biedzą się z zatrzaskami na plastikowym pojemniku, a następnie kręci dłonią dookoła, by zasugerować, że dalsza zwłoka nie jest mile widziana. Mężczyźni szybko i sprawnie schodzą na dół, a zapach rozkładu staje się lżejszy. - Syrią zajmują się moi najbardziej kompetentni tajni doradcy, a ty, co stwierdzam z przykrością, jesteś obecnie moim najkompetentniejszym analitykiem śledczym. Ostatnio obiło mi się o uszy, iż interesuje cię posada w północnej Grenlandii. Jeśli to zadanie wydaje ci się zbyt nudne lub jałowe, możemy się nad tym zastanowić.

Ktoś znowu dzwoni do drzwi. John idzie otworzyć, a Sherlock, wciąż sztyletując brata spojrzeniem, dochodzi do wniosku, że tym razem dostawca był po prostu bardzo szybki. Jednak dwadzieścia sekund później staje twarzą w twarz z nikim innym, jak z Shinwellem Johnsonem, który tego dnia wygląda szczególnie olśniewająco w czerwonym dresie, białym podkoszulku lekko zajeżdżającym tuńczykiem, białych adidasach, które mogły uchodzić za modne w 1994 roku, i złotym łańcuchu z wisiorem w kształcie głowy Jezusa Chrystusa, ukoronowanej diamencikami.

- Powiedział, że jest twoim ambasadorem z doskoku w pewnych sektorach ekonomicznych populacji Londynu – mówi John, wbijając w nowo przybyłego pełne namysłu niebieskie oczy. - Brzmiało zbyt głupio jak na wymówkę kogoś, kto chce cię zabić, mógł ostatecznie powiedzieć, że jest z gazowni, więc...

Shinwell Johnson z zadowoleniem puszcza oko do Sherlocka.

- Panie Holmes, czy wolno mi wspomnieć, odkładając na chwilę na bok inne nasze transakcje, że z ogromną przyjemnością myślę o dalszych spotkaniach z obywatelem doktorem Johnem Watsonem, sądząc bez wahania, że jest on wystrzałowy oraz że każda pańska przyszła działalność tylko zyska dzięki jego obecności w drużynie, nie będąc przez nią spowolniona.

- Inne transakcje – mówi wolno John. - Zaraz, inne transakcje... jakie konkretnie inne transakcje?

Sherlock wbija wzrok w sufit i w milczeniu błaga, żeby Bóg, jeśli Bóg istnieje, uderzył go piorunem i oszczędził dalszych problemów wynikających z bycia żywym.

Johnson kaszle, ewidentnie szuka miejsca do splunięcia, nie znajduje żadnego i z trudem przełyka.

- Transakcje biznesowe, lecz bardzo osobiste, człowieku, więc niestety nie mogę pisnąć słówkiem, nie chcąc urazić pańskich uczuć ani już dostrzeżonej przeze mnie pańskiej inteligencji.

- Sherlock – mówi John stalowym głosem.

- John – odpowiada Sherlock, nie mogąc wymyślić sensowniejszej riposty.

- Powiedz, proszę, że ten człowiek nie sprzedaje ci... świeżego towaru?

- O, powiedział mu pan? - Johnson wyraźnie rozjaśnia się. - Kurczaki, moja wina, ja usiłowałem zmyć panu głowę, a pan już przyznał się temu oto gentlemanowi, tego nie przewidziałem, panie Holmes, tej uczciwości z pana strony, tej własnowolnej szczerości co do pańskich skłonności, a za ten brak wiary, że wyzna pan sekrety swego życia, błagam o wybaczenie.

- W sumie nie musi pan – mówi zimno John.

Johnson, którego czerwona twarz aż promienieje dumą, jest w dalszym ciągu zachwycony rozwojem sytuacji.

- Mam też nadzieję, że pan Holmes również wspomniał o moim pragnieniu, by nasze wymienione wyżej transakcje ustały, gdy tylko pan Holmes uzna, że to możliwe, respektując talent ukryty w każdej jego...

- Czy ty się nigdy nie zamkniesz? - wybucha Sherlock.

- Ależ nie, nie, słucham z uwagą – mówi stanowczo John, stając w nieco szerszym rozkroku. - Proszę kontynuować.

Zanim John może kontynuować tę pogawędkę, Mycroft rozłącza się zdecydowanym gestem. W tym samym momencie dzwoni dzwonek u drzwi.

- Ach, doskonale – stwierdza Mycroft, zapisując coś w telefonie, a potem chowając go do kieszeni. - John, czy mógłbyś być tak dobry i otworzyć?

- Czy mógłbyś się odpieprzyć? - odpala John, jednak jednocześnie schodzi po schodach.

- Czy mógłbyś mi powiedzieć, co tu się, do diabła, dzieje? - warczy Sherlock.

- Wiadomo mi o twoim zaufaniu do kapitału społecznego i przenikliwości pana Johnsona. Wiadomo mi też, że rzeczone zaufanie nie jest pozbawione podstaw. Postanowiłem go więc zaprosić na to małe spotkanie, mimo mojej braterskiej niechęci co do bardziej niebezpiecznych cech twojego charakteru i sposobów, na jakie kontynuujesz autodestrukcję – mruczy Mycroft, podchodząc do fotela Sherlocka i siadając na nim bez zaproszenia.

Johnson rozpina bluzę od dresu, ujawniając brzuch, którego nie powstydziłby się zawodnik sumo, i kłania się, rozkładając szeroko ręce.

- Panie Holmes, podzielam tę niechęć całkowicie i z chęcią posłucham o szczegółach, jeśli czas pozwoli, kiedy tylko obecna sprawa dobiegnie końca, gdyż forsowanie się może doprowadzić do spieprzenia wszystkiego, jak wynika z mojego skromnego doświadczenia.

- Jestem świadom pańskiej opinii na temat potencjału mojego brata – wzdycha Mycroft. - Tylko dlatego nadal porusza się pan wolno po Londynie. Inni już nie cieszą się tym przywilejem.

Sherlockowi opada szczęka. W zdumieniu gapi się na swojego brata. Mycroft zaś patrzy tylko na Shinwella Johnsona, jedynego dilera, od którego Sherlock mógł cokolwiek kupić, podczas gdy inne jego źródła znikły w tajemniczych okolicznościach.

- Wierzę, że moje uczucia dobrze o mnie świadczą. - Shinwell Johnson uśmiecha się szeroko. - Ale, z całym szacunkiem, mogę być trudniejszy do ujęcia niż pan sądzi. Co do tendencji do autodestrukcji, którą wszyscy w jakimś stopniu posiadamy, moja malutka teoryjka, panie Holmes, jest taka, że dla tamtego pana Holmesa jest to raczej akt buntu, sposób na przejęcie kontroli nad swoim życiem, będącym nieustannie zagrożonym właściwie od kołyski, sposób na podtrzymanie iluzji, że może być samemu sobie końcem mimo nieustannych intryg knutych przeciwko niemu; pan Holmes sądzi, że krzywdząc samego siebie, przejmuje kontrolę nad swoją szanowną osobą, jeśli wie pan, co mam na myśli.

- Ależ dziękuję – syczy Sherlock. - Drobny przestępca z problemami z higieną i manią wielkości to dokładnie ta osoba, od której chciałbym usłyszeć wyjaśnienie moich procesów myślowych. Jeśli łaska, dziel się ze mną opiniami dotyczącymi mojej osoby, kiedy o nie poproszę. Albo jeszcze lepiej – kiedy poziom twojej edukacji wykroczy poza gimnazjum.

- To z całą pewnością była intrygująca ekspresowa analiza psychologiczna, chociaż nie podzielam tej opinii – stwierdza Mycroft. - Mówiąc brutalnie, zwykła izolacja może zniszczyć ludzką psychikę. Proszę spocząć, panie Johnson, te fotele są dość wygodne. Och, braciszku, przestań wydawać się taki zaskoczony. Gdybyś faktycznie, jak twierdzisz, był idealnie racjonalną maszyną, przewidziałbyś coś w tym stylu, ale, jak widzę, ostatnio znalazłeś... nowe rozrywki zajmujące twój cenny czas i uwagę.

Do pokoju wchodzi inspektor Lestrade w towarzystwie Sally Donovan. Oboje wyglądają na zdeterminowanych, choć Sally zdecydowanie nie jest entuzjastycznie nastawiona.

- Co do kurwy... - Sherlock wstrzymuje oddech.

- Ciebie też miło widzieć – odpowiada Lestrade. - Wszystko w porządku? Przepraszam, że kazaliśmy wam czekać, ale gdy się jedzie prosto z Yardu, korki są mordercze. - Rzuca okiem na Johna, który właśnie wspina się po schodach. - Poznaliśmy twojego nowego... kolegę, tak? Ale wyglądasz znajomo, nie spotkaliśmy się już kiedyś?

John obrzuca Lestrade'a i resztę zatłoczonego pokoju spojrzeniem człowieka, który widział już wszystko, więc nic go nie peszy. To jedna z najgenialniejszych min, jakie Sherlock widział w swoim życiu. Co do Sherlocka, nie jest pewien, czy powinien wybiec przez drzwi z furkotem płaszcza i dłonią doktora w swojej i zostawić całą resztę towarzystwa, żeby sobie spokojnie poknuła, czy też zostać na Baker Street, skoro umiera z ciekawości. Stwierdza, że niezależnie od podjętej decyzji to popołudnie nie będzie należało do najłatwiejszych.

- Powaliłem mordercę, jak-mu-tam, Abernetty'ego – przypomina John. - Aresztowałeś go.

- Kurczę, faktycznie! - wykrzykuje Lestrade. - Mam dobrą pamięć do twarzy, ale twojej wtedy zbyt długo nie widziałem. No jasne, teraz pamiętam. Sally, kojarzysz? Niezły jesteś w powalaniu, co, panie doktorze?

- Owszem.

- Lekarz wojskowy, tak?

- Zgadza się.

- Miło cię znowu widzieć.

- Ciebie też.

- Lestrade. Sally – rzuca Sherlock przez zaciśnięte zęby.

- Świrze – szczebiocze Sally.

- Nie nazywaj go tak – mówi John.

- A co, masz lepsze określenie? - Sally trąca Lestrade'a łokciem. - Pierwsze wrażenia ludzi, którzy go poznają, są zawsze niezapomniane.

- Może by tak „Sherlock"? - proponuje John, uśmiechając się, jakby zaraz miał kogoś zamordować.

- Pozostawia dziwny posmak na języku – protestuje Sally.

- Jestem przekonany, że podobnie jak sperma Andersona, biorąc pod uwagę poziom jego higieny osobistej i dietę...

- Sherlock! - wykrzykują wszyscy w pokoju w różnej tonacji, poza Shinwellem Johnsonem, który z rezygnacją potrząsa głową, wzdychając:

- Panie Holmes, panie Holmes.

- Co? – wrzeszczy Sherlock. - Co wy wszyscy robicie w moim mieszkaniu?

Lestrade przejeżdża dłonią po krótkich, srebrnych włosach.

- Chwilunia, Sherlock, wybacz to pytanie, ale co w twoim mieszkaniu robi doktor Watson?

- Mieszkam tu – odpowiada John spokojnie.

Zapada cisza. Wszyscy przetrawiają tę rewelację. Poprzednio panował chaos, a teraz upadająca igła narobiłaby hałasu niczym kawał ołowiu. Sherlock gapi się na nich po kolei, niemal rzucając im wyzwanie, by sprzeciwili się takiemu rozwojowi sytuacji. Mówiąc krótko, reakcje są podzielone. Mycroft wygląda, jakby cierpiał na niestrawność, Sally jest przerażona, Lestrade - zadowolony, a od Shinwella Johnsona światło nie mogłoby bić jaśniej nawet, gdyby połknął słońce.

- Czy mogę być pierwszym – ćwierka Johnson – który złoży najszczersze gratula...

Ponownie rozlega się dzwonek do drzwi.

- No dobra, to będzie chińszczyzna – ogłasza John sucho. - Odlotowo. Sherlock, możesz przygotować talerze? Zaraz wrócę. A potem możemy zacząć... co to ma być?

Mycroft uśmiecha się lodowato.

- To dyskusja – odpowiada – na temat przetrwania Sherlocka Holmesa.