W ciągu następnych kilku tygodni wcale nie było lepiej. Wręcz przeciwnie, dopiero teraz odkryłam, co to znaczy „prawdziwe życie".
Śmiertelnicy nie mieli magii, nie mieli magicznych stworzeń – nie mieli dosłownie nic. Wszystko musieli sami przygotowywać, sami musieli się wszystkim zajmować. Po dwóch tygodniach takiej harówki miałam już wszystkiego serdecznie dość.
Minęło półtora miesiąca, i za trzy dni miało być Boże Narodzenie. Byłam akurat w salonie, i ubierałam choinkę. Rodzice Carol byli w kuchni, i przygotowywali sałatki i ciasta na kolację wigilijną.
Właśnie założyłam kolejną czerwoną bombkę, gdy nagle coś się poruszyło. Nie tyle co to wyczułam, ale dostrzegłam w odbiciu na bombce.
Odwróciłam się gwałtownie, ale nikogo za mną nie było. Mimo to zaczęłam się hiperwentylować.
A co, jeśli Mara odnalazła mnie przed Jackiem? Sylvia i Bud nie mieli z nią żadnych szans – Mara znokautowałaby ich, albo i nawet zabiła na miejscu, a potem zajęłaby się mną.
Powoli, bardzo powoli, odwróciłam się z powrotem w stronę choinki. I niemalże w chwilę po tym, jak stanęłam naprzeciw niej, krzyknęłam, powodując, że Sylvia i Bud wybiegli z kuchni jak oparzeni.
- Na Boga, co się stało?! – wykrzyknął Bud, łapiąc za nóż kuchenny. Sylvia stała obok niego, trzymając się kurczowo rękawa jego bluzki w kratę.
To nie miało jednak dla mnie żadnego znaczenia. Liczyło się teraz dla mnie tylko jedno.
- Odnalazłeś mnie. – powiedziałam cicho, wpatrując się w te znajome, stalowo-niebieskie oczy, otoczone przy brwiach drobnymi kryształkami lodu.
Jack uśmiechnął się niepewnie, sam zapewne nie dowierzając w to, co widzi.
Nie czekając na dalsze niezręczne momenty ciszy rzuciłam się Jackowi na szyję, mocno go obejmując. Teraz, bez moich lodowych pantofelków, byliśmy jednakowego wzrostu – oboje mieliśmy po równo metr siedemdziesiąt.
- Co ona najlepszego zrobiła? – Jack praktycznie jęknął, gdy w końcu się od siebie odsunęliśmy, i jego wzrok spoczął na moich śmiertelnych ubraniach. – Musimy ją pokonać, bez dwóch zdań. – roześmiałam się cicho, słysząc te słowa.
- Zapewniam cię, nie jest tak źle. Chociaż fakt, mogłoby być lepiej. – Jack w końcu się uśmiechnął. Nieznacznie, ale jednak.
- Jak się czujesz? – spytał się nagle Jack, wodząc po mnie uważnie wzrokiem. Zapewne sprawdzał, czy przypadkiem nie zaczęłam się już starzeć.
- Jack, zapewniam cię; tutaj Mara nie powinna mnie znaleźć. Matka Natura nałożyła na ten dom szereg zaklęć ochronnych, tak że jeśli Marze wpadłoby do głowy mnie tu szukać, to długo by to jej zeszło. A nawet jeśli wyjdę na zewnątrz, to za nic nie rozpoznałaby już mojego zapachu. Musiałaby mnie odnaleźć po wyglądzie, a jak sam widzisz, nie wyglądam już tak jak kiedyś. Jestem jak setki tysięcy innych blondwłosych śmiertelniczek, jakie chodzą po tym ziemskim padole. – Jack uśmiechnął się szeroko, słysząc to.
- Och, zapewniam cię, Eira…nie wyglądasz jak setki tysięcy innych blondwłosych śmiertelniczek. – nie mogłam odpowiedzieć uśmiechem na te słowa. – Jesteś o niebo piękniejsza od każdej z nich. Jesteś królową, i nikt tego nie będzie w stanie nigdy zaprzeczyć. To, co uczyniła ta przeklęta Mara, wkrótce zniknie na zawsze, i znowu zasiądziesz na tronie Królowej Śniegu.
- Sama ją wykończę, jak tylko odzyskam swoje moce. – odparłam, nie przestając się uśmiechać. – Mara popełniła największy błąd swojego życia, zadzierając z naszą dwójką. Ujawniła głęboko skrywane sekrety, i sprawiła, że staliśmy się sobie bliżsi niż kiedykolwiek.
- Nie ująłbym tego lepiej. – Jack ponownie mnie do siebie przytulił, zanim nie odsunął się ode mnie na odległość około metra. – Muszę teraz jednak odejść. Ta diabelska czarownica trzyma mnie krótko, i szybko domyśliłaby się, gdzie jestem, jeśli szybko nie wrócę. Ale niedługo znów się tu pojawię, Eira, i bądź pewna, że wtedy zaczniemy działać przeciw niej. – i wraz z tymi słowami Jack zniknął, pozostawiając mnie znowu samą.
Teraz przynajmniej jednak wiedziałam, że Jack nadal był po naszej stronie, i że odpowiedział pozytywnie na moje uczucia wobec niego. Miałam kolejnego wspólnego, któremu mogłam powierzyć swoje śmiertelne teraz życie.
Pozostawało nam w tej chwili tylko jedno; pokonać Marę. To był od teraz nasz wspólny cel – całej naszej grupy, dotychczas rozrzuconej po całym świecie, i nie znoszącej się niemiłosiernie. Z powodu jednej marnej czarownicy siły Królowej Śniegu, Świętego Mikołaja, Jacka Frosta, Matki Natury, Ojca Czasu, oraz wielu innych magicznych istot skierowały się przeciwko jednej osobie. To była tylko kwestia czasu, kiedy wspólnymi siłami pokonamy Marę.
Miałam tylko nadzieję, że stanie się to jak najszybciej. Koniecznie chciałam już wrócić do swojej prawdziwej, nieśmiertelnej postaci, odpornej na niemalże wszystko, i posiadającej niezliczoną ilość mocy. Tylko do tego świata bowiem pasowałam.
I tylko w tamtym świecie mogłam przeżyć.
