Dziś trochę więcej drarry.
Dziękuję za miły komentarz, Sienne.
Miłego czytania.
Ulica Pokątna rozbrzmiewała głosami rozentuzjazmowanych rodziców i jedenastolatków, którzy biegali od wystawy do wystawy niczym roje pszczół przemieszczających się z kwiatka na kwiatek. Harry uśmiechał się pod nosem, przypominając sobie swoją pierwszą wizytę w tym czarodziejskim zakątku; fascynację, zaskoczenie i ekscytację. Nagle wpadło na niego dwóch chłopców, nieomal strącając go z nóg. Nawet nie patrząc w górę wstali z bruku, otrzepali się, wymamrotali „przepraszamy" i przykleili nosy do szyby sklepu z miotłami wyścigowymi.
Malfoy, który szedł w milczeniu u jego boku, parsknął śmiechem i odrzucił głowę w tył, wyciągając twarz ku zachodzącemu słońcu. – Za tydzień znów będzie można rozkoszować się spokojem.
Harry przyglądał mu się przez chwilę, podziwiając, całkiem platonicznie zresztą, grę promieni w jego jasnych włosach. Na jego wargach znów pojawił śmieszek, gdy przypomniał sobie, jak kiedyś, podczas jednej z bijatyk, wyrwał ich kępkę z cebulkami, a Malfoy niemal rozpłakał się na środku zatłoczonego korytarza.
- Nadchodzi pierwszy września, czegóż innego można by się spodziewać? – spytał retorycznie, wymijając grupkę dzieciaków oszołomionych widokiem tęczowego pufka pigmejskiego, skaczącego radośnie po klatce w sklepie Weasleyów. Weasleya, poprawił się i automatycznie posmutniał.
Malfoy, jakby wyczuwszy w powietrzu zmianę nastroju, sięgnął do kieszeni i podał mu złożoną na pół kartkę. Harry znów przez kilka sekund wpatrywał się w niego, tym razem porównując dawnego, znajomego, sztywnego Malfoya, którego szaty zawsze były zapięte na ostatni guzik i idealnie wyprasowane, z tym nowym Malfoyem, którego niebieska koszula miała podwinięte rękawy i była niedbale rozpięta pod szyją, i który zamiast czarnej szaty miał na sobie jeszcze szarą kamizelkę, dżinsy i wygodne buty. Zastanawiał się, co sprawiło, że blondyn stał się taki… wyluzowany. Zmrużył oczy w poszukiwaniu lepszego określenia, jednocześnie niewidzącym wzrokiem patrząc na wręczony mu papier. Wciąż i wciąż nasuwało mu się słowo szalony. Machinalnie pociągnął za przylegający ciasno do jego szyi kołnierzyk szaty.
W końcu skupił wzrok na wykaligrafowanych zielonym atramentem literach. Na kartce wypisane były w wąskiej kolumnie cyfry od jedynki do dziewiątki. Jedynie obok dwóch pierwszych dopisane zostały po dwa słowa. Harry'emu udało się je odczytać dopiero po kolejnych kilkunastu długich sekundach.
Galeria "Degrengolada" i Peter Phillips.
- Co to jest? – Jego głos był szorstki i zduszony; przedarł się przez gardło niczym duży, kolczasty przedmiot, pozostawiając po sobie niesmak i kujący ból. Zatrzymał się i podniósł głowę, by napotkać rozbawione spojrzenie Malfoya.
- Blaise kazał cię ucałować – odpowiedział spokojnie, unosząc kąciki ust w parodii uśmiechu. – Pozwól, że nie spełnię jego życzenia, Potter.
Harry znów spojrzał w dół, na kartkę, przedzierając się z wysiłkiem przez mgliste wspomnienia i przypominając sobie, że poprosił Zabiniego o listę osób, które posiadają obrazy należące do feralnej, zwiastującej śmierć właściciela kolekcji.
Ruszyli w ciszy naprzód. Harry przeczesał ręką włosy, wprowadzając je w jeszcze większy nieład i westchnął głęboko, wyrażając swoją udrękę. Cholerny Blaise, przecież to już wie. Malfoy rzucił mu pełne wyższości spojrzenie i przyspieszył kroku, jakby chciał w możliwie najszybszy sposób dotrzeć na miejsce, by jak najmniej osób zobaczyło go w tak niszowym towarzystwie jakim był Harry Potter w wyjątkowo źle dobranej szacie i z ptasim gniazdem na głowie.
Na szczęście w momencie, gdy Harry wreszcie nie mógł powstrzymać budującego się w nim rozbawienia z powodu zachowania swojego towarzysza i parsknął śmiechem, Malfoy otworzył mu drzwi do małego, niepozornego lokalu. Ha! Teraz już blondyn nie mógł uciec.
- Potter, ostrzegam cię – wysyczał, poruszając tylko jednym kącikiem ust – tym, którego nie widział prowadzący ich do stolika kelner. – Jeśli zdenerwujesz mnie jeszcze przed deserem, to sala obok jest niezwykle przestronna i widziała już pewnie niejedno morderstwo. Zawsze można dorzucić kolejne.
Harry puścił tę groźbę mimo uszu, rozglądając się po pomieszczeniu. Choć blaty były ładnie wypolerowane, a nogi krzeseł proste i solidne, restauracja wyglądała na zaniedbaną. Wysokie okna, przez które mogłoby wpadać zachodzące słońce były zasłonięte długimi, ciężkimi kotarami, przepuszczającymi jedynie wąskie pasma promieni, które sprawiały, że w powietrzu wyraźnie widoczny był wirujący kurz. Na ścianach wisiało kilka mrożących krew w żyłach obrazów; na jednym z nich Harry dojrzał ponuraka. Natomiast wysoka blondynka przy barze wycierała ze znudzoną miną czyste szklanki, a kelner obok niej z zapałem piłował paznokcie. Z kuchni dobiegało rozpraszające nieco ponury nastrój wycie gwizdków, bulgotanie wody oraz niecierpliwe krzyki szefa.
Podążył za Malfoyem, opadając na krzesło naprzeciw niego. Zastanawiał się, jak to możliwe, że wielki i wspaniały Draco Malfoy jada w takim miejscu. Był tak pogrążony w myślach, że nawet nie zauważył, iż blondynka potrąciła zajętego sobą kelnera, któremu taca aż wypadła z rąk na widok Malfoya. Potykając się chłopak dobiegł do ich stolika.
- To co zwykle, Marcel. A dla Pottera niech Jean przygotuje coś od siebie. – Kelner pokiwał głową i zniknął za drzwiami, które prowadziły do kuchni. Blondynka posłała Draco powłóczyste spojrzenie. I wtedy Harry zauważył, że Malfoy szczerze się uśmiechnął. No może nie był to szczery uśmiech. Okay, może samego uśmiechu też nie było, ale Malfoy wyglądał przez chwilę tak spokojnie i ciepło, że Harry prawie mógł sobie wyobrazić prawdziwy uśmiech na jego bladej twarzy. A potem przypomniał sobie, że te wąskie wargi podczas uśmiechu odsłaniają czasem dwa rzędy nierównych, trójkątnych zębów i schował się za kartą dań.
- To jak z tymi wrogami? – wymamrotał, wciąż się ukrywając i nie ważąc podnieść głowy, by spojrzeć blondynowi w twarz.
- Powiedziałem ci już, że dowiesz się po obiedzie – odparł Draco i Harry usłyszał ciche skrzypienie krzesła oraz szmer ocierających się o siebie ubrań, gdy Malfoy rozparł się na swoim miejscu, porzucając fasadę kamiennego posągu z kijem od miotły w tyłku. – I na Merlina, odłóżże tę kartę i nie rób mi więcej wstydu.
Harry oblał się nieładnym rumieńcem i położył menu na blacie. Wyciągnął przed siebie dłoń i zaczął ostentacyjnie przyglądać się swoim paznokciom, wciąż unikając spojrzenia na Malfoya. Wyczuł, że artysta z trudem powstrzymuje westchnienie cierpiętnika.
- Pięć lat temu, Malfoy, nie wytrzymałbyś kilku minut bez obrażania ludzi – powiedział w końcu, podnosząc wzrok. – Zły dzień?
- Złe życie. – Wzruszył obojętnie ramionami, a jego usta uformowały tajemniczy uśmieszek. – Poza tym, jeśli się czegoś chce, coś niestety trzeba poświęcić w zamian.
By zająć czymś mokre ze zdenerwowania dłonie, Harry podniósł ze stołu jeden ze srebrnych, nieskazitelnych widelców i zaczął nim wywijać młynki w powietrzu. Brwi miał zmarszczone, gdy pytał: - A co chcesz osiągnąć tym… wyrzeczeniem?
Malfoy nie zastanawiał się ani sekundy. – Chcę seksu z tobą. – Harry'emu widelec wypadł z ręki i z brzękiem upadł na podłogę. Blondynka posłała mu oburzone spojrzenie, ale Potter nawet go nie zauważył. Wpatrywał się natomiast w Malfoya, którego mina wyrażała śmiertelną powagę.
- Nie jestem gejem – stwierdził Harry, gdy zaskoczenie opadło, a Malfoy wciąż nie przyznał, że ostatnie zdanie było jedynie żartem. W odpowiedzi parsknął, lecz gdy Harry pozostawał niewzruszony, popatrzył na niego ze zdziwieniem.
– Ty naprawdę nie… - Potarł dłonią policzek i poprawił się na krześle. – Merlinie. Na otwarciu galerii byłeś z łasicą, czyż nie?
Harry przewrócił oczyma na dźwięk tego przezwiska. – Tak, byłem z Gin. Dostałem zaproszenie, a ona…
- Wyglądała zjawiskowo, nieprawdaż? – przerwał mu Malfoy. W tym momencie przy stoliku pojawił się kelner, ciągnąc za sobą apetyczny zapach zupy. Szybko zniknął, postawiwszy przed nimi głębokie talerze.
Harry wahał się przez chwilę nim odpowiedział i chyba to ostatecznie przekonało Malfoya o jego racji. – Tak, była piękna.
Śmiech Malfoya przeciął powietrze niczym ostry nóż i Harry uświadomił sobie, że przypomina mu on pobrzmiewający echem szczeku rechot Syriusza. Zamilkli. Malfoy zjadł kilka łyżek zupy, podczas gdy Harry jedynie mieszał w swojej. Artysta wyprostował się, otarł elegancko usta serwetką i skinął na kelnera, który pośpieszył zabrać jego talerz. Otworzył już usta, by coś powiedzieć, ale nie zdążył.
- Postawmy sprawę jasno – zaczął Harry, także dając znak Marcelowi. Odprowadził go wzrokiem do baru. Kiedy kontynuował, jego głos pełny był niedowierzania. – Chcesz się ze mną przespać. W zamian dostanę informację, o które pytam? Chcesz mnie przekupić?
- Nie. Chcę się z tobą przespać. Koniec. – Malfoy był tak spokojny, że Harry zamrugał kilka razy, zbity z tropu. – I, co zabawne, ani razu nie powiedziałeś, że tego nie zrobisz. Jedynie niezdarnie zapewniłeś mnie, że nie jesteś gejem.
Harry znów oblał się rumieńcem. Ogromna ochota, by uciec, zniknęła, gdy kelner podał drugie danie. Dla takiego jedzenia Harry zniósłby nawet paplaninę Cormaca McLaggena.
~~...~~
- Malfoy powiedział mi coś dziwnego – zaczął Harry, odsuwając od biurka w swoim gabinecie krzesło. Ron zdjął nogi ze stosu akt i niedokończonych raportów i kiwnął głową na przyjaciela, by mówił dalej. – Spytał, czy wypuściliśmy już MB.
- Co?
- Kogo, Potter. Kogo.
- Kogo?
Tu Malfoy przewrócił teatralnie oczyma i popatrzył błagalnie w sufit. – Bezmózg.
- Idiota.
- Niezbyt to wyrafinowane.
- Ale prawdziwe.
Malfoy zrobił obrażoną minę i przez chwilę milczał. – Ile osób o inicjałach MB znasz?
- Jak mielibyśmy wypuścić martwe ciało? – Ron marszczył brwi, myśląc nad czymś intensywnie. Harry poczekał, aż pod tą rudą czupryną ze zgrzytem przeskoczą trybiki. – Chodziło mu o Milicentę? Ale Marianne…
- Oby dwie mają te same inicjały – uzupełnił Harry, przerzucając foldery zalegające na biurku. Ron wstał i obszedł kilka razy gabinet, drapiąc się po głowie piegowatą ręką.
- Marianne Bradley. Milicenta Bulstrode. Myślisz, że to ma znaczenie? Że osoba, której szukamy, to PP? – Ron przygryzł wargę i zatrzymał się. W końcu dodał zgryźliwie: – No tak, to zawęża nam krąg podejrzanych z dziesiątek tysięcy do tysięcy.
Śmiech Harry'ego pełny był napięcia. To mogło być pewne odkrycie, ale także całkowity zbieg okoliczności. No i już czwarty dzień nie popełniono kolejnego zabójstwa. Może Harry wykazywał się jedynie niezwykłą paranoją myśląc, że będzie to pasmo morderstw?
Nagle zrobiło mu się ciemno przed oczami. Spanikował, gdy okazało się, że wciąż siedzi na swoim krześle i palcami dotyka chropowatej powierzchni blatu biurka, ale nic nie widzi. Ron wdał się w tyradę, nie zauważając przerażenia przyjaciela. Harry kilka razy zamrugał, biorąc drżące ze strachu wdechy i starając się uspokoić. Pod powiekami pojawił mu się jakiś obraz, więc zamknął oczy. Oślepiła go biel.
Tik tak.
Z bieli wychynął Malfoy. Zasłonił nieco rażące źrenice światło. Uśmiechnął się, patrząc na niego wyzywająco.
- Tik tak, Potter. Czas ucieka.
Harry zaczął się gwałtownie trząść. Zacisnął zęby, by w tym szaleńczym napadzie nie odgryźć sobie języka. Oddychał płytko i nierówno, pomimo ogromnych starań zwolnienia oddechu.
Tik tak.
Nagły ból w ramieniu sprawił, ze otworzył szeroko oczy i wciągnął głęboko powietrze, niczym wyłowiony z wody topielec. Ron ściskał jego rękę w żelaznym uścisku, patrząc mu w twarz zaniepokojonym błękitnym spojrzeniem.
- Wszystko w porządku? – upewnił się, lecz Harry tylko wzruszył ramionami, ze wszystkich sił próbując rozewrzeć odrętwiałe szczęki. – To dobrze, bo masz wiadomość.
Gdy Ron odsunął się na bok, odsłaniając siedzącego na brzydkim, wzorzystym dywanie kota, Harry wstał, by go lepiej widzieć. Kot polizał powoli jedną łapkę, potem drugą i dopiero wtedy spojrzał w górę. Napotkawszy wzrok Harry'ego miauknął radośnie, okręcił się wokół własnej osi, jak to zwykł czynić jego kreator i otworzył pyszczek, by przemówić ludzkim głosem:
- Pooooottuś! Ratuj!
Koniec części VII.
