9
– Dobrze! – wykrzyknęła z drugiego końca skateparku Jubilee, kiedy kolejny raz Morfowi udało się naśladować jej sztuczkę na deskorolce. Nie spodziewała się, że poza snowboardem istniały sytuacje, kiedy poruszał się zgrabnie.
Podziękował jej i przysiedli na ławce, żeby trochę odpocząć. Byli na placu sami, może dlatego, że pogoda dzisiaj nie sprzyjała spacerom. Od południa zanosiło się na deszcz, a szare chmury snuły się po niebie powoli, zbijając coraz gęściej.
– Może zamienisz się w coś ekstra? – odezwała się po chwili ciszy Jubilee. – Nikt nie patrzy.
– W co na przykład? – odpowiedziała jej ona sama, siedząca obok z wzrokiem wbitym w chodnik przed sobą.
Jubilee zauważyła, że niezależnie od pogody, znowu ubrała dzisiaj top i różowe okulary.
– Hej, ja tak nie siedzę – zaprotestowała. Kiedy jej kopia się poprawiła, dodała jeszcze – Teraz to jak jakiś pałąk.
– Trudno ciebie naśladować – przyznał Morph. – Masz bardzo specyficzne ruchy.
– No, dzięki! To mi nie brzmi za bardzo jak komplement. A wstań. Hmm… rzeczywiście tak wyglądam?(1)
– Możesz to łatwo zmienić, jeśli chcesz – przyznała druga Jubilee i wykonała serie kilku póz i gestów, dużo swobodniej i naturalniej, niż pozwoliłby sobie Morph w swojej normalnej postaci. – Wystarczy, że wyobrazisz sobie, że kogo grasz i to, co do ciebie pasuje wejdzie ci w nawyk.
W tym samym momencie w Rezydencji Xaviera Gambit oderwał wzrok od pasjansa i zapatrzył się w okno. Usłyszał coś w powietrzu, ale nie samolot. Jednak na szarym niebie nie zobaczył nic, poza świetlną smugą słońca ustępującego miejsca mrokowi.
– Remy, spójrz! – zawołała Magma z drugiego końca salonu, wskazując niebo z innego okna.
Gambit przeklął głośno i potrącając stolik z kartami poderwał się z miejsca gwałtownie i porwał swój płaszcz, gotów do natychmiastowego wyjścia.
– Może być problem. Idę po dzieciaki, ty zostań i pilnuj wiadomości w telewizji. Nie wiemy, co się tym razem kroi dla mutantów.
– Nie ma mowy, nie puszczę cię samego! – pisnęła dziewczyna, rzucając się za nim ku drzwiom. – Profesor zabronił komukolwiek z nas wychodzić pojedynczo.
Gambit westchnął krótko. Nie było czasu na dyskusje.
– Dobra, ale każ Bestii włączyć system zabezpieczeń Rezydencji.
Ogromne czarne sylwetki rysowały się cieniem na ulicach miasta; przelatując ponad skateparkiem przykrywały go na przemian czernią. Zarówno Jubilee jak i Morph zamarli z przerażenia na widok mechanicznych cielsk Sentineli, ich wspólnego koszmaru, który miał przecież już nigdy nie powrócić.(2)
– Cholera! Zwiewajmy, zabiją nas! – zachrypiała dziewczyna i puściła się pędem w ulice miasta.
Prowadziła ich w stronę domu jak najmniejszymi, najmniej dostępnymi uliczkami, jakie znała, tylko co jakiś czas oglądając się, czy Morph jest za nią; biegła bez tchu ze wzrokiem wbitym w niebo, wypatrując wielkich robotów.
– Uważaj, nie tam! – usłyszała z tyłu, ale nie zdążyła zareagować.
Wybiegli wprost na skrzyżowanie trzech większych ulic, gdzie ich oczom ukazało się podium ze sporym ekranem, wyświetlającym jakąś wypowiadającą się postać. Było pilnowane przez kilku uzbrojonych ochroniarzy, których kołem otaczali widzowie, słuchający w zaskoczeniu nadawanej w koło przemowy. Ich za to okalała luźno rozstawiona grupa Sentineli.
– …oto tylko mała demonstracja tego, co może się stać, kiedy mutanci nie poddadzą się rejestracji. Kto z was nie zgłosi się do programu dobrowolnie, zostanie odnaleziony i wzięty siłą. Nasz projekt ma jedynie na celu administracyjne sklasyfikowanie mutanckich obywateli naszego kraju pod względem poziomu zagrożenia, jakie mogą stanowić ich moce. Opór zdradza jedynie złą wolę i budzi podejrzenia, że mutanci mają coś do ukrycia. Funkcjonariusze Mutant Response Division zapukają do każdych drzwi, więc mówię teraz do was, mutanci – czyż nie chcecie pozostać wolnymi obywatelami Stanów Zjednoczonych?
– Buu! Precz z Kellym! – wrzasnął ktoś na całe gardło ze środka tłumu. Jubilee i Morph nie mogli dojrzeć, kto dokładnie.
– Kelly, wynocha! – krzyknął ktoś inny, wskakując na scenę.
W tłumie rozgorzała wrzawa i ludzie próbowali uciec na widok tej postaci, kiedy odrzuciła przebranie i okazała się bardzo zdeformowanym mutantem, przypominającym zwierzę.
Kobieta, która skandowała pierwsza, również próbowała dostać się na podium i pomóc mu w szarpaninie ze strażnikami. Z innego miejsca w tłumie poszły pociski dymne. Agresorka rzuciła jeszcze jedno, bardzo wulgarne hasło na temat senatora i najwidoczniej przywołała ku sobie coś, co nadbiegało z jednej z bocznych ulic – robota na czterech wydłużanych nogach. Robot przepchnął się przez rozbieganych ludzi i złączył z plecami kobiety, tworząc swoiste macki. Przy ich pomocy kobieta uniosła się ponad tłum i wspięła na podium.
Wszystko to stało się w zaledwie pół minuty i w tym czasie grupka stojących dotąd na straży Sentineli została aktywowana, co tylko pozwalało im spełnić lepiej swoją rolę w zastraszaniu. W tle robotyczne głosy powiadamiały o podejmowanych decyzjach eksterminacji, a z ich rąk strzelały wiązki laserowych pocisków. Jubilee nie wiedziała, którędy mogą się stąd wydostać, odłamki szkła i cegły zniszczonych przypadkiem budynków fruwały po skrzyżowaniu, podczas gdy dwoje zbuntowanych mutantów rujnowało podest z ekranem senatora Kelly'ego. Aktywne Sentinele od razu trafiły ich i Morphowi przeszło tylko przez myśl pytanie, czy mają szansę jeszcze żyć. Nie miał jednak czasu na jakiekolwiek działanie, popchnął Jubilee w głąb uliczki, z której wcześniej wbiegli wiedząc, że teraz oni będą pierwszymi celami robotów, jako że ich dane widniały już od dawna w ich rejestrze.
– Gambit, słyszysz mnie? – zawołał do komunikatora, który wydobył z wewnętrznej kieszeni kurtki jedną ręką, drugą cały czas popychając Jubilee we właściwym kierunku. – Dobiegamy do Hornsey Lane, będę Sunspotem.
Kiedy tylko zatrzymali się na moment i rozglądali za Gambitem, Jubilee zobaczyła, że Morph wygląda zupełnie inaczej. W razie spotkania z Sentinelami, mają one mniejszą szansę na rozpoznanie go w ciele niezarejestrowanego mutanta.
Dookoła ludzie rozbiegali się chaotycznie, nie wiedząc, czy chować się w budynkach, które mogą zostać zniszczone, czy pozostawać na zewnątrz, gdzie mogliby doznać obrażeń ze strony agresorów spośród przechodniów lub odłamków wieżowców uszkadzanych przez strzały Sentineli.
Pośród tłumu znów ktoś skandował, zbity krąg uzbrojonych w pałki i flary mężczyzn w jednakowych beretach, twarzach zasłonionych chustkami i z symbolem orła na piersiach. Nie byli częścią uciekających, jednostki odbijały się twardo od ich grupy i Jubilee i Morph chcieli się znaleźć równie dalej od nich, jak od powoli nadążających za nimi Sentineli.
– Tym są mutanty dla miasta! Destrukcją! – krzyczał jeden z nich do megafonu.
– Precz z naszych miast! – wtórowali inni równo, maszerując szybkim, pewnym krokiem, tratując lub odpychając pałkami tych, którzy nie zdołali sami usunąć się im z drogi. – Przyjaciele Ludzkości jebią mutanty!
Jubilee zaczynała tracić zmysły, kiedy szli na nich z jednej strony, podczas gdy dwa Sentinele przebijały się już przez ścianę budynków za ich plecami. W panice pisnęła, że już po nich i nieomal zwaliła się na podłogę, potrącona przez kogoś w ramię, ale przytrzymał ją Morph, wciąż szukający wzrokiem wyjścia i konsekwentnie prowadzący ją pomiędzy ludźmi.
W pewnej chwili ujrzał, jak rozświetlona ognista postać Magmy machała do nich w biegu z daleka w towarzystwie Gambita i dwójka ponownie rzuciła się do ucieczki w tamtym kierunku. Najważniejsze, żeby zebrali się razem, tak mają największe szanse.
Okazało się, że zamieszanie w mieście stało się jednocześnie korzyścią dla trzeciej strony. Podczas, gdy niespodziewany wlot Sentineli skupił na sobie całą uwagę, ktoś wylądował na obrzeżach miasta. Powietrzną jednostkę opuściła uskrzydlona postać i rozejrzała się po okolicy, skanując teren. Nie upłynęło kilka minut, kiedy sięgnęła po komunikator:
– Odpalać – zapadł rozkaz i spomiędzy skrzydeł pomknęła świetlista raca, nurkując w kierunku jedynych zabudowań w okolicy.
Samonaprowadzające rakiety, które wypuścił statek powietrzny podążyły za jej ciepłem wprost w budynki elektrowni Północnego Salem. Na ulicach miasta Gambit i Magma zdążyli tylko obejrzeć się za siebie, kiedy w oddali zajaśniała eksplozja.(3)
W jednej chwili w Rezydencji Xaviera zgasły wszystkie urządzenia. Bestia, który jak zwykle był u siebie w laboratorium, pozostał przy jedynej świecącej jeszcze lampie i komputerze, podłączonych do akumulatora. Bez zastanowienia zostawił swoje zadanie i wstał, nasłuchując uważnie. Panowała kompletna cisza, jeśli nie liczyć bzyczenia żarówki tuż za nim. Kiedy wyjrzał na korytarz, nie widział niczego, jednak mając za sobą źródło światła rzucałby się w oczy, zgasił je więc szybko. Nie podejrzewał, żeby była to zwyczajna przerwa w dostawie prądu, bo te prawie nigdy się nie zdarzały w tej okolicy, a w tak wyjątkowym czasie, jak wyjazd większości grupy oraz nieobecność w Mansion kilkorga z tych X-menów, którzy pozostali tu przydzieleni wszelka ostrożność była uzasadniona.
Bestia powoli przekradł się w kierunku głównego korytarza, na wszelki wypadek przechodząc po ścianach i suficie. Z wolna zaczynał coraz lepiej widzieć w ciemności, chociaż im dalej się posuwał, tym dalej było do okien i przystosowanie oczu przestawało pomagać. Wśród głębokiej ciszy zdawało mu się, że słyszy dalekie szmery, jednak racjonalnie do tego podchodząc wiedział, że są to projekcje jego własnego umysłu w odpowiedzi na brak bodźców. Jedyną osobą, która poza nim wciąż przebywała w budynku, była Psylocke, która ostatnio ciągle kręciła się w podziemiach w pobliżu Cerebro i Danger Room. Miał teraz na celu dostać się do windy i dołączyć do niej.
Zbliżał się już do hallu głównego, kiedy usłyszał za sobą szelest materiału – czyjegoś ubrania. W zaledwie sekundę, kiedy odwracał się i naprężał do skoku, poczuł silny cios w głowę. Ktoś dosięgnął go aż tutaj, pod sufitem! Zwalił się z głuchym uderzeniem na podłogę, nie mogąc się poruszyć, nie tracąc jednak jeszcze przytomności, ze względu na swoją wysoką wytrzymałość. Spodziewał się jednak, że mimo wszystko już za moment dostanie poprawkę od ciemnej góry mięśni, która wyrosła tuż obok w mroku. Miał pełne prawo przeklinać teraz wyciszające kroki dywany, wyściełające korytarze rezydencji, dzięki którym tak łatwo było się tutaj bezszelestnie zakradać… Usłyszał jeszcze jakieś obcojęzyczne słowo wyszeptane kobiecym głosem z innej strony, zanim wielka pięść ogłuszyła go na dobre.
Pod nocnym niebem żółtawym od świateł eksplozji i laserów Sentineli w oddalonym mieście, Rezydencji Xaviera stała pogrążona w ciemności i ciszy. Kompletnie zaciemnione pomieszczenia mogły przerażać groźną tajemniczością. Słuch i telepatia zastępowały teraz wzrok Psylocke, która przekradała się wzdłuż podziemnego korytarza po zakamarkach i kątach pod sufitem. Postacie, których kroki odbijały się od wykończonych metalem ścian poruszały się pewnie; wnioskowała, że wynikało to z wrażenia, że są we wnętrzu sami, a orientowali się dzięki noktowizorom. Kierowali się ku Cerebro – to było pewne, śledziła ich, chociaż nie chciała zaryzykować zbytniego zbliżania się. Nigdy nie uda im się złamać kodu dostępu, muszą mieć coś specjalnego w zanadrzu. Najwidoczniej mieli, bo aż drgnęła, kiedy coś okropnie zasyczało, jak zwielokrotnienie przeżerającego się kwasu, chociaż, o dziwo, nie doszedł jej żaden osobliwy zapach mogący świadczyć o reakcji chemicznej.
Minęło trochę czasu w ciszy, kiedy ktoś prawdopodobnie męczył się z hakowaniem Cerebro. Psylocke wykorzystała to i zaczaiła się ponad jednym z łuków drzwiowych, zza którego można by jej nie zauważyć nawet w świetle. Przy pomocy telepatii policzyła, ile osób może się tam znajdować i próbowała wydedukować ich położenie. Miała szczęście, bo ktoś stojący najbliżej niej zapalił latarkę – z wysokości określiła, że stoi w odległości kilku metrów w głąb korytarza i zdejmuje z głowy noktowizor, żeby przyłożyć do ucha jakąś aparaturę komunikacyjną.
– Mamy kłopoty – odezwał się, Psylocke musiała przyznać, że naprawdę melodyjnym głosem. – Nie można dostać się do protokołów.
Dużo słabiej już słyszała odpowiedź, dochodzącą z plastikowego głośniczka komunikatora. Zrozumiała ją głównie dlatego, że sama wiedziała to, co zawierała i mogła sobie uzupełnić brakujące słowa: że do uruchomienia Protokołów Xaviera potrzeba bliskiej obecności konkretnych X-menów. W takim razie mieli zniszczyć maszynerię. Mogła się domyślić, że do tego właśnie dojdzie. Tylko jak wyeliminować ich wszystkich na raz, kiedy wystarczy, że zgaśnie latarka, a straci orientację?
Psylocke nigdy nie zastanawiała się za długo. Odłamek duszy ninja, który nabyła wraz z przejęciem ciała po Kwannon podpowiadał jej najtrafniej, co robić. Kiedy tamten żołnierz odwracał się do swoich, błyskawicznie zapaliła w ręce swój psioniczny sztylet i skoczyła na niego z góry, wbijając broń z różowej poświaty w jego rdzeń kręgowy. Przeszło jej przez myśl, że właśnie powaliła na ziemię we wredny sposób wysokiego przystojniaka, ale tym samym spowodowała również serię szczęków ładowanych magazynków. Mała latarka, która potoczyła się właśnie po podłodze, rzuciła słabe światło na wycelowane w nią lufy i napastników w czarnych mundurach i noktowizorach. Psylocke natychmiast rzuciła się w bok saltem, unikając pierwszych pocisków i w odpowiedzi posłała w kierunku jednego z przeciwników obezwładniającą falę telepatyczną. Właśnie wtedy uderzyły ją jego myśli, w których treści wyczuła osobę Anioła. Zastrzyk związanej z tym adrenaliny pozwolił jej wyskoczyć jak oparzonej w jeszcze inną stronę w kolejnym uniku.
W tej samej chwili ktoś krzyknął parę słów w niezrozumiałym dla niej języku i jedna z kobiet rozpłynęła się w mglisty kształt, który wystrzelił w kierunku Psylocke i odtworzył tuż za nią w normalnej postaci. Poczuła uderzenie z jej strony, po którym lekko się zachwiała i przez co została trafiona kulami w dwóch miejscach. Nie dała się zbić z nóg i trafiła jeszcze jednego z nich uderzeniem psychicznym, po czym poczuła jednak, że nie może się poruszyć, ściskana zielonym polem siłowym wpół. Czuła na ramieniu i w okolicach obojczyka ciepło spływającej krwi, ale nie zdążyła jeszcze poczuć silniejszego bólu w ranach. Szarpała się, bezskutecznie próbując wyswobodzić się z objęć przeźroczystej pięści. Wtedy usłyszała znowu ten sam władczy głos, co przed chwilą i pomimo, że oczy zaczęły jej przesłaniać mroczki spowodowane wysiłkiem i utratą krwi, zobaczyła wyciągającą się ku sobie rękę.
Szorstka rękawica dotknęła jej twarzy i dokładnie w tym samym momencie Psylocke przeszyła potężna błyskawica uczuć, wypaczone połączenie przyjemności i zapału z silnym smutkiem i szaleńczą złością, które prześwidrowały jej umysł w sposób niepokojąco znajomy. Usłyszała swój własny krzyk w oddali, a chwilę potem świat był już dla niej samym piekielnym bólem głowy.
Psylocke odzyskała świadomość dopiero na pokładzie jakiegoś pojazdu, sądząc po lekkim drżeniu podłoża, mając wrażenie, że ona sama składa się wyłącznie z dręczonego bólem prawego ramienia i pękającej czaszki. Zauważyła wreszcie, że jest przywiązana do siedzenia, chociaż i bez tego nie potrafiłaby teraz poruszyć jednym palcem. Ciało zupełnie jej odrętwiało przez pozostawanie w ciasnych więzach. W jej ranach nie było już kul, jednak pozostały one nieopatrzone. Powierciła się w miejscu usilnie. Najgorsza była w tym wszystkim świadomość, że pewnie na chwilę obecną Rezydencja Xaviera jest już zrównana z ziemią, a Bestia pogrzebany w jej gruzach, razem z Cerebro. Znajdowała się obecnie w sąsiedztwie spiętrzonych skrzynek z zapasami, w beznadziejnym pomieszczeniu transportowym, jadąca nie wiadomo dokąd. Zrobiła co mogła w swoim położeniu, żeby obronić Rezydencję Xaviera; teraz musiała założyć, że jedna porażka to o jedną za wiele i teraz jej zadaniem jest przynajmniej wyciągnąć Anioła z jakichkolwiek tarapatów, w które wpadł tam, na Genoshy. Pluła sobie w brodę, że nie była na tyle dobrą telepatką, żeby znać dokładniejszą treść myśli tamtego, od kogo o nim usłyszała. Skoro postanowiono wziąć ją żywcem, nie byłoby źle z tego skorzystać i wedrzeć się dalej. Kto wie, może dożyje na tyle długo, żeby Gambit zdążył powiadomić X-menów o jej losie i wysłać pomoc?(4)
Parę godzin upłynęło jej na przysłuchiwaniu się szumom silników zza ścian i tkwieniu w niekomfortowym bezruchu. Co jakiś czas pojazd drgał i kontenery dźwięczały wraz z zawartością. W końcu, przez wąską szczelinę pod drzwiami do jej pomieszczenia wdarła się chmurka mgły, przedłużyła się po podłodze i uformowała w postać kobiecą tuż obok Psylocke. Przybyszka sięgnęła po puszkę gazowanego napoju z jednego z pojemników, kiedy zauważyła, że więźniarka ma otwarte oczy. Wydała westchnienie zdziwienia i chociaż nie przemówiła do niej wcale, wyszła z pomieszczenia normalnie, drzwiami, powiedziała tuż za nimi:
– Ona wstała, jakby co.
Najwidoczniej wiadomość ta nie wywołała większej rewelacji, bo dopiero za około kwadrans Psylocke zobaczyła kogoś we framudze. Nie wydawał się uradowany jej widokiem. To był wysoki brunet, którego znokautowała pierwszego w Rezydencji Xaviera. Poza tym, że był nieco blady, prawdopodobnie odzyskawszy przytomność w podobnym czasie, co ona, można by go porównać do któregoś ze swoich ulubionych aktorów i byłby właśnie tak przystojny.
– No, no, kto tu ma charakterek – mruknął z przekąsem, po czym na powrót zniknął w tamtym pomieszczeniu, ze szklanką wody uniesioną do ust.
Psylocke zdała sobie sprawę, że ma bardzo zaciętą minę. Odkąd zamknął za sobą drzwi, nie zobaczyła już nikogo aż do wylądowania, jak się później okazało, na Genoshy.
1) Pomysł wziął się z wyjątkowo dziwacznej postawy postaci Jubilee w X-men Lengends.
2) Wg animowanej serii Jubilee była ścigana i łapana dwa razy przez Sentinele, Morph 'zabity' przez nie (ze śmierci klinicznej przebudził go Mr Sinister).
3) Pomysł na Gambita w roli przywódcy jest motywem z serii „Gambit & the X-ternals" z czasów Apokalipsy. Mutanci niszczący podium pochodzą z organizacji przestępczej S64 ze „świata" Spidermana – Lady Octopus (oryginalna) i Talon (autorski).
4) Tutejsza Psylocke jest średniej klasy telepatką i bardzo zręczną wojowniczką (skradanie się, psioniczna katana, psioniczny sztylet lub pociski). W tej wersji nie posiada wcale zdolności przewidywania przyszłości ani telekinezy (nie lubimy overpoveru!), bez której nie może się sama rozwiązać.
