TO NIE ROZDZIAŁ
Alastor jak zwykle siedział w swoim starym biurze w ministerstwie. Już dawno zostało mu odebrane, a on sam został przeniesiony, ale to jego biuro i żaden ministralny pionek mu go nie odbierze. Na tym stole rozwiązał więcej spraw niż było w kartotece! Nie odda go tak łatwo! Gdy tylko Kingsley zostanie tym głupim ministrem, biuro oficjalnie wróci w jego ręce i znów będzie mógł powiesić swoje nazwisko na drzwiach! Nie żeby miało to dla niego jakieś znaczenie, ale gdy wchodzi do gabinetu z napisem ,,Klark Youmg" na drzwiach czuje jakby kiszki mu się przewracały.
Co prawda, sam Klark jak i Ministerstwo wiedzieli, że Moody nie stosuje się do zmiany miejsca zakwaterowania w najmniejszym stopniu i jawnie narusza tą zasadę. Ale przecież nie mogli go wyrzucić. Jeszcze.
— I co o tym myślisz Alastorze? — zapytał czarnoskóry mężczyzna pokazując mu mały odłamek ściany i rysunek z dziwnym znakiem. — Uważasz, że to mógł być ,,detonator"?
— Podejrzewam, że identyczne były w domu Pottera, gdy z Lupinem go zabieraliśmy — wycharczał ciężko i ruszył w stronę drzwi trzymając w dłonie rysunek znaku. — Albus powinien wiedzieć, co to jest, ale przed tym chodźmy na miejsce zbrodni — przeczucie mu podpowiadało, żeby tam wyruszyć, a gdy przeczucie mu podpowiadało zawsze się nim kierował. Musiał być tylko czujny, i nic nie przeoczyć. Chociaż jeszcze nigdy nie zdarzyło mu się, że wyszedł z miejsca zbrodni z pustymi rękoma.
— Na Heaven Tower? — zapytał i wygładził garnitur, robiąc przy tym poważną minę.
— Nie. Do domu Pottera. Jestem pewny, że sprawca coś przeczył, a wybuch nie zmiótł wszystkiego. Poza tym oni zawsze wracają na miejsce zbrodni. Wiem, że coś tam znajdziemy — powiedział pewnie a jego głos jakby był bardziej ochrypły. Nie ma, co się dziwić, przed ostatnie dni ślęczał nad tą sprawą i próbował odkryć jakieś nowe fakty. Na próżno. Miał do czynienia z bardzo cwanym wrogiem.
On też musi być cwany.
Wydawało się, że po tak długim czasie gruzy domu numer 4 na ulicy Privet Drive zostaną posprzątane i wywiezione, ale one nadal leżały nietknięte. Nikt do nich nie podchodził i były ogrodzone niewysokimi słupkami, z nakazem ostrożności.
Moody, machnięciem krótkiej różdżki, zerwał taśmę między słupkami i wszedł na szczątki budynku. Zwyczajny człowiek nie znalazłby zupełnie nic w tej kupie kamieni, ale on przecież jest Alastorem Moodym, aurorem, który zapełnił połowę cel w Azkabanie i jeszcze więcej! Jeśli uczepi się jakiejś sprawy to nie puści jej nawet, jeśli miałaby pociągnąć go na dno. Dzięki tej upartości jest tym, kim jest.
Magiczne oko starszego aurora zawirowało jak szalone a Kingsley Shacklebolt przyglądał się mu z nie małym zainteresowaniem. Często widział Moody'ego w trakcie poszukiwania jakiegoś czarnoksięskiego artefaktu, magicznego przedmiotu czy śladów po śmierciożercach, ale zawsze mieli wyznaczony cel i miejsce. Nigdy nie szukali śladów w prawdziwym gruzowisku, w którym, gdzie się nie spojrzy, widać zniszczone ściany, meble i szczątki ubrań.
— Tu było centrum wybuchu — powiedział Moody stając w miejscu, gdzie powinna być kuchnia. — Za tym no, piekarnikiem, był umieszczony znak. Ten był jednak inny, niż w wieżowcu. Miał licznik — z trudem nachylił się nad gruzem i wbił tam swoją laskę. Pogrzebał chwilę a później wyszarpał ją. Nic nie znalazł. — Nic dziwnego, że nikt tego nie zauważył - powiedział po chwili.
— Albus uważa, że podłożenie znaku miało miejsce tuż po wybuchu Heaven Tower. Podobno zły stan jego wujostwa osłabił barierę na tyle, żeby ktoś mógł się przez nią przedrzeć.
— Całkiem możliwe, ale zbyt proste. Kto mógłby chcieć śmierci Pottera? Poza tym Dumbeldore powiedział, że bariera była osłabiona już wcześniej, a dopiero wypadek mugoli sprawił, że opadła. Zastanawia mnie czy to przypadek — teraz jego oko zawirowało jeszcze szybciej, jakby coś wykryło, ale nie mogło go dojrzeć. — Snape mówił, że śmierciożercy nie wiedzieli nawet, że on żyje.
— Więc Sam-Wiesz-Kto nie podłożył znaków. Śmierciożercy również odpadają. Może...
— No, mów Kingsley, co się tak zaciąłeś?! — warknął Moody, gdy jego partner przerwał w pół myśli.
— Może wśród nas jest zdrajca? Ktoś kto wiedział o Harrym i planował na niego zamach — zaproponował a Alastor obdarzył go najnieprzyjemniejszym spojrzeniem jednego oka jaki miał w zanadrzu. Taka teoria jest tak nieprawdopodobna jak to, że to Albus podłożył znak. Nawet nie skomentował. — Wybacz, pomyślałem tylko, że skoro to nie śmierciożercy, to może ktoś z ministerstwa lub zakonu mógłby byś zdrajcą.
—Nie! — zaprzeczył natychmiast. — To ktoś nieznany. Na Haven Tower zostawił mnóstwo śladów, ale takich, które nie mogą nas na niego naprowadzić. Jest amatorem, ale czujnym. Uważam, że... — przerwał, bo jego oko właśnie wykryło coś czego nie było tutaj jeszcze dwie minuty temu. Podszedł szybko do kartki papieru, która pojawiła się z nikąd i podniósł ją. Widniał na niej taki sam rysunek znaku jaki on miał na swojej. I wielki krzywy napis, który przeraził obu aurorów.
,,BUM...!"
Kingsley zareagował automatycznie. Tuż po tym jak zobaczył znak i napis chwycił towarzysza za ramię, i pociągnął w swoją stronę. Ten ścisnął kartkę w ręce a jego magiczne oko szybko odnalazło w oddali chłopaka w czarnej szacie. Prześwietliłby go! Dowiedziałby się kim jest, gdyby tylko był odrobinę bliżej!. To sprawca! Był tego pewny! Następnym co zobaczył były trzy wypalone znaki wokół nich. Spróbował się deportować, ale to nic nie dało. Bariera była postawiona. Zaraz zginą. On Alastor Moody dał się złapać w pułapkę. Przecież to nie możliwe!
,,STAŁA CZUJNOŚĆ!" — zagrzmiał mu jego własny głos w głowie i przeklął samego siebie za swoją głupotę. Przecież był czujny! Jak to możliwe, że wpadł w pułapkę?! Znaki rozżarzyły się żywym ogniem i zapłonęły niczym odpalony na ziemi proch. Moody rozszerzył oczy w przerażeniu, nie wierząc w to co widzi, i na sam koniec, zamknął je.
Ujrzał tylko ciemność.
