Rozdział szósty
Sherlock wrócił dopiero wieczorem, po tym, jak całe popołudnie spędził w towarzystwie Mycrofta. Wciąż był zły i wcale nie był tym zachwycony, ale musiał przyznać, że wtajemniczenie brata miało dobre strony. Wpływy Mycrofta, tak jak i zasobność jego portfela, rozwiązywały sporo problemów. Na konto Molly wpłynęła kwota z naddatkiem zaspokajająca codzienne wydatki oraz pokrywająca koszty, jakie już poniosła. Sherlock natomiast miał w kieszeni nowy telefon i pełen portfel, a na kolanach karton z laptopem.
Cała ta sytuacja była dziwna, wręcz kosmiczna. Sherlock nie pamiętał, kiedy ostatni raz jechał z bratem samochodem i to mając go za kierowcę. Obaj uznali, że lepiej będzie zachować dyskrecję, dlatego wybrali się sami. Mycroft wprawdzie zasugerował, że większość zakupów można załatwić przez Internet, ale Sherlock nie zamierzał czekać do następnego dnia na zrealizowanie zamówień. Tak więc stała się rzecz niesłychana, bo jedyny na świecie detektyw konsultant i uosobienie brytyjskiego rządu wybrali się razem na zakupy.
Sherlock nadal czuł się nieswojo. Okazało się bowiem, że to on miał większe pojęcie, co gdzie załatwić. Zakupy w wykonaniu Mycrofta, wedle wiedzy detektywa, ograniczały się do sporadycznych wizyt w pobliskim sklepie spożywczym, bo te sprawunki zwykle załatwiała jego gospodyni, oraz do spotkań z krawcem. Resztę załatwiał przez Internet, a raczej robiła to jego sekretarka. Sherlockowi wprawdzie nieobce były zakupy spożywcze, choć przez ostatnie półtora roku to John zwykle je robił, ale już wizyta w galerii handlowej w celu uzupełnienia garderoby była niemiłą nowością. Do tej pory po prostu wysyłał maila z listą do dwóch sklepów, zamawiał od razu komplet koszul w odpowiednim rozmiarze, po czym płacił i nie zawracał tym sobie głowy. Dzisiaj jednak został zmuszony do odwiedzenia osobiście trzech różnych sklepów, i to innych niż zwykle. Wejścia do czwartego Sherlock po prostu odmówił, zły, że nie mógł zrobić zakupów jak zawsze. Mycroft wyjaśnił mu tylko półgłosem, że jeśli nie chce rzucać się w oczy, nie może kupić dziesięciu podkoszulek w tym samym kolorze. Sherlock zgodził się niechętnie, po czym zmusił brata do wyjścia, bo towarzystwo chichoczących przy kasie nastolatek i cukierkowo uśmiechniętej kasjerki było nie do zniesienia. Coś już zdążyli kupić, resztę garderoby uzupełni później sam.
Do tego wszystkiego wygląd brata też zakłócał znany Sherlockowi obraz. Mycroft nie chciał się tak bardzo od niego odróżniać i zrezygnował z pełnego garnituru na rzecz ciemnych jeansów i koszuli. Sherlock dotąd nawet go nie podejrzewał o posiadanie w szafie czegoś innego niż garnitury, bielizna i piżamy. Zdecydowanie wolał go w garniturze, bo taki Mycroft wyglądał niemal obco.
Gdy tylko zaparkowali pod blokiem, Sherlock otworzył drzwi i wysiadł bez słowa pożegnania. Odezwał się dopiero, kiedy brat dołączył do niego przy bagażniku.
- A ty dokąd?
- Pomogę ci zabrać te rzeczy - zaoferował Mycroft, ale dla jego brata było jasne, dlaczego to robi.
- I będziesz zawracał głowę Molly - dodał Sherlock. - Dziękuję, sam sobie poradzę.
- Chciałbym z nią pomówić - przyznał starszy Holmes. - W twojej obecności, jeśli sobie życzysz - dodał z ledwie skrywaną niechęcią.
- Po co? - zapytał gniewnie Sherlock. Zbyt długo tolerował już dzisiaj towarzystwo brata, jego cierpliwość była na wykończeniu.
- Choćby po to, by podziękować jej za to, że uratowała ci życie - wyjaśnił chłodno Mycroft. - A także omówić dalszą współpracę.
- Nie waż się - warknął Sherlock, bo brat wyraźnie poczuł się zbyt pewnie. - Nie będziesz zawierał z Molly żadnych cholernych umów!
- Może źle to ująłem, chciałem tylko...
- Nie - uciął detektyw. - Nie życzę sobie, żebyś rozmawiał z Molly za moimi plecami i próbował ją przekupywać! Nie próbuj jej nachodzić w pracy i porywać w te swoje idiotyczne miejsca, bo i tak będę o tym wiedział, a nic nie zyskasz.
- Nie unoś się, chciałem z nią tylko porozmawiać dla...
- Mojego dobra? Przerabialiśmy to już. - Sherlock włożył wszystkie siatki z zakupami do dużej sportowej torby i zarzucił ją sobie na ramię.
- Nie, tylko z uprzejmości - poprawił go Mycroft. - Nie chcę ci szkodzić.
- Więc pomóż, ale nie mieszaj się w moje znajomości. Daj znać, jak będziesz miał dla mnie dokumenty. Dobranoc - rzucił Sherlock na odchodnym i zostawił brata przy samochodzie. Odruchowo sięgnął do kieszeni, po czym zdał sobie sprawę, że miał tylko klucze od Baker Street. Niechętnie skorzystał z domofonu.
- Przydałby się drugi komplet kluczy - powiedział na wstępie Sherlock, gdy Molly otworzyła mu drzwi.
- Powinnam gdzieś mieć. O, udane zakupy?
- Koszmarne. Za duże natężenie dźwięku naraża słuch na trwałe uszkodzenia i powoduje czasowy dyskomfort - odparł Sherlock. Rzucił torbę na podłogę i usiadł na kanapie, żeby wypakować komputer.
- Ja bym to nazwała migreną - powiedziała Molly, gdy przełożyła wypowiedź Sherlocka na język zwykłych kosmitów. Była senna, bo detektyw wyrwał ją z drzemki, choć w sumie powinna być mu wdzięczna, gdyż spanie na krześle nie było najszczęśliwszym pomysłem.
Detektyw podłączył laptopa do prądu i wysypał na kanapę zawartość torby. Pomiędzy ubraniami o możliwie różnorodnych, ale stonowanych kolorach Molly rzucił się w oczy szkarłatny szlafrok. Musiała przyznać, że był ładny, ale wyjątkowo nie pasował do reszty, a jednocześnie był jedyną rzeczą, na którą Sherlock nie patrzył z ledwie skrywanym obrzydzeniem.
- A więc? - zagaiła Molly. - Załatwiłeś wszystko z bratem?
- Mniej więcej - odmruknął Sherlock. Wziął pierwszą z brzegu koszulkę i zajął się wycinaniem metek. W najmniejszym stopniu nie zwracał uwagi na Molly, więc dziewczyna przysiadła obok na kanapie i w milczeniu przyglądała mu się. Nie było sensu próbować ciągnąć tej rozmowy; Molly nie była w tym najlepsza, a Sherlock niczego nie ułatwiał, pogrążony we własnych myślach.
- Masz na coś ochotę? - zagadnęła dziewczyna po dłuższej chwili, gdy Sherlock przestał maltretować ubrania i wrócił do komputera. - Chcesz coś do jedzenia? Albo do picia? - Rzadko miała u siebie gości i nie chciała, by Sherlockowi czegoś brakowało. Możliwe nawet, że przesadzała i była zbyt nachalna, ale zdążyła już zauważyć, że w podstawowych kwestiach powinna być bezpośrednia.
Sherlock zignorował ją, pochłonięty wpisywaniem czegoś w zawrotnym tempie. Molly przygryzła wargę i powstrzymała się od ponownego pytania. Starała się pamiętać, że Sherlock nie był celowo nieuprzejmy, ale mimo to nie umiała pozbyć się zawodu. Bardzo chciała, żeby Sherlock czuł się u niej dobrze.
Przez chwilę siedziała i w zamyśleniu głaskała Toby'ego, który ocierał się o jej nogi. Dopiero kiedy kot wskoczył na kanapę i zasyczał ze złością na Sherlocka, Molly przeniosła ponownie swoją uwagę na detektywa i zainteresowała się, co robił.
- Trzeba mnie było zapytać - wytknęła, gdy zorientowała się, że Sherlock właśnie włamał się do jej sieci. - Znaczy... Rozumiem, ale nie szkoda ci było czasu?
- Twoje hasło było wręcz banalne - zbagatelizował Sherlock. - Ustaw lepiej coś, co nie dotyczy kota, bo każdy obcy ci się włamie.
- Nie każdy jest tobą - uśmiechnęła się Molly, zerkając mu przez ramię, ale zaraz cofnęła się nieśmiało. - No i kto by chciał się do mnie włamywać...
- Żeby coś zyskać? Nikt - przyznał Sherlock. - Ale ja będę potrzebował lepiej zabezpieczonej sieci. O, John coś napisał... - mruknął do siebie. Ogarnął wzrokiem krótki wpis doktora i przygryzł wargę.
Molly przemogła nagłą nieśmiałość i nachyliła się ponownie nad detektywem. Gdy tylko przeczytała post Johna, zrozumiała, dlaczego Sherlock tak się spiął. Jednak wbrew temu, czego się spodziewała, w głosie detektywa pobrzmiewał jedynie gniew.
- Dlaczego musiał zrobić dokładnie odwrotnie? - warknął ze złością, kolejny raz bezsensownie przewijając stronę, jakby w nadziei, że John napisał coś więcej. - Dlaczego musi mi wszystko utrudniać?
Na moment powrócił zagubiony Sherlock z poprzedniego ranka. Molly widziała, że znów było w nim zbyt wiele emocji, których nie rozumiał i którymi gardził. Sherlock został wyrwany z korzeniami ze swojego życia, a blog Johna tylko mu o tym przypomniał.
- Mówiłam ci, że nie posłucha - odezwała się ostrożnie Molly. – John jest na to zbyt…
- Lojalny – dopowiedział Sherlock. – Robiłem wszystko, żeby go przekonać, że nie jestem prawdziwy. Wyrządziłem mu krzywdę, skacząc, prawda? – Detektyw zerknął pytająco na Molly, która potaknęła. – Więc dlaczego pozostał mi wierny? Dlaczego nie klnie, nie pisze o mnie źle? To by było logiczne.
- Bo taki już jest. – Molly uśmiechnęła się pocieszająco. – Tak robią przyjaciele.
- Przecież ja nie byłem dla niego dobrym przyjacielem. – Sherlock zmarszczył brwi. Zamknął bloga Johna i zajął się szukaniem czego innego, pozornie obojętny. Molly jednak nie dała się zwieść, widziała w jego oczach ten sam smutek, który wytknęła mu parę dni wcześniej.
- John widać sądził inaczej. To dobrze, że w ciebie wierzy. Naprawdę wolałbyś, żeby uwierzył w plotki i napisał coś złego? – zapytała. Sherlock nie odpowiedział, ale chyba w milczeniu przyznał jej rację, a przynajmniej Molly miała taką nadzieję. – Dobranoc.
O dziwo Sherlock tym razem usłyszał ją ze zrozumieniem, bo spojrzał na nią zdziwiony.
- Idziesz spać?
- Rano muszę być w Bart's, nie mam wolnego – przypomniała mu Molly. Sherlock w odpowiedzi jedynie skinął głową, więc zabrała kota i wyszła.
