I kolejny rozdział :).

Rozdział 7

Akkarin przepychał się przez tłum ludzi na ulicy, idąc za niewysoką postacią w obszernym płaszczu. To była kobieta, tego był pewien; za duże okrycie nie ukrywało zbyt dokładnie filigranowej budowy ciała i płynnych ruchów. Kroki Akkarina stały się szybsze, kiedy pomyślał, kogo może śledzić. Brutalnie popchnął na bok mężczyznę, który zagradzał mu drogę. Nie może stracić jej z oczu. Kobieta odwróciła się przez ramię, czując najwyraźniej, że ktoś ją śledzi. Duży kaptur skutecznie ukrywał jej twarz, co irytowało go jeszcze bardziej. Przyspieszyła, chcąc zwiększyć między nimi dystans. Skręciła w prawo, niknąc między ludzkimi postaciami. Akkarin uparcie szedł za nią, z lekkim rozbawieniem obserwując jej wysiłki mające na celu zgubienie go. Wyszedł za kobietą na ulicę pełną kramów i luksusowych sklepów. Dostrzegł ją przy jednej z wystaw kuszących drogimi materiałami zza szyb. To było pozorne zainteresowanie. Wiedział, że obserwuje ulicę w jednym z luster. Uśmiechnął się krzywo. Akkarin powoli postąpił na przód, idąc za kupcem, który głośno zachwalał swoje towary, wymachując w powietrzu tanimi paciorkami. Zatrzymał się przy jednym ze straganów, skąd mógł ją obserwować. Stał na tyle blisko, aby móc przyjrzeć się jej dokładniej.

W lustrze wystawowym odbijała się twarz o znajomych rysach. Brązowe oczy śledziły w napięciu uliczny ruch. Wiedziała, że za nią szedł. Nie interesowały jej drogie materiały ułożone na wystawie. Czujnym spojrzeniem szukała swojego cienia. W końcu znalazła. Sonea znieruchomiała, kiedy jej oczy spotkały się z jego. Przez jej twarz przebiegło niedowierzanie, złość i dziwny smutek. Zacisnęła usta w wąską linię.

- Mam cię – mruknął cicho Akkarin, odchodząc od straganu, kierując swoje kroki w jej stronę. W zwierciadle po raz ostatni odbiło się jej wyzywające spojrzenie. Wargi kobiety ułożyły się w gorzki uśmiech. Sonea naciągnęła kaptur mocniej na głowę i odeszła od wystawy. Zmieszała się z kolorowym tłumem, chcąc go zgubić. Ruszył za nią, znowu przeciskając się pomiędzy ludźmi. Sonea ponownie skręciła, wchodząc w ciemną uliczkę. Niebo było już granatowe, a ona prowadziła go przejściami między coraz to bardziej zapuszczonymi budynkami. Dzieląca ich odległość zmniejszała się z każdą chwilą. Sonea przyspieszyła. Teraz już prawie biegła, kaptur opadł z jej głowy, odsłaniając brązowe włosy. Odwróciła się w jego stronę kilka razy. Widział na jej twarzy grymas niezadowolenia, kiedy zdała sobie sprawę, że on jest coraz bliżej. Bawiło go to i jednocześnie denerwowało. Zimny wiatr uderzył w ciało Akkarina, przynosząc ze sobą zapach potu i zgnilizny. Serce slumsów było coraz bliżej. Wąską uliczkę wypełnił głuchy stukot butów Sonei, a do uszu Akkarina dotarło echo jej zmęczonego oddechu. Zaczął biec. Nie pozwoli jej uciec. W przejściu było na tyle ciemno, że musiał utworzyć kulę światła. Blask dysku energii oświetlił znikającą w szczelinie muru sylwetkę Sonei. Przejście było za niskie aby się w nim zmieścił. Syknął cicho. Nie ucieknie mu, nie tym razem.

Sonea dysząc ze zmęczenia wbiegła na duży plac. Serce w jej piersi wyciszyło się, spokojnie pompując krew. Na ustach kobiety odmalował się uśmiech pełen satysfakcji. Jednak zaraz znikł, gdy usłyszała schrypnięty krzyk i męski głos.

- Daj mi! Obiecuję, że zapłacę jutro…jutro… Zapłacę, czym tylko zechcesz! – niski kobiecy głos niósł się echem po placu.

- Zapłacisz mi dzisiaj!

Sonea drgnęła niespokojnie. Ten akcent przypominał jej ichanich. Podeszła bliżej. W oświetlonej przez księżyc części placu mężczyzna przyciskał do muru bladą ze strachu kobietę. Jego skóra była ciemna, a twarz zdobiła gruba blizna ciągnąca się przez cały policzek. Sachakanin dobył ukrytego pod płaszczem noża i przycisnął go do gardła kobiety.

- Zapłacisz dziś. W dość nietypowy sposób.

Kobieta zaczęła się szarpać i wyrywać. Sonei zaschło w ustach. Przecież ichani zginęli podczas najazdu. Co się wyprawia w tym mieście?! Czy Gildia już całkowicie ogłupiała? Krzyk bólu zmusił ją do działania. Wysłała pocisk w stronę Sachakanina, który niczego się nie spodziewał. Upadł na ziemię, a oszalała ze strachu kobieta natychmiast wykorzystała swoją szansę. Rzuciła Sonei zdziwione spojrzenie i uciekła, znikając w bocznej uliczce. Teraz na placu pozostali tylko ona, mężczyzna i przejmujący chłód. Sachakanin podniósł się z ziemi i popatrzył na nią zaciekawiony. Stracił zupełnie zainteresowanie swoją niedoszłą ofiarą. Nic nie powiedział tylko uśmiechnął się lekko i wysłał w jej stronę pocisk. Sonea osłoniła się tarczą w ostatniej chwili. Zadrżała pod naporem mocy przeciwnika. W myślach przeklęła swoją dumę, lekkomyślność i głupotę. Mężczyzna wzmacniał się z pewnością i przewyższał ją siłą. Ale ona była przecież niezwykle potężnym magiem już za czasów nowicjatu. Odpowiedziała swoim uderzeniem, które odbiło się od jego tarczy.

- Tylko na tyle cię stać? – spytał cicho, robiąc krok do przodu. Z jego ust nie znikał uprzejmy uśmiech.

Sonea zaczęła uderzać go coraz silniejszymi pociskami. Nie pozostawał jej dłużny. Plac wypełniły huki i pojedyncze błyski światła. Z każdą chwilą czuła się bardziej wyczerpana. W całym ciele odczuwała zmęczenie, a w uszach szumiała jej krew. Jego siła była przerażająca, ale ona nie mogła się poddać. Widziała w oczach mężczyzny znużenie dobrze ukrywane przez pewność siebie. Wysłała ku niemu silne uderzenie ogniowe. Kolana Sonei dygotały coraz bardziej. Tarcza Sachakanina zadrżała, ale zdołał ją utrzymać. Kropla potu błyszcząca na czole mężczyzny dodała Sonei sił. Jeszcze jedno uderzenie…tylko jedno… Jej koncentrację rozproszył odgłos kroków. Serce zabiło jej mocniej. Wiedziała, kto się zbliża. Na myśl o ponownym uciekaniu jej umysł zalała fala zmęczenia. Miała dość. Za dużo jak na jeden dzień… Była tak wyczerpana, że przestała utrzymywać swoją tarczę. Sachakanin wykorzystał moment nieuwagi i wysłał w jej stronę potężny strumień energii. Najpierw poczuła ból w piersi, a następnie w plecach i z tyłu głowy. Uderzenie posłało Soneę na ceglaną ścianę jednej z kamienic. Z ust kobiety wyrwał się świszczący oddech. Zmęczenie i ból zamknęły jej oczy, ofiarowując wytchnienie, otulając ciemnością.

Odgłosy huków i rozbłyski światła prowadziły Akkarina w stronę placu otoczonego obskurnymi kamienicami. Ludzie, których mijał, osłaniali się wytartymi płaszczami i podziurawionymi chustami. Znikali w mrocznych przejściach, chcąc trzymać się w bezpiecznej odległości od źródła zamieszania. Akkarin przyspieszył, słysząc kolejny huk. Kilkoma szybkimi krokami pokonał odległość dzielącą go od zakrętu uliczki. Wszedł na plac i zaklął cicho, widząc filigranową postać zmagającą się z mężczyzną o ciemnej skórze. Głębokie blizny na twarzy i mało przemyślany styl walki pozwoliły Akkarinowi stwierdzić, że mężczyzna był niegdyś niewolnikiem. Ichani nie bawiłby się z nią tak długo. Sachakanin nie miał takiego doświadczenia w walce jak Sonea, ale przewyższał ją siłą. Kobieta musiała usłyszeć jego kroki, bo odwróciła się w stronę czarnego maga. Przestała utrzymywać tarczę i Sachakanin natychmiast to wykorzystał. Uderzenie mężczyzny posłało ją na ścianę. Nieprzytomna kobieta osunęła się na ziemię. Handlarz podszedł do niej i dobył noża, pochylając się nad drobną postacią. Gardło Akkarina ścisnął gniew. Posłał ku mężczyźnie potężne uderzenie, które rozbiło się o tarczę. Sachakanin wyprostował się, czujnie rozglądając się po placu. Nie dostrzegł Akkarina stojącego w cieniu. Czarny mag znów zaatakował. Jego uderzenia spychały mężczyznę w część placu nieoświetloną przez księżyc. Akkarin okrążył zmęczonego przeciwnika i zaszedł go od tyłu. Sachakanin słysząc kroki czarnego maga za sobą, odwrócił się gwałtownie. W jego oczach strach zmieszał się z desperacją. Zaatakował nożem. Akkarin złapał go za nadgarstek i wykręcił mu rękę, przyciskając ostrze do gardła mężczyzny. Handlarz próbował się bronić, odciągając od siebie nóż. Z jego płaszcza wypadła mała sakiewka. Ich cichą walkę przerwały krzyki gwardzistów i kroki wielu osób. Akkarin zaklął cicho. Wybił z ręki mężczyzny nóż i kopnął go daleko. Zacisnął mocno dłoń na gardle Sachakanina i odepchnął go od siebie. Handlarz uderzył plecami o mur. Podniósł się, obrzucił Akkarina nienawistnym spojrzeniem i uciekł. Dla czarnego maga nie miało to teraz znaczenia. Schował małą sakiewkę do kieszeni płaszcza i podszedł do nieprzytomnej kobiety. Utworzył niewielką kulę światła, aby móc dobrze jej się przyjrzeć. Drobną twarz okalały ciemnobrązowe włosy. Były znacznie dłuższe od tych, które pamiętał. Delikatnie pogłaskał kciukiem zaróżowiony od mrozu policzek. Po bladej skórze spłynęła bordowa krew. Akkarin zaczesał miękkie włosy kobiety do tyłu, odsłaniając głębokie rozcięcie na skroni. Musnął palcami zranione miejsce, lecząc je. Wysłał swoją moc uzdrowicielską w głąb jej ciała, aby sprawdzić, czy nie odniosła poważniejszych obrażeń. Nie wykrył nic prócz drobnych otarć i kilku siniaków. Wpatrywał się w nią w milczeniu, czując jak radość miesza się z gniewem. Była tak samo krucha, drobna i kusząca, a jednocześnie tak inna. Pamiętał jej spojrzenie odbite w lustrze. Nie było w nim dawnego ciepła i zaufania tylko chłodna rezerwa i niechęć… Akkarin drgnął niespokojnie Z głównej ulicy dochodziły odgłosy wielu rozmów i szeptów. Na ścianach kamienic odbijało się światło pochodni. Musiał się spieszyć. Ostrożnie wziął Soneę na ręce. Ciepło i lekkość jej ciała zaskoczyły go. Przycisnął twarz do włosów kobiety, wdychając jej zapach. Nie zmienił się. Był taki sam; świeży i kojący. Sprawiał, że krew w jego żyłach zaczynała krążyć szybciej, a oddech stawał się głośniejszy. Przycisnął Soneę mocniej do siebie i otulił ją swoim płaszczem. Światło pochodni było coraz bliżej, a głuchy odgłos ciężkich butów gwardzistów coraz głośniejszy. Akkarin wszedł do jednego z wąskich przejść między kamienicami, oddalając się od wścibskich płomieni pochodni.