Od autora: Dzisiaj trochę bardziej ckliwie. Wybaczcie.
Bardzo dziękuję za taką aktywność :) Naprawdę się cieszę, a każdy kto czyta te dziwne twory, przyczynia się do pobudzania mojego Pana Wena. Oczywiście każde polubienie, dodawanie do ulubionych oraz komentarze są największą dla mnie zapłatą, jednak najważniejsze, żebyście czytali :) Zapraszam również do czytania mojego drugiego opowiadania HP. Znajdziecie je na moim profilu. Troszkę bardziej dopracowane. Nieco poważniejsze. I wybiegające w daleką przyszłość, jednak nadal trzymające Huncwotów jako głównych bohaterów.
Rozdział 7
Nienawidzę dorastania. U siebie i u wszystkich innych. Z dnia na dzień przyjaciele stają się wrogami, a wrogowie lądują ze sobą w łóżku. Na siódmym roku wszystko wywraca się do góry nogami. Dotychczasowe prawa okazują się błędne i zupełnie niepraktyczne. Jednak najgorsze w tym wszystkim jest, że rozpadają się przyjaźnie. W głupi sposób. Chłopcy kłócą się o dziewczyny, aż w końcu jeden z nich musi się wycofać. Relacje zaczynają się ochładzać. Dziewczyny kłócą się o chłopców, a kiedy już jedna z nich zdobędzie tego biedaka, druga śmiertelnie się obraża i zrywają jakiekolwiek kontakty. To jednak można jeszcze przeżyć. Taka Ines na przykład. W życiu nie pokłóciłyśmy się o Remusa, więc spokojnie może go kochać i być moją przyjaciółką. Najbardziej boli mnie fakt, że Syriusz dostaje od swojej dziewczyny w twarz za noszenie mnie na rękach. Spojrzenia lasek na korytarzach wręcz wypalają mi skórę i czasami czuję się jak chora na jakąś megazakaźną chorobę. Boli, że potrafimy rozmawiać całą noc, a za dnia nawet na siebie nie spojrzymy. Boli, że kochamy siebie od dziecka, ale nie możemy ze sobą być. Boli, ponieważ oboje dorośliśmy i zaczęliśmy gubić się w dorosłym życiu.
Dlatego dzisiaj wyminęłam Blacka trzymającego w objęciach Scarlet i nie siadając w szatni wróciłam do szkoły. Z miotłą w ręce, w obłococnych ciuchach do gry i w brudnych butach weszłam prosto do łazienki na trzecim piętrze.
Bałam się samej siebie. Swoich reakcji na podobne widoki. Od kilku dni bardzo chciałam być na miejscu każdej z tych dziewczyn. Po prostu chciałam, żeby mnie przytulił. Nie ktoś. Z tym akurat nie było problemu. Ba! Nawet nie było problemu, żeby przytulał mnie Regulus. Prawdę mówiąc, nigdy oficjalnie ze sobą nie zerwaliśmy. Po prostu nasze drogi jakoś tak...rozeszły się, a relacja umarła śmiercią naturalną. Nikt po niej jednak nie płakał. Była wyjątkowo sztywna i Reg wiedział, że o wiele więcej łączy mnie z jego bratem niż z nim. Podobno nawet o mnie rozmawiali...Chciał o mnie zawalczyć, jednak Łapa okazał się silniejszy.
I dzięki kochanemu Syriuszowi marznę skulona na parapecie w kiblu, gapiąc się tempo w toń jeziora. Do końca życia będę mieszkać sama z Debilem, który myśli, że jest kotem. Naprawdę nie ogarniam psa, który łazi swoimi drogami, ma chumory jak kobieta w ciąży, ciągle zmienia zdanie, a do domu przychodzi tylko po to, żeby coś zjeść i aby ktoś go pogłaskał.
No ale przynajmniej jest. I ma miękkie futerko, do którego zawsze można się przytulić.
- Pomyliłaś kible - usłyszałam szorstki ton.
- Możesz sikać. Nie patrzę - mruknęłam.
Jezioro naprawdę było o wiele ciekawsze od jakiegoś palanta bez spodni. Akurat nigdy nie należałam do dziewczyn pokroju Ines, które marzyły dniami i nocami o tym, żeby ktoś je przeleciał. Dobra, bo się obrazi. Ona marzy tylko o tym, żeby przeleciał ją Remus Lupin. Lunatyk za to zawsze dba o to, żeby marzenia jego pani były jak najszybciej spełniane.
Dlaczego nikt nie chce spełniać moich marzeń?
- To nie zmienia faktu, że w męskim kiblu siedzi dziewczyna - zauważył.
- Kurwa, sikaj i spierdalaj - warknęłam.
- Nie musisz opłakiwać porażki akurat tutaj - powiedział ozięble.
W tym momencie postanowiłam spojrzeć na swojego rozmówcę. Prawdę powiedziawszy, nie spodziewałam się ujrzeć akurat Pottera z rozpiętym rozporkiem.
- Obiecałaś, że nie będziesz patrzeć! - wrzasnął, co skomentowałam głośnym napadem śmiechu.
- Nie interesują mnie zbytnio twoje klejnoty rodowe, Potter - wycedziłam przez zęby. - Raczej nie sprostałbyś moim wymaganiom.
- Skąd wiesz? Może jestem lepszy od Łapy? - zaczął sobie robić ze mnie jaja.
No jasne. Proszę bardzo. Niech wszyscy się ze mnie pośmieją. Jakoś nie miałam ochoty na wygłupy. Co się ze mną działo?
- On też nie staje na wysokości zadania - odpowiedziałam zgodnie z prawdą i zeskoczyłam z parapetu.
James miał rację. Nie powinnam opłakiwać porażki w kiblu. Najlepszym wyjściem z sytuacji będzie zrzucenie tych brudnych i przepoconych ciuchów, ubranie czegoś normalniejszego, po czym udanie się do wieży Gryffindoru w celu świętowania zwycięstwa patafianów od Godryka.
Mogłam jedynie pogratulować Potterowi złapania znicza i żałować, że nie jestem szukającą. Ja nabijam punkty. Mogę być niewiadomo jak dobrym graczem, a i tak szukający zawsze zbiera największe oklaski. Prowadziliśmy. Robiłyśmy wszystko, żeby natrzaskać jak najwięcej punktów. Zabrakło jednego przerzucenia kaflem przez najwyższą obręcz i byłby remis.
- Mam mu powtórzyć? - zapytał zdziwiony, zapinając rozporek.
Przewróciłam oczami.
- Myślę, że zbytnio się tym nie zmartwi. Wystarczy, że cały Hogwart ma o wiele niższe wymagania ode mnie - mruknęłam.
Podniosłam z ziemi swoją miotłę i ruszyłam w kierunku drzwi. Skoro miałam pójść na imprezę, musiałam się do niej przygotować. Oczywiście najlepiej było się na nią mocno spóźnić, ponieważ przez pierwszą godzinę zawsze było drętwo, jednak to właśnie wtedy była najlepsza okazja do wypicia sporych ilości wódki. Dzisiaj miałam jej niedobór w organiźmie większy niż kiedykolwiek.
Już miałam nacisnąć klamkę, kiedy niespodziewanie zawisłam do góry nogami w powietrzu. Zostałam unieruchomiona i nie bardzo potrafiłam powiedzieć, w jakim celu.
- Niech cię tłuczek przeleci, Potter! - warknęłam, wijąc się w powietrzu.
Usiłowałam znaleźć swoją różdżkę, żeby mu się jakoś odgryźć, ale nie wiedziałam, w której jest kieszeni.
- Prędzej ciebie.
Powoli zaczynałam się go bać.
W tym momencie otworzyły się drzwi i wpadł na mnie nie kto inny jak Syriusz Black. Akurat udało mi się dobyć różdżki, więc omal nie wbiłam mu jej w oko. Ciekawe, jakby wyglądał bez oka.
- Weź uspokój swoją damę serca, bo zaraz wszyscy zwariujemy - oznajmił spokojnie.
Ominął mnie tak, jakbym była duchem. Dobrze, że nie próbował przeze mnie przechodzić.
- Dlaczego Banhi wita wszystkich gości męskiego kibla wisząc pod sufitem? - zapytał.
Potter wzruszył ramionami. Za to ja wycedziłam coś niezrozumiale przez zęby, ale jednak różdżka mniej więcej zrozumiała o co mi chodzi. Niespodziewanie rozwaliły się wszystkie pisuary, a z rur zaczęła tryskać woda. Zanim chłopcy doszli do siebie, udało mi się uwolnić od tego chorego zaklęcia i wybiec z kibla.
Schowałam się za zakrętem. Uznałam, że mogę coś przegapić.
- Czy możesz mi wyjaśnić, co robiłeś z nią w łazience?! - wrzasnęła jakaś oburzona dziewczyna.
Nie widziałam jej, więc też nie mogłam stwierdzić, kto to.
- Oczywiście - powiedział Syriusz. - Po pierwsze, kochanie, to nie tak jak myślisz...
- Była ubrana - dodał James.
Przewróciłam oczami.
- A czy do tego trzeba ściągać wszystkie ciuchy?! - wrzasnęła druga dziewczyna.
Tak. To była z całą pewnością Lily Evans, która właśnie przywaliła Potterowi w twarz. Dlaczego w tej szkole jest aż tyle agresji.
- Po drugie to była Tina - wypowiedział moje imię zupełnie bez emocji.
Tak, jak zwykli mówić o Samrku. Trochę zabolało.
- Laska, której Łapa w życiu nie dałby rady przelecieć, ponieważ nie potrafi stanąć na wysokości zadania, ja również nawet nie odważyłbym się spróbować jej dotknąć...jeszcze by mnie powiesiła za jaja na najwyższej wieży Hogwartu albo co gorsza...urwałaby je. Nie kochane, żeby zadawać się z tak zajebistymi laskami jak Banhi, trzeba mieć mocno powalone we łbie.
Nie wiedziałam, czy mówi prawdę, czy mnie obraża. Ostatnio straciłam umiejętność rozróżniania kpin od żartów. Może jeszcze kiedyś się tego nauczę.
