Lydia wydawała się spokojniejsza, kiedy usiedli do śniadania. Wilkołaki chyba nie posiadały krzeseł i stołów, a przynajmniej nie widział niczego takiego w obozie. Nie chciał zadawać tak idiotycznego pytania Laurze, nie będąc pewnym na ile kobieta jest do nich przyjaźnie nastawiona. Wydawała się o wiele bardziej komunikatywna niż Derek, ale pozory mogły mylić.
Mięso, które wniesiono do namiotu na misach, wciąż dymiło. Musiało zostać świeżo upieczone, a był pewien, że wyżywienie tak wielu ludzi musiało być problematyczne. Czasami tak zwyciężano wojny – poprzez odcięcie dostaw żywności. Nie miał pojęcia czy wilkołaki trudniły się rolnictwem, ale jak do tej pory dostawali jedynie to, co zostało świeżo upolowane lub zebrane w lesie. Z jednej strony to na pewno dawało im przewagę. Tutejsze lasy były pełne zwierzyny. Z drugiej jednak ich obozy musiały każdego dnia walczyć o przetrwanie. I nie miał pojęcia co działo się zimą, kiedy część zwierząt zmienia przyzwyczajenia.
- Jedzcie – poleciał im Laura. – Niedługo wyruszamy. Derek zapewne uprzedził cię, że musimy się przenieść – dodała, patrząc na niego wymownie.
Alfa nie był zbyt rozmowy rano. Dzień wcześniej również. Skarżenie się jednak jego siostrze było mocno nie na miejscu, więc skinął tylko głową.
Lydia nadal wpatrywała się w niego ukradkiem, jakby starała się upewnić, że nie został w żaden sposób skrzywdzony, kiedy nie patrzyła. Krępowało go to chyba nawet bardziej niż noc spędzona z Derekiem. W jego głowie wciąż pojawiało się, że w Beacon Hills to byłoby nie do pomyślenia.
- Czy noc była spokojna? – spytała Laura, spoglądając na niego nadal.
- Uhm, tak. Dziękuję – odparł krótko.
Patrzyła na niego tak, jakby nie wierzyła w ani jedno jego słowo.
- Derek dopiero niedawno został alfą – poinformowała go nagle kobieta. – Nadal radzi sobie z obowiązkami, które spoczęły na jego barkach tak nagle. Nie mówię oczywiście w imieniu mojego brata, ale wiem, że niepokoisz się o wasz los. Nie wiemy czy sojusz z królestwem tak oddalonym jak wasze ma sens, ale to pokaże czas. Na razie ważnym jednak jest, abyście świadczyli przeciwko Argentom – dodała. – Jemu nie podoba się, że wątpisz w jego siłę. Nasze kultury są różne. Podobnie jak rozumienie w czym tkwi siła danego królestwa. Nie jesteśmy słabi. Stawiamy opór od dwóch pokoleń. Żadne z innych królestw nie miałoby takiego samozaparcia – wyjaśniła.
I Stiles przełknął z trudem, bo nie mógł sobie wyobrazić wojny, która trwałaby tak długo. Ich królestwo pozostałoby wyniszczone, nawet gdyby wygrali. Dlatego w cywilizowanej części kontynentu starali się zawierać pokoje jak najszybciej. Tylko zgoda i okres spokoju budował.
- Macie miasta? – spytał ciekawie.
Laura spojrzała na niego, marszcząc brwi, jakby nie rozumiała pytania.
- Walczycie od tak dawna, że obozy stały się waszymi domami – rzucił niepewnie.
- Mamy miasta i rodziny. Jedynie garść pilnuje granic. Argentowie wykrwawili się, starając się zabić nas. Teraz szukają sojuszników, starając się wpoić im tę samą rządzę krwi, którą posiadają sami – wyjaśniła mu spokojnie kobieta i w jej głosie nie było nawet odrobiny jadu.
Wydawała się całkiem pogodzona z tym faktem. I to chyba przerażało go najbardziej.
- Mój brat jest panem na zamku tak jak twój król – podjęła Laura ponownie. – Wybrał tylko życie pośród ludzi, którzy są w ciągłym zagrożeniu, ponieważ jego rolą jest bronienie granic.
- Mój król nie jest tchórzem – warknął Stiles.
- A jednak oni wszyscy ukrywają się za rycerzami, którzy wyruszają sami – odparła kobieta spokojnie.
- Nie, mój… król bierze udział w wojnach. Nie widzi jedynie sensu w przedłużaniu konfliktów, które przelewają krew niewinnych. Lud cierpi, kiedy czasy są niespokojne. A to nigdy nie jest intencją naszego króla – poinformował ją.
- Twój król zatem brzmi jakby był mądrym człowiekiem. Byłby jednym z nielicznych, których w takim razie spotkamy – stwierdziła Laura pojednawczo.
ooo
Lydia wspięła się na konia, siadając pewniej w siodle. Nigdy nie widział jej jeżdżącej samodzielnie, ale odwołała Ericę, trzymając mocniej lejce w dłoniach. Jej pierś unosiła się, kiedy próbowała się uspokoić. Miał nadzieję, że wiedziała co robi. Złapał za siodło, żeby się podciągnąć i zamarł, kiedy Derek podszedł do niego bliżej. Wilkołak poklepał jego konia, wpatrując się w niego intensywnie i Stiles zdusił w sobie chęć odwrócenia wzroku.
- Zatrzymamy się dopiero koło południa. Jeśli znikniemy wam z oczu, jeździe co przodu nie zatrzymując się. Jeśli rozkażę, macie wjechać w głąb naszego terytorium bez oglądania się za siebie. Laura dogoni was i będzie towarzyszyła aż do najbliższej osady – rzucił Derek takim tonem, że Stiles nawet się nie sprzeczał.
- Co się dzieje? – spytał wprost.
Derek nie mrugnął nawet okiem.
- Argentowie – powiedział krótko alfa, jakby to wyjaśniało wszystko i tak było w rzeczywistości.
Po plecach Stilesa przebiegł nieprzyjemny dreszcz.
Derek zmrużył oczy, jakby i to nie umknęło jego uwadze. A potem sięgnął do swojego pasa i odczepił pochwę z mieczem, podając mu broń. Stiles zamarł, przyglądając mu się niepewnie, ale sięgnął dłonią po rękojeść, ważąc w dłoni miecz. Był fachowo wykonany i odrobinę za ciężki jak dla niego, ale w stresie potrafił walczyć nie takimi rzeczami jak dowiodło tego doświadczenie zdobyte wczorajszego dnia.
Derek nie pozwolił mu wziąć pochwy. Zamiast tego podszedł do niego bliżej i przypiął ją sam do jego pasa, patrząc mu przez cały czas w oczy.
- Ufam, że nie zabijesz mnie w nocy podczas snu – prychnął alfa.
Stiles nie wiedział czy mówił to dlatego, że faktycznie wierzył w jego dobra zamiary z kolei. Czy dlatego, że to nie było nawet możliwe. Nie miał pojęcia jak Argentowie walczyli z wilkołakami, ale coś mówiło mu, że Dereka nie powstrzymałoby zwykłe ostrze.
- Jedźcie bezpiecznie. Spotkamy się na postoju – rzucił mężczyzna, odchodząc.
ooo
Lydia zaskakująco dobrze trzymała się w siodle. Nie jechali zbyt szybko, czego obawiał się początkowo. Nadal czuł się nieswojo widząc wilkołaki na piechotę, ale dorównywali szybkości jeźdźcowi, czego nie mógł im odmówić. Derek nie wyglądał nawet na zmęczonego, chociaż byli w drodze od dobrych czterech godzin i on sam zaczynał odczuwać skutki długotrwałego siedzenia w siodle.
Lydia spoglądała za siebie, wprost na niego ze zmartwieniem wypisanym na twarzy. Może jeszcze wczoraj staraliby się uciec, ale to przerastało ich dwoje. W Beacon Hills musieli usłyszeć o tym, co się stało. Nie wierzył, aby jego ojciec coś podobnego zniósł w milczeniu. Nie był zwolennikiem wojny, ale Argentowie utrzymywali ich w kłamstwie przez wiele lat. A ostatnia napaść była po prostu złamaniem wszelkich zasad. Wysyłano synów i córki najważniejszych urzędników królestw jako posłańców, aby pokazać jak bardzo sobie ufano. Jak ważne poselstwa nieśli z sobą. Zdradzono ich tymczasem i nadal nie mógł otrząsnąć się ze wspomnieć z ataku.
Miecz przyjemnie ciążył u jego pasa, dając mu słabe poczucie bezpieczeństwa. Odebrano mu broń i nie sądził, że ją odzyska, ale Derek zaskoczył go po raz kolejny. Może jego miecz nie miał wiele do powiedzenia wobec brutalnej siły wilkołaków, ale to i tak był miły gest. Zaczynał wierzyć w to, że gdyby faktycznie musieli się rozdzielić, byłby w stanie uchronić Lydię.
- Za godzinę postój – rzucił Derek, przysuwając się do niego bliżej. – Widzę jak siedzisz. Plecy zaczynają ci dokuczać?
Stiles zamrugał trochę zaskoczony i starał się wyprostować w siodle, ale to okazało się nie tak łatwe.
- Czy ty i kobieta będziecie mogli podróżować po południu? – spytał rzeczowo alfa.
- Tak – odparł, trochę zawstydzony faktem, że jednak przyzwyczaił się za bardzo do podróżowania w karecie.
Jeździł konno, kiedy był młodszy, ale nie wybierał się nigdy w długie trasy.
- Nie powinieneś mieć połamanych żeber, ale sprawdzi to ktoś kto zna się na tym o wiele lepiej ode mnie – rzucił Derek, patrząc na niego ze zmarszczonymi brwiami.
Stiles nie wiedział jak zareagować na tę nagłą troskę.
- Jak długo goją się ludzie? – spytał nagle Derek.
- Nie wiem o co pytasz – rzucił niepewnie.
- Jeśli łamiecie coś… Jak długo zrasta się kość? Dzień? Dłużej? – spytał rzeczowo Hale.
Stiles miał ochotę się roześmiać, ale zdał sobie sprawę, że wilkołak pyta całkiem poważnie.
- Cztery tygodnie, o ile jest dobrze złożona – powiedział.
Teraz to Derek wpatrywał się w niego jak na idiotę.
- Potrzebuję tej odpowiedzi – warknął alfa.
- Słyszysz, żebym kłamał? – spytał Stiles chłodno. – Cztery tygodnie. To zależy czy ktoś się dobrze czuje. W jakim jest wieku. Mówią, że ludzie starsi goją się jeszcze dłużej z takich ran – dodał.
Derek wpatrywał się w niego, jakby pojęcia nie miał co zrobić tymi informacjami. Musiał wzbudzić niemałe poruszenie, bo teraz spoglądano na niego z wyraźnym zainteresowaniem. Przynajmniej w ich oczach nie było kpiny.
- Nie powinieneś jechać konno – rzucił Derek. – Dlaczego nie powiedziałeś, że cierpisz?
- To nie jest ból – odparł. – I musieliśmy się przenieść. Żebra nie są złamane – poinformował alfę. – Gdyby były, nie mógłbym oddychać.
- Nie jesteś medykiem, nie możesz być pewnym – prychnął Derek.
- Ja nie jestem, ale moja matka była – odparł. – I wiem, kiedy coś jest złamane. Miałem dostatecznie wiele wypadków, kiedy byłem dzieckiem – dodał.
- Stiles? – rzuciła niepewnie Lydia, zrównując z nim swojego konia.
Zawahała się lekko, kiedy patrzyła na Dereka, ale potem cała jej uwaga ponownie skoncentrowała się na nim.
- Czy wszystko w porządku? – spytała prostując się lekko.
- Tak – odparł krótko. – Nie jesteś zmęczona? Postój będzie dopiero za godzinę.
- Wiem – rzuciła zerkając na Dereka, jakby zastanawiała się dlaczego Hale znowu go niepokoi.
Alfa spojrzał na nią z niechęcią, której nie krył i Stiles spiął się momentalnie. Lydia nie dotykała go, ale to najwyraźniej nadal było za mało. Nie miał pojęcia skąd ta idiotyczna zasada, ale Derek wspominał coś o jego zapachu i to musiało być ważne dla wilkołaków.
- Zostaw nas samych – nakazał jej takim tonem, że spojrzała na niego zszokowana.
Nigdy do tej pory nie odezwał się do niej w ten sposób, ale Derek wydawał się wyraźnie spięty. Coś unosiło się w powietrzu i to nie było przyjemne.
Lydia spojrzała na niego jeszcze raz, zanim spięła konia, wykonując jego rozkaz po raz pierwszy w życiu bez zbędnego komentarza.
Derek zerknął na niego z wyrazem twarzy, którego nie rozszyfrowywał. Alfa zagłębił się w las, zostawiając go samego bez słowa wyjaśnienia.
ooo
Zatrzymali się przy ujściu strumienia. Podprowadził konie do wodopoju, starając się nie zwracać uwagi na szepty wokół. Stawały się jednak coraz głośniejsze i może komentowano fakt, że ludzie byli naprawdę tak słabi jak sądzili. A nawet bardziej. Do tej chwili nie zastanawiał się nad tym jak bardzo jego słowa wpływały na rozumienie jego gatunku przez wilkołaki, ale zaczął to mocniej rozważać.
Derek był niepokojąco milczący. Nie wiedział czy cieszyć się, że alfa przestał zaszczycać go swoich towarzystwem. Czy martwi się tym brakiem uwagi. To nie mogło wróżyć niczego dobrego. Nie miał nawet pojęcia kim był wśród członków tej watahy. Lydia stanowiła nietykalnego gościa, ale Derek nie powiedział ani słowa o nim. Nie był niewolnikiem, ale wilkołak zażyczył sobie, aby go umył wczorajszego wieczoru nad jeziorem. Co prawda alfa zrobił to samo dla niego, a nawet więcej, bo masaż był całkiem przyjemny. Sądził jednak, że to wstęp do nieuniknionego. I trwał w zawieszeniu.
W Beacon Hills płacono za wszystko. I był przygotowany do spłacenia tego długu, który zaciągnął.
Zaczynał zastanawiać się czy Lydia kiedykolwiek była w niebezpieczeństwie. Odnosił wrażenie, że Derek skorzystał z jego oferty wykrzyczanej w przerażeniu. Kim jednak byłby, gdyby zawahał się w obronie własnej przyjaciółki. Kobiety, którą powierzono jego opiece.
Wzdrygnął się, kiedy Derek dołączył do niego przy wodopoju. Nie słyszał kroków wilkołaka, co niepokoiło go przez cały czas. Nikt nie robił tutaj zbyt wiele hałasu. Czuł się niemal jak intruz w ciszy lasu.
Lydia stała dokładnie tam, gdzie ją zostawił, zabierając jej konia. Rozglądała się z pewną ciekawością wokół, ale z jej twarzy nie schodziła dobrze maskowana obawa. Jej opanowanie na nic się jednak nie zdawało wśród wilkołaków, które najwyraźniej wyłapywały zmiany ich nastroju.
- Chcę prostej odpowiedzi – powiedział nagle Derek. – Jesteś w stanie podróżować?
Stiles wziął głębszy wdech nie odczuwając bólu. Problemem były jedynie wstrząsy, ale potłuczenia po prostu tak wpływały na jego ciało. I nie miał na to wpływu.
- Tak – odparł powoli, ale z nutką zdecydowania.
Derek wydawał się usatysfakcjonowany jego odpowiedzią.
- Usiądziemy na trawie. Ściągniesz koszulę i oprzesz się na mnie. Nie będę mógł zabrać wiele twojego bólu, ale powinno wystarczyć – zdecydował alfa, a potem usadowił się na pniu, który wglądał na zmurszały.
Stiles zawahał się, a potem rozejrzał wokół. Byli wystawieniu na oczy wszystkich.
Derek spojrzał za siebie i kiedy ponownie jego wzrok skupił się na Stilesie, między jego brwiami była głęboka zmarszczka niezadowolenia.
- Nie chcesz, aby ona cię widziała takiego? – spytał alfa wprost.
- Nie chcę, żeby ktokolwiek mnie widział takiego – odparł.
Nie chodziło jedynie o Lydię.
- Nie dotykacie innych? Co to za zwyczaj? – spytał Derek.
- Nie kładziemy się nago z obcymi – uściślił, wiedząc jednak, że wilkołak tego nie pojmie.
- Nie jestem obcy, a ty nie jesteś nago – odparł alfa, wyciągając do niego dłonie. – Chodź, to ci pomogę.
