7.

Hermiona zaspała w poniedziałek i była zmuszona opuścić śniadanie.

– Dlaczego mnie nie obudziłeś? – denerwowała się na Mortifera, który radośnie zamachał skrzydłami. Zapowiadało się na to, że niedługo będzie mógł latać. – Tak, wiem. Nie jesteś moim budzikiem, ale przez to żadne z nas nie zje śniadania.

Ptaszysko było obrażone przez całą drogę do lochów (czytaj: obrócił się ogonem w stronę jej twarzy). Weszła, zajęła swoje miejsce i westchnęła. To miała być pierwsza lekcja Eliksirów od czasu bitwy i, prócz Zaklęć, jedyna lekcja, jaką dzisiaj miała. Spojrzała niepewnie na swoją lewą rękę, ale Mortifer dźgnął ją pocieszająco w ramię.

– Przestań się uśmiechać do tego ścierwojada. To niesmaczne – mruknął Ron, siadając obok niej. Harry jedynie rzucił na nią okiem i zajął się układaniem podręcznika na stole. Nie odzywał się do niej od czasu nieszczęsnej wyprawy do Hogsmeade. Świetnie. To było dokładnie to, czego chciała.

– Będę uśmiechać się do kogo chcę. Poza tym – on jest całkiem słodki.

Tym razem oburzenie ptaka równało się obrzydzeniu Weasleya. Uśmiechnęła się pod nosem – najwyraźniej bez względu na gatunek, samców łatwo było wyprowadzić z równowagi… Drzwi otworzyły się i zobaczyła ostatnią osobę (poza profesorem Snape'em), której się spodziewała.

– Witam. Nazywam się Wiktor Krum i jestem tu w zastępstwie za profesora Snape'a. Na moich zajęciach nie będzie żadnego wygłupiania się i lekkomyślności. Ci, którzy w to nie wierzą, dowiedzą się tego w sposób dość bolesny. Jeśli chodzi o wymagania…

Coś tam jeszcze mówił, ale Hermiona była zbyt zszokowana, by go słuchać. Co przydarzyło jej się chyba pierwszy raz w życiu. Co tu, do diabła, robił Wiktor? Jakim cudem tak dobrze mówił po angielsku? I on i Eliksiry? Ostatni list od czarodzieja dostała pół roku temu i wciąż popełniał tragiczne błędy gramatyczne. Był również zainteresowany czarną magią, a nie Eliksirami – powód, dla którego przestała mu odpisywać. Nie to, że nie był zainteresowany Eliksirami, tylko chodziło o tę czarną magię. Do końca życia miała dość czarnej magii. Nie mogła jednak nie zauważyć, że Wiktor dorósł i stał się mężczyzną. W dodatku miał typ urody, który ją pociągał – mroczny, ciemnowłosy, ciemnooki, o nietypowych (dla większości nieatrakcyjnych) rysach twarzy. O, tak. Hermiona miała duży pociąg do mrocznych czarodziejów…

Jej rozmyślania przerwał Mortifer uderzając ją, niezbyt delikatnie, dziobem między żebra. Syknęła i zgromiła go wzrokiem, ale on jedynie wskazał tablicę. Spojrzała w tamtym kierunku i odkryła, że Wiktor wpatruje się w nią intensywnie, na tablicy rozpisane są zadania na dzień dzisiejszy, a reszta klasy już pracuje. Zaklęła pod nosem i wzięła się do pracy. Wlała wodę do kociołka, ustawiła odpowiednią temperaturę i sięgnęła po pierwszy składnik. Cholera. Korzeń mandragory. Starała się go przytrzymać lewą ręką, a prawą ciąć, ale uciekał jej spod praktycznie bezwładnych palców.

– Zegnijcie się! – błagała je, praktycznie ze łzami w oczach, ale nie zamierzały posłuchać. Miała ochotę rzucić nóż gdzieś w przestrzeń, złapać torbę i wybiec, po czym zaszyć się w łazience, odrąbać sobie rękę i przynajmniej nie udawać, że może coś nią zrobić. – No! Zegnijcie się!

– Panno Granger, czy jest jakiś problem? – Głos Wiktora był twardy. Wiedziała, że nie będzie dawał jej żadnych forów tylko za to, że prawie trzy lata temu całowali się kilka razy. – Cała klasa jest już na czwartym punkcie, a pani wciąż nie wyszła poza punkt pierwszy.

Zrobiła się cała czerwona i łzy upokorzenia napłynęły jej do oczu, ale powstrzymała się przed płaczem. Nie będzie robić z siebie widowiska.

– Nie mogę tego pociąć.

– Jak to: nie może pani? To raczej proste. Korzeń w jedną rękę, nóż w drugą i tniemy.

– Właśnie z tą pierwszą ręką jest problem, panie profesorze.

Ron spojrzał na nią z wyrozumiałością i wytłumaczył ją.

– Hermiona podczas Ostatniej Bitwy została zraniona w rękę, panie profesorze. Ma… lekki niedowład.

Znała go na tyle dobrze, że wiedziała, że się zmieszał, ale reszta nie zauważyła różnicy.

– W takim razie, panno Granger, może pani korzystać z zaklęć pomocniczych.

- Ale kiedy zaklęcia, panie profesorze, nie są zezwolone!

– Nie były, kiedy był tu profesor Snape. Poza tym nie sądzę, by nawet on kazał pani robić coś, czego pani i tak nie będzie w stanie zrobić. Albo to, albo możemy się pożegnać. Pięć punktów od Gryffindoru za podważanie moich decyzji, panno Granger.

Mortifer, z jakiegoś powodu nastroszył się i zasyczał, jakby był wężem, a nie krukiem. Wiktor spojrzał ponuro na niego.

– I proszę nie przynosić tu tego ptaka.

– Profesor Dumbledore mi zezwolił, panie profesorze. Ma mi pomagać w podstawowych czynnościach.

– Może w takim razie pomoże pani w cięciu korzenia. – Prychnął i, ku uciesze Ślizgonów, obrócił się do niej plecami. Zacisnęła usta i zaczęła mruczeć:

– Już ja ci pokażę magię! Dam radę! Sama to potnę, choćby miało mi to zająć całą lekcję!

Przy trzecim podejściu nie zamierzała się poddać, choć było jej źle, ale w tym momencie Mortifer przytuptał do korzenia i mocno na nim stanął. Był na tyle ciężki, by go przytrzymać. Gdy wrzuciła do kociołka wymaganą ilość korzenia, pochyliła się nad ptakiem i pocałowała go w nos… eee… dziób – oczywiście zaraz się wycofał.

– Dziękuję. Naprawdę dziękuję. W nagrodę dam ci przepyszną wątróbkę!

Przez resztę lekcji współpracowała z krukiem i wspólnie udało im się ukończyć eliksir przed końcem czasu. Wiktor, na dwie minuty przed dzwonkiem, kazał im nalać eliksir do fiolek.

– Zostawicie je na moim biurku i na jutro napiszecie esej dotyczący reakcji jakie zachodzą pomiędzy każdym ze składników, na dwanaście stóp. Panno Granger, proszę zostać na chwilę. Pani niesubordynacja i nie używanie magii kosztuje Gryffindor kolejne pięć punktów.

Niestety, ani Ron, ani Harry nie zamierzali trzymać jej strony, bo każdemu z nich dał po dziesięć punktów, za „wybitą pracę". Gdy sala opustoszała i Hermiona została sam na sam ze swoim byłym chłopakiem nie wiedziała co powiedzieć. On jednak się nie krępował. Westchnął ciężko i przytulił ją do siebie.

– Ale się za tobą stęskniłem!

– Niech mnie pan puści, panie profesorze!

Cofnął się zdziwiony, a po chwili uśmiechnął lekko.

– Wybacz, zapomniałem się. Gdy jesteśmy sami możesz się zwracać do mnie po imieniu. Nauczycielom nie wolno przekraczać linii przyjaźni z uczniami, ale przecież możemy się przyjaźnić, prawda? To prawda, że się za tobą stęskniłem.

– Dziwnie to okazujesz. Upokarzając mnie.

– Nie zamierzałem. Nie sądziłem, że coś jest nie tak. Nic mi nie powiedziałaś.

– A kiedy miałam ci powiedzieć? Nawet nie wiedziałam, że to ty będziesz nas uczyć. Ostatnim razem, gdy dostałam od ciebie wiadomość byłeś zainteresowany czarną magią.

Westchnął i usiadł na krześle, po czym podparł brodę dłońmi. Kiedyś ten gest wydawał się jej atrakcyjny, ale teraz wiedziała, że to tylko poza. Wystudiowana poza mająca nadać mu aurę zdecydowania i nonszalancji. Kłamstwo.

– Powiedzmy, że stało się coś, co mnie… zawróciło z tej drogi. Poza tym Eliksiry zawsze mnie fascynowały. Gdy dowiedziałem się, że profesor Dumbledore szuka zastępstwa, już byłem w Anglii. Miałem w planach w następnym tygodniu pójść do profesora Snape'a i poprosić go o nauki. Chcę zostać Mistrzem Eliksirów.

Hermiona prychnęła.

- Ty? U profesora Snape'a? Nie chcę cię rozczarować, ale nie masz na to najmniejszych szans.

Mortifer, siedzący na jej ramieniu, skinął łebkiem, czym zasłużył sobie na ostre spojrzenie chwilowego nauczyciela.

– Czyje to ptaszysko? Nie przypominam sobie, byś miała coś… takiego.

– Może dlatego, że od pół roku nie jesteś ze mną w kontakcie? Mnie on całkiem się podoba. I jest dość przydatny.

– Właśnie… – Pokręcił głową, jakby dalsze słowa go bolały. – Nie możesz tak robić, Hermiono. Używaj zaklęć. Wtedy masz pewność, że wszystkie składniki są prawidłowo pokrojone i zmiażdżone. W ten sposób, jak dzisiaj, mogłaś wysadzić salę. Następnym razem nie będę tego tolerował.

Zacisnęła usta i zmiażdżyła go wzrokiem.

– W takim razie będziesz musiał wyrzucić mnie z klasy. Zamierzam robić wszystko tak, jakby tego wymagał ode mnie profesor Snape.

– Hermiono, nikt przy zdrowych myślach nie zmuszałby cię…

– Więc uznaj, że on nie jest przy zdrowych myślach. Eliksiry to sztuka, którą wykonuje się własnymi rękoma. Jeśli tego nie rozumiesz, to nie nadajesz się na Mistrza Eliksirów.

Kruk zatrzepotał skrzydłami tak, by… pogłaskać ją po głowie? Spojrzała na niego podejrzliwie i zauważyła wyraźną radość w jego postawie. Podobało mu się to, co mówiła? Za to siedzący przed nią mężczyzna nie był zadowolony.

– Będziesz robiła tak jak ci powiedziałem, Hermiono.

– Nie, panie profesorze.

– Mów do mnie po imieniu, gdy jesteśmy sami.

– Nie wtedy, gdy wymaga pan ode mnie bycia posłuszną, profesorze. Muszę iść, bo spóźnię się na Zaklęcia. Jeśli więc to wszystko…

Była już przy drzwiach, gdy ją zawołał. Dlaczego ludzie mają tendencje rzucać bomby słowne akurat w momencie, w którym ktoś już szykował się do wyjścia?

– Hermiono, musisz wiedzieć, że bycie uczniem profesora Snape'a nie było moim jedynym powodem przybycia do Anglii. – Zmierzył ją gorącym spojrzeniem ciemnych oczu, w których wyraźnie było widać pożądanie. – Kiedy wrócę do domu mam nadzieję, że wrócę razem z tobą. Możesz iść.