Dwaj kochankowie jechali do domu w nieprzyzwoicie dobrych humorach. Nie mogli oderwać od siebie wzroku, trzymali się za ręce nad skrzynią biegów. Nic, ale to kompletnie nic, nie mogło zepsuć ich zwariowanej, pełnej walk randki.

- Kochanie, skąd wiedziałeś jak po indonezyjsku jest „kocham cię"? Od Natalie?

- Tak! I naprawdę cię nienawidzę, że mówiłeś mi to przez cały czas, a ja nawet nie wiedziałem. – Uderzył go żartobliwie w ramię i zaśmiał się. – Jesteś okropny.

- Winny. – Odparł czarownik żartobliwie.

- Zamierzam się go nauczyć i już nic przede mną nie ukryjesz. – Wskazał go złowieszczo palcem.

- Wcale nie chcę. A właśnie, kochanie, kiedy masz urodziny?

- Piątego września, a co?

- Nic, sądzę wręcz, że powinniśmy wtedy spędzić cały dzień razem. Albo dzień przed/po.

- To dobry pomysł. – Chłopak uśmiechnął się słodko.

Zajechali przed blok Magnusa i energicznie zaczęli się wspinać po schodach. W końcu dotarli na samą górę i weszli do loftu. Chłopak zdjął buty i z przyjemnością ruszył do kanapy. Schylił się i wziął na ręce łaszącego się Prezesa i zaczął drapać go za uchem. Kotek zaczął mruczeć zadowolony z atencji swojego drugiego pana. Nagle ramiona Magnusa objęły go od tyłu, czarownik przytulił go mocno, również pogłaskał swojego pupila.

- Boże, zazdroszczę temu kotu w tej chwili. – Wymruczał chłopakowi do ucha.

Ten oparł się o niego z uśmieszkiem.

- Przecież parę minut temu dostałeś coś lepszego niż drapanie za uszami. – Odpowiedział chytrze.

- Wiem, nie mógłbym zapomnieć.

Pocałował go tuż pod uchem z uśmiechem i oderwał się od niego niechętnie.

- Napijesz się czegoś?

Alec usiadł na kanapie i kiwnął głową zastanawiając się.

- Jakiegoś dobrego szampana, by świętować, że w końcu zacząłeś gadać po angielsku. Na dodatek z sensem. – Powiedział Alec i błysnął milutkim uśmiechem.

Magnus zrobił do niego głupią minę.

- Ha ha ha! Normalnie dupe ze śmiechu mi urwało. – Prychnął.

- Mam nadzieję, że nie. To niesamowicie seksowny tyłek. – Skomplementował go chłopak, kiwając głową niczym ekspert.

Magnus tylko pokręcił głową i ruszył do kuchni. W lodówce trzymał swój ulubiony trunek, już dość długo i dzisiaj była okazja by wreszcie go otworzyć. Zakochał się na zabój w chłopaku, który był nie tylko piękny, ale miał cudowne wnętrze i bronił go niczym rycerz w srebrnej zbroi, na białym rumaku. Czuł, że dla Alexandra jest najważniejszą osobą na świecie, a to było uczucie, które zawsze chciał poznać. Jego marzenie.

Szczęśliwy wrócił do swojego ukochanego, który przywitał go błyszczącymi z miłości oczami. Czarownik postawił kieliszki na stoliku i usiadł obok łowcy. Otworzył wino musujące używając magii i nalał go im.

Wzięli kieliszki w dłonie i podnieśli w toaście.

- Za naszą miłość… - Zaczął Magnus.

- … która nigdy nie zgaśnie, już się o to postaramy. – Dokończył Alexander. – Za wspólną przyszłość, nigdy jeszcze nie malowała się ona w tak cudownych odcieniach, posypana brokatem.

Puścił oczko do swojego chłopaka, który się zaśmiał.

- Żeby wszystkie nasze randki były tak szalone i udane.

- I niech się lęka każdy kto spróbuje nas rozdzielić.

Magnus przytaknął z szalonym uśmiechem. Stuknęli się kieliszkami i wypili po parę łyków.

- Za co ty mnie w ogóle kochasz, co? – Zapytał nagle czarownik. – Oczywiście oprócz tego wspaniałego ciała…

Alec spojrzał na niego z szeroko otwartymi oczami, jakby nie wierząc w to co słyszy.

- Magnus, kochanie, jesteś wspaniały. I nie mówię tutaj o zewnętrznej urodzie, która właściwie się dla mnie nie liczy. Mógłbyś być brzydki jak noc i tak bym cię kochał. Właściwie, może nawet i mocniej, szczerze mówiąc przeraża mnie trochę jak perfekcyjny jesteś. – Zaczerwienił się. – Mam na myśli, to jaki jesteś zabawny. Zawsze wiesz co powiedzieć, a twój śmiech mógłby rozproszyć najgęstsze ciemności. I tyle przeszedłeś, tyle lat przeżyłeś i ciągle masz w sobie takiego ducha, tyle energii i pasji… Jesteś taki miły i dobry, dla swoich przyjaciół, ale i dla nieznajomych, nawet tych, którzy są dla ciebie niemili. Po tym jak miękko mówiłeś o moim bracie mogę się założyć, że wspaniale sobie radzisz z dziećmi i byłbyś wspaniałym ojcem. Heh, mógłbym napisać dziesięciostronicowy esej o tym jak genialny jesteś w łóżku, ale to też nie jest ważne. Ważniejsze jest to, że wiem, że nigdy mnie nie zdradzisz bo jesteś na to zbyt prawy. Mogę ci ufać, nie złamiesz mi serca.

Magnus patrzył na niego ze wzruszeniem, ale i lekkim strachem. To wszystko co powiedział, czy on naprawdę go tak widzi? Pełen pasji, miły, dobry, kochający… Widzi w nim to wszystko? Miał wrażenie, że jeszcze trochę i się popłacze.

- Alexandrze…

- Nie jestem zbyt odkrywczy…

Czarownik przerwał mu pocałunkiem. Porwał go w ramiona i wpoił się w jego złotouste wargi. Chciał wlać w to całą swoją miłość, podziękowanie za te piękne słowa. Jego usta były takie miękkie, znajome i zapraszające, smakowały miodem i gruszkami. Magnus czuł się jakby spożywał ambrozję.

Oderwał się od niego i zaczął szperać w kieszeni.

Musiał zrobić coś na co miał ochotę już od dawna.

- Alexandrze, proszę.

Położył na jego ręce klucz. Mały, srebrny, zwyczajny.

- Od mojego mieszkania.

Alec spojrzał na niego ze wzruszeniem, oczy lśniły mu od łez.

- Dajesz mi swój klucz? – Zapytał z zaciśniętym gardłem.

- Te pomieszczenia mogę nazwać domem tylko jeśli ty jesteś w środku, inaczej to tylko moje kolejne tymczasowe mieszkanie. Chcę żebyś tu przychodził jak tylko najdzie cię ochota, żebyś uważał je również za swoje. W końcu, kiedyś się tu wprowadzisz, prawda?

Alec zaczął kiwać gwałtownie głową.

- Tak, tak. Dziękuję. Będę go pilnował jak trzeciego oka i przychodził tu jak tylko będę miał czas. Czuję się tu jak w domu. Wszędzie czuję się jak w domu, gdy jestem przy tobie. – Wyznał nieśmiało.

Magnus nachylił się i jego wargi delikatnie dotknęły warg Alexandra. Patrzyli sobie w oczy i wymieniali się słodkimi, miękkimi całusami. Alec westchnął z zachwytu.

Nagle do ich małego szczęśliwego świata wtargnął dźwięk natarczywego pukania do drzwi. Magnus zamknął oczy i próbował się uspokoić, inaczej mógłby zabić kogokolwiek kto jest za tą rzeźbioną dechą. Naprawdę miał wielką ochotę to zrobić. Alec się przecież nie obrazi. Świat będzie piękniejszy bez tego skurwysyna za drzwiami.

- Ekh, Mags, ktoś chyba puka. – Powiedział w końcu łowca, odsuwając się do tyłu, opierając wygodnie o oparcie kanapy.

Popatrzyli sobie w oczy i mężczyzna w końcu wstał by otworzyć. Jeśli to nie będzie coś niezmiernie ważnego, ktoś zachoruje na paskudne choróbsko. Złapał za klamkę, z zamachem otworzył drzwi, gotów wydrzeć się na każdego kto stoi po drugiej stronie. Jednak gdy zobaczył kto tam stoi zatkało go, wytrzeszczył oczy.

- Camille? – Zapytał niedowierzając.

Przepiękna kobieta uśmiechnęła się zalotnie. Nic się nie zmieniła od ich ostatniego spotkania. Długie blond włosy spływały po jej ramionach, oczywiście perfekcyjnie uczesane, makijaż podkreślający jej urodę i ubranie pasujące pod kolor oczu, dodatki. Wszystko wyszukane, jak ona sama.

- Witaj, Magnus, tak dawno się nie widzieliśmy.

Gdy już przeszedł mu pierwszy szok, czarownik zaczął być przerażony. Co jeśli ta krowa wepchnie mu się do domu, Alec ją zobaczy… Wolał nie wyobrażać sobie co się wtedy stanie. Po głowie chodziły mu wizje, od takiej gdzie chłopak zrywa się z kanapy i patrzy na niego z wyrzutem i smutkiem po takie, gdzie robi się nieśmiały i skrępowany, cały zakompleksiony i okropnie zazdrosny. Albo że nie uprawiają seksu przez wieki. Chociaż to ostatnie jest nierealne, Alec nawet cały obrażony by sobie tego nie odmówił.

- Czego tu chcesz, nie mam czasu. – Warknął odpędzając przygnębiające wizje.

- No wiesz co… Jak możesz mnie tak witać? Specjalnie przyszłam się z tobą zobaczyć. Chcę z tobą porozmawiać. – Zrobiła smutną minkę.

- Jak powiedziałem, teraz nie mam czasu.

Wydęła pełne usta, niezadowolona, że tak bezczelnie się ją spławia.

Magnus zmrużył oczy i spojrzał na nią groźnie. Czy ten babsztyl stracił umiejętność przetwarzania informacji? Niech stąd spierdala, bo jeszcze Alec straci cierpliwość i tu podejdzie…

- Kto przyszedł? – O wilku mowa.

Magnus pomyślał, że serce mu się zatrzyma ze zgrozy. Zaczął rozważać czy ucieczka oknem nie będzie lepszym rozwiązaniem od stania tam i czekania na tą apokalipsę.

Jego największa życiowa porażka i jego największe szczęście patrzyli na siebie, Alec niezbyt zainteresowany i niecierpliwy, Camille podnosząca swoją idealną brew i szacująca go wzrokiem.

- Co to za dzieciak, Magnusie? Nie sądziłam, że kiedykolwiek zaadoptujesz jakieś dzieci. – Powiedziała słodziutkim głosem.

Apokalipsę czas zacząć.

Alec zamrugał zdziwiony i zarumienił się lekko.

- Bo nie adoptował. Jestem jego chłopkiem.

Blondynka spojrzała na czarownika współczująco.

- Twój gust strasznie zmarniał.

Łowca zmrużył oczy,

- A ty kim niby jesteś?

- Ach, byliśmy kiedyś ze sobą, bardzo blisko. – Rzuciła mu pełen wyższości uśmieszek.

- Czas przeszły. – Wtrącił Magnus.

Alec nagle zaczął wyglądać na znudzonego.

- Jak masz zamiar się płaszczyć żeby do ciebie wrócił to się nie krępuj, chętnie popatrzę. – Podniósł brodę z butą. Patrzył na nią jak na średnio interesującego robaka.

W Camille zawrzała krew. Jeszcze nikt nie potraktował ją z takim lekceważeniem. On, to dziecko ledwie wyrośnięte z kołyski, naprawdę nie widział w niej żadnej rywalki ani kogoś kim powinien się przejmować.

Popatrzyła na niego z politowaniem.

- W przeciwieństwie do ciebie nie muszę żebrać o uwagę…

- To po co tu przylazłaś? – Zapytał Alec.

- No właśnie. – Dołącz do pytania czarownik.

Wampirzyca poprawiła fryzurę swobodnym ruchem.

- Przyszłam porozmawiać, ale straciłam ochotę. – Odpowiedział w stronę Magnusa i odwróciła głowę do Alexandra. – Żal mi ciebie chłopczyku. Myślisz, że cię kocha? Żuci cię gdy tylko mu się znudzisz. Jak każdego przed tobą.

Chłopak patrzał na nią coraz bardziej rozbawiony, a kiedy skończyła zaczął się śmiać.

Za to Magnus był coraz bardziej wkurwiony. Jego oczy błysnęły, a z palców posypały niebieskie iskry.

- Wynoś się stąd i żebym cię lepiej więcej nie widział. – Warknął w jej kamienne oblicze.

- Taaa, idź być suką gdzie indziej. – Odparł Alec w ogóle nie przejmując się tym co powiedziała. Nabijał się z niej.

Drzwi zatrzasnęły się jej przed nosem z hukiem. Słyszała jeszcze śmiech chłopaka.

W środku Alec zatkał w końcu usta dłonią i spojrzał rozbawiony na swojego ukochanego. Ten ciągle wyglądał na wściekłego.

- Boże, przepraszam cię za to. Byłem z nią jakieś sto lat temu i nie widziałem się od tamtego czasu. Nie wiem co sobie myślała.

Chłopak tylko pokręcił głową i zachichotał.

- Magnus, to było doskonałe podsumowanie naszej dzisiejszej randki. Naprawdę. Mam ochotę pokazać jej jak bardzo się myli. – Podszedł do niego, objął ramionami jego szyję i spojrzał w jego kocie oczy.

Czarownik odwzajemnił spojrzenie i zobaczył w nim tylko rozbawienie i miłość.

Uśmiechnął się i prawie zemdlał z ulgi. Jego ukochany był pełen niespodzianek, naprawdę w niego wierzył. Pocałował go lekko.

- Jesteś boski. Mówiłem ci to już?

- Parę razy. Po angielsku i indonezyjsku.

- To dobrze.

- Wracajmy do świętowania, głupio zmarnować takiego pysznego szampana!


Camille stała wściekła przed budynkiem z którego przed chwilą wyszła. Ten… ten nadęty chłopaczek śmiał się z niej śmiać, nabijać i mieć ją za nic.

Przez wieki była jedną z najgroźniejszych wampirzyc, które kiedykolwiek żyły. Mężczyźni zabijali się o nią, zakochiwali, wychwalali ją, była dla nich boginią. Jej spryt mógłby być opiewany w balladach, był legendarny wśród wampirów. Znała wielu znanych ludzi, podziemnych i żaden nie śmiał z niej drwić. Aż do teraz.

Czy ten chłopak nie miał za grosz rozumu. Czy choćby czarownik żeby go zamknąć. Oboje byli idiotami jeśli myśleli, że mogą ją upokorzyć bez konsekwencji.

Camille przyszła porozmawiać ze swoim niestety byłym narzeczonym o ich przeszłości, głupotach, przez które od siebie odeszli. Mogła mu odpuścić jego żałosny romans z tamtym Nocnym Łowcą ponad sto lat temu. Jeśli by na to zasłużył to mogłaby wyprosić u stwórcy by się mu odpuścili. Ale po takim czymś nie tylko on zginie. Zabije też jego chłopaczka, przyjaciół i kota jeśli jakiegoś ma.

Z uśmiechem na zmysłowych ustach ruszyła do swojego samochodu stojącego na poboczu. Czerwonoskóry mężczyzna stojący przy nim palił niebieskiego papierosa o słodkim zapachu borówki. Wampirzyca wiedziała, że w środku znajduje się też kobieta i mężczyzna, oboje czarodzieje. Kiwnęła głową ifrytowi.

- Skończyli już? – Zapytała.

- Owszem. Proszę wsiadać. – Otworzył jej drzwiczki z szarmanckim uśmiechem.

Poczęstowała go słodkim uśmiechem. Niech ma. Kochała widzieć jak działa na mężczyzna.

Usiadła na siedzeniu naprzeciwko czarodziei, Nany i Kiliana. Bliźniacy spojrzeli na nią swoimi niepokojącymi całymi żółtymi oczami. Oprócz tego mieli brązową skórę i dwa rogi po dwóch stronach czoła. Dosyć przerażający, a jeszcze bardziej biorąc pod uwagę ich okropny charaktery.

- Pani, czarownica jest w środku. Śpi, jej magia zanika. Za dwa dni najpewniej umrze. W domu czuć wielką energię, ale trudno określić jej źródło przez magię ochraniającą dom. Jest bardzo silna i najpewniej uruchomiliśmy jakiś alarm, więc zalecam szybkie usunięcie się z widoku... – Powiedziała Nana i uśmiechnęła się ukazując zęby w ostre szpikulce siedzące na brązowych dziąsłach.

- Bo inaczej ktoś się pojawi i będzie trzeba walczyć… - Dopowiedział Kilian.

Zaśmiał się chrypliwie.

- Krew się poleje.

Szofer wcisnął gaz do dechy i odjechali szybko sprzed mieszkania Magnusa.

Wampirzyca patrzyła jak dwoje czarowników podaje sobie ręce, a raczej kładą po jednej dłoni tak by prawie się stykali opuszkami palców. Pomiędzy ich dłońmi zaczęły przelatywać żółte iskry. Cały samochód zaczął migotać. Camille zorientowała się, że to wielgachna tarcza obronna i przestraszyła się trochę.

Jeśli mordercze bliźniaki boją się kogoś na tyle by się chować to ten alarm musiał być potężny.

A może jednak po prostu trzymali się zasady by nie wzbudzać podejrzeń i upewniać się, że nic nie przeszkodzi misji. Bo przecież mogli nie chcieć by ten ktoś wpadł na ich trop.

Uspokojona Camille rozłożyła się na siedzeniu i czekała aż dojadą do swojego tymczasowego domu.

- Musimy jak najszybciej to załatwić i wynosić się stąd. Coś potężnego pilnuje tego miasta. Po za tym Nocni Łowcy mają swój instytut. Złe miasto dla nas. I źle, że ruszyliśmy ten alarm. Trzeba było sobie darować i zaatakować od razu, wybić każdego i zniknąć. Teraz za późno. – Powiedziała Nana mrocznie, zimnym mechanicznym głosem. Twarz miała bez wyrazu.

- Pamiętaj, że mamy mało czasu. Wyprosiłam jeszcze parę dni, ale pan robi się niecierpliwy. – Odpowiedziała Wampirzyca.

- Więc skorzystamy z demonów. – Powiedział Kilian. – Wywabimy sojuszników, zaatakujemy jeszcze większą siłą.

Bliźniacy pokiwali głową synchronicznie.

- Dużo demonów. – Dopowiedziała złowróżbnie Nana.


Nikt z nich nie miał pojęcia, że są śledzeni. Ich samochód zniknął i zapewne normalny czarownik by go nie wyczuł. Ale Natalie nie była normalnym czarownikiem. Była potężną czarodziejką, a dla niej pojazd był widoczny jak na dłoni. Leciała za nimi, jak rasowa czarownica, na miotle.

Pogratulowała sobie w duchu zostawienia u Magnusa alarmu. Boże, ale ona jest genialna!

Ci żałośni czarownicy pewnie myśleli, że zdołali ją przechytrzyć. Każdy czarownik myślałby że ktoś potężny, ale nie tak jak on, założył magię ochroną na dom, ale on ją przerwał. Nic bardziej mylnego. Natalie słyszała w głowie alarm i od razu tworzył się portal do miejsca zdarzenia. Po dwóch sekundach czarodziejka była już na dachu budynku Magnusa i obserwowała z wysoka samochód. Wypuściła wici swojej magii i wpuściła do środka pojazdu.

Nie spodziewała się tam akurat przerażających bliźniaków, ale to nawet lepiej. Gdyby to był ktoś kogo nie znała mogłaby zmarnować za dużo energii na zabicie go, a tak nie będzie musiała za dużo się wysilać na tych dwóch przybłędów. Nawet jeśli ukradliby czyjąś magię dla niej byli niczym dwa gaworzące niemowlaki.

Ale na razie nie powinna się wychylać. W końcu poluje na większą szychę. Ich szefuncia, albo szefów. Chuj ich tam wie.

W końcu zatrzymali się przy średnim, starym domem. Był on w stylu gotyckim, z czerwonej cegły, mroczny. Zapewne jego podziemia były większe niż to co wystawało nad ziemię. Natalie aż musiała się uśmiechnąć. To dopiero tajna baza. A'la wampirzy raj.

- Amatorzy. – Prychnęła.

Wyciągnęła telefon i zaczęła wypisywać smsy. Cóż za wspaniałe czasy, parę kliknięć i twój przyjaciel już wie, że masz trop i ma ruszyć tu dupę, zagonić ze sobą wiele czarowników. I wszystko w tajemnicy, żeby się skurwysyny żadne nie zczaiły.

Zawisła w powietrzu i spojrzała jak czerwonoskóry ifryt, blond wampirzyca i bliźniacy weszli do środka domu. Zaczęła się zastanawiać po jakie licho oni poszli do Magnusa. Najlepsza odpowiedź jaka jej przyszła do głowy to to, że szukają odpowiedzi na pytanie: „Co się kurwa stało z tymi dwoma co ich tu przysłałem?!". Tak, inaczej po co przywiałoby tu tych brzydkich skurwieli?

Miała wrażenie, że już niedługo dostaną wiele nowych puzzli i układanka wreszcie zacznie być pełniejsza. Więc nie mogą działać pochopnie, wychylać się ani nic. Szczególnie ona. Od teraz musi pójść w cień, obserwować, ochraniać z ukrycia. W końcu jest asem w rękawie.

Komórka zaczęła wibrować, ekran wypasionej komórki pokazał imię: „Nik".

- O mój Boże, wieczność od ciebie nie słyszałam! – Wydarła się wesoło.

- Wiem, przepraszam. Już jestem.

- Co tam u ciebie? Czemu teraz dzwonisz, a nie jakieś dziesięć lat temu? Tylko sms z numerem telefonu, którego nawet nie raczysz odebrać! – Jej ton zaczął być marudny.

Nik zaśmiał się niezbyt wesoło.

- Jesteś jak promyk słońca, a ja potrzebowałem na trochę pobyć w cieniu.

- Trochę… - Prychnęła. – Dziesięć lat ci zajęło! Wiem, że brakuje ci twojego ukochanego, ale kurna, człowieku, to nie znaczy, że nie można się do przyjaciół odezwać!

- Wiem, wiem. Już jestem. Właściwie to dzwonię w sprawie przyjaciół. Bo słyszałem, że masz nowych. Aż dwóch i chyba muszę ich zobaczyć by móc zachować spokój. – Westchnął.

Natalie zmarszczyła brwi, zamyśliła się.

- Wiesz, mamy niezłe kłopoty, pewnie słyszałeś. Jacyś goście zabijają mi czarowników. Mój przyjaciel jest jednym, co ja pierdole, większość moich znajomych to przecież czarownicy… Whatever. Lepiej o tym nie gadać przez fona. Przyjeżdżaj łapać ten swój spokój ducha tutaj to ci wszystko dokładnie opowiem. – Powiedział obserwując swoich pomocników przylatujących na swoich miotłach, motocyklach i krzesłach. – Muszę kończyć. Czekam na ciebie.

Po powiedzeniu sobie „papa" rozłączyli się i Natalie zwróciła całą swoją uwagę na garstkę czarowników. Było ich ośmiu, wszyscy którzy mieszkali w pobliżu. Wszyscy gotowi by bez szemrania spełnić jej rozkazy.

Jej przyjaciółka Jeanette uśmiechnęła się.

- Co tym razem?

- Myślę, że właśnie wyśledziłam mięsko armatnie. – Powiedziała wesolutko. – Macie ich obserwować. Są w tym budynku, na razie widziałam wampirzyce, przerażających bliźniaków i ifryta, pewnie jest ich więcej. Coś planują, na sto procent związanego z Catariną i Magnusem. Nie możemy robić nic pochopnie, więc żadnego zbliżania się do pola ochronnego, którego nie widzicie, ale tam jest. Macie śledzić każdego kto wyjdzie przez te pieprzone drzwi i mówić o każdym kto tam wejdzie. – Popatrzyła mocnym wzrokiem na każdego. – Na pewno niedługo zaatakują. Nie reagujecie na żadne dziwne manewry typu zabijanie niewinnych ludzi. Na sto procent chcą wiedzieć co tu się wyprawia. Jeśli zaatakują Magnusa lub jego dom, tylko jeden z was ma mu pomóc, inni dojdą tylko jeśli zrobi się naprawdę gorąco. Kapujecie?

Pokiwali pokornie głowami.

- Bardzo dobrze. Bo to delikatna sprawa. Nie mogą się dowiedzieć, że my wiemy, a przynajmniej musimy to jak najdłużej odkładać, zebrać informacje. I wtedy się zemścić za naszych pobratymców. – Uśmiechnęła się krwiożerczo. – Pytania?

Jeden z mężczyzn na motorze kiwnął głową. Pokazała ręką by się odezwał.

- Mamy bezczynnie patrzeć jak zabijają niewinnych ludzi? – Zapytał.

Jeanette przewróciła oczami, a Natalie miała wielką ochotę ją skopiować.

- Możesz zamknąć oczy. – Odpowiedziała złośliwie. – Albo ryzykować dekonspiracje, a wtedy bądź pewny, że nie schowasz się przede mną nawet w mysiej dziurze. Ryzykujemy tu o wiele więcej niż parę żyć. Mogą umrzeć tysiące jeśli nam się nie uda!

Kolejnych pytań nie było, więc Natalie znowu stała się miła i przyjemna.

- Jeanette, zostawiam to tobie, dasz sobie radę. Ja będę pod telefonem. Załatw gdzieś tu jakąś bazę. I dzwoń jakby co.

- Jasne.

Kiwnęły sobie głowami i Natalie poleciała w drogę powrotną. Strasznie tęskniła za czasami gdzie wszyscy się trzęśli, gdy tylko stawała się poważna. Ale cóż począć, przecież nie mieli pojęcia kim jest. Myśleli, że siedzi w podziemiach wielkiej rady czarowników i medytuje nad książkami. Pfff… Jakby kiedykolwiek robiła coś takiego.


A/N: Koniec opierdalania się dla mnie. Już niedługo odkryje się rąbek tajemnicy, hehehe. Fabuła leci, a tak mało w niej Maleca… :( Musi być więcej! Do chulery! Już siedem rozdziałów, a tak jakoś mało się działo. Muszę coś pomyśleć. :P