Iorweth był dzisiaj na dworze, posiedział sobie w fotelu dobre dwie godziny, poczytał, potem zasnął, znużony wiatrem. Cała wyprawa dodała mu wszakże jakiejś gorączkowej energii. Znów mówił o polityce, o elfach, o rasie, o Vergen, o cudownej sprawie Rzeczpospolitej. O lesie, o partyzantce też, w tonie właściwie melancholijnym. Grał na flecie rzewne melodie. Lydia się nim zajmowała większość dnia – jej to odpowiadało, roztkliwiało nieco. Roche'owi, który od godziny siedział przy chorym, rzecz pasowała znacznie mniej, zwłaszcza, że jemu anegdot partyzanckich tamten skąpił.

Vernon wziął jedną ze słynniejszych ostatnio komedii rybałtowskich, Perypetyja dziwna a cudowna wielce Dreptaka, pana na trzech morgach z Suchej Dolnej, usiadł w fotelu i oddał się lekturze, poleciwszy wcześniej watażce krzyczeć tylko, gdyby ten nagle zaczął zdychać. Ale to-to było pełne, jako się rzekło, gorączkowej energii, więc mimo wszystko bajdurzyło o elfiej wielkiej, pięknej przyszłości.

— ...i nie mamy czasu na życie według reguł estetyki. Ale kiedy odzyskamy wolność, ziemię, kiedy będziemy już bezpieczni, wtedy znowu będziemy narodem artystów. Odebraliście nam nawet to, nasze wewnętrzne pałace, nasze duchowe ogrody – ale je odzyskamy...

— Przecież wiesz, że ani ty, ani nikt w partyzantce nie ma najmniejszych szans, by tych wewnętrznych pejzaży choćby dotknąć — zauważył wreszcie zirytowany agent, unosząc wzrok znad książki (ukochana Dreptaka właśnie strzelała doń z kuszy, którą wcześniej sam jej kupił). — Siedź cicho, gadałeś całą ostatnią chędożoną godzinę, to ja sobie teraz poperoruję. To, co zrobiliście jako Wiewiórki, przekreśliło szanse na bycie poetami czegokolwiek innego niż przemocy. Żadnych ogrodów, żadnej miłości, tylko w kółko polityka, wojna, żałoba – gówniana poezja, znośna propaganda. Poezja jest życiem, do diabła, zapytaj Jaskra. Albo poczytaj sobie te jego poemata o chędożeniu i przyjemnościach stołu. Albo tego Dreptaka, świetna komedyjka. O życiu. A sztandar Wiewiórek to śmierć. Skończycie jako dzikie zwierzęta bez szans na egzystencję etyczną, estetyczną czy erotyczną choćby.

— W imię przyszłości — prychnął z wyższością Iorweth. — Poświęcamy się w imię przyszłości, jak te kamienie rzucane na...

Przygody Dreptaka były wciągające, z werwą napisane, fantastycznie śmieszne. Roche by do nich chętnie wrócił, a tutaj się mu kolejna przemowa szykowała. Przemowa, która mógłby wyrecytować z pamięci, łącznie z odpowiednimi fragmentami poematów.

— Łżesz jak pies — warknął wobec tego. — Jaka niby część nieludzi dostała szansę na lepsze życie dzięki Scoia'tael? Wyście sprowadzili im wojnę pod samiutkie drzwi. Wy nie jesteście szańcem, murem, tarczą, czymkolwiek tam, chroniącym innych — głos mu złagodniał, zaczął brzmieć pieszczotliwie, jak do dziecka — za wami już nikogo nie ma. Nic. Ruinki, pożoga, ziemia tak jałowa, że aby w ogóle miało sens wyprowadzać pługi w pole, kośćmi umarłych się nawozi. No, może trupami we wcześniejszym stanie rozkładu, jeśli się na takie trafi, znacznie to wydajniejsze. Monologowałem dość poetycko, by spiczastych uszu jaśnie pana nie urazić?

Watażka wykrzesał z siebie uśmiech.

— Bez fragmentu o wydajności — odparł — on jest taki... prozaiczny. Pragmatyczny. Jak z podręcznika dla rolników – pamiętaj, świeży trup lepszy do kompostownika niż bieluchne kości. Z bieluchnych kości tylko ozdoby, flety, meble, abażury... Co tam jeszcze wasze dzielne armie robiły z pomordowanych nieludzi przy powstaniu Aelirenn?

— Żadne „wasze", dwieście lat to dużo dla ludzi — machinalnie poprawił agent. — A ty uciekasz w przeszłe męczeństwo, typowo. Od tematu faktycznie prozaicznego: nie będziesz miał nigdy dzieci. Setki z waszych oddziałów zginęły bezpotomnie. I cóż wam nawet będzie po zwycięstwie? Dostojni starcy z rękami we krwi, piersiami lśniącymi od orderów i – poszukajmy poezji – zamkniętymi lędźwiami. Ja mogę polec za mojego seniora – bo każdego dnia rodzą się tysiące skurwysynów na moje miejsce. Elfy nie mają tego luksusu.

Iorweth patrzył na niego z chłodnym zaciekawieniem.

— Ależ kontynuuj — zachęcił. — Mówisz jak nasi szanowni starcy, oni też najchętniej by się ukryli i czekali na lepsze czasy, oni nam też mówią, by się płodzić – oni, którzy sami od wieków już tylko mówić mogą! – każą się płodzić i mieć nadzieję, że się rozmnożymy szybciej niż nas będziecie zabijać... Co jest mrzonką.

— Biologia jest mrzonką? — zaśmiał się Vernon. — A honor niby twardą rzeczywistością? Wasza ukochana natura niewiele ma wspólnego z godnością. Ale widzisz, to się zgadza, boście w tych wszystkich powstaniach przejęli strategię, światopogląd — znów parsknął śmiechem — ludzi. Wiewiórki myślą zupełnie jak Dh'oinne. Przy waszym cyklu rozrodczym was na to po prostu nie stać. Aż się zastanawiam, czy to naprawdę czysty dar od losu, czy praca agentury.

— To musi ładnie łamać idealistów — wtrącił watażka. — Nawet dowódców, zwłaszcza dowódców – więcej, łamie, sądząc z twoich zawodowych statystyk. Winszuję. — Słaby, ironiczny uśmiech przemknął mu przez wargi. — Aż szkoda, że jesteś Dh'oine i zaraz umrzesz. Kto mnie wtedy zabije? — prawdziwa uraza zabarwiła mu głos.

— Bredzisz — wyrwało się Vernonowi.

— Nie, tylko doceniam przeciwnika. Ale widzisz, mnie twoja mowa nie złamie, bo to wszystko już wiem. Aelirenn z jakiegoś powodu w końcu wyła i przepraszała przed śmiercią... Jeśli się żyje dość długo – i nie stłumi wszelkiej myśli na rzecz działania – to oczywiście, że przy analizie historii – a kto z nas mógłby jej nie analizować? tak długo pamiętamy – lęgną się... podejrzenia. Teorie. Widać pewne... związki. Myślę, że władcy Dol Blathanny też wiedzą, oni mają w końcu większość dokumentów, znają najstarsze opowieści z pierwszej ręki – oni muszą wiedzieć, co nieliczni się ważą przeczuwać, to pewnie tłumaczy ich politykę... Chociaż ona też daremna, nie ma żadnej nadziei.

Oczy terrorysty błyszczały, jakby znów podskoczyła mu temperatura, lecz kiedy agent sprawdził mu czoło, było chłodne. Ranny strząsnął dłoń z irytacją, jakby obrażony.

— Co oni muszą wiedzieć? — spytał mężczyzna. — Bo znowu uciekasz.

Tamten syknął i zawahał się, dosłownie sekundę. Potem odpowiedział, wymawiając każde słowo powoli, z aż przesadnie staranną dykcją. Ale świadomie, bez recytowania.

— Że powstanie Aelirenn było najpewniej przynajmniej częściowo zaprojektowane... wywołane przez wywiad ludzi. Że zmanipulowano i ją, i tych, którzy za nią poszli. Że nasze najświętsze idee zostały wykorzystane, by nas wszystkich wymordować. I że to samo zrobiono ze Scoia'teal. Że na samym początku partyzantki pewnie na trzech spiskowców dwóch było zdrajcami, szpiegami. Że idee kolportowano po to, by mieć pretekst do mordów. By jak najwięcej młodych zginęło, walcząc. Proszę. Jesteś zadowolony teraz? Dumny? Masz prawo być. — Spojrzał rozmówcy w oczy, bardzo teatralnym gestem. — Wygraliście. Nie złamiesz mnie, Vernonie Roche, bo ja nie wciągam fisstechu Scoia'tael. Żadnego syndromu odstawienia, nagłego trzeźwienia, przerażania rzeczywistością nie będzie. Nie mam nadziei, którą mógłbyś skruszyć. Jesteśmy, jako lud, żywymi trupami — wytłumaczył z brutalną, gwałtowną szczerością.

— Podajesz własnym oddziałom ten fisstech — przytomnie bąknął agent. — Ciągniesz je na śmierć, którą uważasz za bezsensowną.

W sumie chyba jednak cholernie wstrząśnięty. Tym, jak wielu nieludzi za owym szaleństwem poszło.

— Nie poświęcam moich oddziałów. O nic tak nie dbam — prychnął chory. — Znalazłem im bezpieczne miejsce w Vergen, Scoia'tael uzyskało azyl, sprawa swoje wolne państwo. Nawet rozmnażać się tam mogą. Dbam o moich braci — stwierdził z naciskiem. — Ale biologicznie nasza śmierć nic nie zmienia. W trochę węższej ramie czasowej znaczy dużo. A że fisstech… cóż, trzeba się jakoś doczołgać do końca. Po co w cierpieniu? Przynajmniej zginiemy dla idei, z godnością. Umarliśmy, jako rasa. Został nam tylko honor.

— Cóż po racji moralnej umarłym? — wypomniał mu Vernon.

— Nic. Ale to nie racja moralna, to... Trzeba umrzeć z godnością. Może być bez racji. Śmierć z godnością jest potrzebna żywym, honor jest czymś więcej niż racją.

— Sensem — podpowiedział cicho agent; chwytały go nudności. — Uczyniłeś sobie śmierć sensem bytu – i pociągnąłeś w to innych.

— Nie śmierć — zaprotestował żywo Iorweth. — Honor. Walkę.

— Nie walczysz, żeby żyć.

— Honor jest ważniejszy niż życie. Życie jest nic nie warte, jeśli nie masz za co go poświęcić, jeśli nie wybierasz, za co jesteś gotów umrzeć, zabić, walczyć. Walka jest ofiarą, a ofiara jest… — zamilkł na ułamek sekundy. — Ale nawet gdyby nie, to my nie mamy już ani przyszłości, ani życia. Walczymy, żeby umrzeć z bronią w ręku. Kiedy byś mnie zabił — jakaś dziwna, pokrętna, dziecinna prawie ufność zabrzmiała w głosie watażki — to byłbym zadowolony, że to ty, a nie alkohol albo zapalenie płuc, albo głód.

— Kurwa, na miłość... — Roche urwał, zdawszy sobie sprawę, że właściwie nie wie, co powiedzieć.

Mdłości się wzmagały, pojawił nacisk w skroniach. Elf spojrzał na niego, zaniepokojony, pogarszając sprawę, bo do mężczyzny doszło po raz kolejny, jak bardzo mu ten obłąkany drań w pewien sposób wierzy. Głównie co prawda, że Vernon mu wychuchaną, honorową śmiercią będzie, ale jednak.

Właściwie, ten rodzaj traktowania, przypominający hodowanie psa, byłby normalnie kurewsko irytujący, pomyślał agent, oddychając głęboko. W sytuacji, gdy o śmierć szło, nabierał cech przeszywającego. Nadal pozostając kurewsko irytującym.

Moment zdecydowanie nie był odpowiedni na okazywanie słabości – lecz mimo wszystko mężczyzna wyciągnął rękę, położył terroryście na ramieniu. Bez nacisku, tyle tylko, żeby tamten czuł dotyk.

— Ulżyło ci, jak to wreszcie powiedziałeś? — spytał cicho.

— Mówienie nigdy nic nie zmienia.

— Czyli tak — westchnął Vernon. — Nie mogę cię przesłuchiwać – to dam ci radę. W trzech punktach. Pierwszy: dobry śledczy by cię złamał. Ja bym cię złamał. Nie wierz, że cię nihilizm ochroni — głos mu łagodniał przy każdym wyrazie, schodził do ciepłego, niskiego, podobnego ciemnemu miodowi szmeru, jaki zwykle stanowią kołysanki. — Drugi: czysto biologicznie patrząc, to skoro elfom płodność rośnie przy chędożeniu z ludźmi, nie bylibyście skończeni jako rasa, gdybyście kiedykolwiek odłożyli dumę na bok i spróbowali to wykorzystać. Znaczy: strategia przetrwania ma sens, twoje bredzenie nie – przemyśl to i wmontuj w wizję świata. Żeby cię tym nie złamali.

Postarał się nawet zabrzmieć troskliwie. Choremu nie drgnęła powieka, dłoń za to zadrżała na kocu. Agent chwycił ją, rozprostował siłą, obrócił wnętrzem do góry, przejeżdżał kciukiem wzdłuż linii papilarnych, lekko, powoli. Nie przerwał mówienia:

— Podpunkt ostatni: ten typ honoru, na który się z takim upodobaniem powołujesz, jest ludzką wartością. Tylko ludzi biologicznie stać na puste męczeństwo. Nie tylko powstania wywołali agenci, na jakimś etapie agenci zarazili was wiarą w idee, które was musiały zgubić i w imię których powiodłeś na śmierć, świadomie, dziesiątki młodych nieludzi. To też sobie wmontuj w wizję świata, naucz się jakoś żyć z tym, że twoja filozofia została stworzona przez karaluchy, które następnie wykorzystały twoje komanda we własnej małej wojence. Naucz się tego. Bo inaczej cię tym złamią i będziesz przepraszał, skamląc o śmierć, bardziej niż wasza ukochana Aelirenn. I będziesz wiedział, że to wszystko przez twój dzisiejszy błąd i przez to, żeś z jakiegoś idiotycznego powodu, takiego jak wymyślony przez ludzi honor, traktował mnie, jak zaufanego wroga. Jasne?

Twarz rannego pozostała kamienna. Palce trzymał wyprostowane prawie do przeprostu, sztucznie. Oddychał bardzo, bardzo równo. Nie odpowiedział.

— Zrozumiałeś? — powtórzył Roche. — Nie po to się produkowałem, żebyś teraz po prostu mnie zignorował i dalej popełniał głupstwa.

— Zrozumiałem. — Iorweth brzmiał straszliwie głucho i Vernonowi się naraz zrobiło go prawie-jakby-poniekąd-niemal-a-trochę żal.

— Wolę, żebyś dłużej wytrzymał ewentualne śledztwa. Obecnie trafiłbyś na przesłuchania tylko u wrogów Temerii — wyjaśnił.

— Nie pomagasz — warknął chory.

— Pomagam — uciął agent. — Sam się kiedyś przekonasz.

Na przykład kiedy będziesz musiał, myślał Roche, wydać mnie Emhyrowi. Wówczas to, spokojnie skazując mnie na śmierć, a potem spędzając miły wieczór z Saskią na balu, w trakcie którego wreszcie, histeryku, nauczysz się doceniać takie drobiazgi jak gwiazdy, kwiaty, muzyka czy życie, pojmiesz, jak bardzo ci dzisiaj pomogłem. I ile mi Geralt jest winien.

'

'

— Który to już marsz dzisiaj? Przeforsujesz się, mnie zabije Lydia.

— Dam radę, nic mi nie będzie, nie odzywaj się do mnie.

'

'

— Gdybyś mnie teraz przesłuchiwał — zapytał Iorweth nagle — to co byś zrobił?

Szlag by to, pomyślał Vernon, skąd ci to nagle do głowy przyszło? Odpowiedział jednak rutynowo, przez zęby, bo nawet nie chciało się mu wyjmować fajki:

— Tobie jednak zakażenie się rzuciło na mózg. Nie przesłuchuję cię.

— Ale gdybyś...

— To bym cię nie leczył, tylko dobijał fizycznie.

— Tak jak tamci Nilfgaardczycy?

— Nie, zdecydowanie nie jak tamci — odparł urażony, nie mogąc się powstrzymać, mimo oczywistej prowokacji; fajkę wyciągnął i obracał w dłoniach. — Oni wykazali straszliwy brak profesjonalizmu. Kompletnie spartolili robotę. Mieli cię dobre trzy tygodnie, nic nie powiedziałeś i nawet nie byłeś bliższy powiedzenia. Za to ciągnąłeś resztkami sił, za moment by cię zabili. Ja przeprowadziłbym to lepiej.

— A. — Uprzejmie przyjął do wiadomości ranny. — Czyli jak konkretnie?

— Pozwól, że zasłonię się tajemnicą zawodową. I konfliktem interesów.

— To jeden sposób, hipotetyczny — naciskał terrorysta. — Ostatnio mi dawałeś rady. Skoro polityka cię zmusza do bycia miłym, to chociaż pofantazjuj sobie — dodał ironicznie.

Ironia nie mogła jednak stłumić prawdziwego, żywego zainteresowania w jego głosie. Fascynacji. Może wisielczej, może profesjonalnej, może wynikłej z tego pokrętnego przyzwyczajenia, które jest jedną z głównych słabości istot opierających się na honorze.

— Proszę? — Teraz poza gorączkową energią prawie-a-desperacja zalśniła w tonie chorego.

Vernon z sykiem irytacji odłożył fajkę – a tak miło było! – na stolik.

— Co by tu... na wstępie przypomniałbym, że mogę cię nie zabić, tylko po paru tygodniach, jak się upewnię, że nici ze współpracy, wypalić drugie oko, oderżnąć oba kciuki. I resztę palców. I okulawić. Zamiast „i" możesz wstawić „lub", każda z tych rzeczy czyniłaby cię nieprzydatnym do walki. — Mężczyzna posłał Iorwethowi roztargniony uśmiech. — I bym cię faktycznie nie zabił. Jak was znam, kochanków śmierci, to żyć jako bezdomny, pozbawiony godności dziad byłoby ci ciężko. Zwłaszcza, że nikt by ci nie uwierzył, iż nie sypałeś, skoro cię puściłem.. Może nawet po paru latach byś zgorzkniał na tyle, że wolałbyś się zemścić, faktycznie donosząc. Tak bywa.

Ranny milczał chwilę, jakby rozważając.

— Zabiłbym się — stwierdził wreszcie. — W więzieniu byście mi nie dali, ale zaraz za murami.

— O. Słuszna uwaga, dzięki. Trzeba by ci było język fachowo oderżnąć przed wypuszczeniem. Albo wybić zęby, to mniej chwały daje — wprowadził poprawkę agent.

— I tak bym się zabił.

— Miałbyś przynajmniej ciężko. No i pozbawiłbym cię twojej wymarzonej glorii śmierci męczeńskiej. Wieki by dumano, czyś przypadkiem nie sypał.

— Nie walczę dla glorii.

— Ale z glorią milej. Całej sprawie ta niepewność by podcięła skrzydła. Zamieszanie w szeregach, podejrzliwość, cios w wizerunek – przydałoby się przy następnych przesłuchaniach. Bardzo. I nikt by nie wiedział, że kłamię. Widzisz, tak czy siak byś zaszkodził sprawie, nawet wytrwawszy tortury i popełniwszy samobójstwo. Życie podłe bywa. Czy nie lepiej dla sprawy byłoby, gdybyś dał nam trochę mniej ważnych informacji, w zamian dostał łamanie kołem i glorię – a sprawa nie musiałaby się mierzyć z problemami, jakie wynikają ze zwątpienia we własnych gierojów?

— Sofistyka — oznajmił watażka. — Ale bardzo udana. Bardzo, bardzo udana.

Jakaś ciemna fascynacja skapywała mu z głosu. Roche wzruszył ramionami, zauważając:

— Kiedy leżysz na wygodnym łóżku, to sofistyka.

— Kogoś to złamało?

Vernon parsknął szczerym śmiechem.

— Gdyby to kogoś złamało, to byłbym zobowiązany chronić jego sławy niezłomnego bojownika. Takich umów służby dotrzymują.

— To by nie podziałało na większość, tylko raczej na polityków, cyników, tych, którzy mają wielkie ego oraz wiedzę, ciemną wiedzę o historii i naturze istot, którzy się nauczyli kombinować — rozważał głośno elf. — Nie miałeś w lochach chyba wielu takich, tacy siedzą głównie w Dol Blathanna i knują spiski...

Mężczyzna się zlitował.

— Czuję się w obowiązku wobec Geralta poinformować cię, że właśnie robisz to, czego z twojego punktu widzenia należałoby unikać. Z twojego punktu widzenia należy bez zastanowienia uznawać, że absolutnie wszystko, co mówię, to kłamstwa podrzędnej istoty. To akurat, jak sądziłem, tobie powinno przyjść z łatwością.

— Popadasz w paradoksy.

— Nie filozoficzną precyzją przesłuchiwanym się udaje zachować milczenie. Zadowolonyś z odpowiedzi?

Terrorysta chyba naprawdę się zastanowił.

— Tak — zdecydował wreszcie. — Dziękuję.

'

'

— Pomóc ci przejść na łóżko? Iorweth?

— ...Poproszę.

'

'

Kiedy jeden z wędrownych kupców – że też takim się chciało chodzić w czas wojenny, chyba tylko ze względu na neutralne i bogate Vergen – przyniósł z sobą, poza towarem i wieściami, list do Roche'a, zarówno agent, jak szeptucha w pierwszym odruchu spodziewali się trucizny. Dopiero nieco dłuższe wyjaśnienia handlarza i opis wysyłającej, pasujący do Teliny, przekonały ich, że w ogóle można bez narażenia życia otworzyć kopertę. Nadal jednak – w rękawiczkach.

Sam list, przesłany ze środka Temerii, napisany (nie najprostszym nawet szyfrem) na ślicznym, czerpanym papierze, błękitnym atramentem, był jakimś przedziwnym sposobem równocześnie lakoniczny i dygresyjny.

„Mam nadzieję, że jeszcze siedzisz u pani Lydii. Albo chociaż przekazałeś jej nowy adres. Ubiliśmy jednemu notariuszowi bazyliszka, którego niezadowolony klient mu podrzucił do piwnicy, stąd taki ładny papier – notariusz pozwolił nam ze swojego skorzystać, w ramach wdzięczności.

Źle mu odpłacamy tę wdzięczność. To znaczy, ja mu źle odpłacam, bo sprawdziłam cichcem dokumenty w sejfie, kiedy Geralt się zajmował potworem (chciałam mu pomóc, sam mi zabronił!). W sejfie tym różne najtajniejsze dokumenty lokalna wierchuszka składa. Sejf niby zaklęciami i szyfrem chroniony, ale ja nie głupia, a zaklęcia proste... Interesujące rzeczy, nie ma jednak miejsca w liście na wszystko. Jedno tylko: tutejszy szlachetka, Jakub Maus, podpisał już ponad rok temu umowę z nilfgaardzkim hrabią, Gasparem d'Fritzburgiem (ano), o dostawy papieru, bo mają tutaj słynny zakład wyrabiający papeterie. Ale cała śmietanka towarzyska się podpisała pod umową jako świadkowie i ta suma, co ją rzeczoznawca wyliczył, się nijak nie zgadza, ewidentnie zawyżona, więc mniemam – imaginujcie sobie, wielki panie śledczy, mniemam – że złożyli tym samym przysięgę na wierność Nilfgaardowi. Ale to tylko cząstka, bo Gaspar d'Fritzburg się podpisał jako członek Gildii Kupieckiej. Na co Gildii nieważny Jakub Maus, myślę? Chciałam jakoś rozpytać ostrożnie, ale czasu dużo nie mogliśmy mitrężyć, nie szło mi, więc poprosiłam Geralta, powiedziałam, że skoro Cię z tym elfem zostawił, to Ci jest winien.

Geralt, jak to Geralt, poszedł i się przespał z córką tego notariusza (chociaż przede mną udaje, że nie, jakbym jakąś zazdrosną czarodziejką była), bo one zawsze najlepiej poinformowane, wiadomo, taki polityk czy inna elita nic czasem na torturach nie powie, ale w domu to wszystko, bo w końcu rodzina. Poza tym ładna dziewczyna. Ruda i ćwierćelfka, bo notariusz pozbawiony uprzedzeń człowiek.

Wracając do tematu. Jakub Maus jest nieważny, zadufany w sobie dureń. Za to bardzo przystojny, kobiety za nim szaleją – to jedno. Do tego ma starszą przyrodnią siostrę (nieoficjalną, z romansu ojca), która go ubóstwia, nieba by mu przychyliła, nawet się coś o ich grzesznym romansie mawiało... I ta siostra jest dwórką w Cintrze. Przy królowej. Podobno raczej bliską.

Tak sobie myślę, że to Twoją pomoc w ratowaniu dla mnie fatałaszków i biżuterii spłaca. A, właśnie – Geralt zaczął już coś przebąkiwać, że mnie na niebezpieczeństwo naraża, czyli pewnie się powoli nudzi, wyrzuty sumienia go biorą czy coś. Zaraz mnie opuści albo ja go zostawię, bo ja nie z tych, to się je porzuca, więc daj pani Lydii jakiś adres kontaktowy, dobrze? Może do Vergen pójdę, skoro im dowódcę ratowałam, to mnie przyjmą, a tam podobno bezpiecznie...

Całuję Ciebie i panią Lydię, i tego biednego elfa – nie daj się zabić, proszę, miło Cię wspominam (jesteś jedynym znanym mi mężczyzną, który się w ogniu namiętności troszczył o moje przyszłe ewentualne kłopoty, słodkie to było), a w takich czasach kobiecie niewygodnie samej i życie przygodowe się mi spodobało – i chyba się nadaję na szpiega? – całuję Was wszystkich, raz jeszcze,

Telina

PS. Geralt się dołącza do pozdrowień".

— To ładna dziewczyna jest — stwierdziła ciepło znachorka, czytająca przyjacielowi, z pełnym jego przyzwoleniem, przez ramię. — I bystra, widzę.

— Ta — westchnął Vernon. — Ale teraz to ja Vattierowi de Rideaux dać znać muszę. Jeśli o cokolwiek się Cesarz troszczy w życiu, choć troszeczkę, to o żonę.