Rozdział 6

(BERNIE)

Wszystko poszło nie tak. Nic nie ułożyło się po mojej myśli. Ten telefon rozstroił mnie do tego stopnia, że nie byłam w stanie wykonać najprostszych czynności. Nie wiem czemu, ale miałam dziwne wrażenie, że coś kryje za tymi całymi Cullenami. Nie jestem głupia, było w nich coś, co mnie niepokoiło, sprawiało, iż zapominałam o wszystkim dokoła.

Ponieważ oni tak bardzo interesowali się moja osobą, postanowiłam odwdzięczyć się tym samym, to znaczy zebrać jak najwięcej informacji o Esme, Carlisle i ich słodkiej rodzince.

Zaczęłam od podstawowych danych jakie wykradłam z sekretariatu sierocińca, nie była to zbyt trudna czynność, tym bardziej że podczas rozmowy, dyrektorka zostawiła mnie samą w swoim gabinecie.

Nie znalazłam tam niczego satysfakcjonującego, ot adres, zawód jaki wykonywali, status majątkowy. Jedynie co mnie zainteresowało, to niezwykle młody wiek tych dwojga, nie przypuszczałabym, że ludzie, którzy nie skończyli jeszcze trzydziestki wolą adoptować nastolatki a nie, jak większość ich równolatków, niemowlaki bądź młodsze dzieci. To jakiś fetysz?

Postanowiłam pogrzebać głębiej. Uwielbiam surfować po Internecie i nie chwaląc się jestem w tym całkiem niezła. Postanowiłam więc wykorzystać swoje umiejętności. Podczas pracy w bibliotece mam nieograniczony dostęp do sieci, zamiast więc grać standardowo w jedną z internetowych platformóweki, postanowiłam pogrzebać w bazach danych. Wbrew pozorom nie trzeba być hakerem, aby mieć dostęp do tego typu informacji, wystarczy wiedzieć po prostu gdzie szukać. Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu nie znalazłam nikogo nazwiskiem Cullen, który odpowiadał by danym, które posiadałam. Ponieważ Stany Zjednoczone są wielkim krajem, nawet w formie elektronicznej, znalezienie niektórych danych będzie trwało trochę czasu, nie poddam się tak łatwo. Jednak mam dziwne przeczucie, że nie znajdę niczego na temat tej tajemniczej rodziny. Z tego co pamiętam, dzieci Cullenów są mniej więcej w moim wieku, nie było ich na tak popularnych portalach i forach społecznościowych, co również w pewnym stopniu mnie zaniepokoiło. Wprawdzie ja również nie posiadam konta na Twitterzeii oraz na MySpaceiiiczy Facebooku, ale mój przypadek jest wyjątkiem od reguły. W dzisiejszym

świecie, jeżeli nie istniejesz w Internecie, to nie istniejesz w ogóle.

Poszukiwania zajęły mi masę czasu, przejrzałam bazy danych wszystkich liczących się uczelni, wykładających medycynę, ale nie znalazłam tam absolwenta imieniem Carlisle Cullen. Zaczęłam więc inwigilować, mniejsze i słabsze uniwersytety, jednak po tajemniczym ojcu rodziny nie było nawet śladu. Nie miał akcentu, co by świadczyło że jest Amerykaninem, ale nie wyklucza to studiowania za granicą. Doszłam do wniosku, że z tej strony, nie dam rady i musze sobie znaleźć inne źródło informacji.

Cullenowie dzwonili do mnie regularnie, co trzy dni. Za każdym razem padały te same, trochę dziwne pytania: Czy nikt mnie nie zdenerwował? Czy nie jestem chora? Czy spędzam czas wolny wśród dużej ilość znajomych? Czy ostatnio wybrałam się do centrum handlowego?

Za każdym razem moje odpowiedzi się nie zmieniały i najczęściej brzmiały NIE!

- Pomyśl , po co im takie idiotyczne informacje? – zapytałam głośno samą siebie, leżąc na s łóżku. – Może szukają jakieś określone typy osobowości, możliwe że kolekcjonują jakiś odrzutów . Gadasz sama do siebie więc na pewno zaliczasz się do grupy świrów. Co jednak nie niszczy dziwności w sytuacji w jakiej się znalazłaś.

Z dnia na dzień, głód informacji zaczął mnie dobijać. Popadłam wręcz w obsesje. Do szału doprowadzało mnie to, że nie jestem w stanie znaleźć niczego, co pozwoliło by mi dowiedzieć się czegoś więcej o Esme i jej rodzinie.

- Co to jest, jakieś tajne akta FBI czy CIA To niemożliwe, żeby nie istniały jakiekolwiek dokumenty na ich temat. – Ostatnio to zdanie dość często pojawiało się w moim wewnętrznym monologu.

Seattle

- Alice, powiedz, że nic się nie dzieje? – Esme już od dwóch tygodni zamęczała tym pytaniem swoją córkę.

- Spokojnie, w prawdzie stan jest napięty, ale na razie nie widzę żadnego konkretnego zdarzenia, które rozpocznie efekt domina. – Głos czarnowłosej był cichy i stanowczy, dawno już nie pracowała tak intensywnie nad swoimi wizjami. Czuwała w każdej minucie dnia i nocy, aby w razie czego, z dużym wyprzedzeniem wiedzieć co się stanie.

- A co rozumiesz przez pojęcie, stan napięty? – zapytała Rosalie.

- W Bernie rośnie frustracja, niestety nie jestem w stanie zobaczyć, czego ona dotyczy. W każdym razie z kolejnym dniem czuje się coraz gorzej. Przez lata walczyła w własna naturą, ale każdy wie, że wiek nastoletni to burza hormonów. Nie można jej winić, że powoli przestaje sobie z tym wszystkim radzić. – Alice próbowała wyjaśnić wszystko jasno i zwięźle, ale sama do końca nie znała odpowiedzi na to pytanie. Nie była w stanie zobaczyć uczuć dziewczyny.

- Czyli jej stan psychiczny jest coraz gorszy. – stwierdził Jasper. – Uważam, że powinniśmy osobiście ją odwiedzić. Wszyscy. Ja będę w stanie stwierdzić w jakim humorze znajduje się nasza zaginiona dziewczynka, a Edward przy okazji sprawdzi co o nas myśli. To chyba dobre rozwiązanie, tym bardziej, że w końcu wszyscy ją spotkamy.

- Ja jestem za. – Głos Edwarda zaskoczył wszystkich znajdujących się w salonie. Do pokoju spokojnym krokiem wszedł właśnie z resztą swojej rodziny, Bellą i Nessi.

- Ja też chciałabym ją w końcu zobaczyć, Alice czy to dobry pomysł? Nie spowoduje to jakiś niepotrzebnych komplikacji. – brązowowłosa znacząco spojrzała na przyjaciółkę.

- Moim zdaniem to za wcześnie. – mruknęła Nessi, ale nikt jej nie słuchał, wszyscy wyczekiwali odpowiedzi na zadane przez Bellę pytanie.

- Na razie nie widzę żadnych przeciwwskazań, osobiście uważam to za genialny pomysł. To fascynujące oglądać ją w swojej głowie, ale chciałabym w końcu z nią porozmawiać. W końcu trzeba dobrać jej garderobę. – zaśmiała się na końcu przebiegle chochlica.

(BERNIE)

- O cholera, tego nie przewidziałam. - Nie przejmowałam się że wszyscy na korytarzu słyszą mój komentarz, ale nic nie mogło mnie bardziej zaskoczyć niż wizyta Cullenów. Wszystkich, co do jednego. Każdy mieszkaniec sierocińca, który mijał mnie w tym momencie musiał uznać mnie za jeszcze gorszą wariatkę, niż do tej pory.

Nie dość, że gadam na głos do siebie, to jeszcze do tego gwałtownie przy tym gestykuluje.

Kiedy do mojego pokoju przyleciała podniecona sekretarka z wieścią o czekającej na mnie grupce osób, wiedziałam ze czekają mnie kłopoty.

Nie byłam przygotowana na to spotkanie, ani w sposób mentalny, ani fizyczny. Denerwowałam się, głupio mi się do tego przyznać, ale nigdy nie lubiłam kontaktów z ludźmi, więc sama myśl, że spotkam się z grupką zadufanych nastolatków i dwóją nieistniejących, według moich źródeł ludzi, było dla mnie co najmniej niepokojące. Przynajmniej wyglądałam tak jak trzeba, spłowiałe jeansy i czarna bluza z kapturem, sprawiały, że czułam się odrobinę pewniej.

Wchodząc do pokoju spotkań, byłam pewna, że to spotkanie będzie decydujące, tylko na czyją korzyść?

- Dobrze cię znowu widzieć kochanie. – Nim zdążyłam w jakikolwiek sposób zareagować, utonęłam w ramionach Esme. To było nawet w pewien sposób miłe, jednak odsunęłam się gwałtownie. Nikt nie powinien mnie dotykać. To zbyt niebezpieczne.

- Dzień dobry. – odparłam chłodnym głosem.

- Tak się cieszę z naszego spotkania, choć przedstawię cię wszystkim. – Esme nie traciła czasu, popchnęła mnie lekko w stronę osób siedzących na kanapie. – Carlisla już znasz, więc przejdziemy dalej. To jest Emmett, zapewne pamiętasz go z naszej pierwszej rozmowy telefonicznej.

Gdy podniosłam głowę, moim oczom ukazał się olbrzymich rozmiarów chłopak, przypominający posturą niedźwiedzia. Jednak, może raczej dużego misia. Jego oczy świeciły dziwnym blaskiem, a na ustach kwitł ogromny uśmiech. Sprawiał wrażenie przyjaznej osoby.

- Część maleńka. – zaśmiał się szelmowsko Emmett i śladem Esme porwał mnie w mocnym uścisku. Miałam wrażenie, że się uduszę, dzięki bogu trwał krótko.

- To Rosalie. – Esme kontynuowała prezentacje.

Tym razem przede mną stała wysoka, posągowa blondynka. Nigdy nie widziałam aż tak boląco pięknej osoby. Jej wzrok był wyzywający, jakby sprawdzał mnie, czy się nadaje. Blondi wzbudzała moją czujność.

- Cześć. – usłyszałam na powitanie. Nie dziwie się jej, sama byłabym sceptyczna co do mojej osoby, na jej miejscu.

- A oto Alice i Jasper. – Z zadumy wyrwał mnie głos Esme.

- Witaj Bernie, tak się cieszę, że mogę cię w końcu spotkać. Przygotowaliśmy już dla ciebie pokój, mówię ci kolor ścian jest wspaniały. Jeszcze nie zdążyłam skompletować ci szafy, ale obiecuje, że do twojego przyjazdu wszystko będzie gotowe. – Nawet nie rozumiałam sensu słów, jakie wychodziły z ust tej czarnowłosej dziewczyny. Z wyglądu przypominała chochlika. Miała czarne, nastroszone włosy. Była niziutka, tak jak ja, ale w odróżnieniu ode mnie miała figurę baletnicy. Po za tym rzuciła się na mnie, aby się przytulić. Czy ta rodzina oszalała?

Chłopak o imieniu Jasper nie tryskał takim entuzjazmem jak Alice, ale patrzył na mnie z dużym zainteresowaniem. Wydał mi się równie sympatyczny, jak Emmett. Może nawet bardziej, niż jego brat. Cenię opanowanie i powściągliwość u ludzi . Zaskoczył mnie jednak tym, że na powitanie pocałował mnie w rękę. To trochę staroświeckie zachowanie jak na XXI wiek.

- A to następny członek naszej rodziny, Renesmee.

Włosy tej dziewczyny miały intensywny brązowy kolor. Patrzyła na mnie z jawną niechęcią, widać to było zarówno w jej postawie jak i wzroku. Co za idiota nazwał tą dziewczynę, na jej miejscu również pałała bym chęcią zemsty wobec wszystkich w koło. Ten potwór z Loch Ness już mnie nie lubił. Z resztą z wzajemnością.

- Ja jestem Bella. – Następna w kolejce była dziewczyna łudząco podobna po potwora z Loch Ness . Była, trudno mi to określić, niesamowita. I tak dziwnie na mnie patrzyła. Ona również przytuliła mnie do siebie, tylko tym razem było dziwnie. Jakoś czulej. W oczach zebrały mi się łzy. Co się dzieje?

- A to jest Edward. – Ponownie głos Esme przywrócił mnie do rzeczywistości. Ostatni w tym dziwnym korowodzie był najprzystojniejszy chłopak, jakiego kiedykolwiek zobaczyły moje oczy. Jego włosy były koloru miedzianego a oczy intensywnie brązowe. Edward patrzył na mnie ze zdziwieniem, chyba zupełnie inaczej mnie sobie wyobrażał. No cóż, trudno powiedzieć cokolwiek pozytywnego o mnie, tym bardziej w aspekcie fizycznym. Nic więc dziwnego, że był rozczarowany. Marszczył przy tym dziwnie brwi, jakby czegoś nie rozumiał albo próbował coś wyczytać z mojej twarzy.

- Witaj! – No więc do wylewnych to on nie należał, ale w przypadku tej rodziny to chyba zaleta. Cała dziewiątka była nieziemsko doskonała, szczególnie pod względem fizycznym. Wszyscy mieli bardzo bladą cerę, w porównaniu z moją szarawą skórą wyglądali szałowo. No i wszyscy mieli oczy intensywnie brązowe, jak Edward. Czyli nawet tym się różnie od nich wszystkich, tym bardziej zastanawiam się, co widzą we mnie że chcą mnie wziąć do siebie do domu. To przeczy tym wszystkim, kurewskim zasadom logiki

Stałam tak przed nimi wszystkimi i nie wiedziałam, co dalej robić. Tego się nie nauczyłam przez całe swoje beznadziejne życie.

Bella była przeszczęśliwa, kiedy w drzwiach zobaczyła w końcu Bernadett. Dziewczyna rzeczywiście różniła się od nich. Była niska i krągła, ale według niej, nie umniejszało to jej uroku. Twarz zasłonięta była czarnym kapturem, ale dobry wzrok wampira pozwolił jej dojrzeć intensywnie zielone tęczówki jej oczu. Były piękne, jakby odsłaniały dusze dziewczyny. Nawet druciane oprawki okularów nie niszczyły piękna jej oczu. Ubrana była w stare, znoszone rzeczy, prawdopodobnie kilka rozmiarów za duże. Belli zdawało się, jakby Bernie próbowała ukryć się za szerokimi ubraniami. Esme po kolei przedstawiała poszczególnych członków rodziny, w końcu przyszła kolej na nią. Nie była w stanie się powstrzymać, przytuliła Bernadett mocno do siebie. Przepełniła ją fala intensywnych uczuć, w końcu tuliła do siebie swoją drugą córeczkę. Nareszcie wszyscy tak kochani przez nią są razem.

Edward przeżywał to spotkanie tak samo intensywnie jak cała jego rodzina. Cały czas czuł się niepewnie, nadal nie wiedział co o tym wszystkim sądzić, ale nie mógł się oprzeć wrażeniu, że wszystko będzie dobrze. Od momentu, kiedy zobaczył swoją druga córkę, wiedział, że jest zupełnie inna. I nie tylko pod względem fizycznym, ale przede wszystkim mentalnym. Dziewczyna, w porównaniu do nich wszystkich, była brzydka, Edward nie potrafił kłamać sam przed sobą. Bernadett nie posiadała urody jaką miała Renesmee, Bella, czy on. Była za okrągła jak na swój niski wzrost, jej włosy miały dziwny szarawo-czarny kolor, a burza loków niestety nie dodawała jej uroku. Ale jej oczy, trafiły w głąb jego duszy. Były intensywnie zielone, takie same, jakie kiedyś on posiadał, w czasach gdy był jeszcze człowiekiem. To była jedyne podobieństwo jakie zauważył.

Bernadett patrzyła nieufnie na wszystkich członków rodziny, wydawało się, że w każdej chwili jest gotowa do kontrataku. Była niezmiernie czujna.

Była niezwykła w jeszcze inny sposób. Choć próbował usilnie, Edward nie był w stanie odczytać jej myśli.

- Widocznie to odziedziczyła po matce.- stwierdził.

Gdy przyszła jego kolej w tej groteskowej według niego prezentacji, spojrzał prosto dziewczynie w oczy. Nadal usilnie starał się zaglądnąć do jej umysłu, ale nic nie wyszło z jego wysiłków.

To wszystko zaczęło go poważnie przerażać.

i

ii

iii