Epilog
Ogień huczał w kominku, zalewając komnatę przyjemnym ciepłem, tak miłym zwłaszcza w porównaniu z szalejącą za oknami śnieżycą. Płomienie lizały dorzucane co rusz polana, ale Amras zdawał się nie zwracać na nie uwagi, zapatrzony w nie niewidzącym wzrokiem. Mokre od śniegu warkocze schły powoli w cieple, zgrabiałe palce owinął wokół kubka z grzanym winem, którego dzban stał na pobliskim stole. Najmłodszy syn Feanora siedział na ławie, oparty o ścianę, swobodnie, pozornie nonszalancko, z nogą wspartą na zydelku.
Ostatni tydzień spędził na zwiadzie. Uciekł z twierdzy, ledwie wrócili, nie mogąc znieść pustki po zmarłych braciach, których obecnością Amon Ereb nasiąkło przez ostatnie lata, nawet jeśli nie przebywali tam wszyscy przez cały czas. Tydzień jazdy po okolicy, bez odpoczynku dłuższego niż minimum niezbędne dla wierzchowców, tydzień w zimnie i śniegu, dopóki pogarszająca się pogoda nie zmusiła go do powrotu. Nie było mowy, by wróg podkradł się pod ich twierdzę w takiej zawiei, a Amras ryzykował tylko, że konie pomarzną i połamią nogi na skrytych pod śniegiem nierównościach. Nie miał wyboru, zawrócił.
Maedhros dosiadł się do niego bez słowa, napełnił sobie kubek. Amras zmierzył go nieprzychylnym spojrzeniem, jakby chciał zaprotestować, ale zamiast tego omiótł wzrokiem sylwetkę brata i skomentował obojętnie.
– Wyglądasz lepiej.
Skinięcie głową i nieznaczne wzruszenie ramionami było jedyną odpowiedzią, jaką otrzymał. Żaden z nich nie był w nastroju do rozmów, a i nieliczni przebywający w komnacie elfowie musieli wyczuć ponury nastrój dowódców, gdyż rychło zostawili ich samych.
Wina w dzbanie nie starczyło na długo. Pora była późna i w pobliżu nie kręcił się nikt, kto mógłby im przynieść nowe, więc bracia musieli sami zatroszczyć się o trunek.
xxx
– Ojciec nie powinien był zginąć na samym początku – odezwał się cicho Amras, jak gdyby do siebie, ale i tak zaskoczył Maedhrosa; w piwnicy było tak cicho, tylko oni dwaj, siedzący i pijący w milczeniu, zagubieni we własnych myślach. – To wszystko jego sprawka. Powinien być tu, razem z naszymi elfami. Nie martwy, ale żywy. Powinien widzieć jak to jest, próbować przeżyć w tej przeklętej krainie, walczyć z Nieprzyjacielem. Powinien widzieć, jak umieramy. Zasługiwał na to. – Amras napełnił ponownie swoją szklankę i pociągnął kilka długich łyków; jego oczy były suche i puste, gdy spojrzał na brata. – Zasłużył na to, by patrzeć, jak jego dzieci giną w jego wojnie.
– To również nasza wojna – przypomniał mu ponuro Maedhros, ściskając własną szklankę. Prawą rękę wciąż trzymał na temblaku, teraz naznaczonym czerwonymi plamami tam, gdzie rozlało mu się wino. – Wiedzieliśmy, co robimy, gdy powtarzaliśmy za nim przysięgę.
– Wiedzieliśmy? – Amras roześmiał się gorzko. Tym razem zadrżała mu ręka, gdy sięgnął po butelkę mocnego krasnoludzkiego wina, które pili. – Czy my naprawdę wiedzieliśmy, co robimy, gdy przeklinaliśmy siebie? Spójrz na mnie i powiedz, że wiedzieliśmy, wtedy, na tamtym placu. Że to będzie ból, śmierć i szaleństwo. Te przeklęte statki, o których Makalaure tak pięknie śpiewa, potem Telvo... – imię zabrzmiało obco w jego ustach. – Powiedz, że kiedykolwiek wyobrażałeś sobie, co Moringotto nam zrobi. Co zrobi tobie...
Maedhros wstrząsnął się. Nie po to tu dzisiaj przyszli, nie dlatego pili. Sądził, że będą opłakiwać wspólnie poległych braci. Ostatnią rzeczą, której sobie życzył, było roztrząsanie piekła niewoli.
– Przestań.
– Wiedziałeś? – Pijany, Amras nigdy nie wiedział, kiedy zamilknąć w porę. Teraz też wpatrywał się w brata oczami pełnymi żalu i gniewu. – Spodziewałeś się takich koszmarów, gdy przysięgaliśmy? Nie, Maitimo. Prawda jest taka, że wszyscy byli przerażeni, a ojciec szalony. A my, my byliśmy po prostu głupimi dziećmi. To wszystko i tak obróci się w niwecz. – Z tymi słowami Amras odepchnął się od stołu i niepewnym krokiem przeszedł pod ścianę, by osunąć się tam na podłogę; cudem nie rozlał przy tym wina naokoło.
xxx
Maglor złapał się na tym, że kolejny wieczór patrzył się bezmyślnie w pustą kartkę, a słowa wciąż nie chciały przyjść. Zdawałoby się, że łatwo będzie wyrzucić z siebie cały ten żal, teraz, gdy byli we względnie bezpiecznej fortecy, lecz ani jedna strofa nie żegnała braci, ani jeden wers nie spróbował oddać choć części żałoby.
Lampa ojca kołysała się delikatnie, gdy Maglor bezwiednie przesuwał podstawkę po biurku. Świecący kryształ zabujał się mocniej, gdy śpiewak drgnął, słysząc pukanie do drzwi.
– Proszę.
Do gabinetu wsunęła się drobna elfka o wciąż dziecięcej sylwetce. Na prostą, wełnianą sukienkę miała narzuconą kurtkę myśliwską, zupełnie do niej nie pasującą i Maglor niemal się uśmiechnął na ten widok. Dziewczynka wciąż musiała być podekscytowana tym, że w końcu pozwolono jej dołączyć do myśliwych. A może i nie, zreflektował się śpiewak, gdy przyjrzał się jej poważnemu obliczu. Może po prostu kurtka była na wierzchu.
– Tak, Dinessel? Coś się stało? – zagadnął z zainteresowaniem; mała zwykle kręciła się gdzieś w pobliżu, ale raczej nie przychodziła bezpośrednio do niego, kiedy mogła iść do Amrasa, który przecież właśnie wrócił.
– Lord Amras nie... – zaczęła oficjalnie dziewczynka i urwała. – Byłam w piwnicach, miałam przynieść do kuchni wino i... lord Maedhros tam był. Coś, coś było bardzo nie w porządku, nie chciał mi odpowiedzieć ani nic, a... A Amras...
A Amras jest pijany, dopowiedział sobie w duchu Maglor, wstając od biurka. Chyba tylko to mogło tłumaczyć fakt, że Dinessel przyszła po niego. A skoro Maedhros ją wystraszył, coś musiało się stać.
– Dziękuję ci. Idź odpocząć, kto wie, czy Amras nie weźmie cię ze sobą, gdy tylko pogoda się poprawi. – Maglor posłał jej zmęczony uśmiech i chwycił lampę z blatu. – Nie musisz ze mną iść – dorzucił znacząco, widząc, że Dinessel się waha.
Dziewczynka zrozumiała aluzję i czmychnęła, a Maglor pospieszył do piwnic. Nie podobała mu się uwaga wychowanki, że Maedhros nie chciał jej odpowiedzieć, bo był świadomy, że w jego wypadku „nie chciał" oznaczało „nie mógł". A skoro tak, to było bardzo źle.
Drzwi do loszku były uchylone. Maglor wszedł do środka i uniósł nieco wyżej lampę. W chłodnym powietrzu unosił się zapach dymu, najwyraźniej właśnie dopaliła się świeca stojąca na jednej z beczek. Amras przysnął obok, oparty o zimną ścianę, ale jego Maglor zamierzał obudzić za chwilę. Bardziej interesował go starszy brat.
Maedhros wycofał się na sam koniec pomieszczenia, jak najdalej od drzwi. Maglora zupełnie nie zdziwiło ani puste spojrzenie, ani kikut przyciskany do brzucha. Starszy brat prześlizgnął się po nim wzrokiem i spróbował cofnąć, ale nie miał dokąd.
– Pityo! – zawołał Maglor przez ramię. Tak jak zakładał, ostry ton i nuta alarmu w głosie wystarczyły, by obudzić brata; wstawiony czy nie, Amras wciąż był zwiadowcą. – Chodź tu i mi pomóż.
Najmłodszy syn Feanora dźwignął się z podłogi i podszedł nieco chwiejnie. Obrzucił braci nierozumiejącym spojrzeniem, ale Maglor nie zamierzał w tej chwili niczego wyjaśniać. Oddał mu lampę i zadowolił się faktem, że brat przyświecał mu, pozostawiając obie ręce wolne.
– Nelyo, idziemy – odezwał się spokojniej, zastanawiając się, co powinien zrobić. Nie pamiętał, by kiedykolwiek widział Maedhrosa pijanego w Śródziemiu; czasy beztroskich festiwali minęły bezpowrotnie. Brat nie pozwalał sobie na takie przytępienie zmysłów nawet w czasach długiego pokoju. Wyglądało jednak na to, że tym celowo przekroczył granicę, lub może nie wziął pod uwagę wpływu lekarstw Alcarino.
Trochę trwało, nim Maglor zdołał namówić go do wstania, ale przekonał się, że mimo upływu wielu lat jego głos wciąż miał wpływ na brata. Stopniowo Maedhros poddał się i pozwolił biernie poprowadzić do swojej komnaty. Na szczęście nie spotkali nikogo poza zmieniającymi się wartownikami, którzy ograniczyli się do otwarcia i przytrzymania im drzwi. Amras podążał za starszymi braćmi, a kryształowa lampa bujała się w jego dłoni.
– Nie powinieneś był pozwolić mu tyle pić – odezwał się z naganą Maglor, gdy miał już pewność, że Maedhros śpi i nie powinien mieć zwidów.
Amras stał oparty o ścianę i obserwował poczynania starszego brata, ale na tę uwagę roześmiał się gorzko.
– Ja? Jemu? To on tu jest starszy. – Młodszy rudzielec wytrzeźwiał trochę, ale nie na tyle, by wiedzieć, kiedy zamilknąć. Tak bardzo, jak Maglor mógł tego nie znosić, najmłodszy brat, zwykle dość zamknięty, po kilku kieliszkach stawał się boleśnie szczery i rzadko kiedy miał coś miłego do powiedzenia.
– Zaszkodziło mu – zauważył śpiewak. – Tobie pewnie zaszkodzi rano, więc może powinieneś iść spać? I podziękuj potem Dinessel, oszczędziła ci sztywnego karku – spróbował ostentacyjnie protekcjonalnym tonem, skoro Amras sprawiał wrażenie, jakby trzeba było starszego brata.
Nie trafił. Puste, gniewne spojrzenie, którym został obdarzony, nie miało nic wspólnego z jego najmłodszym braciszkiem.
– Nie zauważyłeś, że my już nie wiemy? Co trzeba, co się powinno, co wolno – wysyczał Amras. Odbił się od ściany i wyszedł nieco chwiejnie. Miał dość przyzwoitości, by nie trzasnąć drzwiami.
