o.o.o.o

ROZDZIAŁ VII

PRZEZNACZENIE

o.o.o.o

Dwór Riddle'ów [2 lata później]

– Hadian. Obudź się.

Hadrian wymamrotał coś w odpowiedzi i machnął dłonią, próbując odegnać nieuprzejmego intruza.

– Hadrian.

Głos był ostry, ale on zachrapał tylko.

W końcu poczuł jak jego ramię jest wypychane w bok przez czyjąś dłoń. Jego głowa, straciwszy podparcie jego ręki, opadła na stół i chłopak zirytował się. Słyszał dziecięcy śmiech po swojej prawej stronie i otworzył jedno oko, gapiąc się na platynowego blondyna siedzącego obok niego.

–Yy… Hadrian?

Hadrian odepchnął głowę w tył i zacisnął zęby.

–Czego?!

– Może powinieneś wyjąć rękę z mojej mikstury, gdy śpisz, co?

Hadrian mruknął. Jak ktoś w ogóle może być tak irytujący, jak… reszta jego myśli wyparowała, gdy wsadził rękę w bąbelkującą, zieloną miksturę pływającą w kotle. Szybko zasyczała i jego łokieć stanął w sztucznym ogniu. Twarz Hadriana zarumieniła się ze zmieszania, gdy ręcznie próbował strząsnąć trzaskające wesoło płomienie.
– Panie Riddle, ile razy mam ci powtarzać, że musisz koncentrować się na eliksirach jeśli chcesz, żeby były perfekcyjne.– Severus Snape mówił miękko, ale wpatrywał się w niego karcącym wzrokiem.

Hadrian zrobił minę w stronę nietoperzowatego nauczyciela.

– To takie nudne, patrzeć na bąbelki.

– Draco nie wydaje się mieć z tym problemu.
– Ale lekcja jest nudna, i on jest nudny. Dopełniają się.– Hadrian uśmiechnął się drwiąco do przyjaciela.

Draco, który siedział obok, zepchnął go z ławki. Hadrian spadł na podłogę z cichym hukiem i spiorunował wzrokiem Draco, który wyglądał na niezwykle zadowolonego z siebie.
– Draco! Nie krzywdź biednego Hadriana!– jazgotliwy głos rozległ się od strony drzwi. Hadrian uśmiechnął się triumfalnie; Draco oberwie. Bellatrix Lestrange wkroczyła do pokoju z wysoko uniesioną głową i obdarzyła Snape'a niechętnym spojrzeniem.

–Bellatrix.– Przywitał ją kurtuazyjnie nauczyciel. Wyglądał na zirytowanego całym tym bałaganem na jego lekcji.

Chociaż ręka Hadriana się już nie paliła.

–Biednego Hadriana?– zdziwił się Draco.

– Jest niezwykle ważny, więc nie waż się nawet zranić małego włoska na jego głowie. Nie zasługuje na złe traktowanie. Jest moim aniołkiem. Rozumiesz mnie? Nie dotykaj Hadriana. Albo…– Bellatrix zawiesiła głos niebezpiecznie, grożąc mu różdżką.

Po dwóch latach razem kobieta traktowała Hadriana jak własnego syna i zachowywała się jak bardzo denerwująca, szalona matka.
– Ciociu Bello, czasami zastanawiam się czy kochasz Hadriana bardziej niż kochasz mnie, krew z twojej krwi. Jak możesz?– Draco złapał się teatralnie za twarz, udając że zalewa się łzami.

– Ale to prawda…– zaczął Hadrian i uchylił się, zanim Bellatrix mogła grzmotnąć go w głowę.

–Cicho Draco. Ty też, Hadrian.– Powiedziała, ale nie próbowała ukryć uśmiechu rozkwitającego na jej przerażającej twarzy.
– Mniemam, że lekcje na dziś się już skończyły?– Spytała głośno, mrugając dyskretnie w stronę Hadriana. Chłopak spojrzał na nią z nadzieją. Lekcja była bardzo daleka do końca.

– Jak w ogóle możesz…oczywiście że nie!– warknął Snape.

– A więc tak?– spytał Hadrian przekornie. Snape chciał coś powiedzieć, ale zanim to zrobił, Bellatrix go uciszyła.

– Myślę że tak. Chodź, Hadrian, Draco, zmywamy się.– Bellatrix poderwała ich z krzeseł, przewracając oczami, gdy spojrzała na słaby eliksir swojego siostrzeńca.

Gdy tylko wyszli z pokoju, Severus Snape zaczął mruczeć do siebie ze złością. Prawdopodobnie podjął złą decyzję, dołączając do Śmierciożerców i ucząc rozpuszczonego dziedzica Czarnego Pana. Dumbledore myślał, że jest szpiegiem. Severus niemal zaśmiał się na logikę tego starego capa. To było prawdą, że najpierw dołączył do Ciemnej strony ze…złymi intencjami…ale po zobaczeniu jak młody spadkobierca Mroku rozwija swój potencjał, Snape gładko zmienił swą lojalność. Ale czy popełnił błąd?

Zdenerwowany profesor zaczął sprzątać bałagan, którego narobili chłopcy. Te składniki były ekstremalnie rzadkie i drogie, ale przecież syn Czarnego Pana nie mógł mieć nic słabszego niż najlepsze. Nie mogły być usunięte magicznie, a że chłopcy znikli, Severus musiał sprzątać za nich. Czy zawsze muszą być tacy hałaśliwi i niedojrzali? Byłoby mniej niż połowa do wyczyszczenia, gdyby po prostu wsadzili twarze w książki i uważaliby na lekcji. Snape skończył skrobać stół, przeklinając wiele razy. Mył i szorował dopóki nie zobaczył własnego odbicia w lśniącym stole. Nie był pewien co zrobić z ich ułomnymi miksturami.

Severus wsadził oba płyny w osobne fiolki I potrząsnął nimi lekko, zastanawiając się czy zobaczy, jak eksplodują. Nie było możliwości by trzymał takie eliksiry w jego magazynie, w gabinecie. Odwrócił głowę, gdy mikstura jednej z fiolek została w tym samym, niezmiennym zielonym kolorze. Druga z nich, zaskakując go, obróciła się w blady, ledwie zielony kolor. Uniósł brew i podniósł różdżkę.

Ermendo.– mruknął Snape. Stworzył to zaklęcie w swoich wczesnych latach nauki, i czasami naprawdę ratowało mu życie. Nigdy źle nie działało, więc zacisnął palce dookoła szklanego pojemnika czekając aż wyniki zaczną wypływać.

Mikstura w fiolce zalśniła zielonkawo, zanim wróciła do swojego pierwotnego koloru. Szczęka Snape'a opadła w szoku. Jak to możliwe, że ten bachor zrobił wywar na najwyższym poziomie tak bezbłędnie? I na dodatek dzieciak zasnął w środku lekcji! Nie mógł w to uwierzyć, ale kolor miał prawidłowy i nawet konsystencja była bez żadnych skaz.
Mistrz eliksirów gapił się w miksturę, próbując nie przegapić żadnych, małych zmian. Nie zwracał uwagi na to, że był rozczarowany bo nie znalazł żadnych, nawet najmniejszych błędów.

Severus wiedział że wytwór jest z pewnością Hadriana, bo Draco nawet nie był bliski skończenia, gdy ostatnio sprawdzał. Obaj chłopcy byli uzdolnieni w eliksirach, ale kiedy przyszło do wybierania najlepszego, Snape nawet się nie wachał; to był Hadrian.

Ten chłopak nawet się nie męczył. Zasnął! Wsadził rękę w miksturę! Nie wiedział czy jakiekolwiek małe dziecko mogło być tak uzdolnione w tym przedmiocie, jak on.
Eliksiry były specjalnością, które wymagały niczego mniej niż perfekcji. Jeden mały błąd, źle odmierzone sekundy w dodawaniu i cała mikstura zostaje zrujnowana. Severus był dobry w nich, bo wymagał od siebie perfekcji we wszystkim, co robił. Nauczyciel opadł na krzesło, kręcąc głową z niedowierzaniem.

To w ogóle nie podlegało pytaniu. Wiedział że zbliża się wojna. Nawet ten śliniący się idiota, Peter Pettigrew, wiedział że jest nieuchronna. Magiczny świat był w niebezpieczeństwie i tylko wojna mogła go rozwiązać. Strona Światła miała swego uwielbianego przez tłumy Wybrańca, a strona Ciemności miała Lorda Voldemorta i Hadriana Dravena Riddle'a. Severus zaśmiał się z pogardą, na wspomnieniu młodego Pottera. Uważał że Zbawca Światła był kompletnym kretynem. Chłopak był jak ziemia na dnie butów Hadriana. Według Snape'a Alexander Potter był robakiem, od którego lepszy byłby nawet Weasley. Kompletna porażka Dumbledore'a, nierównająca się w ogóle z ich księciem. Severus miał nieprzyjemność poznać tego Zbawcę i nie był pod wrażeniem. Wszystko, co wyszło z jego ust było po prostu kretyńskie. Chłopak był jak jego ojciec, James Potter. Jego arogancja była większa niż zasługi, które na nią pozwalały.

Snape westchnął. Tak, kwestionował swoją lojalność wiele razy, ale prawdą jest, że był mężczyzną z twardą logiką i dbał o swoje przetrwanie. Moralność miał w poważaniu. Tak jak zasady. Chciał zobaczyć świat rozerwany na pół a potem ostrożnie odbudowany uzdolnionymi rękoma. To nie miało znaczenia, kto wyda rozkaz aby tak się stało.
Po spędzeniu tylu lat po Ciemnej stronie, Severus nie miał wątpliwości że Światło przegra. A Severus Snape nienawidził przegrywać. Nie chciał tego zauważać, ale wiedział że siły Czarnego Pana chwieją się. Hadrian Draven Riiddle będzie przewodził wojnie, Severus był tego pewien. Już więcej nie zamienię stron, pomyślał twardo. Ciemność zatriumfuje a Severus był cholernie wręcz pewny, że musi tu być, kiedy to się stanie.

Posiadłość Potterów [W tym samym czasie]

Lily Potter oparła się o drzwi łóżka w jej sypialni, patrząc na własne palce. Jej oczy były czerwone i spuchnięte od płaczu, a głowa ciężka. Spojrzała na zmarszczoną kołdrę na jej perfekcyjnie wykonanym łóżku. Nagle wydało jej się zbyt doskonałe. Lily zamknęła drzwi i zadrżała, kiedy szła w kierunku łóżka. Upewniając się, że nikt nie patrzy, pochyliła się i oderwał małą deskę podłogową u jego stóp. Jej serce wypełniło się smutkiem, kiedy ostrożnie podniosła cenne zdjęcie, włożone w piękną, złotą ramę. Lily patrzyła tęsknie na jedyny obraz jej drugiego syna, Harry'ego Jamesa Pottera. Uśmiechał się, ale jego oczy były puste, obwiniające ją. Lily delikatnie dotknęła jego twarzy i przygryzła wargę, czując jak wina wypełnia jej duszę. Upadła na łóżko, przytulając zdjęcie do piersi. Zaciskała mocno oczy, ledwo tamując ciskające jej się do oczu łzy.

Co ona zrobiła?

Odprawiła jedno ze swych dzieci bez żadnego powodu.

Bez żadnego powodu? Powód był; Alexander potrzebował, aby jego trening przebiegał bez żadnych zakłóceń. Lily uśmiechnęła się na myśl o Alexsandrze. Był jej radością, był tym, co sprawiało, że na jej twarzy wykwitał uśmiech. Był tym, co przypomniało jej, że wysyłając Harry'ego daleko stąd podjęła dobrą decyzję.

–Lily, jesteś tam?– Głos Jamesa dobiegł zza drzwi. Lily pociągnęła nosem i otarła łzy. Patrzyła na zdjęcie jeszcze raz, zanim schowała obraz w ukrytym miejscu.

–Tak, James. Wejdź.

Drzwi odblokowały się i otworzyły powoli. James Potter miał szeroki uśmiech na twarzy, ale szybko zniknął, kiedy zobaczył stan swojej żony. Zamknął cicho drzwi i przeszedł przez duży pokój. Lily odwróciła twarz, splatając i rozplatając dłonie kilkakrotnie. James usiadł obok niej, biorąc ją za ręce.

– Co się stało?– Zapytał z troską. Złapał jej nadgarstek i poprawił bałagan na głowie Lily a potem własne okulary, ciągle trzymając jej dłoń. W końcu żona odwróciła się do męża.

– Myślisz że podjęliśmy złą decyzję?– wypaliła w końcu.

– Jaką decyzję?– Spytał pan Potter, choć podejrzewał o czym Lily mówi. Poczuł że coś zaciska się mu na żołądku, gdy powtórzyła pytanie.

– Myślisz że podjęliśmy złą decyzję odsyłając Harry'ego? – Spytała cicho, zaciskając kciuk na palcach Jamesa.

Jej mąż patrzył na łzy swojej żony i odetchnął ciężko.

– Znowu to samo, Lil?

–Jest naszym synem. Nie możemy po prostu o nim zapomnieć!– jęknęła, załamana.

Mężczyzna poklepał jej rękę, czując jak uczucie w jego brzuchu wzmaga się.

– Jest bezpieczny tam, gdzie jest.– Powiedział twardo.

–A co, jeśli nie jest? Co jeśli Śmierciożercy zaatakują jego dom?

– Nie zrobią tego. Cholernie dobre zaklęcia otaczają dom twojej siostry.– uspokoił ją.

Ale co jeśli on, jeśl on..jeśli…

– Lily, on ma się dobrze.

– Nienawidzi nas, James! Pierwsze słowa które kiedykolwiek do nas powiedział to to, że nas nienawidzi! Jak możesz w ogóle się nie martwić?

– Bo Alexander zasługuje na moją pełną, indywidualną uwagę. Jest naszą jedyną nadzieją na koniec tej wojny. Im bardziej potężny się stanie, tym szybciej odzyskamy Harry'ego. Poza tym Harry niedługo pójdzie do Hogwartu. Zobaczysz go wtedy.– James przemawiał autorytatywnym tonem. Wytarł łzy Lily i przytulił ją.– Ta wojna nie będzie trwała wiecznie.

– Wiem, ale tak bardzo za nim tęsknię!– powiedziała z przykrością.

–Alexander potrzebuje nas. Chodź, kochanie.– Wyszeptał do niej. Powoli podniósł się, trzymając za rękę swoją żonę. Lily wahała się, dopóki nie podniosła się razem z nim. Objęła go, a on pocałował ją w czoło.

– Będzie dobrze, skarbie.

Otworzył dla niej drzwi, ale Lily Potter spojrzała w tył, na sekretną półkę w podłodze ukrytą koło jej łóżka. Jej spojrzenie powędrowało na piękne łóżko, teraz pomięte i w nieładzie. Nie wiedzieć czemu, Lily wolała je w tym właśnie stanie.

Przeszli po korytarzach posiadłości Potterów, ręka w rękę. Usłyszała wesoły, dziecięcy śmiech dochodzący z ich pokoju do treningu, zanim w ogóle otwarli drzwi prowadzące do niego. Gdy James pchnął drzwi, Lily musiała wstrzymać śmiech.

To było naprawdę lekarstwo na jej wypłakane oczy.

–Alexandrze, co robisz?– Spytała, próbując ukryć wesołość.

– Nic, mamo– odpowiedział niewinnie.

– Alexandrze Evanie Potterze, czy jest jakiś powód dla którego zmieniłeś pana Dumbledore'a na różowo?

– Nieźle, synu.– Skomentował James, podziwiając robotę swojego potomka.

Lily pacnęła Jamesa w tył głowy, i zaczęła przepraszać Dumbledore'a. Stary czarodziej po prostu machnął ręką.

– Nie ma sprawy, Lily, naprawdę. Chłopcy na zawsze pozostaną chłopcami.

-Przypadek, przepraszam.– Wydusił Alexander. Ciągle nie mówił tak przykładnie jak inne dzieci w jego wieku, ale prawie im się równał.

– Więc co tutaj robicie?– Spytał James, prawie rozczarowany tym, że Alexander zrobił ten kawał przez przypadek.

– Po prostu pracowaliśmy nad zaklęciem lumos– wyjaśnił Dumbledore.

– O rany, ciągle?– Spytała Lily, zszokowana. Minęło prawie sześć miesięcy a oni ciągle pracowali nad tym samym prostym, podstawowym zaklęciem. Zrozumiała, co powiedziała, i szybko zakryła sobie usta ręką, rumieniąc się.

– Nie ma sprawy, Lily. Alexander potrzebuje po prostu więcej czasu w dopracowaniu tego. Ma przecież tylko dziewięć lat.

Dumbledore mówił spokojnie, ale coś było w jego głosie, co sprawiało, że Lily poczuła iż nie wszystko jest w porządku.
Spojrzała na syna, wytrącona z równowagi. Alexander urósł wyraźnie przez ostanie lata. Był pulchniutki, ponieważ był jedynym dzieckiem troskliwej matki. Na dodatek miał wybuchowy charakter i bił ludzi, którzy nie dawali mu tego, czego chciał. Lily podejrzewała że to jej wina, bo był Zbawicielem świata. Oczywiście, że dziecko z przepowiedni powinno dostawać wszystko, co najlepsze.

Jedno spojrzenie na Jamesa powiedziało jej, że na pewno nie myślał o tym samym, co ona. Patrzył na syna z dumą i Lily bardzo wątpiła że tęsknił za Harry'm chociaż w połowie tak bardzo, jak ona. Jamesa Harry nigdy nie obchodził, bo chłopiec był spokojny i nigdy nic nie mówił.

Poza tymi nienawistnym słowami tej nocy.
Merlinie, przecież to były też jego urodziny. Lily poczuła przerażenie, gdy zrozumiała że opuściła swoje dziecko w jego własne urodziny.

– Czy to nie wspaniałe, Lil? Nasz mały chłopiec dorasta!– Oznajmił jej mąż radośnie, wytrącając Lily z jej przemyśleń. Uśmiechnęła się słabo.
– Dumbledore, można na słówko?– Spytała słodko, ignorując zaciekawione spojrzenie Jamesa.

–Oczwyście, moja droga.– Odpowiedział dyrektor. Podeszli do końca pokoju w tym ogromnym pokoju, i Lily spojrzała na Albusa. Jego oczy błyszczały jak szafiry i przez jedną chwilę w jej życiu Lily Potter znienawidziła go.

– Jesteś pewny że wiesz, co robisz?– Spytała, ignorując grzecznościowe wstępy. Jej oczy świeciły się, a Dumbledore zesztywniał.

– Słucham?

–Alexander.– Lily popatrzyła na niego. Bawił się w berka z Jamesem i Lily uśmiechnęła się. Odwróciła się do Dumbledore'a– Nie rozwija swojej magii zbyt szybko.

– Lily, on ma tylko dziewięć lat. Czego oczekujesz?– Powiedział tonem jakby mówił do małego dziecka.

Lily zmrużyła oczy i wyszeptała niskim głosem.

–Wiem, co mi powiedziałeś. Ale teraz chcę prawdy. Dlaczego to zajmuje tak długo?

– Czy ty aby nie kwestionujesz moich decyzji?
Lily wzięła głęboki wdech i spojrzałą prosto w poważne oczy swojego byłego dyrektora.

– Tak, robię to.

Dumbledore westchnął głęboko i pogładził swoją brodę.

– Magiczny rdzeń Alexandra nie jest tak silny, jak myślałem. Na początku obwiniałem za to jego młody wiek. Ale teraz, po tylu latach, znam prawdziwy powód.

– Jaki?– spytała zniecierpliwona– Jaki to powód?

-Ja…nie mogę ci tego powiedzieć, moja droga.

– Dlaczego nie?! Mówisz o moim synu! Dlaczego nie jest tak silny, jak wcześniej?

– Nie mogę ci tego powiedzieć.

– Drogi profesorze, albo powiesz mi teraz, albo ja…

– Jest dzieckiem z przepowiedni, ale nie jest cudem. Jego magiczny rdzeń będzie się rozwijał tak samo jak innych dzieci, gdy będzie bardziej doświadczony w magii.

Lily zamrugała i zamknęła usta.

– Co masz na myśli?

– Alexander Potter jest jak każdy inny czarodziej w jego wieku. Fizycznie nie jest niczym specjalnym, oprócz tego, iż jego przeznaczeniem jest pokonanie Voldemorta.

Lily nie rozumiała.

– Jego wnętrze jest po prostu średnie. Nie ma żadnych wielkich mocy i prawdopodobnie żadnych specjalnych talentów.– Wyjaśnił jej.

– Więc Zbawiciel świata czarodziejów jest całkowicie normalny? Tak? Jest normalnym, przeciętnym chłopcem z ogromnym tytułem?

Dumbledore zawahał się, zanim krótko potwierdził.

– Dokładnie.
Nie cieszyło go kłamanie jednej jego ulubionej uczennicy, ale wiedział że to było niezbędne. Poza tym, miał prawie rację. Prawie.

– Będzie musiał bardzo dużo trenować zanim stanie się największym czarodziejem świata– powiedział.
– Jesteś pewien?

– Bardzo pewien. Ufam że nie podzielisz się z tymi wieściami z nikim? Uwzględniając Jamesa.

Lily kiwnęła głową i odwróciła się w kierunku jej rodziny. James huśtał Alexandra głową w dół, kobieta zmarszczyła brwi.

–James. Przestań. Jeszcze go zranisz, nie możemy zranić Wybrańca!– Zawołała Lily przez pokój. James przestał kręcić synem i spojrzał na nią wzrokiem niewinnej owieczki. Delikatnie odłożył Alexandra na dół, a ten zatoczył się z gwałtownymi zawrotami głowy.

– Nie martw się, utrzymam to w sekrecie tak długo, jak długo będziesz utrzymywał moich synów zdrowych i bezpiecznych.

Dumbledore kiwnął głową, zanim uroczyście powiedział.

– Obiecuję.
Ale ta obietnica już dawno była złamana.

Dwór Riddle'ów [Dwa tygodnie później]

–Hadrian, twój ojciec chce cię widzieć.– Zawołał ktoś radosnym głosem. Hadrian spojrzał znad pergaminu, uśmiechając się lekko do Bellatrix.
–Cześć Bella. Czy wiesz, dlaczego ojciec wymaga mojej obecności? Nie pamiętam żebym zrobił coś ostatnio.
–Nie mówił mi– Bellatrix mówiła powoli, starając się ukryć entuzjazm. Hadrian uniósł brew. Praktycznie pękała z emocji, i twierdziła, że nie wie.
–To niespodzianka.– Wyjaśniła w końcu.
–Nie lubię niespodzianek.– Hadrian skrzywił się, ale wstał od biurka. Starannie schował pióro i atrament.
–Zaufaj mi.– Bellatrix wstrzymała się, zanim położyła dłoń na ramieniu Hadriana.– Spodoba ci się.
Hadrian przewrócił oczami. Niespodzianki Belli zwykle nie były dobre. Kiedyś został przekształcony królika z głośnym okrzykiem „niespodzianka!". Podszedł do drzwi, czekając aż Bellatrix za nim pójdzie. Kiedy tego nie zrobiła, natychmiast zaczął coś podejrzewać.
– Nie idziesz?
–Nie. Twój ojciec chce widzieć tylko ciebie.
Hadrian wzruszył ramionami, ale nagle poczuł się bardzo nerwowy. Jego ojciec i on rzadko widywali się sam na sam.
–No i Hadrian?
–Hmm?
–Wszystkiego najlepszego!
Hadrian uśmiechnął się i poszedł dalej. Każdego roku Bellatrix była pierwszą, która życzyła mu wszystkiego najlepszego. W dniu swoich urodzin nikt nie wspomniał jego bliźniaka i był zwolniony ze wszystkich swoich lekcji. Dostał najwięcej prezentów, a ostatnio Narcyza urządziła wspaniałą imprezę na jego cześć.
Hadrian wreszcie nauczył się poruszać się po dużej rezydencji i łatwo dotarł do gabinetu ojca. Ojciec uczył go tylko przez jedną godzinę, raz w tygodniu. Niewybaczalne zaklęcia i opieranie się im. Hadrian wiedział, jak ojciec cieszy się, rzucając ten rodzaj magii na niego. To była jedna z rzeczy, które Hadrian lubił w ojcu. Nigdy nie traktował go jak śmiecia, ale nie traktował go jak boga. Lord Voldemort nigdy nie pobłażał mu, gdy się pojedynkowali. Hadrian nie mógł się doczekać kiedy w końcu zacznie walczyć z przeciwnikami u boku ojca.
Zatrzymał się przed drzwiami, unosząc pięść, aby zapukać. Raz popełnił błąd wchodzenia bez pukania, i plecy bolały go przez cały tydzień. Drzwi otworzyły się ze skrzypieniem i Hadrian wślizgnął się do środka.
– Chciałeś mnie widzieć, ojcze.– Powiedział Hadrian, kłaniając się przed nim.
–Witaj, synu. Wezwałem cię tutaj, aby dać ci prezent na urodziny.– Oznajmił Voldemort niskim głosem.
–Gdzie jest?– Zapytał niecierpliwie, gdy jego chłodne oblicze na chwilę znikło.
–Opanuj się.– Warknął Voldemort.

Hadrian spuścił wzrok i skinął głową.
–To nie jest coś, co możesz wziąć do rąk. Będziesz musiał pójść razem z nami, aby otrzymać swój…podarunek.
Radość zniknęła z twarzy Hadriana.

–Gdzie mnie zabierasz?
–Zaufaj mi, będziesz cieszyć się tą małą niespodzianką.– Voldemort uśmiechnął się, i z machnięciem ręki przekształcił, zarówno swoje jak i Hadriana, ubrania w atramentowoczarne szaty. Książę poczuł jak maska wtapia się w jego twarz, i spojrzał na Czarnego Pana.
–Czemu nie nosisz maski?
–Nie potrzebuję jej. Każdy wie, kim jestem.
Hadrian przewrócił oczami, co nie uszło uwagi Lorda. Zdecydował się go zignorować, ponieważ dziś były urodziny chłopca. Wyciągnął bladą, kościstą rękę i czekał aż Hadrian go złapie..
– Będziemy się aportować?
–Nie, po prostu chcę potrzymać cię za rękę. Oczywiście że będziemy się aportować.– Voldemort parsknął sarkastycznie.
Hadrian zawahał się, zanim ostrożnie położył dłoń na dłoni Voldemorta. Pokój zawirował wokół nich, a Hadrian poczuł znajome ciśnienie ściskające go ze wszystkich stron. Miał wrażenie jakby zaraz miał wybuchnąć, a jego żołądek przewracał się w ciele. Następnie tak samo szybko, jak się zaczęło, nieprzyjemne doznania się zatrzymały i Hadrian stał na własnych nogach. Czuł, że zaraz zwymiotuje, ale wziął głęboki oddech i uspokoił się, patrząc na ojca.
–Gdzie jesteśmy?– Zapytał z zaciekawieniem. Rozejrzał się; stali przed dziwną, okrągłą wieżą przed nimi. Było ciemno i Hadrian zastanawiał się, co dokładnie tutaj robią.
Dostrzegł zamaskowaną postać zbliżającą się w do nich z szacunkiem.
–Lucjusz?– Wyszeptał Hadrian, dostrzegając platynowe włosy spływające na po obu stronach maski mężczyzny.– Co pan tu robi, panie Malfoy?– zapytał Hadrian. Voldemort zignorował go i spojrzał na swojego sługę.
–Ufam, że wszystko w porządku?– Spytał Lord Voldemort jedwabistym głosem.
–Oczywiście, mój Panie.– Lucjusz pokłonił się, oczy zamigotały mu, gdy patrzył na domek przed nimi.
–Czy ktoś może powiedzieć mi, co się dzieje?– zażądał Hadrian, dziecinnie tupiąc nogą.
–Kto już przybył?– zapytał Czarny Pan.
–Panie, Bellatrix i Rudolphus są już tutaj. Dolohov dopiero się aportował, a Crouch przybędzie wkrótce.
–Dobrze ... dobrze. Może już zaczniemy?
– Jak sobie życzysz, mój Panie.– Lucjusz uśmiechnął się złośliwie i wyciągnął różdżkę.
–Hadrianie, witaj na twoim pierwszym rajdzie Śmierciożerców. Wszystkiego najlepszego.
Hadrian rozszerzyły się oczy i wydał z siebie zduszony okrzyk, gdy Voldemort wystrzelił zaklęciem w górę. Potężne, czerwone iskry wybuchły z hukiem na nocnym niebie.
Rajd rozpoczął się.
Hadrian zamarł, gdy zobaczył moc Lucjusza uderzającego w mały domek. Hadrian słyszał krzyki i rozbłyskające, raz po raz, jasne, zielone światło. Śmiertelne klątwy zalały dom. Kobieta wybiegł na zewnątrz, ciągnąc małą dziewczynkę za rękę. Bellatrix rzuciła się w jej stronę i machnęła różdżką, miotając ognistym promieniem prosto w tę dwójkę. Kobieta krzyknęła, gdy klątwa uderzyła ją, a dziewczynka upadła na ziemię. Hadrian patrzył z podziwem, jak Bellatrix pojedynkuje się z kobietą. Bella wyglądała przerażająco, z włosami rozwianymi na wietrze i lśniącymi, sadystycznie chorymi oczami.
Pozostali Śmierciożercy plądrowali dom, zabijając każdego, kto wszedł w ich drogę. Bellatrix uwalniała klątwę po klątwie, wybuchając śmiechem gdy zaklęcia zatrzymały kobietę na dobre. Umierała, rozerwana prawie na pół. Ociekała krwią, a jej twarz straciła kolor, a mimo to wciąż stała obronnie nad dzieckiem.
–Daj mi to dziecko!– Bellatrix wrzasnęła ze złością.
–Po moim trupie!
–Dobrze, to nie zajmie zbyt długo!– Bellatrix zarechotała i krzyknęła– Crucio!
Kobieta zawyła i upadła na podłogę, w potwornym bólu. Hadrian skrzywił się i odwrócił wzrok od tej sceny.
–Dlaczego potrzebujemy tej dziewczynki?– Hadrian spytał ojca.
– Jest jasnowidzem i będzie miała ogromne znaczenie dla naszej kampanii. Ale jej głupi rodzice nie chcą jej oddać dobrowolnie.
–Rozumiem.
–Mój Panie, przyniosłem tego człowieka, tak jak prosiłeś.– Lucjusz pojawił się, magicznie przeciągając półżywego człowiek za nim. Mężczyzna miał białe, falowane włosy i wyglądał niegroźnie.
– Brawo, Lucjuszu. Hadrianie, co zrobimy z tym brudnym zdrajcą krwi?– Wycedził, wskazując na obdartego człowieka rzuconego na ziemię.
–Nigdy nie pozwolę ci jej zabrać! Ona ma dar, który będzie dzieliła tylko z nami. Wolałbym umrzeć, niż wysłać ją do was. Wolałbym ją zabić, niż patrzeć jak służy Ciemnej Stronie.– Człowiek chrypiał, trzymając się za klatkę piersiową w ogromnym bólu.
–Jesteś gotów zabić swoje własne dziecko, tylko dlatego, żeby jej dar nie pomógł Ciemnej stronie?– Hadrian odezwał się, niebezpiecznie niskim głosem.
–Co mamy z nim zrobić?– Voldemort zastanawiał się na głos.
–Nic– Hadrian mruknął cicho, patrząc na mężczyznę z obrzydzeniem.
–Co!?– Voldemort i Lucjusz krzyknęli, spoglądając na Hadriana z niedowierzaniem.
–Nic mu nie zrobimy. Ale będzie oglądał jak jego żona umiera, a następnie patrzył jak jego " cenna "córka jest od niego zabierana. Będzie żył, ale tylko żył. Wszystko w jego życiu zniknie, a jego egzystencja pozostanie pustą skorupą. Znienawidzi siebie na tyle, że zabije się, wyręczając nas. – Odpowiedział Hadrian, muskając ręką kościaną rękojeść swojej różdżki.

–Wiedziałem, że nie bez powodu, trzymam cię w pobliżu. – Jego ojciec uśmiechnął się z zadowoleniem, przed zwróceniem do człowieka. Słyszał całą rozmowę, a jego twarz była biała jak śmierć.
–Nie możecie tego zrobić.–Mężczyzna protestował bezradnie, próbując uciec.
Lucjusz trzymał go w miejscu zaklęciem, a Hadrian pochylił się przed ofiarą.
–Patrz na to.– Szepnął głośno i wyraźnie.
Lucjusz przekręcił człowieka w stronę miejsca, gdzie stała Bellatrix, chichocząc nad torturowaną żoną mężczyzny.
–Bella. Przestań bawić się ze swoim łupem. Zabij ją.– Rozkazał Hadrian, spoglądając na, przerażonego, jego wypowiedzią, więźnia.
–Jak chcesz, mój książę. Avada Kedavra!– Krzyknęła.
–NIE!
Ale było już za późno. Bellatrix zaczęła tańczyć z radości, gdy kobieta padła na ziemię, oczy nawet jej się nie zamknęły. Mężczyzna był bliski łez. Hadrian westchnął nad tym patetycznym śmieciem.
–Skończyliśmy?– Spytał Lord, spoglądając na mężczyznę z pogardą.
–Jeszcze nie.– mruknął Hadrian, idąc w kierunku małej dziewczynki kulącej się na ziemi. Była zwinięta w kłębek i wstrząsana szlochem. Łzy płynęły jej po twarzy. Oczy były szokujące duże i niebieskie, wypełnione po brzegi tajemnicami. Gryzła wargę tak mocno, że leciała z niej krew. Hadrian oderwał rękę od różdżki i pochylił się nad swoją rówieśniczką.
–Chcesz iść ze mną? Odejść od tych strasznych ludzi?– Spytał cicho, patrząc w oczy dziewczynki.
– Tata już mnie nie chce.– Wyjąkała dziewczynka. –Wiem, kim jesteś.
Stanęła na dygocących nogach i wyszeptał mu do ucha.

–Cześć, Harry Potterze.
–Wiesz, kim naprawdę jestem?– Hadrian był zaskoczony.
–Pójdę z tobą. I pomogę ci. Możesz być moim przyjacielem?– Mówiła szybko, wycierając łzy.
–Chcesz iść z nami?– Powtórzył, wstrząśnięty, że naprawdę tego pragnęła. Oni właśnie zabili jej matkę, a ona chciała do nich dołączyć.– Czemu?
–Przeznaczenie.– Szepnęła cicho, patrząc na jej złamanego ojca. Patrzył na nią, niemal błagalnie. Odwróciła od niego z trudem wzrok skupiła się na Hadrianie.
– Jak masz na imię?– zapytał, zaintrygowany dziewczynką.
Wzięła głęboki oddech i milczała przez chwilę, z nieobecnym wyrazem twarzy, zanim olśniewający uśmiech wykwitł na jej policzkach.
– W poprzednim życiu miałam na imię Luna, Luna Lovegood. Ale teraz będę nazywać się Destiny. To znaczy Przeznaczenie.