Zapraszam do głosowania w dwóch ankietach umieszczonych w moim tutejszym profilu (bezpośrednio pod moim nickiem na samej górze - należy kliknąć na słowa Vote Now!); ponieważ jednak w profilu można mieć tylko jedno głosowanie w danym czasie, postanowiłam zmieniać ankiety w profilu co pięć dni, czyli od 01.01 do 05.01 można głosować na pierwszą ankietę, od 06.01 do 10.01 na drugą, od 11.01 do 15.01 znowu na pierwszą, od 16.01 do 20.01 na drugą i tak dalej. Niestety portal pozwala głosować tylko osobom zarejestrowanym i zalogowanym; zarejestrować się można poprzez kliknięcie na napis Sign Up w prawym górnym rogu, wypełnienie krótkiego formularza i kliknięcie na link podany w mailu, który przyjdzie na adres do rzeczonego formularza wpisany. Jeden użytkownik może zagłosować na każdą z ankiet tylko raz i głosu najpewniej zmienić nie można - proszę to wziąć pod uwagę i zastanowić się, czy na pewno w dany sposób chce się zagłosować - a ankiety są całkowicie anonimowe, nikt nie ma wglądu w to, kto jak głosował. Do wyników ankiet w pełni się dostosuję, z tym, że jeśli więcej niż jedna opcja uzyska maksymalną (w przypadku ankiety 1) lub identyczną (w przypadku ankiety 2) ilość głosów, do mnie będzie należała decyzja, którą z tych opcji wybiorę.
Zdaję się więc na Was i wolę większości z Was. Macie okazję wpłynąć na ilość tłumaczonych przeze mnie fanfików oraz na to, które to teksty będą - tylko od Was zależy, czy tę okazję wykorzystacie, czy ją zmarnujecie.
oryginał: A Year Like None Other (link w moim profilu)
autor: Aspen in the Sunlight (link w moim profilu)
Tłumaczenie za zgodą autorki
Rozdział siódmy
Wuj Vernon
Wuj Vernon najpierw uchylił jedną powiekę, potem drugą, w końcu zaś wytarł usta rękawem, zostawiając słowa na później, kiedy całkiem się obudzi. Jednak nawet wtedy początkowo powiedział tylko:
- Sporo czasu ci to zajęło, chłopcze.
Harry poczerwieniał; nie miał ochoty przyznawać, że zignorował list. Zamiast tego zerknął na ciotkę Petunię i mruknął:
- Od jak dawna ona... er, od jak dawna ma...?
Wuj Vernon wybałuszył na niego oczy, jakby przez noc wyrosło mu sześć dodatkowych głów.
- Od jak dawna? - sapnął, po czym z trudem wstał i poczłapał do siostrzeńca żony, aby nad nim stanąć. - Od jak dawna, pyta! Jesteś tak samo ślepy i głuchy, jak najzwyczajniej w świecie głupi? Mówisz, jakbyś nie wiedział nawet, na co ona cierpi!
- No bo nie wiem - stwierdził Harry cicho, również wstając.
Coś powiedziało mu, że Snape też się podniósł, to jednak sprawiło, że uczucie zagrożenia jeszcze bardziej wzrosło. Co było naprawdę nieco idiotyczne: wiedział, że Snape jest tam po to, żeby go chronić. Wiedział nawet, że Snape ocalił mu życie jeszcze w pierwszej klasie.
Problem w tym, że Snape nigdy nie zachowywał się, jakby był zadowolony z faktu, że uratował Harry'ego. Harry właściwie podejrzewał, że nauczyciel głęboko tego żałował. Lub żałowałby, gdyby nie przepowiednia. No, ta okropna przepowiednia sprawiała, że Harry był tak jakby niezbędny czarodziejskiemu światu, lecz mimo to Snape wcale nie musiał być szczęśliwy, że Harry nie spadł z miotły i nie złamał sobie karku.
- Więc mówisz, że nie wiesz, co jej jest? - parsknął Vernon. - Teraz pewnie jeszcze będziesz twierdził, że w ogóle nie pamiętasz minionych wakacji!
- Pamiętam, że ten jeden raz nie wchodziliśmy sobie nawzajem w drogę - odparł Harry spokojnie. Wiedział, że lepiej nie dodawać, iż były to jego dotychczas najlepsze wakacje.
- Hmf. Cóż, coś w tym chyba jest - przyznał Vernon, masując kark tłustą dłonią. Później przy akompaniamencie głośnych trzasków rozciągnął szyję najpierw w jedną, potem w drugą stronę. - Może ci wtedy o tym nie powiedziałem. Wszyscy byliśmy tacy zdenerwowani i nie wiedzieliśmy, co tobie mogłoby przyjść do głowy, gdybyś wiedział, że z Petunią jest niedobrze. Nie myśl sobie, że zapomniałem o Dudleyu i pytonie albo tym przeklętym samochodzie, który wyłamał kraty w twoim oknie, nie wspominając już o tym, jak nadmuchałeś swoją ciotkę albo jak twoi głupi przyjaciele narobili bałaganu z językiem Dudleya albo ja wezwałeś demony, żeby go zabiły... - Zamilkł, jakby nie był w stanie nadążyć za własnymi myślami. Wystarczyło jednak zerknięcie w stronę Harry'ego, aby znowu był skupiony, jako że wreszcie zauważył Snape'a. - A to kto? - warknął i złapał nastolatka za przedramię. Potrząsał nim ostro, mówiąc niskim, pełnym wściekłości tonem: - Pisałem, jasno i wyraźnie, żadnych świrów, ty nic niewart mały gnojku! Już sam twój widok pewnie wystarczy, żeby wykończyć biedną Petunię w tym stanie, w jakim teraz jest, ale lepiej, żeby tak się nie stało, słyszysz? Bo ty będziesz następny, chłopcze. Nie myśl sobie, że żartuję!
Harry zobaczył, że Snape zesztywniał odrobinę, lecz jedyną rzeczą, jaką zrobił, było wyciągnięcie ręki na powitanie.
- To jest Remus Lupin, wuju Vernonie - pośpieszył z prezentacją, lekko szarpiąc ramieniem, dopóki wreszcie go nie uwolnił. - I on nie jest... no, nie jest taki jak ja, dobra? Jest mugolem. Znaczy... jest normalnym człowiekiem.
- Nie wiedziałem, że są jacyś normalni ludzie w tej jego szkole - mruknął Vernon podejrzliwie, ujął jednak dłoń nauczyciela i potrząsał nią w górę i w dół, jakby poddawał go jakiejś próbie.
- To profesor nadzwyczajny* - wtrącił się Harry, wiedząc, że jego wuj ma tendencję do szanowania tytułów. - Uczy, er... - ściszył nieco głos i zastosował swój plan - przedmiotu, który nazywają mugoloznawstwem. Rozumiesz, wuju, on ma ludziom takim jak ja pomagać zachowywać się... er... mniej dziwnie. To naprawdę wielka część programu nauczania w mojej szkole - dodał, uznawszy, że równie dobrze może grubo przesadzić. Cały ten pomysł miał wszak na celu ugłaskanie Dursleyów. Ach tak, przybranie skruszonej miny też na pewno nie zaszkodzi. Harry szeroko otworzył oczy i pozwolił, aby wargi drżały mu lekko, kiedy mówił dalej: - Rozumiesz, oni wiedzą, że wszyscy jesteśmy... no, wiedzą, że takie dzieciaki jak ja potrzebują pomocy. Er, w kontrolowaniu się, jak wtedy z ciotką Marge. Teraz jest ze mną znacznie lepiej, właśnie dzięki profesorowi Lupinowi. Bardzo, bardzo przepraszam, że byłem taki okropny, wuju Vernonie.
Ubrania Remusa zaszeleściły tuż za jego plecami. Harry szybko zerknął przez ramię i zauważył, że Snape nieruchomym wzrokiem patrzy w oczy Vernona. "O-ou... Legilimencja i to bezróżdżkowa." Nie trwało to jednak zbyt długo, więc Harry nie był przekonany, jak wiele Snape mógł się dowiedzieć.
Nieświadomy faktu, że zastosowano na nim magię, Vernon zdecydowanie kiwnął głową.
- Moje uznanie - pochwalił Snape'a, wspinając się na palce i opuszczając na pięty. - Pierwszy raz słyszę, żeby chłopak przeprosił za to, czym jest. To jakie ma pan powiązania z Potterem? Tylko go pan uczy?
- Dyrektor nie ufał mu na tyle, aby pozwolić mu podróżować samotnie - odparł Snape beznamiętnie. Celowo utkwił wzrok w oknie. - Sprawia kłopoty.
Wuj Vernon uśmiechnął się w lizusowski, pełen zadowolenia sposób. Najwyraźniej wystarczyło tylko powiedzieć coś złego o Harrym, aby poprawił mu się humor. Cóż, nic nowego.
- Sprawia kłopoty. Tak, właśnie tak z nim jest - powtórzył Vernon. Westchnął, gdy siadał z powrotem na metalowym krześle, które ugięło się nieco pod jego ciężarem. Machnięciem ręki wskazał Harry'emu i Snape'owi, żeby również usiedli, po czym spojrzał na Petunię. Zobaczywszy, że żona wciąż śpi, kontynuował: - Przygarnęliśmy go jako niemowlaka, wie pan. Musieliśmy. Jego nic niewart ojciec wziął się zabił w wypadku samochodowym. Siebie i swoją żonę, oboje. Prowadził po pijaku. James Potter nie był wart nawet splunięcia, a ten tu jest jeszcze gorszy. Nigdy niczego nie osiągnie, to pewne jak to, że tu siedzę. Moja siostra Marge wiedziała to, gdy tylko go zobaczyła, naprawdę. "Zła krew wypłynie", mówiła, i wspomni pan moje słowa, większa prawda nigdy nie została powiedziana.
To tyle, jeśli chodzi o uległość. Harry poczuł, jak gniew wypełnia go falami. Starał się to kontrolować, próbował zbudować w umyśle mury, żeby powstrzymać nadciągające tsunami, złość jednak przedzierała się szczelinami, żądając wypuszczenia, a im dłużej wuj gadał, tym było gorzej.
- Musiałem dać mu nauczkę więcej razy, niż potrafię zliczyć - ciągnął Vernon, przekonany, że każdy, kto uczy mugoloznawstwa (przynajmniej tak, jak przedstawił to Harry), podziela jego punkt widzenia we wszystkich kwestiach dotyczących Pottera. - Nie żeby chłopak kiedykolwiek coś załapał. Można by pomyśleć, że cały miesiąc pielenia przez dwanaście godzin dziennie oduczyłby go zabierania ukradkiem do jego pokoju książek, w których znajdował kolejne klątwy, żeby je na nas rzucać, ale nie. Musiałem wziąć pas do ręki, zanim to wreszcie do niego dotarło, a on wciąż upierał się, że musi odrobić zadania domowe, o tak. Co za bezczelność! Któregoś lata musieliśmy wręcz spalić jego książki, żeby go powstrzymać. I wie pan, co mi wtedy powiedział? Twierdził, że jakiś okropnie paskudny nauczyciel będzie się z niego wyśmiewać na lekcji eliksirów!
Wazonik z różyczkami nagle pękł przez środek.
Snape spojrzał ostrzegawczo na Harry'ego, który ze stoickim spokojem odpowiedział mu w ten sam sposób.
Dudley, wreszcie całkiem przytomny, odskoczył prawie o metr, słysząc charakterystyczny dźwięk.
- Tato... - odważył się odezwać. Drżącą ręką wskazywał skorupy leżące teraz na stoliku nocnym.
Vernon ściągnął brwi i odwrócił się do Snape'a.
- Wygląda mi na to, że potrzeba mu kilku dodatkowych lekcji samokontroli!
- Dostanie je - odparł profesor tonem, który Harry rozpoznał nawet mimo głosu Remusa. To była decyzja. Zimna, bezlitosna decyzja.
Vernon jednak jeszcze nie skończył.
- A te przeklęte kwiaty skąd się wzięły, chłopcze? Lepiej mów całą prawdę, bo inaczej, na Boga, będę miał tu co nieco do powiedzenia! Czy... - Vernon przerwał na chwilę, po czym ciągnął ciszonym, pełnym odrazy tonem. - Czy wyczarowałeś je tutaj?
- Nie, kupiłem je w sklepiku na dole - odparł Harry, usiłując brzmieć uprzejmie. Co było trudne, ponieważ tak naprawdę miał ochotę komuś przyłożyć. - Pomyślałem, że mogą poprawić nastrój ciotce Petunii.
- Od kiedy niby masz pieniądze, żeby komukolwiek poprawiać nastrój, co, chłopcze? - warknął Vernon i pochylił się do przodu tak daleko, jak pozwoliły mu potężne wałki tłuszczu. - Przecież twój nic nie wart ojciec nie zostawił ci niczego, prawda? Nie, obarczono nas ciężarem w postaci ciebie, a ty zrobiłeś wszystko, co w twojej mocy, aby być ciężarem...
- Profesor Lupin pożyczył mi trochę pieniędzy - przerwał mu Harry; zależało mu na zakończeniu przemowy wuja. Powinien był wiedzieć, że niepotrzebnie się trudzi.
- Och, pożyczył ci trochę, tak! A jak niby zamierzasz mu te pieniądze oddać, co? Karmiliśmy cię i ubieraliśmy przez wszystkie te piekielne lata, jak najbardziej wbrew naszej woli, mógłbym dodać. Myślisz, że chcieliśmy narażać naszego słodkiego Dudleya na towarzystwo kogoś takiego jak ty? No, chłopcze? Skąd niby weźmiesz chociaż dwa pensy na krzyż? Jesteś zupełnie jak twój ojciec. On też nigdy nawet nie powąchał pracy, tylko leżał martwym bykiem i tankował. Bezrobotny, wie pan - wyjaśnił Snape'owi, który w odpowiedzi wydał z siebie dźwięk, jaki można by uznać za potwierdzenie. Vernon ponownie przeniósł uwagę na Harry'ego. - Jesteś bezużyteczny, ale lepiej, do cholery, kiedyś wreszcie naucz się pracować. Pieniądze nie rosną na drzewach, wiesz, a my ich nie rozdajemy tak zwyczajnie jak słodyczy!
- Kiedy niby daliście mi coś słodkiego? - przerwał mu Harry. "Ups, zła taktyka." - Przepraszam, wuju Vernonie, to było niegrzeczne. Obiecałem już profesorowi Lupinowi, że w każdy weekend przez miesiąc będę szorował podłogi w jego sali, żeby odpracować te pieniądze. Uznał, że to uczciwa wymiana.
- Niech pan z tego zrobi dwa miesiące - doradził Vernon Snape'owi. - Prawdziwy z niego obibok.
Wzmianka o słodyczach dotarła wreszcie do Dudleya, który wstał, mówiąc, że idzie po coś do automatu na korytarzu. Harry z trudem powstrzymał chęć przewrócenia oczami.
- Przestań robić taką lizusowską minę, chłopcze! - zganił go Vernon. - Dudley mizernieje ze zmartwienia o swoją matkę. Nie widziałeś, jak wiszą na nim ubrania? Musi zachować siły. Do diaska, teraz je tylko dlatego, że poczuł ulgę dzięki twojej obecności. Czekaliśmy całymi dniami i zamartwialiśmy się, że ta głupia sowa nie odróżni listu od myszy polnej. Sowy, no wiecie! To oburzające i powiem coś niecoś o tej Figg na spotkaniu rady osiedla, zobaczycie!
Dzięki długoletniemu doświadczeniu Harry wiedział, jaki jest najlepszy sposób odpowiadania na podobne tyrady:
- Tak, wuju Vernonie.
Snape ponownie wtrącił się do rozmowy:
- Panie Dursley, obawiam się, że Harry nie złożył kompletnych wyjaśnień, gdy dyrektor polecił mi mu towarzyszyć. Czy mogę spytać o sytuację pana żony? Muszę powiadomić szkołę, jeśli Harry będzie przebywał tu dłuższy czas.
- Ach, może Harry nie wiedział, co powiedzieć - przyznał szorstko Vernon, który najwyraźniej zdołał się uspokoić.
To Snape miał na niego taki wpływ, zrozumiał Harry. Zastanawiał się, na ile może być to spowodowane działaniem subtelnego zaklęcia. A może chodziło o głos, jakiego używał, jeden z najłagodniejszych tonów Remusa.
- Te minione wakacje są dla mnie jednym długim pasmem zmartwień. Nie pamiętam, żebym mu o tym mówił. Pewnie, bo jak mogłem? Chłopak rzadko się pokazywał, a ja nie byłem w nastroju do szukania go, nie po tym, jak ta kreatura z wytrzeszczonym okiem powiedziała mi, że dostanę nauczkę, jeśli chociaż krzywo na niego spojrzę.
Snape czekał cierpliwie, aż Vernon przejdzie do tematu. To znacznie więcej, niż kiedykolwiek mistrz eliksirów zrobił dla swoich uczniów. No, może z wyjątkiem Ślizgonów.
- W każdym razie to białaczka - wyznał Vernon ponuro; brzmiało to tak, jakby samo słowo go dusiło.
Harry widział, że Snape próbuje rozszyfrować wyraz, rozbić go może na części, żeby wydobyć z niego jakieś znaczenie. Widział też, że nauczycielowi nie udało się tego tak naprawdę zrozumieć. Nie był w tym odosobniony.
Harry pochylił się lekko do przodu i spytał cicho:
- Białaczka? Czy to... um... jakiś rodzaj raka?
- Rak krwi - westchnął Vernon. Nagle sprawiał wrażenie tak zmęczonego, że dziwnym wydawało się, iż wciąż nie śpi. - Niech pan to doda do programu swoich zajęć, profesorze. Ten głupi chłopak nie zna nawet podstawowych faktów o tym, jak żyją i umierają normalni ludzie. W każdym razie Petunia jest na liście oczekujących na przeszczep szpiku kostnego. Dudley i ja zgłosiliśmy się jako dawcy, ale nie mamy zgodności. - Jego głos zadrżał przy ostatnim słowie. - To długa lista i lekarze mówią, że Petunia może nie doczekać, aż... - Niespodziewanie zamilkł. Zamknął oczy i zacisnął dłonie na podłokietnikach; całe jego ciało trzęsło się lekko.
- Przykro mi - powiedział Harry.
Żałował, że nie jest w takich stosunkach z rodziną, aby przynajmniej móc położyć komuś dłoń na ramieniu, gdy wypowiadał te słowa. Wiedział jednak, że lepiej nie próbować. Te kilka razy, kiedy objął ciotkę lub wuja za nogi - trzylatek niespecjalnie może sięgnąć wyżej - został bezceremonialnie odepchnięty i nakrzyczano na niego. "Nie lubimy takich jak ty, więc nie zbliżaj się do nas. A teraz wynocha do komórki, aż nauczysz się trzymać te brudne łapy przy sobie..." Wzdrygnął się lekko, przypomniawszy sobie okropne kliknięcie zasuwanego rygla i duszne powietrze w środku.
- Powinno ci być przykro - odparł Vernon złowrogo, odzyskując siły. W jego oczach na przekór oczywistemu wyczerpaniu narastał gniew. - To twoja wina, chłopcze, nikogo więcej! Wszystkie te lata zmartwień i konieczności znoszenia cię! Na każdym kroku przypominałeś Petunii o jej ześwirowanej siostrze! Te bezczelne kłamstwa, które nam opowiadałeś! Latające puddingi, no wiecie! Myślałem, że będę w stanie wytłuc z ciebie nieuczciwość, ale ty siedzisz tu sobie i nadal bez ceregieli wysadzasz w powietrze wazony! Czy to dziwne, że zachorowała? Sam stres związany z wychowywaniem cię mógłby ją zabić!
Tym razem Harry na czas okludował umysł, aby lepiej znieść grad obelg Vernona. A przynajmniej sądził, że zdążył. Trudno odróżnić oklumencję od stoicyzmu. Może są tym samym, pomyślał. Może po prostu musiał mniej odczuwać. Mniej wszystkiego.
Żadna ilość stoicyzmu nie mogła go jednak przygotować na kolejne szokujące słowa, które wydobyły się z ust wuja:
- Ale możesz jej teraz za to zapłacić - stwierdził Vernon głosem tak cichym, że Harry ledwie go słyszał bez względu na to, jak mocno wytężał słuch. - Wiesz, że nie lubimy tych głupot, które wyprawiasz, i nic w tym dziwnego, jeśli jednak zdołałeś się czegokolwiek nauczyć w tej swojej szkole, musiałeś się nauczyć robić z tym też coś dobrego, hę? Dlatego cię tu wezwaliśmy. Nie sądziłeś chyba, że ktokolwiek z nas miał ochotę cię zobaczyć, co? Chcemy od ciebie tylko jednego: żebyś sprawił, że Petunia znowu będzie zdrowa.
Harry przełknął ślinę; miał nadzieję, że źle zrozumiał. Musiał źle zrozumieć, prawda?
- Chcesz... er... naprawdę chcesz, żebym użył magii, wuju Vernonie?
- Tak, chłopcze! Jesteś aż taki tępy? Pomachaj nad nią różdżką czy czego tam trzeba i zrób tak, żeby jej krew wróciła do normy! No? Bierz się do roboty!
Harry był tak przerażony, że nie mógł nic poradzić na to, co zrobił w następnej chwili.
Spojrzał na Snape'a, szukając u niego pomocy. Na Snape'a.
Ale musiał - nie było tam przecież nikogo innego.
Mistrz eliksirów sprawiał wrażenie głęboko zamyślonego. Minęła długa chwila, zanim wreszcie się odezwał:
- Panie Dursley. To... niecodzienna prośba. Harry nie jest szkolony w kierunku uzdrawiania. Może pozwoliłby mi pan przyjrzeć się tej kwestii?
Vernon zmrużył oczy jeszcze bardziej.
- Może się pan przyglądać czemu tylko pan chce, panie Lupin, ale w ostatecznym rozrachunku będzie w cholerę lepiej, żeby chłopak uratował moją Petunię.
- Rozumiem - mruknął Snape, wciąż używając głosu, który nieco przypominał Harry'emu wywar uspokajający. - Muszę jednakże zauważyć, że może się to okazać być zdecydowanie poza granicą jego możliwości...
- Ha! - krzyknął wuj Vernon, niechętny przyznać rację nauczycielowi. Bez względu na to, jakie zaklęcie rzucił na niego Snape, w tym momencie z pewnością już ono nie działało. - Znosiłem tą jego świrniętą magię przez lata! Wyrządził mi i moim bliskim prawdziwe okropieństwa! Jeśli nie może użyć swojej nienormalności do zrobienia tej jednej rzeczy, której żądam, to cóż, może sobie zdychać z głodu na ulicy! Nic mnie to nie obchodzi! Rozumiesz, chłopcze? To Petunia cię przygarnęła i to Petunia nalegała, żebyś został, nawet po tym, jak przekląłeś Dudleya tymi jak-je-tam-nazywasz, które żyją w... jak to powiedziała, Bazakanie! To Petunia przez cały czas stawała w twojej obronie. Teraz zrobisz dla niej to, co właściwe, albo wywalę cię na zbity pysk i krzyżyk na drogę!
Harry odkaszlnął i już miał zacząć charczeć coś w odpowiedzi, kiedy poczuł, że Snape nagle chwyta jego palce i ściska je mocno. Cóż, niech i tak będzie. Tym bardziej, że nie miał zielonego pojęcia, jak właściwie odpowiedzieć na szalone żądanie wuja. Prawdę mówiąc, w tym momencie już prawie nic nie widział.
Panika, stwierdził, gdy ugięły się pod nim kolana.
I to ni mniej, ni więcej tylko Snape podparł Harry'ego, żeby utrzymać go na nogach.
KONIEC
rozdziału siódmego
* profesor nadzwyczajny - oryginał jest właściwie bliższy stanowisku profesora zwyczajnego, uznałam jednak, że profesor nadzwyczajny, choć w rzeczywistości niższy stopniem (o czym Harry wiedzieć nie musi), brzmi lepiej i dostojniej, szczególnie w uszach kogoś takiego jak Vernon
Bardzo dziękuję za komentarze, które pojawiły się pod poprzednim rozdziałem. Jednocześnie przypominam, że nie trzeba być zarejestrowanym, aby móc komentować teksty na tej stronie. Służy do tego poniższy przycisk Review this Story / Chapter - wystarczy na niego kliknąć, w wąskim pasku wpisać przezwisko, w dużym oknie komentarz i wcisnąć napis pod spodem. Komentarze są dla mnie bardzo ważne, ponieważ pozwalają mi poznać Czytelników i ich opinie na różne sprawy. Nie mówiąc już o przyjemności płynącej z ich czytania ;-).
marusz A wiesz... zauważyłam, że się nie wyrabiasz :-D. Cóż, ponieważ - przynajmniej na tym etapie - autorka opisuje to, co się dzieje, chwila po chwili, musiała wspomnieć o tym, co się działo po drodze. Choć, z drugiej strony, o samej podróży za dużo nie napisała. Ale poruszyła chociażby dość zastanawiającą kwestię eliksiru, który zażywa Snape, no i pokazała reakcję czarodzieja na mugolskie czary. Snape, co jeszcze nie zostało wyraźnie powiedziane, ale okaże się później, jest w tym fanfiku czarodziejem czystej krwi, więc z mugolami ma niewiele wspólnego. Co do Harry'ego, to ja też jestem pod wrażeniem jego całościowego myślenia i przebiegłości. Natomiast kwestia głupich zachowań... Nie znam człowieka, bez względu na jego wiek, który zawsze i bez przerwy zachowywałby się dojrzale i odpowiedzialnie. Każdy miewa głupie wyskoki, choć ich konsekwencje rzeczywiście mogą być mniej lub bardziej nieprzyjemne albo całkiem złe. Ale to już nie zależy od człowieka i jego zachowania, tylko zwykle od okoliczności, na które nie ma wpływu. Dlatego Harry w tym fanfiku ma moje całkowite i niewzruszone zrozumienie oraz poparcie. Nie żeby miało to dla niego jakiekolwiek znaczenie :-D.
T.E.D.S Dobre :-D. Znaczy, moje tłumaczenia mają wielostronne zastosowanie, również w procesach psychologicznych :-P. Mnie też się przydają, jak widzę, w poznawaniu nowych słów i pojęć. A właściwie to komentarze mi się w tym przydają: nie znałam Twojej prokrastynacji, musiałam sprawdzić, co to oznacza. I widzę, że ja też na to cierpię, chociaż używam w tym celu nieco innych środków... :-D Zwracanie uwagi na różne kwestie w cudzych tekstach, w swoich zaś nie, jest dziwną rzeczą, która objawia się chyba u większości autorów i tłumaczy, jeśli nie u wszystkich. Ja też to u siebie zauważyłam, w każdym razie. W komentarzach mam zwykle mnóstwo rzeczy do wytknięcia, ale we własnych nie widzę nawet tych samych błędów i potknięć. Ciekawostka... Wiesz, gdy wreszcie zajrzałam w Twój profil i odkryłam, że piszesz nie tylko po polsku, lecz również po angielsku, zdziwiłam się, że w ogóle czytasz to tłumaczenie. Oryginał jest dawno zakończony, więc po co czekać na kolejne rozdziały przekładu, jeśli zna się angielski na tyle dobrze, żeby przeczytać oryginał? Nie rozumiem tego; pewnie dlatego, że sama tak nie robię, że czytam głównie po angielsku, a za lekturę tłumaczeń zabieram się rzadko i zwykle tylko po to, żeby je skomentować. Teksty pisane "na poważnie" nie są jedynymi wartymi przeczytania przecież. Humor, nawet bzdurny czy abstrakcyjny, ma swoje miejsce w literaturze i jest to miejsce poczesne. Nie widzę problemu w pisaniu tylko lub głównie tekstów humorystycznych. Ja też kilka takich popełniłam, choć nie jest powiedziane, że bawią one wszystkich. W zasadzie jest to niemożliwością... "Falisty gryzmoł", ponieważ wyobrażam to sobie jako jedną ciągłą, nieprzerwaną linię - i to właśnie chciałam oddać epitetem w liczcie pojedynczej. Nie wiem, czy to jest zgodne z zamierzeniem autorki, ale - o ile pamiętam - ona też zastosowała liczbę pojedynczą w tym przypadku. "Uczarodziejenie" mugolskiego przysłowia polegało tylko na zdrobnieniu jednego wyrazu w tym przypadku, nie był to więc jakiś szczególny wyczyn :-D. Ale dziękuję. Cieszę się, że Ci się to spodobało.
Guleczek Co Ci się z początku nie podobało w tym fanfiku, że byłaś do niego sceptycznie nastawiona? W każdym razie tak, ten piątek trzynastego dla mnie też okazał się wyjątkowo udany :-D. Miło mi, że z kolei ja mogłam go uprzyjemnić innym. Prawdę mówiąc, większość tekstów na moim tutejszym profilu to wciąż moje własne rzeczy, nie tłumaczenia. Faktycznie jednak od dość dawna w większości tłumaczę, nie piszę, a poza tym moje autorskie fanfiki to w ogromnej większości miniaturki, dlatego odcinkowe tłumaczenia spychają je coraz niżej i niżej w moim profilu... No trudno. Najwyższy czas napisać coś nowego i przypomnieć czytelnikom o moim autorskim wcieleniu :-D. No cóż, cieszę się, że moje tłumaczenia Ci się podobają, chociaż sama nie mam pretensji do uznawania ich za lepsze od oryginałów. Ale to chyba kwestia gustu. Albo znajomości języka angielskiego ;-). Właściwie Remusowi na razie nie ma chyba czego współczuć - w każdym razie w porównaniu z tym, co się będzie działo dalej. Oddanie kilku włosów dla Harry'ego nie jest raczej aż tak wielkim poświęceniem; znacznie większym jest świadomość, że bezwiednie zrobiło się chłopakowi krzywdę. Ale nie wybiegajmy aż tak daleko w przyszłość :-P. Severusowi w skórze Remusa współczuję, ale najgorzej ma Harry, który nie dość, że za towarzysza ma nienawidzącego go i jednocześnie znienawidzonego nauczyciela, to jeszcze nauczyciel ten jest niejako przebrany za dorosłego, do którego Harry ma największe zaufanie. Pomyłka - a myli się przecież co jakiś czas - może go sporo kosztować, przynajmniej jego zdaniem. Sytuacja nie do pozazdroszczenia, naprawdę. Severus w tym fanfiku jest czarodziejem czystej krwi, więc jego zaskoczenie mugolską magią raczej nie dziwi. Fakt, jego pochodzenie jest tu niekanoniczne, ale fanfik zaczął powstawać przed szóstym tomem, kiedy nikt jeszcze nie wiedział, że Snape za tatusia miał mugola, zaś wszelkie oznaki na niebie i ziemi wskazywały, że najpewniej jest czystej krwi. Chociaż kiedy czytałam ten fanfik po raz pierwszy (już po siódmym tomie, bo dopiero wtedy zainteresowałam się fanfikami) nie podobało mi się, że Severus jest tu czystej krwi. Teraz to rozumiem, wtedy nie potrafiłam. Pomysł z mroczną energią wciąż jest dla mnie dość kontrowersyjny; w tym przypadku było chyba na odwrót: najpierw przyjęłam go bez zastrzeżeń, teraz mam wątpliwości. Ale to taki detal... ;-) Dudley. Dudley po piątym tomie w wielu fanfikach jest przedstawiany jako osoba, która w pozytywny sposób zmieniła podejście do kuzyna. Kwestia dementorów zazwyczaj: po pierwsze wspomnień, jakie wtedy zobaczył, po drugie tego, że Harry go ratował, zamiast po prostu uciec. Zresztą kanon też pokazuje zmienionego Dudleya, choć dopiero w siódmym tomie. Lepiej późno niż wcale. No i tak, w tym konkretnym przypadku dochodzi jeszcze choroba Petunii. I nadzieja, że Harry ciotce pomoże. Dudley jest tu rozsądniejszy od swojego ojca - nie żeby trudno było wykazać się większym rozsądkiem niż Vernon Dursley, kwestia w tym, że Dudley zwykle pod tym względem od tatusia nie odbiegał. Miło jednak, że zdołał się zmienić na lepsze. Wszystkim można by tego życzyć :-D.
