. . .

Napięte godziny szkolnej udręki i wieczne ukrywanie śladów zadrapań i siniaków zawładnęły myślami Allena do tego stopnia, że dopiero po tygodniu zauważył, że jego wiecznie leniwy, śpiący do południa i okazjonalnie zalewający się wieczorami w trupa brat odszedł w zapomnienie. Zniknął najzwyczajniej, pozostawiając za sobą budzącego się wczesnym rankiem, pracującego całe dnie a niekiedy nawet również noce i śpiącego codziennie w swoim łóżku człowieka, który tylko przypadkiem musiał wyglądać kropla w kroplę jak brat Allena i przypadkowo nosić również jego imię.

Myśl ta oświeciła białowłosego, wpatrującego się w swoje blade oblicze w trakcie mycia zębów. Śledził właśnie wzrokiem wyblakłą bliznę o nierównych brzegach, kiedy zza uchylonych do sypialni drzwi dobiegło go donośne chrapanie brata. I nie zdziwiłoby go to w najmniejszym stopniu, gdyby nie dochodziła ledwo dwudziesta trzecia.

Wtedy to doszło do niego, że jedynym powodem, dzięki któremu udało mu się ukryć przed Neah spuchniętą, przeciętą brew (pomnóż razy trzy) był fakt, że ten praktycznie nie zamienił z nim słowa od przeszło tygodnia. Starszy z braci widywany był w domu w ciągu dnia 'tylko na sekundkę', jak rzucał na powitanie, kiedy to chwytał zapomniane dokumenty lub przebierał się w pośpiechu, po czym pędził do kolejnej pracy. Allen był pewien, że musiał pomylić się w wyliczeniach, ale ze zdziwieniem stwierdził tego wieczoru, kładąc się do łóżka z książką w dłoni, że Neah zdawał się być zatrudniony na co najmniej trzech posadach. Nie licząc okazjonalnych, chwytanych w weekendy robótek.

Z lekko zaniepokojoną gmatwaniną myśli wpatrywał się ślepo w rządki liter, dzieła Oscara Wilde'a, aż nie mogąc utrzymać otwartych ciążących mu powiek, zasnął z książką na kolanie.

. . .

"Czy ty masz mnie za idiotę?"

"Nie wiem o czym mówisz."

"Ty durniu. Uroiłeś sobie, że jesteś wolny? Że nic ci nie grozi?"

"Staram się-"

"Gówno mnie to obchodzi!"

"Mam jeszcze czas. Mój termin-"

"Termin? Termin?! Twój 'termin' minął pół roku temu, kretynie. Ty już teraz żyjesz na kredyt, dociera to do ciebie? W każdej chwili możemy się ciebie pozbyć."

"…"

"Dobrze wiemy, że coś knujesz. Nie próbuj nawet z nami pogrywać."

"Nie macie się czym przejmować."

"Ha ha ha, 'przejmować'? Naprawdę? Słuchaj.. Szef już dawno nałożył na ciebie 24-godzinną obserwację. Nie masz nawet najmniejszej szansy na ucieczkę. Z resztą.. Nawet gdyby udało ci się zniknąć, ktoś bardzo ci bliski mógłby na tym ucierpieć.."

"On nie ma z tym nic wspólnego. Zostaw-"

"To już przegrana sprawa. Jego też mamy na oku. Zajmie twoje miejsce w razie potrzeby."

"To nie będzie konieczne."

"Ach, tak, tak. Słyszałem to już parę miesięcy temu. Jakoś nic się nie zmieniło od tamtego czasu, prawda?"

"…"

"Uznaj to za przyjacielskie przypomnienie o swoich zobowiązaniach. Lub ostrzeżenie, jak wolisz."

"…"

"Masz czas do końca miesiąca."

Wpatrywał się ślepo w ceglany mur, nasłuchując głuchego dźwięczenia w słuchawce telefonu. Po chwili z jego ust wydobył się zimny i pusty śmiech, kiedy uświadomił sobie co właśnie usłyszał. 'Czas do końca miesiąca?', jego twarz wykrzywiła się w dziwacznym grymasie. 'To stanowczo za dużo.'

Zaklął pod nosem, zaciśniętą pięścią uderzając w kruszące się cegły.

. . .

A/N: w ramach świętowania za pierwszy review, eh? arigato.