McGarrett nie pojawił się w sobotnią noc w klubie i Danny zaczął zastanawiać się na ile jego paranoja przejmowała nad nim kontrolę. Nie miał powodów obawiać się alfy. Ostatnio był przewrażliwiony pod kątem uwagi, którą przyciągał, ale ilość ofert, które złożono mu jeszcze w New Jersey w dość nieprzyjemny sposób, zmieniła jego spojrzenie na świat i swoją własną pozycję w tym tyglu.
Ludzie, na których nie zwróciłby uwagi jeszcze niedawno, sądzili, że mieli u niego szanse, ponieważ Rachel pozbyła się go jak śmiecia, kiedy wyciągnęła z niego to co najlepsze.
I może ci ludzie faktycznie mieli rację, ale to nie oznaczało, że Danny miał obniżać swoje standardy tak drastycznie. Samotność nie była tak fatalnym wyborem.
- Wszystko w porządku Max? – spytał, kiedy młody omega zaczął nerwowo poprawiać swoje okulary.
- Oczywiście panie Williams – odparł chłopak.
- Danny – poprawił go niemal od razu.
Dzieciak wyglądał na nastolatka, ale pracowali razem.
- Danny – powtórzył Max i wydawało mu się, że trochę mu ulżyło. – Mam pytanie trochę natury prywatnej… - zaczął omega i zaczął mruczeć coś pod nosem niezrozumiale.
Przeważnie robił tak, kiedy się denerwował, ale byli na zapleczu sami. Chin i Kamekona pomagali Lori wnieść kegi z piwem. Charlie i Kono kręcili się gdzieś po sali głównej, a Jenna nadal się nie pokazała, chociaż spodziewał się jej lada chwila.
- Jeśli chcesz możemy pogadać po pracy – zaproponował.
I miał niejasne przeczucie, że to dotyczyło tego dziwnego zachowania Maxa przy alfach. Kono również zauważyła, że dusił się, kiedy robiło się zbyt tłoczno. Danny nie był pewien z czym to połączyć. Pamiętał lata swojej młodości, ale zawsze był bardziej otwarty do ludzi. Wychował się wśród alf, więc przebywanie nawet w tłumie podobnych nie stanowiło dla niego problemu. Trzymał swoje hormony na wodzy, nie pozwalając słodkawej mgiełce na przyćmienie swojego umysłu.
- Chciałem jedynie wiedzieć czy Grace jest twoja – przyznał Max, czerwieniąc się wściekle, jakby wiedział, że przekracza pewną granicę.
Nie rozmawiali na prywatne tematy. Znali się nadal zbyt słabo. Pozwolił kilku szczegółom ze swojego życia wyślizgnąć się, ponieważ na tym polegała komunikacja. Dzięki temu wiedział, że w zasadzie wszyscy tutaj studiowali. Kamekona marzył o założeniu krewetkowego biznesu. Jedynie Chin stanowił pewnego rodzaju tajemnicę, ale Danny rozpoznawał byłego glinę, kiedy takiego widział.
- Co masz na myśli przez 'moja'? – spytał niepewnie.
Max zaczerwienił się jeszcze bardziej i nagle Danny zaczął się obawiać, że chłopak dostanie zapaści. Karnacja omegi była dość ciemna, a światła powinny kryć chociaż trochę jego rumieniec.
- Twoja alfa była kobietą – rzucił Max całkiem sugestywnie.
- Pytasz czy ona urodziła moją córkę? – odgadł. – Nie. Grace jest w każdym wymiarze moim dzieckiem – odparł, a potem zmarszczył brwi. – Wszystko w porządku? Jeśli masz kłopoty, jeśli…
- Nie, nie jestem w ciąży – zaśmiał się Max. – Po prostu jest ten alfa, który za mną cały czas chodzi i mówi o dzieciach… - jęknął. – Nie mam pojęcia co mam zrobić – przyznał.
Danny podrapał się nerwowo po karku.
- Max to jest tylko kwestia tego czy chcesz urodzić swoje dziecko - odparł. – I czy to jest alfa dla ciebie.
- Nie mam pojęcia – przyznał Max. – Nie potrafiłbym jak ty…
- Jak ja co? – spytał Danny.
- Powiedzieć mu, żeby się odczepił – przyznał Max, patrząc na niego tak, jakby Danny był jego jedynym wybawieniem.
I rozumiał w pełni jego sytuację.
- Nie masz rodzeństwa? – spytał ciekawie, ale Max pokręcił przecząco głową.
Nie pytał o przyjaciół. Omega nie był zbyt kontaktowy.
- Spytam Kamekony czy nie chciałby skopać czyjegoś tyłka – rzucił.
Oczy Maxa zrobiły się odrobinę większe.
- Naprawdę zrobiłbyś to dla mnie? – spytał z niedowierzaniem chłopak.
- Myślę, że Kame będzie miał własny ubaw, nastraszając jakiegoś małolata. Zaproś dupka tutaj, a oni to załatwią – poradził mu.
Poczuł się trochę dziwnie, kiedy Max go objął naprawdę mocno.
ooo
Chciałby powiedzieć, że sobotnia noc minęła spokojnie, ale klub pękał w szwach. Kamekona doniósł im keg, kiedy okazało się, że studenci opanowali salkę VIP. Zamiast jednak zamawiać drogie alkohole, zostali przy sikaczu, który polewali z beczek, jakby to była kolejna impreza ich bractwa. Ciężki zapach podniecenia, który Kono przynosiła na swojej skórze wcale im nie pomagał. Nigdy specjalnie nie przepadał za alkoholem, ale przetrawiony i połączony z potem przyprawiał go o mdłości i Jenna musiała czuć podobnie, bo krzywiła się, kiedy pochylała się w stronę co bardziej pijanych klientów.
- Jeśli jeszcze jakiś dupek spyta mnie o numer telefonu, przysięgam, że wleje mu wodę z lodem za kołnierz – rzuciła Lori.
- Pewnie podziękowałby ci za to jeszcze – prychnął Danny.
- Albo potraktował jako zaproszenie – ostrzegła ją Jenna.
- Ponieważ każda omega marzy o schlanym przepoconym alfie – warknęła Lori.
- Oni tak sądzą – poinformował ją całkiem poważnie Danny.
- No to mają pecha – rzuciła Weston, wzruszając ramionami. – Szczególnie, że jesteśmy pod ochroną omegi, który skopałby tyłek nawet naszego szefa, gdyby musiał – dodała, mrugając do niego porozumiewawczo.
Przewrócił tylko oczami.
- Nie zapomnicie mi tego, prawda? – jęknął.
- To było mocne, Danny. Poza tym zamierzam sama to wypróbować jako nową metodę przyciągania uwagi alf – zaćwierkała Lori.
- Ponieważ na pewno to skutkuje – zakpił Danny.
- Metoda na Jersey. Zobaczymy – stwierdziła. – Steve wydawał się złapać haczyk.
- Szkoda, że nie ma haczyka ani nawet wędki. A nawet jeśli jakiekolwiek istnieją, nie trzymam ich ja – odparł. – I muszę cię poinformować, że moja najdroższa córka postanowiła pokochać surfing, kiedy tylko spuściłem ją z oka.
Lori uśmiechnęła się cholernie szeroko, jakby ta wiadomość naprawdę ją ucieszyła. Danny nie mógł powiedzieć tego samego o sobie.
ooo
Trochę nienawidził Rachel i Stana, ponieważ kiedy Grace wróciła w niedzielny wieczór cała rozpromieniona, miała ręce pełne pamiątek z Maui i nie mieli nawet gdzie tego ustawić. Miał nadzieję, że co większe muszle nie poodpadają ze ścian, ponieważ nie znał się na przyklejaniu czegokolwiek. Jego ojciec zajmował się remontami w domu i chociaż mógł poprosić go o radę czy dwie, to nadal nie było to samo jak nadzór.
Rachel obserwowała go uważnie, kiedy wchodzili z powrotem do jego mieszkania. Zdawał sobie sprawę, że jego sąsiedzi zaczęli zwracać na nich uwagę, odkąd Stan zaparkował swój o wiele zbyt bajerancki samochód na parkingu budynku. Wyglądało to jak atak obcych i nie dziwił się zaskoczeniu miejscowych. Miał tylko nadzieję, że nie pomylą go ze Stanem i Rachel i nie postanowią ich okraść, kiedy tylko wyściubi nos z domu.
- Wiedziałeś, że Maui nazywa się Wyspą Doliny? Mama mówiła, że nie mieliśmy czasu, żeby zwiedzić ją całą, ale może następnym razem się uda – mówiła Grace.
- Naprawdę kochanie? A widziałaś tam może jakieś małpki? – spytał ciekawie.
Wydęła usta, jakby doskonale wiedziała co jest grane i wydawała się oburzona.
- Tam nie było małpek – powiedziała.
- A ja myślę, że przynajmniej jedna się pojawiła – odparł, łaskocząc ją lekko. – Danno tęsknił za tobą, małpko.
- I ja za tobą tęskniłam, Danno – odparła i coś dziwnego przebiegło po jej twarzy.
- Co jest skarbie? – spytał pospiesznie.
Wydawała się wahać i widział tę minę już wcześniej. Nie sądził, że będą musieli do tego ponownie wracać, ale pewnie nie powinien był się dziwić. Grace potrafiła być uparta.
- Nie moglibyśmy zwiedzić następnym razem doliny we trójkę? – spytała jego mała dziewczynka.
- Źle się bawiłaś? – spytał ostrożnie i tylko trochę wymijająco.
- Nie lubię ojczyma Stana – poinformowała go i tym razem brzmiało to stanowczo, jakby podejmowała cholerną decyzję.
Wcześniej jedynie narzekała i wykazywała się bardziej pasywną agresją, ale pewnie powinien był wiedzieć, że Grace wejdzie na kolejny poziom protestu. I nie potrafił z czystym sumieniem powiedzieć jej, że Stan jest świetnym, porządnym facetem.
ooo
Rachel nie odbierała od niego telefonu, co nie było niczym nowym. W końcu to też była pewna forma wywierania presji. On nie pozwoliłby sobie na brak kontaktu, ponieważ nie wątpił, że jakakolwiek rozmowa niezaplanowana z góry musiała dotyczyć Grace. Miał jeszcze kilka minut, zanim musiał się pojawić w klubie, ale to wcale nie uspokajało go. Stał na tyłach, czując się trochę jak idiota ze słuchawką przy uchu, próbując dodzwonić się do kogoś, z kim nawet nie chciał rozmawiać.
Rachel odebrała dopiero dziesiąty telefon.
- Oby to było ważne – rzuciła.
- Myślisz, że dzwonię do ciebie dla przyjemności? – zakpił, nie mogąc się powstrzymać.
- Danielu – zaczęła ostrzegawczym tonem.
- Mam dla ciebie krótką wiadomość. Grace oświadczyła mi, że nie lubi Stana – poinformował ją.
W słuchawce zapadła cisza, której się akurat spodziewał. Rachel nienawidziła, kiedy coś szło nie po jej myśli.
- Jeśli nastawiasz ją… - zaczęła alfa.
- Myślisz, że muszę nastawiać ją przeciwko niemu? – zakpił.
- Musisz jej wytłumaczyć, że Stan jest cudownym człowiekiem – oznajmiła mu Rachel. – Próbowaliśmy w ten weekend spędzić trochę czasu razem, ale ona do niego nie mówi. Tak jak ty się do niego nie odzywasz.
Zaśmiał się, nie mogąc się powstrzymać i spojrzał na telefon, ponieważ ewidentnie musiał wybrać nieodpowiedni numer.
- Czy ty zwariowałaś? Myślisz, że powiem mojej córce, że beta, która zajęła moje miejsce to świetny facet? Mam z nim wyjść na piwo? Chcesz może nas obu? – zakpił.
- Nie dramatyzuj – warknęła Rachel. – Wiesz doskonale tak jak ja, że Grace posłucha tylko ciebie. Nie nastawiaj jej wrogo…
Zaśmiał się, chociaż najchętniej zacząłby przeklinać.
- Dramatyzuję? – spytał, wchodząc jej w słowo. – Jesteś niemożliwa. Gdybym chciał nastawić ją wrogo, powiedziałbym jej, że twoja beta jest powodem tego,że jej rodzina się rozpadła i musi z babcią oraz dziadkiem rozmawiać przez telefon. Przez grzeczność informuję cię, że Grace go nie lubi. I to nie jest mój problem, ponieważ nie ja rozchrzaniłem nasze życie, rozumiesz? – warknął.
- Skończyłeś? – spytała nieporuszona.
I pewnie nie powinien był setki razy wcześniej powtarzać tego samego, bo najwyraźniej się uodporniła. Skłamałby, gdyby próbował udawać przed samym sobą, że nie chciał, aby jego słowa ją zabolały. Dawno jednak przeszli ten punkt, w którym się słuchali.
- Zabierzemy ją znowu na Maui w następny weekend – poinformowała go Rachel.
- To nie są twoje dni odwiedzin – powiedział szorstko.
- Nie bądź śmieszny. Zabierzemy ją na wycieczkę. Nie może cały czas siedzieć z tobą zamknięta w tym czymś, co nazywasz mieszkaniem – odparła Rachel. – Nie chcesz, żeby zwiedziła kawałek świata?
- Myślisz, że nie chcę dla niej jak najlepiej? – warknął, przeklinając się niemal od razu za to, że dał się podpuścić. – I nie będziemy siedzieć w mieszkaniu. Zwiedzimy wyspę. Na pewno jest tutaj zoo i coś wymyślę.
- Jasne, Danny, bo to będzie na pewno lepsze niż lot na Maui – zakpiła.
- Może nie mam tak cudownej sytuacji finansowej jak Stan, ale to ja jestem jej ojcem – warknął. – I możesz spytać Grace jutro przed szkołą czy woli ze mną zostać, malując pieprzone ściany w swoim pokoju czy wylecieć na kolejny weekend z twoją betą.
- Przestań go tak nazywać – warknęła. – On ma imię.
- Poczekam do chwili, aż Grace zacznie używać tego imienia – rzucił, rozłączając się.
Przetarł twarz, starając się uspokoić, ale nie szło mu najlepiej. Komórka nieprzyjemnie ciążyła w dłoni, ale był pewien, że Rachel nie planowała oddzwonić. Wtedy to ona postawiłaby się w roli petenta, a na to nie pozwoliłaby sobie nigdy. Chociaż on odebrałby po pierwszym dzwonku.
Ktoś poruszył się za nim i odwrócił się lekko zaskoczony. McGarrett opierał się o porsche biodrami. Na pewno nie było go tutaj wcześniej, więc musiał podjechać podczas rozmowy Danny'ego z Rachel. Nie wiedział jak wiele facet usłyszał, ale chyba dostatecznie dużo, bo przyglądał mu się z dość dziwnym wyrazem twarzy. Danny niemal przygotowywał się do stoczenia kolejnej batalii.
- Zastanawiałem się ostatnio gdzie parkujesz – rzucił McGarrett, rozglądając się ciekawie wokoło.
- Nie mam samochodu – przyznał.
Alfa zmarszczył brwi, nie komentując tego, ale niemal czuł jak mężczyzna go osądza.
- Tutaj są szalone ceny nawet używanych aut. Wiem, że sprowadzenie samochodów z kontynentu kosztuje, ale nie zamierzam się wyzbywać nerki tylko, żeby przepłacić za jakiegoś gruchota – rzucił i miało to brzmieć jak żart, ale kąciki ust McGarretta nie drgnęły nawet.
I zapadła między nimi nieprzyjemna cisza. Chyba byłoby łatwiej nawet, gdyby alfa wtrącił coś na temat jego byłej żony. Przynajmniej wiedziałby jak wiele mężczyzna usłyszał. Czułby się cudownie, gdyby Rachel nie irytowała go tak bardzo. Za każdym razem, kiedy chciał się zachować po ludzku w stosunku do niej, coś się pieprzyło. A nie uważał się za tak podłego człowieka przed rozwodem. Połowy tych rzeczy nie powiedziałby jej jeszcze tak niedawno. Rachel wiedziała jednak gdzie nacisnąć. Zawsze martwiły go ich finanse. Zarabiał za mało jako policjant. Rachel miała swoje wymagania i status nie tylko alfy, ale jako Brytyjka miała swoje oczekiwania. Nigdy ich nie spełniał i Stan nareszcie dał jej to, czego zawsze pragnęła. Mogła latać w każdy weekend na Maui, mieszkając na Hawajach w jednej z lepszych dzielnic.
Gdyby przeprowadzili się tutaj jako małżeństwo, pewnie i tak wylądowaliby w mieszkaniu podobnym do tego, które teraz zajmowali z Grace. I sądziłby, że szczęście i miłość wystarczą za wszystkie pieniądze świata, bo wystarczyłoby mu, gdyby tylko byli razem.
- Jestem spóźniony – rzucił w stronę McGarretta, znikając we wnętrzu budynku.
ooo
Niedzielna noc prawie dała mu nadzieję na ciszę i spokój. Wszyscy wydawali się skonani po szaleństwie sobotniej nocy. Może McGarrett spędzał ten wieczór z jakąś przyjemną omegą w jednym ze swoich hoteli. Wyglądał na dużo bardziej odprężonego, chociaż spinał się za każdym razem, kiedy jego wzrok padał na Danny'ego. Dlatego starał się nie patrzeć w stronę alfy.
- Wszystko w porządku? – spytała Lori, marszcząc brwi.
Wziął głębszy wdech i przetarł twarz. Minęła dopiero godzina pracy. Powinien się pozbierać. Wiedział, że telefon do Rachel nie będzie dobrym pomysłem. Nie obchodziło go jej małżeństwo, ale nie chciał, aby sądziła, że je celowo sabotował. Lojalnie ostrzegł ją o antypatii Grace, bo szczęście ich córki było najważniejsze.
- Nie – przyznał w końcu, przełykając ciężko.
Jeśli ktokolwiek miał go zrozumieć to właśnie Lori. Był otoczony przez omegi i bety. I może pierwszy raz w życiu czuł się jak w domu.
- Grace nie lubi nowego męża mojej ex-alfy – wyjaśnił.
- I ona myśli, że to twoja robota – podchwyciła w lot Lori. – Myślisz, że wykorzysta to w sądzie, przeciwko tobie?
- Nie. To nie było tak, że Grace coś im powiedziała. Powiedziała mnie i przekazałem jej, żeby to sama załatwiła – wyjaśnił, czując się tak cholernie zmęczonym.
Lori ścisnęła jego ramię odrobinę mocniej, uśmiechając się do niego przyjaźnie.
- Jesteś o wiele zbyt cudowny dla własnego dobra, Danny – rzuciła Weston.
ooo
Wrócił ze swojej pięciominutowej przerwy – pierwszej jaką udało mu się zrobić w tym tygodniu. Panowała niepisana zasada, że mogli usiąść, kiedy mieli na to czas. A przeważnie nawet z Jenną pomagającą przy barze, nie mieli ani chwili.
Był trochę zaskoczony, kiedy dostrzegł pojedynczą kopertę, opartą o shaker, którego dzisiaj prawie nie używał.
Pojedyncze 'Danno' nakreślone dość koślawym charakterem pisma, powiedziało mu wszystko o adresacie. McGarrett zresztą stał na balkonie i przyglądał mu się spokojnie z wysokości. Nie był pewien jak przekazywano tutaj pensję, ale zostawił księgowości numer swojego konta.
Zajrzał do środka, czując się trochę dziwnie, kiedy Lori przyglądała mu się, nie kryjąc ciekawości. I zamarł, ponieważ nie spodziewał się na pewno broszurki jednego z hoteli na wyspie. Ulotka informowała o atrakcjach, które przygotowała obsługa dla turystów. I Grace pewnie byłaby wniebowzięta pływaniem z delfinami. Nie chciał jednak nawet spoglądać na ceny. Z góry jednak opłacona rezerwacja dla dwóch osób na trzy noce wypadła na blat stołu.
Kiedy spojrzał ponownie w stronę alfy, McGarretta nie było już na balkonie.
