Wstyd się przyznać, ale zapomniałam, że nie wrzuciłam tego rozdziału. Przez ostatnie niecałe 2 miesiące troszkę uciekłam z fandomu potterowskiego, aby skupić się na planowaniu swojej własnej książki i tak jakoś, moja skleroza osiągnęła najwyższy level. Gdyby się to powtórzyło, to polecam kopać mnie w tyłek, a na pewno sobie momentalnie przypomnę. Dla tych zmartwionych (jeśli tacy tu są)nie porzuciłam tego FF. Jak już wspominałam jest SKOŃCZONY, tylko niestety straciłam pierwsze rozdziały, zostało jeszcze kilka do nadrobienia. Czasami pisanie od początku mnie przerasta, czasami nie widzę w tym sensu, ale pamiętam jak zawsze sama się irytowałam, gdy ktoś nie poprowadził czegoś do końca, dlatego temu opowiadaniu to nie grozi.

Co do tego rozdziału jest on spokojny i od następnego zaczyna się więcej dziać. A teraz koniec tego nudnego gadania, zapraszam do czytania.

Dziękuję za wszystkie komentarze, a betowała, jak zawsze, Morgue.

Rozdział VI

Harry krążył po zamku zdeterminowany, aby znaleźć swoich przyjaciół i podzielić się nienajlepszymi wieściami. Podejrzewał, że szanse na spotkanie ich były raczej marne – w sobotę nigdy nie mieli lekcji, więc zapewne wylądowali w jakieś opuszczonej klasie lub w innym dogodnym miejscu. Jednak mimo tego, wbrew racjonalnym przypuszczeniom, postanowił sprawdzić jeszcze w bibliotece. I nie zawiódł się. W odległym kącie, przy oknie, na dziale poświęconym eliksirom zaawansowanym, zobaczył przyjaciółkę pochylającą się nad książką. Rona nie było obok.

— Gdzie jest Ron? — zapytał, kiedy usiadł obok niej.

— Nie wiem i nic mnie to nie obchodzi — prychnęła, jak na gust Harry'ego trochę za gwałtownie zamykając książkę.

Pierwsza kłótnia? chciał zapytać, ale ugryzł się w język. Wystarczyło zerknąć na zaczerwienione oczy dziewczyny, żeby poznać odpowiedź. Poza tym, nie był zbyt dobry w pocieszaniu. Miał nadzieję, że jego przyjaciele nigdy się nie rozstaną, bo gdyby do tego doszło, nie wiedziałby, które z nich wybrać.

— Jak poszła rozmowa z Dumbledore'em?

— Nie poszła — odparł. — Jego portret zniknął.

Hermiona prawie upuściła pióro.

— Jak to… zniknął?

Wzruszył ramionami. Sam zadawał sobie to pytanie, a im więcej myślał, tym mniej wiedział. To wszystko wydawało się równie nieprawdopodobne, jak wszystkie sny, które miał, z tą różnicą, że teraz nie mógł się obudzić. To działo się naprawdę.

— Nie wiem jak. Po prostu zniknął — powiedział ponuro.

— Ale przecież gabinet jest wypełniony innymi portretami. Żaden z nich nic nie widział? — zapytała z niedowierzaniem, marszcząc czoło.

— Nic a nic — odmruknął. — To trochę dziwne, no nie? Nic nie znika ot tak. W dodatku Marta jest spetryfikowana, a Bulstrode oszpecono…

— Nie wiem, czy sprawa Bulstrode ma coś z tym wspólnego. Równie dobrze to mogła być jakaś okrutna zemsta któregoś z uczniów, ale spetryfikowanie ducha lub zniknięcie obrazu to już poważna sprawa. Och — pisnęła nagle, strasząc Harry'ego. — Myślisz, że ktoś to zrobił, aby uniemożliwić nam pomoc ze strony Dumbledore'a?

Wcześniej nie przyszło mu to do głowy, ale teraz, gdy o tym myślał…

— Nie wiem — powiedział jednak.

— Ktoś wie, że czegoś szukamy?

Owszem, Malfoy, pomyślał, jednocześnie nie chcąc wyjawić tego Hermionie. Być może Ślizgon miał coś z tym wspólnego, a może nie. Póki Harry nie zyska pewności, nie chciał ściągać na niego kłopotów. Poza tym… Tak naprawdę nie sądził, żeby on to zrobił. Prawdopodobnie Harry oszalał, ale wszystko, co przeżył, nauczyło go jednego – ufać instynktowi.

Przyjaciółka zauważając jego minę, sapnęła.

— Harry, jeśli komuś powiedziałeś…

— Nikomu nic nie powiedziałem — zaprzeczył, wewnętrznie kuląc się pod wzrokiem dziewczyny. — On... Sam się domyślił.

— Kto? — zapytała z obawą.

— Malfoy.

Hermiona wypuściła głośno powietrze.

— Skąd wiesz, że on wie? — Wina na twarzy Harry'ego chyba była dobrze widoczna, bo dziewczyna westchnęła. — Och, na Merlina… To z nim spotkałeś się wtedy na wieży? — Chciałby móc powiedzieć„nie". Chciałby, ale nie potrafił tego z siebie wydusić. Kolejny raz przeklinał swoją przyjaciółką za bezbłędną domyślność. — Czyś ty kompletnie postradał rozum?

— Nie wiedziałem, że to on będzie na mnie czekać — obruszył się, choć w głębi duszy był świadom, że nawet gdyby wiedział, to i tak by poszedł. Może nawet bardziej chętnie.

— I? Czego chciał? Szantażuje cię?

Harry popatrzył na nią z oburzeniem.

— Myślisz, że pozwoliłbym się mu zaszantażować?

— To by tłumaczyło, czemu tak uparcie twierdzisz, że jest niewinny…

— Ty też tak uważałaś — wypomniał jej, czując się nieco rozgniewanym. Nie chciał sprzeczać się z Hermioną, ale sugerowanie mu, że ktoś pokroju Malfoya mógłby go szantażować i wykorzystywać, było po prostu… Śmieszne. — Poza tym on nie wie nic konkretnego. Domyślił się, że czegoś szukamy, ale nie wie czego. Zresztą nie wyglądał jakby go to obchodziło. Nie zapominaj, że jest teraz po naszej stronie i… — urwał, zauważając, że się w niego wpatruje. — Co?

— Och, nic, po prostu… — Przygryzła wargę, wyglądając jakby bardzo nie chciała go urazić. — Gdy chodzi o Malfoya, zachowujesz się…

— Jak?

— Nieracjonalnie. — Rzuciła mu przepraszające spojrzenie. — Cały zeszły rok uważałeś go za złoczyńcę, a teraz nagle masz go za najbardziej niewinną osobę w całej szkole.

To nie była prawda. Oczywiście, że nie uważał go za niewinnego. To był Malfoy. Może w ostatnim czasie trochę bardziej przygaszony i nie rzucający się w oczy, ale Harry pamiętał, jaki potrafił być.

— Nie zapomniałem kim jest — powiedział, zastanawiając się, jak to ująć, żeby dobrze zrozumiała, co miał na myśli. — Wiem, że jest dupkiem, Hermiono. I wiem, że potrafi być okrutny, ale… Ostatnio zachowuje się inaczej. W dodatku, co jeśli naprawdę nie ma z tymi wydarzeniami nic wspólnego, a przeze mnie wszyscy by go obwiniali? Nie chcę ściągać na niego oskarżeń, póki nie ma dowodów. I… Mogłabyś nie mówić o tym Ronowi? Przynajmniej na razie?

Hermiona zamarła, spoglądając na Harry'ego, jakby wyrosła mu druga głowa.

— Mam go... okłamać?

— Nie — zaprzeczył spokojnie. — Po prostu przemilczeć tę jedną rzecz przez jakiś czas. — Wiedział, że o wiele prosi, ale jednocześnie miał pewność, jakby się to potoczyło, gdyby przyjaciel dowiedział się o tym wszystkim. — Wiesz, że Ron go nienawidzi.

Wzrok dziewczyny przeszywał go na wskroś, zdawał się sięgać nawet kości. Poruszył się niespokojnie na krześle.

— A ty? — zapytała.

— Co ja?

— Nienawidzisz go?

Tym razem to Harry zamarł, niepewien czy ma ochotę wypowiedzieć na głos to, co odkrył już jakiś czas temu.

— Nie — odparł, zauważając, że przyjaciółka nie wygląda na specjalnie zaskoczoną tą informacją. — Nienawidzę Voldemorta, a Malfoy… Malfoy jest tylko irytujący, to wszystko.

Dziewczyna uśmiechnęła się, jakby Harry był niesfornym dzieciakiem, który mimo wszystko ją rozczula.

— I ma więcej szczęścia niż zasługuje — podsumowała.

— Szczęścia? — powtórzył Harry, niepewien czy dobrze rozumie.

— Tak, szczęścia, bo na świecie są wciąż ludzie, którzy potrafią wybaczyć niemal wszystko.


Bywały dni wprost stworzone do latania i ten był jednym z nich. Mimo że październik zaczął się już dobrych kilka dni temu, pogoda nie stała się ani trochę jesienna. Słońce świeciło wysoko na niemal bezchmurnym niebie, a jego promienie przyjemnie grzały ciało pod warstwami ubrania, oświetlając wzgórza i mieniąc się rozmaitymi kolorami w tafli jeziora. Po rozmowie w bibliotece Harry wziął swoją błyskawicę i udał się na boisko. Potrzebował odprężenia, odcięcia się od wszelkich domysłów i po prostu chwili oddechu.

Oczekiwał, że zastanie boisko całkowicie puste, lecz niestety rozczarował się. Stał w złocistych promieniach październikowego słońca, usiłując rozpoznać szybko się poruszający po niebie kształt. Wystarczyło tylko kilka sekund, aby zorientował się, że to nikt inny, jak Malfoy.

Początkowo zamierzał zignorować obecność chłopaka i po prostu zacząć latać, ale po chwili zmienił zdanie. Malfoy tutaj był niczym odpowiedź na jego modlitwy, więcej niż Harry mógłby prosić. Postanowił usiąść na trybunach i poczekać aż skończy ćwiczyć i wtedy zadać mu kilka pytań. Szanse, że Ślizgon będzie chętny do rozmowy były raczej marne, ale cóż, mógł chociaż na tyle się zgodzić, skoro Harry mu pomagał. Nie miał wątpliwości, co na ten temat powiedzieliby jego przyjaciele, ale uciszył tę myśl.

Nie robię nic złego, powiedział sobie, po prostu… Chcę wiedzieć.

Nigdy wcześniej nie miał okazji przyjrzeć się grze Ślizgona. Zawsze spotykali się podczas meczy, a wtedy goniony przez czas i presje, aby złapać znicza jako pierwszy, nie miał czasu ani głowy skupiać się na równie prozaicznych rzeczach. Teraz, siedząc i nie mając nic lepszego do roboty, mógł go do woli obserwować. A Malfoy latał dobrze. Nawet bardzo dobrze - musiał z bólem przyznać. Zwykle wygrywał z innymi szukającymi, tylko z Harrym nie miał szczęścia. Jego lot był płynny, a ruchy elastyczne i pełne gracji. Malfoy i miotła zdawali się być niepodważalną jednością. To on powinien zostać kapitanem ślizgońskiej drużyny, ale z drugiej strony, dobre radzenie sobie w powietrzu nie miało nic wspólnego z byciem dobrym strategiem. Harry w roli kapitana nie czuł się najlepiej.

Nie wiedział, jak długo go obserował, ale w końcu, kiedy słońce świeciło nieco niżej, Malfoy wylądował na ziemi. Jego wzrok spoczął na Harrym i na moment – nim jego twarz ponownie przybrała swój beznamiętny wyraz – wyglądał na zaskoczonego. Bez słowa, trzymając mocno miotłę, ruszył przed siebie.

Harry nie zastanawiał się ani sekundy. Zrównał się z chłopakiem, widząc, jak usilnie Malfoy stara się go ignorować.

— Hej — rzucił na powitanie.

Chłopak popatrzył na niego z absolutną odrazą. Posklejane kosmyki włosów opadały mu na czoło zroszone potem.

— Szpiegujesz innych zawodników, Potter? Chcesz ukraść nam strategie?

— Wydawało mi się, że oszukiwanie jest specjalnością Ślizgonów — odparł, uśmiechając się lekko. Malfoy prychnął i ponownie wbił spojrzenie przed siebie, choć szedł już trochę wolniej. — Gdybym zamierzał cię szpiegować, użyłbym peleryny niewidki. Po prostu postanowiliśmy tak samo spędzić popołudnie.

— Tak, jesteśmy tacy podobni — zadrwił blondyn. — To na pewno znak, że powinniśmy się zaprzyjaźnić. Wezmę to pod uwagę, gdy urodzę się po raz drugi.

Harry nie wiedział, czy chłopak usiłował go sprowokować, miał takie uosobienie, lub jedno i drugie, dlatego postanowił puścić pomimo uszu ostatnią uwagę.

— Niezły manewr ten ostatni — pochwalił go, wskazując głową na niebo. — Jak się nazywa?

Przez chwilę był pewien, że Malfoy każe mu się odpieprzyć, ale w końcu odezwał się niechętnie i nieco zarozumiale.

— Nie nazywa się. Sam go wymyśliłem.

— Wiele manewrów wymyśliłeś?

Malfoy zmarszczył brwi.

— O co ci chodzi, Potter? To jakieś pytanie-podstęp?

— O nic — odpowiedział szybko Harry, myśląc, że poniekąd cała ta rozmowa była podstępem. Nie czuł się z tym zbyt dobrze. — Po prostu pytam.

— I mamy tak sobie gawędzić? Odbiło ci?

Tak, odbiło mu. Był wręcz kompletnie stuknięty.

— Właściwie… Moglibyśmy zagrać.

Teraz Malfoy wyglądał, jakby zobaczył Harry'ego pierwszy raz w życiu i uważał go za kogoś niepoczytalnego. Prawdopodobnie miał rację.

Miałem mu zadać kilka pytań, przypomniał sobie Gryfon, a nie grać z nim.

— My? — powtórzył Ślizgon z niedowierzaniem.

Harry wzruszył ramionami.

— Czemu nie? Wiesz… Poznasz moje tajne techniki.

Dopiero gdy Malfoy uniósł brwi, a na jego ustach zagrał sugestywny uśmieszek, Harry uświadomił sobie, jak to zabrzmiało. Co żałosne, poczuł, że się czerwieni.

— To na takie teksty wyrwałeś Weasleyównę? — zapytał denerwująco przeciągając słowa.

— Zamknij się, Malfoy — warknął, zdeterminowany, żeby nie dać się sprowokować. — A może zwyczajnie się boisz?

Blondyn ponownie prychnął. To było chyba jego nawykiem.

— Boję? Niby czego? Nie bądź śmieszny, Potter.

— Tego, że jak zwykle przegrasz.

Przez chwilę Malfoy miał taki wyraz twarzy, jakby zamierzał go uderzyć, ale w końcu odetchnął i uśmiechnął się cynicznie, w sposób, który Harry bardzo dobrze znał. Gdy tak robił, jego nos wydawał się odrobinę krótszy.

— Dobra. Każda okazja, by zetrzeć cię na proch, jest równie dobra.

— Chciałbyś — odparł Harry, szeroko się uśmiechając. — Jakieś zasady gry?

— Który z nas złapie trzy na pięć razy znicza wygrywa — oznajmił Malfoy i nie zważając na reakcje Harry'ego wypuścił z dłoni złotą piłeczkę, a następnie przerzucił nogę przez miotłę i odbił się od ziemi.

Harry nie czekając ani chwili poszedł w jego ślady. Wzbił się w powietrze, czując przyjemny powiew wiatru na twarzy. Nie miał znaczenia absurd tej sytuacji ani to, że mogli zostać przez kogoś zauważeni. Byli tylko oni dwaj, ziemia daleko pod spodem i błysk znicza, mieniącego się w promieniach słońca. Trenowanie w pojedynkę było przyjemne, ale nie umywało się do latania we dwóch. Ta czysta radość, rywalizacja wyostrzająca wzrok, zostawienie wszystkiego za sobą, wprawiało serce Gryfona w dziki trzepot.

Wznosił się wyżej i wyżej, ponad granicę na której rozgrywał się mecz. Podczas ich trwania latanie tak wysoko nie miało najmniejszego sensu, bo znicz bardzo rzadko pojawiał się ponad bramkami. Im wyżej leciał, tym powietrze stawało się chłodniejsze, a wiatr silniejszy. Spojrzał w dół, obserwując pomniejszającą się sylwetkę Malfoya, trybuny, pętle, murawę, aż to wszystko zamieniło się w niewielkie, rozmyte punkty. Przez moment zastygł tak, na jednej wysokości, delektując się miniaturowym widokiem wszystkiego, po czym znurkował w dół. Powietrze wokół trzepotało, szarpiąc za włosy i ubrania, a boisko z każdą sekundą stawało się coraz większe. Czuł się wolny i szczęśliwy, prawdopodobnie pierwszy raz odkąd umarł Dumbledore. Zepchnął tę myśl, daleko poza granicę świadomości – to nie było miejsce na to ani czas. Teraz powinien jedynie cieszyć się wspólną grą, możliwością pokonania Ślizgona kolejny raz.

Coś błysnęło niedaleko trybun, więc praktycznie położył się na miotle, by przyśpieszyć lot, ale kiedy dotarł do zamierzonego punktu, odkrył, że to tylko włosy Malfoya zalśniły w słońcu, przez ułamek sekundy do złudzenia przypominając znicz. Przeklinając pod nosem, zbliżył się do Ślizgona, który widocznie musiał zauważyć niezadowolenie na jego twarzy, bo sam uśmiechnął się szyderczo.

— Wzrok cię zawodzi, Potter? — zawołał.

— Po prostu daję ci taryfę ulgową! — odkrzyknął Harry i wtedy to zauważył.

Znicz unosił się tuż przy twarzy Malfoya, jeśli nie czuł ruchu maleńkich skrzydełek na swoim policzku, to był cud. Ale Malfoy zdawał się tego nie zauważać. Wcale, sądząc po tym, że nawet nie drgnął.

Harry ruszył do przodu, przy prędkości z którą leciał niemal strącając chłopaka z miotły. Malfoy krzyknął i szarpnął gwałtownie miotłą, aby utrzymać się w powietrzu, ale znicza już nie było. Potter zacisnął z frustracji zęby. Nie minęły dwie sekundy i znowu zobaczył znicza, unoszącego się kilkadziesiąt stóp dalej. Tym razem blondyn również go dostrzegł. Jak na komendę obaj pognali do przodu, lecąc blisko, bliżej niż kiedykolwiek. Praktycznie czuł ramię Malfoya przyciśnięte do swojego, wystarczyłby drobny ruch, wręcz minimalny, aby jeden z nich stracił równowagę i runął w dół.

Oblizując spierzchnięte od wiatru wargi położył się bardziej na miotle, wyciągnął rękę w przód i… W następnej chwili usłyszał zwycięski okrzyk.

Mokra od potu dłoń Malfoya zaciskała się na zniczu, a on sam obrócił się triumfalnie na miotle. Jego twarz zdobił aż nazbyt radosny uśmiech. Coś, czego Harry, chyba nigdy u niego nie widział. Owszem, Malfoy się uśmiechał – cynicznie, drwiąco, z satysfakcją, mściwie – ale nigdy, przez siedem lat, Harry nie widział na jego twarzy szczęścia.

Z oszołomieniem pomyślał, że ten widok był niemal miły, gdyby nie oznaczał, że on sam przegrał.

Ponownie wypuścili znicz, zaczynając od nowa grę.

Jakiś czas później Harry usiadł niezadowolony na trybunach. Nie mógł w to uwierzyć. Malfoy pokonał go dwukrotnie. Wygrywanie z Harrym chyba górowało na liście ulubionych zajęć Malfoya, bo siedział teraz obok, wyraźnie zadowolony. Harry bardzo starał się nie wyglądać na równie sfrustrowanego, jak się czuł.

Zachciało mu się grać z tym dupkiem.

Co mi odbiło?, pomyślał ponuro.

— To chyba nie jest twój dobry dzień, co? — zagadnął Ślizgon, nawet nie starając się nie brzmieć złośliwie.

Harry przygwoździł go spojrzeniem.

— Raczej twój wyjątkowo szczęśliwy. Lepiej przyznaj się skąd wziąłeś Feliks Felicis.

— Nie oszukiwałem — odparł lekko, w ogóle nie urażony sugestią. Po chwili uśmiechnął się przebiegle. — Przynajmniej nie tym razem.

Harry wywrócił oczami, uznając, że musi mężnie pogodzić się z porażką. Właściwie zaskoczyło go, że wzmianka o Feliks Felicis nie uraziła chłopaka – widocznie był w zbyt dobrym nastroju, by cokolwiek mogło go zepsuć. Dobrze pamiętał, jak bardzo zależało mu wtedy na lekcji na zdobyciu eliksiru. Zapewne myślał, że pod jego wpływem bez problemu uda mu się zabić Dumbledore'a. Gryfon zadrżał na tą myśl. Kto by pomyślał, że rok później Malfoy poprze ich stronę, co więcej będzie spędzał z nim czas.

Nagle w ręce Ślizgona pojawiła się butelka wody.

— Hej, skąd ją masz? — zapytał, sekundę później tego żałując, bo Malfoy popatrzył na niego z wyższością.

— Zaklęcie przywołujące — odparł, przechylając butelkę i biorąc spory łyk. Jego wilgotne od potu gardło poruszało się kiedy pił. — Doprawdy, Potter, nawet dzieci znają jego niewerbalną wersję. Oczekiwałem trochę więcej po Zbawicielu Świata.

— Jeszcze go nie zbawiłem — mruknął, niezadowolony z przytyku.

— Ale masz to zrobić.

— A ty w to wierzysz?

Malfoy obrócił się w stronę Harry'ego; usta Ślizgona lśniły od resztek wody. Potter uniósł wzrok na jego zmrużone podejrzliwie oczy. W świetle zachodzącego słońca szare tęczówki nabrały złotawej barwy.

— To znaczy, że ta przepowiednia… jest zmyślona? — zapytał powoli, wyglądając na naprawdę zaskoczonego.

— Tego nie powiedziałem. — Gryfon wzruszył ramionami. — Po prostu zapytałem czy ty w to wierzysz.

— W co wierzę, to już nie twoja sprawa, Potter — uciął sucho, odwracając wzrok. — Choć, nie przeczę, gdyby to ode mnie zależało, wybrałbym na swojego zbawcę kogoś bardziej rozgarniętego. Ale z drugiej strony, jak to mówią, głupi ma zawsze szczęście…

Harry przygryzł wargę, aby się głośno nie roześmiać. Obronna postawa Malfoya jaką momentalnie przyjmował, kiedy tylko zeszli na bardziej prywatny grunt, była niemal ujmująca. Z rozbawieniem pomyślał, że Ślizgon przypominał zwierzątko – trochę dzikie, grożące ugryzieniem, ale gdy wiedziało, gdzie je pogłaskać, stające się całkiem niegroźne.

Spojrzał w pomarańczowe chmury nad nimi. Dzień powoli przeistaczał się w wieczór, a niebo mieniło się dorodną czerwienią, gdzie niegdzie przeplatane fioletowymi smugami. Jak na tą porę było zaskakująco ciepło. Spojrzał z ukosa na Malfoya. Opierając się na łokciach, a twarz wystawiając w stronę słońca, wyglądał na niemal odprężonego. Mimo że milczenie, które pomiędzy nimi zapadło było niemalże przyjazne, Harry zapragnął coś powiedzieć, wypełnić ciszę milionem słów. Ale co? Co miało sobie do powiedzenia dwóch byłych rywali? Przypomniał sobie o swoich prawdziwych zamiarach, ale nie wiedział jak zacząć temat, by nie zerwać ten nici cichego porozumienia.

— Słyszałeś co się stało? — wypalił, kątem oka zauważając, jak Malfoy się momentalnie spiął.

— Doceniam twoją wiarę we mnie, Potter, ale nawet ja nie jestem w stanie spetryfikować ducha.

— Nie o tym mówię — odrzekł, zastanawiając się czy rozmowa z chłopakiem na ten temat w ogóle miała jakikolwiek sens. — Obraz Dumbledore'a zniknął.

Ślizgon drgnął, ale poza tym nie pokazał w żaden sposób, że ta informacja zrobiła na nim jakieś wrażenie.

— I oczywiście sądzisz, że ja za tym stoję?

— Na Merlina, Malfoy, zawsze jesteś taki drażliwy? — westchnął Harry. — Nie o to mi chodziło. Po prostu mówię, że gdybyś coś wiedział…

— To na pewno pierwsze, co zrobię, to przybiegnę do ciebie i podzielę się nowinami.

— Nie wszyscy mają cię za winnego. — Nie wiedział po co to mówi, ale czuł, że musi.

Wargi Malfoya zadrżały w szyderczym uśmiechu.

— Och, czyżby? — zapytał, a oziębłość w jego głosie, sięgnęła niemal kości Harry'ego. — No tak, zapomniałem, że świat jest pełen ludzi chętnych do rozdawania drugich szans.

Choć to głupie – bo czego spodziewać się po tak niewdzięcznym gnojku, jak Malfoy? – poczuł w sercu chłód.

— Czasami, Malfoy — zaczął powoli, zważając na każde słowo — wystarczy jeden człowiek, żeby odmienić nasze życie na lepsze. I wydaję mi się, że ty już dostałeś swoją szansę, tylko nie jesteś zbyt chętny ani jej docenić, ani wykorzystać.

Przez chwilę wpatrywali się w siebie, a napięcie wisiało pomiędzy nimi, elektryzując skórę. Powietrze zdawało się nieco zgęstnieć.

Po kilku sekundach Malfoy widocznie odzyskał panowanie nad sobą, bo jego głos był lodowaty i drwiący, tak samo jak zawsze.

— Och wybacz, Wielki Harry Potterze, mam uklęknąć, żebyś uznał moją wdzięczność?

— Malfoy, ja nie… — zaczął, bo przecież wcale nie o to mi chodziło, ale Ślizgon mu przerwał.

— Pieprzyć to. — Wstał. Tak mocno ściskał trzonek miotły, że jego knykcie pobielały. — Bynajmniej, jakby ta rozmowa fascynująca nie była, pozwól, że sobie pójdę.

Zszokowany Harry gapił się na jego plecy, kiedy schodził po stopniach. Co, do diabła, poszło nie tak? Och, Boże. Przecież nie chciał… wcale nie miał tego na myśli! Nie o taką wdzięczność mu chodziło!

Czując niewytłumaczalne rozczarowanie bezradnie obserwował oddalającą się sylwetkę chłopaka.

Taa, pomyślał posępnie, to by było na tyle, jeśli chodzi o dobry nastrój i poprawę stosunków.


Harry śnił. Stał nad kamienną misą, obserwując szmaragdową substancję, jarzącą się w ciemnościach fosforowym blaskiem. Poświata była jaśniejsza niż pamiętał, a na dnie nie spoczywał żaden medalion.

Powiedziony instynktem wyciągnął rękę, by dotknąć nieruchomej powierzchni, ale tak samo jak wtedy, jego dłoń nie przeniknęła przez ciecz i tak samo jak wtedy, napotkała niewidzialną barierę. Spróbował jeszcze raz i jeszcze, nie wiedząc czego szukał, ale musząc to znaleźć. Nie myślał o niczym. Jego umysł był całkowicie czysty, jakby zamienił się w maszynę zaprogramowaną na określone zachowania.

Nagle substancja poruszyła się. Na dotychczas gładkiej powierzchni zaczęły tworzyć się okręgi, które zamiast się rozchodzić, płynęły do wnętrza. Spróbował cofnąć rękę, ale pozostała w miejscu, niczym przytrzymana przez niewidzialną siłę. Szarpnął nią, czując ukłucie paniki. Musiał się stąd wydostać. Musiał uciec. Tu nie było niczego, a jednak czuł zagrożenie dyszące w kark.

— Lord Voldemort nie chciałby natychmiast uśmiercić kogoś, kto dotarł na tę wyspę — powiedział stojący z jego prawej strony Dumbledore.

Mimo że nie żył i mimo że wcześniej go tu nie było, Harry'ego nie zaskoczyła jego obecność.

— Profesorze, czy ja umrę?

Dumbledore uśmiechnął się.

— Tylko jeśli się poddasz.

Harry kiwnął głową, przyjmując to do wiadomości. Spojrzał z powrotem w mętną taflę.

— Co jest pod powierzchnią?

— Dlaczego się nie przekonasz? — zapytał spokojnie. Gryfon powstrzymał prychnięcie. Tak jakby nie próbował. — Nie możesz bać się patrzeć w głąb siebie.


— Och, nie wiem, co mi odbiło, że wzięłam sobie rozszerzone eliksiry — narzekała Pansy, kiedy siedzieli w odległym kącie biblioteki, nad trudnym esejem. — A najgorsze jest to, że wszystkie składniki mi się mylą. Za cholerę nie mogę sobie przypomnieć, co dodaje się w drugiej kolejności do Eliksiru Euforii.

— Pancerzyki chitynowe — przypomniał jej Draco, nawet nie odrywając wzroku od pergaminu.

— Racja — westchnęła, ze znudzeniem opierając policzek o pięść. Czuł wbite w niego spojrzenie dziewczyny, ale nie pokazał tego po sobie. Pansy często go obserwowała, szczególnie w tamtym roku. Im bardziej się w niego wpatrywała, tym bardziej on miał ochotę udać, że wszystko było w najlepszym porządku. — Po twoim nastroju nie powiedziałabym, że znasz na niego recepturę.

— To, że wiem, jak go zrobić, nie znaczy, że go używam.

— A powinieneś. Nie zaszkodziłoby ci kilka kropli. Ciągle chodzisz taki smutny.

— Och, proszę, Pansy, nie jestem smutny — prychnął, skreślając ostatnie zdanie eseju — tylko zmęczony.

— Jeśli nasze nocne orgie tak cię wykańczają, wystarczy powiedzieć — rzuciła wesoło.

— Nie mogę narzekać.

Jakaś jego część miała ochotę porozmawiać z Pansy, porozmawiać z kimkolwiek, ale to nie wchodziło w grę. I tak był z nią o wiele za blisko niż powinien. Wiedziała o nim rzeczy, których nikt nie powinien wiedzieć. Malfoyowie nie bywali smutni, zmartwieni, zagubieni. Nie posiadali prawdziwych przyjaciół, którzy poszliby za nimi na śmierć. Szczerość była dogodnością, na którą nie mógł sobie pozwolić. Ani teraz, ani nigdy.

— Wiesz, że podobno Milcenta jest lesbijką? — zagadnęła Pansy, a Draco w pierwszej chwili zamarł, nie wierząc w to, co usłyszał.

Dotychczas sądził, że był jedynym innym w całej szkole. Ciągle słuchał o romansach uczniów – kto, z kim, gdzie, i w jaki sposób – ale nigdy, przez cały ten czas, nie słyszał, by choć jeden uczeń spotykał się z kimś o takiej samej płci. Poczuł ukłucie strachu. Dlaczego Pansy mówiła to akurat jemu? Czy możliwe, że… Nie, spokojnie. Nie domyślała się. Nikt się nie domyślał. Nie bez powodu pieprzył ją ostatniej częściej niż przez cały zeszły rok. Kiedy miał już pewność, że panował nad emocjami, odezwał się:

— Żartujesz? — Potrząsnął głową, śmiejąc się. — W takim razie powinna się cieszyć, że nikt nie wyrył jej na ręce napisu: Wolę cipki. — Pansy Wybuchnęła śmiechem tak głośnym, że pani Pince spojrzała na nich z naganą z drugiego końca biblioteki. — Skąd w ogóle o tym wiesz?

— Daphne mi powiedziała.

Ach, Daphne. Jeśli w szkole była większa plotkara od Pansy, to właśnie ona. To, że się nie przyjaźniły, pozostawało dla Draco zagadką.

— To faktycznie rzetelne źródło informacji — zakpił, w tym samym momencie zauważając stojącą przy ich stoliku dziewczynkę.

Musiała być co najwyżej z drugiego roku i wlepiała w nich trochę przestraszone spojrzenie.

— Draco Malfoy? — pisnęła, wyglądając, jakby chciała czmychnąć.

— Tak, o co chodzi? — spytał, obracając się w jej stronę.

— Pani dyrektor chcę cię widzieć — oznajmiła cicho, chyba bojąc się na niego patrzeć. Tak naprawdę nie dziwiło go to. Te najmłodsze dzieciaki chyba sądziły, że może je w każdej chwili zabić.

Pansy patrzyła na niego z niepokojem. On sam zdusił strach. Cokolwiek się stało, po cokolwiek McGonagall chciała go widzieć, nie mogło to być gorsze od wszystkiego, co dotychczas go spotkało.

— Weźmiesz mój esej do dormitorium? — spytał dziewczyny.

— Jasne, idź. — Chyba chciała uścisnąć jego dłoń, ale ostatecznie zrezygnowała.

Wyszedł z biblioteki, kierując się prosto do gabinetu dyrektorki.


Jego matkę odnaleziono – nie od razu przyswoił tę informację. Początkowo ta wiadomość zdjęła z serca niewidzialny ciężar, ale to co następnie usłyszał, sprawiło, że nie wiedział czy cieszyć się, czy martwić. McGonagall nie powiedziała mu zbyt wiele, prócz tego, że Potter się mylił, jego matki nie torturowano, ani nie porwano, tylko sama wyszła, a następnie, prawdopodobnie doznała amnezji. Zanim Draco zdążyłby ogarnąć nagromadzenie informacji, został wysłany do św. Munga w towarzystwie dwóch aurorów.

I tym oto sposobem znalazł się na oddziale chorób nieznanych. Wszędzie było przeraźliwie biało i sterylnie, a szpital cuchnął lekami, środkami neutralizującym zapach fizjologicznych wydzielin oraz szaleństwem. Draco zdawał sobie sprawę, że wariactwo nie posiada żadnej woni, ale i tak je czuł – mętne, oblepiające skórę i wszechobecne. Większość uzdrowicieli wyglądała niczym wyjęta z obrazka. Sztuczne uśmiechy, sztuczna grzeczność, sztuczna próba zrobienia czegokolwiek; lecz byli też ci drudzy - ponurzy, o pustych, obojętnych oczach jakby zobaczyli zbyt dużo, by przejąć się jeszcze czymkolwiek. Dzięki Merlinowi, nie widział wielu pacjentów. Zapewne większość pozostawała szczelnie zamknięta w salach. Słyszał szczekanie psa, choć w szpitalu nie można było przetrzymywać zwierząt.

Podszedł do recepcjonistki. Pulchnej, niskiej kobiety o rumianych policzkach i znudzonym spojrzeniu.

— Komu chce pan złożyć wizytę? — spytała, nawet nie unosząc głowy znad karty przyjęć.

— Narcyzie Malfoy — odparł, zyskując dość lękliwe spojrzenie. Większość ludzi zazwyczaj patrzyła na niego w ten sposób, jakby bali się, że zaraz wyjmie różdżkę i ich pozabija. — Jestem jej synem.

— Sala dwieście osiem — oznajmiła już neutralnym tonem, mimo to wyczuwał w nim niechęć oraz strach. Podsunęła mu pergamin. — Proszę wypełnić i może pan iść.

Złożył zamaszysty, pełny zbyt długich i krętych ogonków podpis, mgliście myśląc, że kreślił go tak długo po to, aby opóźnić spotkanie. Nim zdążył przejść całą długość korytarza, już czuł się nienaturalnie zmęczony i podenerwowany. Gdy przekroczył próg sali dwieście osiem, jego serce biło dwa razy szybciej, tak głośno, że miał wrażenie, iż wszyscy to słyszeli. Aurorzy zostali na zewnątrz.

Pokój był niewielki. Podobnie jak korytarz sterylnie czysty i - dzięki Merlinowi - jednoosobowy. Znajdowało się w nim duże okno z widokiem na park, przez które wdzierały się promienie wiosennego słońca, tańczące na konturach drobnej sylwetki, półleżącej w łóżku. W pierwszej chwili niemal jej nie rozpoznał. Ta zmizerniała osoba, o matowych włosach i odziana w szeroką, białą koszulę w niczym nie przypominała tej oglądanej przez tyle lat. Żadnego śladu po lśniących, zadbanych, spływających do pasa niczym jedwab włosach; żadnego śladu po drogich, srebrzystych, tańczących wokół ciała przy najmniejszym poruszeniu szatach; żadnego śladu po wyniosłej, aroganckiej minie, nakazującej zachować dystans. Była za to pustka w oczach i poszarzała twarz. Jego matka.

Poczuł, jak zapadł mu się żołądek, a serce na moment zdawało się przestać bić. Zacisnął pięści, usiłując stłumić natychmiastową chęć ucieczki.

— Odwiedziny? — dźwięk głosu wyrwał Dracona z odrętwienia.

Dopiero teraz zauważył przystojnego uzdrowiciela o ciemnych włosach i śniadej skórze, odcinającej się barwą od jasnego koloru uniformu. Mieszał coś w fiolce, zapewne kolejny eliksir.

— Tak — odparł, przeklinając w duchu, jak ochryple to zabrzmiało. — Jestem synem.

— Giorgio Botticelli — przedstawił się, z wyraźnym, włoskim akcentem. Draco uścisnął wyciągniętą dłoń, marząc, aby zostać z matką sam na sam albo najlepiej w ogóle stąd wyjść. Mężczyzna uśmiechnął się, odsłaniając białe, równe zęby. — Jestem uzdrowicielem pańskiej matki.

Doprawdy, sam bym się nie domyślił, zadrwił jedynie we własnej głowie, w zamian mówiąc z oschłą uprzejmością:

— Co jej dolega?

Kobieta sprawiała wrażenia zamkniętej we własnej myślach, nie zwracając na nich najmniejszej uwagi. Po prostu siedziała oparta o wezgłowie łóżka z rękami leżącymi bezwładnie na kołdrze i z twarzą zwróconą w stronę słońca.

— Prawie całkowicie straciła magię — urwał, jakby chcąc dać mu czas na przyswojenie wiadomości. — Podejrzewamy, że to Virecuitum. Cechuje je samoistne wyzbywania się własnych mocy, zarówno magicznych, jak i tych witalnych, wywołanego silnymi wyrzutami sumienia.

Draco przełknął ślinę. Oczywiście, że zdawał sobie sprawę, że matka przez ostatni rok śmiertelnie się zamartwiała. Może i nie była typem ciepłej kobiety, ale musiałby być ślepy, żeby tego nie widzieć. A potem, po czerwcowych wydarzeniach, nie mieli pojęcia, gdzie przebywa drugie. Wszystko, co musiało im starczać, to listy.

— Są jakieś szanse na wyleczenie? — spytał, a mina jaką został obdarzony, wystarczyła za tysiąc słów.

— Przykro mi — oznajmił magomedyk. Podszedł do swojej pacjentki, poprawiając poduszki za jej plecami. — Narcyzo? — spytał, nie dostając w zamian żadnej reakcji. Wciąż wpatrywała się w okno, nucąc pod nosem coś, czego blondyn nie mógł dosłyszeć. — Masz gościa. Twój syn cię odwiedził.

Drgnęła, zwracając swoje przywodzące na myśl martwe oczy na Draco. Spróbował przełknąć narastający ból, jednak bez skutku. Jej nieobecne spojrzenie; poszarzała, cienka skóra, przez którą prześwitywały naczyńka; całkowita pustka w twarzy… To było za dużo.

— Draco? — odezwała się cicho i poczuł, jak uszło z niego całe powietrze.

— Tak — odparł, usiłując zmusić mięśnie twarzy do uśmiechu. Sądził, że wyszło mu coś bardziej podobnego do grymasu niż czegokolwiek innego. Postąpił krok do przodu, przeklinając w duchu, że nogi nie odmówiły mu posłuszeństwa albo nie zaniosły w przeciwnym kierunku. Z dala od zapachu leków, od nicości, od tego... Tego wszystkiego, z czym nie do końca potrafił się zmierzyć. Przysuwając sobie krzesło, usiadł przy łóżku, ignorując wypowiedziane przez uzdrowiciela „Zostawię was samych". — Jak się czujesz? — zapytał, głównie dlatego, że nic innego nie przychodziło mu do głowy.

— Nie powinieneś tu przychodzić — powiedziała, nie patrząc wprost na niego lecz gdzieś nad ramieniem. Jej dłonie przeraźliwie drżały, choć udawał, że tego nie widział. — Wyglądam okropnie. Nie pozwól swojemu ojcu tutaj przyjść. Nie może mnie zobaczyć w takim stanie.

— On tu nie przyjdzie — oznajmił cicho, ale na matce nie wydawało się to wywrzeć wrażenia. Właściwie wyglądała, jakby w ogóle go nie usłyszała.

— Nie może mnie zobaczyć w takim stanie — powtórzyła żarliwie, uczepiając się kołdry jak tonący koła. — Nie może…

— Ojciec jest w Azkabanie. Nie pamiętasz?

Kobieta na moment znieruchomiała, obserwując go szeroko rozwartymi oczami. Najwyraźniej w końcu zrozumiała, co do niej mówił.

— Urosły ci włosy — stwierdziła nagle, dość pogodnie, a Draco poczuł, że ostatnia nadzieja prysła. Uciskany przez dławiący ból, zamarł, pozwalając matce dotknąć swoich pasm. — Coraz bardziej go przypominasz. Jesteście tacy podobni… — Stłumił irracjonalną chęć wstania i ogolenia się na łyso. — Wyglądasz zupełnie jak swój ojciec za dawnych lat. Jego idealna, młodsza kopia — szepnęła z uwielbieniem, nawijając na palce końce jego włosów. Zdusił krzyk niemal przegryzając sobie język. Pomyślał, że nie da dłużej rady.

Kochał ją, bo była jego matką, kimś dzięki komu istniał, kimś kto go wychowywał i z kim będzie zawsze związany. Ale patrzenie na nią w takim stanie, w tej okropnej, taniej pościeli, obserwowanie, jak zamknęła się w kręgu własnych myśli, wspomnień, szczelnie odgradzając od rzeczywistości… To bolało. Przeniosła rękę z włosów Ślizgona na jego policzek, muskając gładką, zapadniętą powierzchnię. — Na pewno jest z ciebie dumny.

Drżąc na całym ciele, chwycił ostrożnie dłoń matki i położył na udach zakrytych cienką warstwą kołdry. Nawet nie zwróciła na to uwagi, patrząc w bliżej nieokreślonym punkcie.

— Ja… Muszę już iść. Przepraszam, muszę… — zamilkł, dobity świadomością, że równie dobrze mógł mówić do ściany. — Zabiorę cię stąd i będzie… Będzie jak dawniej.

Z bólem rozsadzającym pierś wypadł na korytarz, gnając przed siebie, byle w przód, byle na zewnątrz, byle z dala od zapachu eliksirów i leków, przyprawiających go o mdłości.

Gdy nagle wpadł na jednego z pacjentów, mającego grubą gałąź zamiast ręki, prawie dostał zawału. Ptaki wyleciały z gniazda spowitego pomiędzy liśćmi, wściekle ćwierkając i wplątując się Malfoyowi we włosy. Usiłował je odgonić, ale te cholerne, pierzaste stworzenia wyrwały mu parę pasm, wplątując się bardziej i bardziej, aż zaczął się zastanawiać, czy zaavadowanie piskląt groziło wyrokiem.

— Och, bardzo pana przepraszam — powiedziała uzdrowicielka, łapiąca swojego pacjenta za… gałąź i odciągnęła go w przeciwnym kierunku. Aurorzy pobiegali za nim.