VII

Rano Tommy'ego obudził zapach jajecznicy na wędzonym boczku, rozchodzący się z kuchni po całym mieszkaniu. Przetarł oczy, wygrzebując się spośród pościeli. Spojrzał na zegar wiszący na przeciwległej ścianie; dochodziła ósma. Promienie słońca przebijały się przez jasny materiał zasłon, otulając pokój delikatnym, przytłumionym światłem.

Wstał z materaca i starając się przygładzić nieco stojące we wszystkie strony rozczochrane włosy, sięgnął po koszulkę - nie chciał wyjść z pokoju w samych bokserkach, bo przeczuwał, że Brad nocował u Adama po wczorajszej randce.

Otworzył drzwi; aromat smażonych jajek uderzył go ze zdwojoną mocą, powodując, że żołądek głośno zaczął domagać się jedzenia. Wyszedł do salonu, kierując się w stronę kuchni, z której dobiegało go pobrzękiwanie naczyń.

W kuchni zastał tylko Adama, pochłoniętego skwierczącymi na rozgrzanym tłuszczu kawałkami mięsa. Był boso; ciemne bokserki wisiały luźno na jego biodrach, a woda z mokrych włosów skapywała niefrasobliwie na mocno wycięty, biały tank top. Wyglądał, jakby dopiero co wyszedł spod prysznica.

Tommy nie słyszał szumu wody z łazienki, więc wyglądało na to, że Brad zniknął z samego rana. Jeśli miał być szczery, to bardzo tego żałował; uwielbiał poznawać nowych ludzi, a Brada był niezmiernie ciekawy. Dzięki rozmowom z Adamem, Tommy poznał go po części, ale chciał dopełnić obrazu. Aktor i producent, dwudziestodwuletni rodowity Nowojorczyk, wierzący w astrologię buddysta. Do tego umawiał się z Adamem, który był najbarwniejszym człowiekiem, jakiego Tommy kiedykolwiek poznał. Brad musiał być fascynujący.

- Nie słyszałem jak wchodziłeś. - Tommy otrząsnął się z zamyślenia. Adam patrzył na niego z uśmiechem, dzierżąc w dłoni drewnianą łyżkę. – Dobrze, że już wstałeś, miałem nadzieję, że ze mną zjesz.

- Chętnie. – Tommy uśmiechnął się z wdzięcznością. Adam odwrócił się z powrotem w stronę kuchenki, a Tommy usiadł na zimnym, metalowym krześle przy długim, wąskim stole. Sięgnął po czarną poduszkę z krzesła obok i podniósł się, kładąc ją na swoje siedzenie. Na stole leżało mnóstwo modowych pism. Aby zająć czymś ręce, sięgnął po jeden z numerów Vogue'a. – Nie wiedziałem, że potrafisz gotować.

Adam zaśmiał się – Nie potrafię! Jajecznica to szczyt moich możliwości. A ty umiesz gotować?

Wzruszył ramionami – Nie mnie to oceniać. Szefem kuchni nigdy nie będę, ale co nieco przygotować potrafię. Zwłaszcza włoskie dania.

- Och, więc właśnie wrobiłeś się w przygotowanie dzisiejszej kolacji, bo to moja ulubiona kuchnia. – Zaśmiał się, a Tommy mu w tym zawtórował. – A przy okazji – wskazał łyżką w stronę blatu pod oknem. - Brad zostawił ci babeczki.

Tommy podszedł we wskazanym kierunku i zajrzał do zielonej, plastikowej miski, w której znalazł kilkanaście miniaturowych babeczek ozdobionych narysowanymi na nich lukrem postaciami ze Star Wars. Pomyślał, że Brad powinien wziąć udział w konkursie wypieków, jeśli już tego nie zrobił.

- Dlaczego ty ich nie jesz? – Zapytał, obracając w dłoniach karteczkę, którą podniósł spomiędzy ciastek, na której drobnym pismem było napisane Smacznego, Tommy!

- Dbam o linię – Adam odwrócił się do niego i wyszczerzył śnieżnobiałe zęby. – Gruby aktor nie ma tu czego szukać. Właśnie wróciłem zresztą z joggingu. – Spojrzał uważnie na Tommy'ego. Blondyn był tak chudy, że wyglądał jak siedem nieszczęść. Adam pomyślał, że powinien nabrać nieco mięśni. - Może pobiegasz jutro ze mną? Nowy Jork o świcie jest fantastyczny, mówię ci.

Tommy wzdrygnął się w duchu na myśl o jakiejkolwiek aktywności fizycznej. Był okropnym leniem i zwyczajnie nie chciało mu się ruszać. – Nie, dzięki. To chyba nie dla mnie.

- Jak wolisz. Daj znać, jak się namyślisz.

- Jasne.

Prędzej piekło zamarznie, pomyślał, przerażony samym pomysłem.

Wrócił do przeglądania Vogue'a. Przekartkował starszy numer i zauważył wiele inspiracji ostatnich strojów Adama. Pozwolił swoim myślom błądzić swobodnie, kiedy czekał, aż Adam dokończy przygotowywać im śniadanie.

Zaczęli jeść w ciszy, która nie była ani trochę tak krępująca, jak ta wkraczająca pomiędzy ich rozmowy w dniu, w którym spotkali się po raz pierwszy. Czuł się tu coraz swobodniej, a ułatwiała mu to znacznie otwartość i bezpośredniość Adama.

Tommy odsunął od siebie pusty talerz. Uśmiechnął się do bruneta, nie chcąc mówić mu, że kucharzem to on nie zostanie, bo – delikatnie mówiąc – mimo jego zapewnień, jajecznica też mu średnio wyszła.

Sięgnął po szklankę i zaczął bawić się nią, przesuwając opuszkiem palca po jej krawędzi, zastanawiając się, czy zacząć rozmowę na nurtujący go temat.

- Mogę zadać ci pytanie? – Słowa wyrwały mu się z ust bezwiednie, jakby podświadomość zadecydowała za niego i sama włożyła mu je w usta.

Adam zerknął na niego znad talerza. Przełknął ostatni kęs jajecznicy, wytarł serwetką kąciki ust i wzruszył ramionami. – Jasne. O co tylko chcesz.

Tommy pomyślał chwilę, jak najlepiej będzie ubrać to pytanie w słowa tak, aby nie wydało się zbyt osobiste. Nie chciał wtrącać się w nie swoje sprawy, a jednocześnie był ciekaw tej kwestii.

- Zauważyłem, że Brad rzadko cię odwiedza, a i ty wolne wieczory spędzasz tutaj. – Adam spojrzał na niego uważnie, ale nie widząc w jego oczach zdenerwowania z powodu zbyt osobistego charakteru pytania, Tommy kontynuował. – Nie wolałbyś częściej się z nim widywać? To mieszkanie jest tak duże, że Brad z powodzeniem mógłby tu nawet zamieszkać… - pamiętał, że Adam mówił mu kiedyś, że są ze sobą już niemal trzy lata, więc dla Tommy'ego zamieszkanie razem byłoby w tej sytuacji całkiem naturalne.

Adam pokręcił głową. – Nie, nie. To wykluczone. – Uśmiechnął się czule, jak zawsze, gdy mówił o swoim chłopaku. – Brad to… wolny ptak. Ceni sobie wolność i niezależność, wiesz? Chce celebrować życie wspólnie, a nie wspólne życie. Spotykamy się co kilka dni, więcej nam nie trzeba. Może nie zawsze go do końca rozumiem, ale kocham go tak bardzo, że nie mógłbym go ograniczyć w żaden sposób, zwłaszcza naciskając na wspólne mieszkanie.

Jego spojrzenie łagodniało z każdym słowem. Tommy uśmiechnął się; miło było patrzeć na prawdziwie zakochanego człowieka.

- Ale czasem gdzieś razem wychodzicie? – zapytał z uśmiechem.

Adam zaśmiał się, wstając od stołu i zbierając naczynia do zmywania. – I to całkiem często. Choć zazwyczaj mijamy się, bo każdy z nas pracuje w inne dni, dlatego zostają nam noce. – Odwrócił się do Tommy'ego, mrugając do niego – Nie przeszkadzaliśmy ci wczoraj? Nie wiem, o której wróciłeś.

- Nie, nie, skąd. – Skłamał błyskawicznie. Bez sensu było wzbudzać w Adamie poczucie winy za hałas w nocy. – Kiedy wróciłem, było już cicho.

Ciszę, która po tych słowach nastąpiła, po kilku minutach przerwał Adam, wytarłszy dłonie i siadając znów przy stole.

- Jak idą przesłuchania?

Tommy westchnął ciężko i położył policzek na ręce opartej na stole.

- Kiepsko. – Wyznał –Wolałbym o tym nie mówić, jeśli nie masz nic przeciwko. To frustrujące.

Adam wyciągnął dłoń i położył ją na nadgarstku Tommy'ego. Nie odważył się ścisnąć jego dłoni. Przy zdystansowanym podejściu blondyna, ten gest wydał mu się zbyt intymny.

- Dobrze wiem, jakie to męczące. Ale, choćby nie wiem jak banalnie i powtarzalnie to brzmiało, wiem, że niedługo wszystko się ułoży.

Tommy spojrzał na niego nieprzekonany. – Nie byłbym tego taki pewien.

- Nonsens. – Adam pokręcił głową. – Musisz w to wierzyć. Twoja szklanka jest w połowie pusta, a powinna być na wpół pełna.

Uśmiechnął się na tę metaforę. – Zawsze jesteś takim optymistą?

- Zawsze. – Odwzajemnił uśmiech – Mój brat twierdzi, że jestem jednym z tych irytujących, nadmiernie optymistycznych i wiecznie szczęśliwych ludzi, bo sam jest pesymistą. Tak jak ty. – Tommy wygiął usta w podkówkę, niby się gniewając, co rozbawiło Adama. – I choć dla niego nie ma już ratunku, to ciebie jeszcze mogę zbawić. – Mrugnął do niego. – Przeciągnę cię na swoją stronę.

Tommy zaśmiał się radośnie, a Adam spojrzał na niego ciepło.

- Niech będzie, rzucam ci wyzwanie.

- Wyzwanie przyjęte. Zapamiętasz moje słowa, Tommy Joe. A teraz – wstał i położył dłonie na biodrach – Przynieś tu gitarę, chcę usłyszeć tę piosenkę, którą niedawno pisałeś.

- Nie jest jeszcze skończona.

Tommy dał się namówić na zagranie autorskiego utworu dopiero wieczorem, kiedy wrócił z kolejnych bezowocnych przesłuchań. Te zespoły też były do kitu, więc tak naprawdę w głębi duszy cieszył się, że tak to wszystko wyszło.

Siedzieli z Adamem w salonie, na ogromnych, czerwonych poduszkach, wokół nich leżały puste talerze po przygotowanym przez Tommy'ego lasagne. Ciemność rozświetlały kolorowe, szklane lampiony w orientalnym stylu, zawieszone wysoko na suficie.

Wcześniej Adam zaśpiewał kilka piosenek z musicalu Rent, do premiery którego właśnie się przygotowywał, a teraz zarządził, że przyszła kolej Tommy'ego i jego piosenki.

- Nie szkodzi, chcę usłyszeć mimo to.

Jesteś taki uparty, pomyślał Tommy, sięgając jednak po gitarę i usadawiając się wygodniej na poduszce.

Musnął struny gitary, a spod jego palców wypłynęły pierwsze ciche nuty. Delikatne dźwięki ballady przeplatały się i łączyły, a Tommy zatonął w ich melodii, chłonąc harmonię i napawając się pięknem dźwięków, jakie gitara wygrywała mu za każdym razem, gdy dotknął palcami jej strun.

- Piękna melodia. Napisałeś też do niej słowa?

Blondyn pokiwał głową. Wyjął z kieszeni mały notes, w którym zapisywał teksty swoich utworów. Otworzył na właściwej stronie i podał Adamowi.

- Może… - zaczął Tommy niepewnie. – Może chciałbyś ją zaśpiewać?

Adam podniósł wzrok znad kartki i spojrzał na Tommy'ego. Pokiwał głową, a kąciki jego ust wygięły się w delikatnym uśmiechu.

Tommy powiedział pokrótce, gdzie zaczyna się pierwszy wers i dał kilka innych technicznych wskazówek. O resztę się nie martwił; wiedział, że interpretacja Adama będzie więcej niż świetna.

Zagrał ponownie tę samą melodię, a z ust Adama wydobyły się pierwsze słowa utworu.

You know you're lost
Lost in a fairytale
Can't make a move
Afraid to lose your trail
No dragon and no prince
Yet somebody cared to take your hand
And made your life the best it could be
Darling, isn't it your perfect fairytale

Isn't that the way the love's supposed to be

Kiedy zaśpiewał ostatni wers, umilkła także gitara. Dłonie muzyka odmówiły mu chwilowo posłuszeństwa.

Nie chciał przyznać, że głos Adama przyprawił go o dreszcze.

Brunet odetchnął głęboko i uśmiechnął się do Tommy'ego, chwaląc kompozycję.

- Zagrajmy ją jeszcze raz. Chyba uzależniłem się od tej melodii.

Tommy uśmiechnął się i zagrał ją ponownie, obserwując aktora, który śpiewając, był gdzieś daleko – zarówno myślami jak i duchem. Grał kolejne nuty, zatracając się w melodii i nie zwracając uwagi na kłębiące się w jego głowie myśli. Myśli, które mówiły mu nieśmiało, jak pięknie Adam wygląda, śpiewając jego własną piosenkę.