Późną nocą, dwunastego września, Minerwa, odziana w koszulę nocną i szlafrok w szkocką kratę siedziała przy kominku, sprawdzając stertę pergaminów od trzecich klas. I tak nie mogła spać- kładła się dopiero około drugiej, trzeciej w nocy, a zawsze mogła posprawdzać coś na zapas. Obficie kreśliła czerwonym piórem po wypocinach uczniów na temat zmian bezkręgowców w kręgowce. Srebrna poświata księżyca mieszała się ze złotym blaskiem z kominka, a trzask płomieni i skrobanie jej pióra były jedynymi dźwiękami.
Dopiero skupiwszy się na niuansach transmutacji Minerwa mogła odetchnąć od niewesołych wspomnień. One i tak miały ją dopaść, jak każdej nocy, ale jak zwykle odwlekała ten moment jak tylko mogła. Ostatecznie królowa Maria miała rację – magia Hogwartu działała lepiej niż setki zaklęć i mikstur wypróbowanych przez Minerwę – tutaj jej sen był dużo bardziej odżywczy, pozwalał jej funkcjonować względnie normalnie. Ten kojący wpływ Minerwa zaobserwowała dopiero gdy podczas pobytu w Hiszpanii z Frankiem schudła kilka kilogramów i omal nie zemdlała, po kilku dniach zupełnie pozbawionych snu. Frank się martwił o nią – zbyła go. Na szczęście nie zaalarmował Albusa i po powrocie do zamku Minerwa mogła powoli dojść do siebie.
Czarownica była w połowie odszyfrowywania nieczytelnych hieroglifów jednego z Puchonów, gdy do jej pomieszczenia wpadł srebrzysty bernardyn – patronus pani Heale, rozświetlając wnętrze jej salonu.
- Jest problem z wilkołakiem. Przyjdź jak najszybciej do Wrzeszczącej Chaty. – głos, jakim odezwał się bernardyn, bez wątpienia należał do przerażonej szkolnej pielęgniarki.
Minerwa błyskawicznie chwyciła różdżkę, transmutowała swój strój w ciemne, wygodne szaty i wybiegła z swoich apartamentów. Zmieniła się w swoją kocią postać i jeszcze szybciej popędziła pustymi zamkowymi korytarzami. Kilkoma susami przemierzała schody, starannie omijając stopnie-pułapki. W hallu wejściowym spotkała Albusa, który z powagą na twarzy i rozwianą, srebrną brodą otwierał właśnie główne wrota. Skinął jej głową – słowa były zbędne. Razem popędzili przez błonia – zaskakujące, że dyrektor dorównywał jej kroku, szczególnie że ona była w kociej formie, a on miał na sobie wściekle fioletowy, plączący się pod nogami szlafrok. Jednak to ona szybciej dopadła korzeni bijącej wierzby. Zanurkowała w tunel – przemieniła się w ludzką postać i zaświeciła różdżkę. Zgięta w pół, puściła się biegiem wąskim tunelem. Czuła oddech Albusa za sobą- było to dziwnie pokrzepiające uczucie.
W końcu dotarli do krańca tunelu, gdzie przy pancernych, wzmocnionych magią drzwiach z szybą stała pani Heale. Na ich widok odetchnęła z ulgą.
- Dzięki Merlinowi! Przez pierwsze parę godzin było dokładnie tak, jak opisywano na szkoleniu w Skandynawii. Ale chyba znudziło go demolowanie wnętrza i nieustanne wycie. Sami spójrzcie – teraz zabrał się za samookaleczenie! – pani Heale odsunęła się od szyby.
Minerwa i Albus prawie przycisnęli nosy do niewielkiego okna w drzwiach. Minerwa syknęła, widząc w jakim stanie był Remus Lupin, uroczy chłopiec, który zaledwie wczoraj tak dobrze radził sobie na jej lekcjach.
Nadal był dzieckiem, dlatego jego wilcza postać miała zaledwie półtora metra. Jego kręgosłup był strasznie wygięty, jego kończyny wydłużone – palce u nóg i rąk zamieniły się w żółte, długie, ostre szpony. Chude, żylaste ciało pokrywała srebrna sierść. Twarz miał wydłużoną, usta zamieniły się w pełną ostrych kłów paszczę. Uszy zmieniły się w wilcze, miał też coś na kształt ogona. Jego ślepia były zupełnie żółte – wcale niepodobne do oczu małego Gryfona.
Jego ciało wyraźnie odznaczało się w na wpół zdemolowanym, drewnianym wnętrzu Wrzeszczącej Chaty, gdyż ociekało brunatną, jakby zabrudzoną krwią. Na ich oczach wilkołak zawył i z ogromną siłą wbił pazury lewej łapy w prawe przedramię, pozostawiając na nim pręgi rozoranej skóry. Minerwa poczuła dłoń Albusa na swoim ramieniu – nie wiedziała, czy czarodziej uspokaja w ten sposób ją, czy też siebie samego.
- Na szkoleniu mówili, że takich przypadkach można go oszołomić, ale przez to przemiana może wydłużyć się do tygodnia. – odezwała się pani Heale.
- Czy on się wykrwawi, jeśli tego nie zrobimy? – zapytała Minerwa, unosząc głowę.
- Nie wiem. Nie jest jeszcze dojrzały, może sobie zrobić poważną krzywdę.
- Nie może opuszczać co miesiąc tygodnia w szkole. Jest zdolny, ale takich zaległości nie będzie w stanie nadrobić. Albusie, czy jego ojciec wspominał o samookaleczaniu? – Minerwa szturchnęła lekko przyjaciela.
- Nie, ale myślę, że to przez nowe miejsce, nowe otoczenie. Muszę jednak przyznać, że Minerwa ma rację, nie możemy go oszołomić, musimy wymyślić coś innego. –Albus skrzywił się, gdy wilkołak zaczął rzucać się po drewnianej podłodze, tarzając się w kałuży własnej krwi.
- Tylko co? Bez potężnego zaklęcia oszałamiającego żaden człowiek nie powinien się nawet zbliżać do wilkołaka podczas pełni. – pani Heale z rezygnacją otarła pot z czoła.
Umysł Minerwy pracował na najwyższych obrotach.
- Jak wiele świadomości w nim zostaje? Ile jest w nim tego Lupina, którego znamy? – zapytała Albusa.
- Trzy, pięć procent? Podczas pełni to bestia, zupełnie nad sobą nie panuje. – odpowiedział ze smutkiem Albus.
- Tak, ale jest niebezpieczny jedynie dla ludzi?
Albus uniósł głowę – jego oczy zalśniły niebezpiecznie, a potem gwałtownie pokręcił głową:
- Nie. Na to się nie zgodzę. Nie będziesz tak ryzykować. – rzekł stanowczo, patrząc jej prosto w twarz.
- O co chodzi, dyrektorze? – pani Heale nie nadążała za ich tokiem myślenia. Minerwa jednak nie zamierzała porzucać swojego pomysłu.
- W formie animagicznej mnie nie zaatakuje, a być może uda mi się w jakiś sposób zniechęcić go do okaleczania samego siebie. To jedyny sposób by mu pomóc i zamierzam tego spróbować. – oświadczyła nauczycielka transmutacji.
- Nie zgadzam się. To zbyt niebezpieczne. Nie jesteś w stanie przewidzieć jak zareaguje, czy nie rzuci się na ciebie z kłami i pazurami, czy nie zrobi ci krzywdy. On nie rozumie, w tym stanie nie dotrzesz do niego nawet myślą – włada nim instynkt. Instynkt każący mu gryźć i zabijać. Nie poślę cię tam, zakazuję ci tego i jest to polecenie służbowe. – Albus przysunął się do drzwi, zupełnie zagradzając Minerwie przejście. Ona zmarszczyła brwi.
- Nie masz lepszego pomysłu, a on za chwilę może wydrapać sobie oczy. Co wtedy zrobisz? Wierzę, że jestem w stanie mu pomóc, a w zwierzęcej formie mnie nie zaatakuje. I przestań mnie powstrzymywać, bo już kiedyś próbowałeś i źle się to dla ciebie skończyło. – zagroziła Minerwa, prostując się na tyle, na ile pozwalał tunel.
Albus zbladł. Minerwa rzadko widziała go w takim roztrzęsieniu – jego oczy traciły migotanie, a na twarzy malowała się wyraźna rozterka.
- Tak, zawsze stawiałaś na swoim. Ale to nie były dobre decyzje, z perspektywy lat. – rzekł wreszcie błagalnie.
Minerwa pozostawała niewzruszona, choć w głębi duszy czuła, że Albus ma sporo racji – nie powstrzymał jej przed pójściem na wojnę – wróciła jako wrak człowieka; nie zatrzymał jej przed wyjazdem do Stanów, uciekło jej siedem lat z życia. Z życia, które i tak było pozbawione jakiegokolwiek celu. Jeśli coś nadawało mu sens, to nauczanie, inspirowanie kolejnych pokoleń uczniów Hogwartu. Teraz, gdy jeden z nich był w niebezpieczeństwie, Minerwa nie zamierzała stać z założonymi rękami.
- Może nie dla mnie. Ale zawsze chodziło o coś więcej, prawda? Odsuń się. – Minerwa wyciągnęła różdżkę, gotowa oszołomić Albusa. Musiał zrozumieć jej determinację i równie mocno chcieć pomóc Lupinowi, bo odsunął się, ale dodał jeszcze błagalnym tonem:
- Niech to będzie lwica, nie kotka. Proszę, Minnie. – lekko dotknął jej ramienia. Minerwa rzuciła szybkie spojrzenie na panią Heale, ale pielęgniarka siedziała cicho.
- Dobrze, ale nie rozpraszaj mnie. – odpowiedziała, chowając różdżkę.
- Uważaj na siebie. Jeden jego fałszywy ruch i wchodzę do środka. – rzekł.
Kiwnęła głową. Następnie skupiła się na wszystkich swoich gryfońskich cechach. Odwaga, dzielność – przecież właśnie to pchało ją ku pancernym drzwiom… magia. Minerwa otworzyła oczy. Jej głowa była na niższej wysokości – spojrzała w dół i zobaczyła potężne łapy pokryte złotą sierścią. Uniosła głowę i spojrzała na Albusa. Patrzył na nią z potężną mieszaniną uczuć –troska, dumna i podziw dominowały wśród wielu innych. Wskazała na drzwi. Czarodziej wycelował różdżką w zamek i mruknął:
- Alohomora!
Drzwi uchyliły się lekko. Minerwa przekroczyła je jednym susem. Zatrzasnęły się za nią z szczękiem.
Stała łeb w łeb z wilkołakiem. Lupin odnotował jej pojawienie się i przyglądał jej się z nieufnością. Minerwa nie bała się – pragnęła mu pomóc i chciała, by to wyczuwał.
Przez pełne napięcia pięć minut po prostu mierzyli się wzrokiem – lwica i wilkołak. Minerwa wiedziała, że gdyby doszło do walki, pewnie by wygrała, bo Lupin był jeszcze młody i nie tak żądny krwi. Istniało jednak ryzyko ugryzienia.
Lupin wykonał pierwszy krok. Ostrożnie, bezszelestnie, zaczął się zbliżać. Minerwa trwała bez ruchu, nie spuszczając wzroku z jego żółtych ślepi. Zatrzymał się metr od niej – nieco górował nad nią w swojej wyprostowanej sylwetce. Pociągnął nosem – wdychał jej zapach. Serce biło jej szybko, a dodatkowo prawie wyczuwała pełną troski obecność Albusa za drzwiami za swoimi plecami.
W oczach Lupina dostrzegła błysk ciekawości. Pochylił się, zmniejszając dystans.
Minerwa wydała z siebie głębokie, ostrzegawcze warknięcie.
Wilkołak zatrzymał się, a w jego oczach rozpoznała cień lęku. Wypuściła powstrzymywane powietrze z płuc. Lupin tymczasem opadł na cztery łapy i przywarował na ziemi z cichym skomleniem.
Minerwę zalała fala zdumienia – nigdy nie wyobrażała sobie nawet wilkołaka w tak poddańczej pozie. Jej lwia postać prychnęła – chłopiec w wilczej postaci, nadal nie odrywając brzucha od ziemi, wycofał się, twarzą do niej, z cichutkim jękiem.
Gdy już dzieliło ich około dziesięciu metrów, znów się wyprostował i rzucił się na kamienny gzyms kominka.
Przez dobrą godzinę demolował wnętrze Wrzeszczącej Chaty, wyjąc i skowycząc. Zawsze jednak szerokim łukiem omijał Minerwę. Ona trwała niewzruszona – ani trochę nie traciła czujności- była przyzwyczajona do braku snu. Poza tym, nieustanne wycie i latające w powietrzu kawałki drewna raczej nie tworzyły atmosfery przyjaznej dla snu.
W końcu Lupin znudził się niszczeniem miejsca swojego odosobnienia. Z akompaniamentem wycia gwałtownie wbił pazury w swoje własne udo, a ciemna krew trysnęła na podłogę.
Minerwa warknęła. Wilkołak podniósł głowę i spojrzał na nią. Bardzo powoli, Minerwa pokręciła głową. Lupin spojrzał na swoją ranę, potem znów na nią. Wreszcie skulił się, otoczywszy rękami kolana, jak skarcone dziecko. Minerwa powstrzymała odruch pośpieszenia mu z pomocą, gdy zaczął kołysać się w przód i w tył i wyć rozdzierająco.
Kolejną godzinę wilkołak wył, skulony na klejącej się od krwi podłodze, obserwowany przez lwicę z ciemnymi obwódkami wokół oczu. Następnie znów zabrał się do niszczenia Wrzeszczącej Chaty. To zajęło go na następne dwie godziny. Była prawie piąta nad ranem, gdy podwinął nogi pod brodę i położył łeb na ziemi. Po chwili w chacie rozległo się jego głośne chrapanie.
Minerwa ostrożnie podniosła tylną część ciała i zrobiła krok do tyłu. Przeciąg zimnego powietrza podpowiedział jej, że drzwi zostały bezszelestnie uchylone. Wycofała się, cały czas nie spuszczając czujnego wzroku z chrapiącej bestii.
Gdy drzwi się zamknęły przed jej nosem, a od chaty oddzielała ją gruba warstwa wzmocnionej szyby w pancernych drzwiach, Minerwa z ulgą wróciła do ludzkiej postaci. Zanim jej ludzkie oczy przyzwyczaiły się do ciemności w tunelu, Albus objął ją mocno.
- Tak się bałem! – wyszeptał jej do ucha. Minerwa odsunęła się od niego i z zadowoleniem zauważyła, że pani Heale zasnęła na ekstrawagancko żółtym fotelu.
- Udało się! Widziałeś? Nie zranił się już po raz kolejny! – wyszeptała gorączkowo do Albusa. Czarodziej wyraźnie zmusił się do uśmiechu.
- Tak, ale wystarczyłby ułamek sekundy, by wydrapał ci twoje śliczne oczy. To było ogromne ryzyko, Minerwo. – odpowiedział cicho. Minerwę zdziwił komplement dotyczący jej oczu, ale zignorowała go:
- Ale opłaciło się! Jestem w stanie go pilnować, czuwać, by nie zrobił sobie krzywdy. Problem został rozwiązany. – oświadczyła z entuzjazmem.
- I jak to sobie wyobrażasz? Że każdej pełni będziesz siedziała zamknięta z oszalałym wilkołakiem, bez zmrużenia oka? Zawsze miałem cię za najbardziej rozsądną Gryfonkę, ale to jest czyste szaleństwo. – zaprotestował.
- Chcę mu pomóc. Być może z czasem nauczy się nie kierować swojej furii przeciw sobie. To tylko dziecko, Albusie. Przyjąłeś go do Hogwartu, nie możesz teraz odwrócić się do niego plecami. – Minerwa mówiła szybko – dziwnie brakowało jej tchu.
- Wróciłaś? – odezwał się zaspany głos pani Heale.
- Tak. Cała i zdrowa. – Minerwa uśmiechnęła się do matrony, która poderwała się, zrozumiawszy, że zasnęła.
- Dosyć tego. Madam Heale, proszę pilnować pana Lupina- gdyby coś się działo, chcę być natychmiast zawiadomiony. Minerwa, wracamy do zamku, ledwo trzymasz się na nogach. – oświadczył Albus stanowczo.
Minerwa zacisnęła usta, ale ruszyła przodem, podpierając się o ściany tunelu. Na karku czuła oddech Albusa, a także jego frustrację. Gdy wreszcie wydostali się na błonia i znaleźli poza zasięgiem witek bijącej wierzby, Minerwa zatrzymała się, by złapać oddech.
- Warmante. – odezwał się Albus.
Minerwa poczuła na twarzy strumień ciepłego powietrza. Odwróciła się do dyrektora.
- Powinieneś ogrzać raczej siebie. Ja pomyślałam o zmianie stroju. Zastanów się, co mogliby pomyśleć sobie uczniowie, widząc nas tutaj? – mruknęła, krytycznym spojrzeniem obrzucając jego fioletowy szlafrok.
- Ty miałaś przewagę swojej zwierzęcej postaci. A uczniowie pewnie uznaliby, że jak zwykle usiłujesz wybić mi z głowy jeden z moich absurdalnych pomysłów. – odpowiedział, podając jej ramię. Minerwa zawahała się, ale wreszcie oparła się na jego łokciu – wielogodzinne pozostawanie w mniej wyeksploatowanej zwierzęcej postaci zbierało swoje żniwo.
Razem weszli do zamku. W milczeniu powoli szli ciemnymi korytarzami. Albus odprowadził ją do jej komnat.
- Musisz odpocząć. I przemyśleć to wszystko. Wiem, że pragniesz pomóc temu chłopcu, ale zastanów się, czy cena tego wszystkiego i ryzyko nie są zbyt wysokie. – oświadczył, galanteryjnie otwierając przed nią drzwi.
- Nadal uważam, że to najlepsze rozwiązanie. I wątpię, by rano, a raczej za dwie czy trzy godziny moje zdanie jakoś się zmieniło. Dobranoc, Albusie. – odpowiedziała i weszła do swojego apartamentu, zamykając za sobą drzwi. Jej koci słuch wyłapał jednak ciche westchnienie po drugiej stronie.
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx
Minerwa zdjęła okulary i zamrugała kilkakrotnie, odpędzając ból głowy i korzystając z faktu, że cała klasa pierwszorocznych Gryfonów i Ślizgonów była zajęta swoimi zadaniami. Przez ostatnie cztery noce razem z Albusem czuwali przy Lupinie, który dzięki temu siedział teraz tutaj, spokojnie ćwicząc zadane zaklęcie.
Nie udało jej się dojść do porozumienia z Albusem. On nadal sprzeciwiał się jej udziałowi w tym wszystkim, wynajdując dziesiątki bardziej lub mniej logicznych argumentów, ale nie proponując żadnego innego rozwiązania. Innej opcji po prostu nie było – gdyby istniała, Albus Dumbledore wpadł by na nią. Sama Minerwa była uparta – a uczniowie powoli stawali się centrum jej życia. Znała Lupina dopiero od dwóch tygodni, ale była gotowa ryzykować dla niego zdrowiem i życiem. I nawet jeśli Albus bał się o nią, z czysto przyjacielską troską, w głębi duszy musiał rozumieć jej motywację. Co jednak było na tyle silne, by siedzieć z nosem przyklejonym do szyby i czuwać nad nią, tego Minerwa nie wiedziała.
Jakkolwiekby nie starali się ukrywać swojego sporu, ich relacje uległy ochłodzeniu– mniej się do siebie odzywali, mniej żartowali, mniej się uśmiechali. Przed wszystkimi starali się utrzymywać pozory – nadal schodzili razem na śniadania i grali idealny dyrektorski duet. Niemniej jednak nawet ci, którzy nie znali ich zbyt dobrze, zauważyli, że obydwoje są jakby zmęczeni swoim towarzystwem.
Zmęczenie było również efektem nieprzespanych nocy. Jakkolwiek Minerwa była do nich przyzwyczajona, Albus nie. On jednak miał możliwość odsypiania w dzień. Ona w tym czasie prowadziła lekcje, sprawdzała dziesiątki stron prac domowych i jeszcze znajdowała czas na szlabany z krnąbrnymi uczniami. Musiała jednak przyznać, że przemiana w drugą formę zabierała jej sporo energii. Albus to zauważył, a to tylko jeszcze bardziej wzmocniło jego determinację, by wybić jej z głowy czuwanie nad śmiertelnie niebezpiecznym wilkołakiem.
Sam zainteresowany chyba nie pamiętał nic ze swoich przemian – Minerwa dokładnie go dziś obserwowała – zachowywał się zupełnie normalnie. Jedynie jego blada skóra i ciemne cienie pod oczami mogły zdradzać nieco prawdy o jego stanie. Minerwa opuściła go dziś rano gdy już zasnął, a więc tylko pani Heale była przy nim, gdy się przemienił w niegroźną, ludzką postać. Pielęgniarka zdążyła tylko przekazać Minerwie, że jej mały pacjent czuje się dobrze, nawet lepiej niż po pełniach w domu. To nieco podniosło nauczycielkę transmutacji na duchu – sygnał, że jej działania nie poszły na marne.
Minerwa nałożyła z powrotem okulary i zapytała:
- Czy komuś już się udało? – aż sama była zdumiona jak słaby był jej głos.
Uczniowie przerwali swoje próby, ale żaden z nich się nie zgłosił. Minerwa szybko zamaskowała swoje rozczarowanie pod obojętną miną. Podniosła się, ale zakręciło jej się w głowie. Udało jej się utrzymać w pionie, choć w jej umyśle już rozbrzmiał dzwonek alarmowy. Zacisnęła dłoń na różdżce.
- Accio nicie ! – rzekła, a około dwudziestu kłębków nitek poszybowało w jej kierunku, wprost do kartonowego pudełka.
- Jako pracę domową napiszecie esej na temat wykorzystania transmutacji przy zamianie surowca w gotowy produkt. I przećwiczycie to zaklęcie. Na następnej lekcji chciałabym, być chociaż połowa z was miała je opanowane. Możecie się spakować. – poleciła, szybko zerknąwszy na zegar.
Z ulgą opadła na krzesło. By zająć czymś myśli zajęła się pisaniem notki do Horacego, by przygotował jej nieco mikstury na ból głowy. Zwróciłaby się z tym do pani Heale, ale dobroduszna pielęgniarka pewnie nie omieszkałaby poinformować o tym Albusa, dając mu kolejny argument do ręki. Była tak pochłonięta swoim zadaniem, że nie zauważyła, że czwórka chłopców nie opuściła klasy. Dopiero ich mało dyskretne, gorączkowe szepty zwróciły jej uwagę:
- Remus, ciebie lubi najbardziej. Idź i porozmawiaj z nią. – mówił cicho Black.
- Coś jest nie tak. Widzieliście jak się zachwiała, gdy wstała by zebrać nicie? – dodał Potter.
Minerwa nie musiała słuchać dalej, by widzieć, że mówią o niej. Ich troska, a może raczej ciekawość, trochę ją wzruszyły. Z drugiej jednak strony przeraziła ją świadomość, że tak szybko zauważyli jej niedyspozycję. Uspokoiwszy nieco rozbiegane myśli odezwała się głośno:
- Wasza czwórka! Nie macie już lekcji, na które powinniście się przygotować? – zganiła ich.
Chłopcy spojrzeli po sobie. Potter i Black błyskawicznie podjęli decyzję. Wypchnęli Lupina w jej kierunku, a sami pociągnęli za sobą Pettigrewa i wybiegli z klasy. Minerwa zmrużyła oczy, ale Lupin nie na darmo został przydzielony do jej domu. Zebrał się w sobie i ruszył w jej kierunku, by wreszcie stanąć tuż przed biurkiem.
- Słucham, panie Lupin? – zapytała swoim surowym tonem.
- Pani profesor… ja… - zaczął się jąkać chłopiec.
- Tak? – odezwała się niecierpliwym tonem.
- Moja pierwsza pełnia w Hogwarcie przeszła wyjątkowo dobrze, madam. – wyrzucił z siebie jednym tchem. Minerwa uniosła lekko kąciki ust.
- Wiem, pani Heale wspominała mi o tym. Bardzo się cieszę, panie Lupin.
- Pani profesor, czy to możliwe, że wilkołaki mogą mieć halucynacje podczas przemian? – wypalił, a potem pokrył się rumieńcem.
- Halucynacje? – Minerwa uniosła brwi.
- Widzi pani, na początku było o wiele gorzej niż kiedykolwiek. Zacząłem chyba też atakować sam siebie. Ale potem w chacie pojawił się wielki lew i jego obecność dziwnie mnie uspokoiła. Pani Heale nie chciała mi nic powiedzieć, więc chyba musiałem mieć halucynacje. – wyznał Lupin.
Minerwa poczuła ciepło rozlewające się po jej klatce piersiowej. Właśnie miała potwierdzenie słuszności swojego postępowania, ostateczny argument obalający troski Albusa.
- To nie były halucynacje. Nie mogliśmy dopuścić, byś zrobił sobie krzywdę, a oszołomienie cię wydłużyłoby przemianę. Stanowisz zagrożenie dla ludzi, nie dla zwierząt. Jedynym rozwiązaniem było wysłanie do ciebie potężnego animaga. – wyjaśniła, zdejmując okulary.
Remus Lupin przez chwilę patrzył jej prosto w oczy, a potem przez jego twarz przemknęło uczucie zrozumienia.
- To była pani, prawda? Ten lew? To dlatego jest pani tak zmęczona, bo nie spała pani cztery noce z rzędu. – wyszeptał Gryfon, a na jego twarzy pojawiło się przerażenie.
- Tak, ale nie powinieneś się tym przejmować. Teraz musisz skupić się na nadrabianiu zaległości. Ja cieszę się tylko, że mój pomysł zadziałał. – potwierdziła Minerwa.
- Ale naraża się pani, ryzykuje swoim zdrowiem… ja nie chcę być tego powodem. – Minerwa wręcz nie mogła pojąć dojrzałości jedenastolatka.
- Kwestia przyzwyczajenia. I nie protestuj, bo alternatywą jest opuszczenie zamku. Będę obecna podczas pełni, a być może po jakimś czasie nie będziesz już się ranił. – odpowiedziała tonem nieznoszącym sprzeciwu. Perspektywa opuszczenia zamku musiała silnie zadziałać na Lupina, bo przełknął ślinę i odpowiedział:
- Spróbuję to opanować. Pani profesor, ja bardzo, bardzo dziękuję- tak wiele pani dla mnie robi. – Minerwa postanowiła zignorować jego słowa, choć dziwne uczucie ściskało ją za gardło.
- Musisz pamiętać, że nie możesz nikomu o tym powiedzieć. Absolutnie nikomu. Swoim kolegom możesz powiedzieć, że czytając ich marne wypracowania, straciłam zapał do pracy. – dodała, mrugając do niego. Chłopiec otworzył usta ze zdumienia, ale pokiwał głową.
- No już, zmykaj. – Minerwa machnęła ręką. Lupin skłonił się lekko i wybiegł z klasy.
Czarownica tymczasem uśmiechała się do siebie z zadowoleniem – miała głębokie poczucie, że ta szczera wdzięczność małego Remusa była warta otwartego sporu z Albusem.
oooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooooo
Tak, to moment na kilka wyjaśnień ze strony autorki ;)
Być może zauważyliście subtelne różnice pomiędzy rozdziałem z różą i wroną a tymi kolejnymi, przyznaję, wynika ona z tego, iż rozdział z różą został dopisany kilka tygodni temu, zaś cała reszta tego tomu powstała jakieś dwa lata temu. Może się wydawać, że wątek róży i wrony został porzucony, ale w zamyśle miał on stanowić podstawę do pewnych motywów, które pojawią się w ostatnich dwóch tomach - nie chciałam sięgać po czarną różę w tomie szóstym, gdy stanowiła ona tylko mały epizod w tomie drugim. Podobnie rosyjskie czarownice wymyśliłam dopiero pracując nad ostatnim tomem i postanowiłam chociaż troszkę wpleść je w całość. Niemniej jednak przepowiednia to tylko jeden ważny element rozmowy Albusa z Tatianą, dość istotna jest tu inna informacja, ale odszukanie jej zostawię wam ;)
Nie twierdzę, że na przestrzeni tej serii nie będzie i nie ma porzuconych wątków, ale jednak większość sytuacji i motywów jest gruntownie przemyślana- nawet jeśli całość łączy się w dość pokrętny sposób. I tak wrona w pierwotnym szkicu była krukiem. Ale... w związku z pewnym paradoksem związanym z Ravenclaw, Krukonami i ,,domem orła", pomyślałam, że z Grindelwaldem powinien kojarzyć się inny gatunek. Wrona może ma mniej magiczne konotacje, ale gdyby to był kruk, to pewnie nie dałby się złapać Rufusowi. :)
Tak sobie myślałam, że przeskoki chronologiczne sprawią, że będzie to być może najsłabszy jakościowo tom - ale na etapie pisania uznałam, że nie ma sensu wymyślać na siłę i rozwlekać całości. Te kilka lat upłynęło naszym bohaterom na umacnianiu swojej przyjaźni, coraz efektywniejszym zarządzaniu Hogwartem i cieszeniu się spokojem związanym z pokojową sytuacją polityczną brytyjskiej społeczności czarodziejów.
Sęk w tym, że do tego momentu wszystko szło gładko - tak przynajmniej sobie wmawiali nasi bohaterowie, usiłując zagłuszyć to gorzkie poczucie samotności. I tak, uczniowie będą czasem wysuwać się na pierwszy plan - z wielu istotnych powodów. Po pierwsze, mimo pozornie dość głębokiej przyjaźni, prawie symbiozy dyrektorskiego duetu, Minerwa i Albus będą oddalać się od siebie - jego pochłoną kłopoty związane z rosnącym zagrożeniem ze strony Voldemorta, Minerwa zaś będzie coraz więcej serca wkładać w nauczanie i relacje z uczniami, wierząc, że kształtowanie ich postaw to najważniejsza misja jej życia, choć częściowe odkupienie milczenia o ludobójstwie w Nurmengardzie. Po drugie, chciałam pokazać, że relacje Minerwy z Huncwotami są o dużo bardziej złożone niż wynika z kanonu i że to będzie bardzo mocno rzutować na jej relacje z Albusem, skupionym na szerszym obrazie.
Mogłabym tak wyjaśniać i wyjaśniać, a potem godzinami się zastanawiać, co jest nie tak, że tego nie widać tak od razu ;D Takie rozmyślania jednak inspirują kolejne sytuacje i wątki, dlatego jestem wdzięczna za wszystkie komentarze - cokolwiek myślicie, piszcie ;)
Wasza Emeraldina
