Uwagi: Transliteracja. Cyrylicy. Możecie mnie za nią zabić.
- Stój!
Krzyk Arthura odbił się echem od ścian opuszczonej galerii. Alfred przystanął, odwracając twarz w jego stronę. Anglik nie patrzył na niego. Spojrzenie zielonych oczu wbijało się w odbicie, które patrzyło tak samo zaskoczone jak Jones. Okulary były elementem, który jako pierwszy rzucał się w oczy, ale coś jeszcze nie pasowało. Coś, czego w pierwszej chwili Arthur nie zauważył, ale teraz…
Za blisko.
- Odsuń się od lustra! – rozkazał.
Za blisko, zdecydowanie za blisko.
- Ale dlaczego?
- Nie pytaj, po prostu się odsuń! – krzyknął. Nie miał czasu użerać się z nastolatkiem.
Przypomniał sobie słowa albinosa, które usłyszał podczas balu.
On stoi za blisko.
Odbicie stoi za blisko lustra.
Twarz lustrzanego Jonesa wykrzywiła się w grymasie irytacji. Arthur poczuł rozchodzący się po ciele zimny dreszcz.
To tylko sen, chciał krzyknąć. To tylko cholerny sen!
Zamiast tego wrzasnął:
- Alfred, uciekaj!
Tym razem nie musiał powtarzać. Chłopak zaczął się cofać, a odbicie zbliżać w stronę szklanej tafli. Najpierw powoli, a potem nagle skoczyło do przodu. Rozległ się głuchy krzyk, który sprawił, że Arthur odruchowo zatkał uszy. Z brudnej szyby wyłoniły się ręce o ciasno opiętej na kościach skórze, które chwyciły mocno okienną ramę, by po chwili zacząć wyciągać zdeformowany korpus. Najpierw pojawiła się zapadnięta twarz, skryta w połowie za poszarzałymi kosmykami włosów. Dwa jasne punkciki tliły się na niej nieludzko. Połamane okulary zwisały smętnie z końcówki nosa, jakby lada chwila miały opaść na podłogę.
Alfred zatrzymał się. Arthur kątem oka zauważył, że chłopak drży na całym ciele.
On też drżał, a coś w jego żołądku przewróciło się nieprzyjemnie. Miał ochotę wymiotować, ale jakimś cudem uparcie trzymał to w ryzach.
Tymczasem Alfred podniósł do góry metalową rurę i zacisnął na niej mocniej dłonie. Jego knykcie zbielały, w oczach odbił się strach, a mimo to stał, najwyraźniej gotowy stawić czoła wyłaniającej się bestii.
Cholerny bohater!
- Jones, co ty wyprawiasz? Uciekamy! – krzyknął Arthur w jego stronę.
Nastolatek zamrugał.
- Nie wygląda groźnie. Dam radę, jeśli tylko…
- Nie ma żadnych „jeśli tylko"!
Alfred odwrócił się na moment w jego stronę.
- To tylko sen. Spokojnie, nic nam nie będzie!
Blady uśmiech na jego twarzy, który najwyraźniej miał uspokoić Kirklanda, nie spełniał dobrze swojej roli.
On nie rozumie…!
- Ty idio-
Coś plasnęło. Bezwładne, poszarzałe ciało, które kiedyś musiało należeć do człowieka, opadło na ziemię. Powykręcane makabrycznie kończyny zaczęły powoli unosić się do góry. Stwór oparł się na dłoniach. Jego pożółkłe pazury zarysowały płytki. Skrzypienie rozdarło ciszę, a Arthur poczuł, że kręci mu się w głowie. Przez chwilę Anglikowi zdawało się, że słyszy w myślach echo jakiegoś głosu. Spojrzał w stronę Alfreda. Chłopak zrobił się blady jak kreda, a jego oczy rozszerzyły się. Palce nastolatka rozluźniły zacisk i metalowa rura upadła na podłogę.
Co on robi? Nie teraz, tylko nie teraz…
- JONES UCIEKAJ DO CHOLERY! – wydarł się z całą siłą, jaka pozostała mu w złapanych w żelazny uścisk strachu płucach.
Ale Alfred nawet się nie poruszył, bestia zaś okazała się zaskakująco szybka. To były ułamki sekund. A może długie minuty? Czas na chwilę przestał mieć znaczenie dla Arthura, gdy podziwiał, jak monstrum w jednym, szybkim skoku dopada do nastolatka. Nie zdążył nawet krzyknąć, rzucić pordzewiałym nożem…
Po prostu patrzył.
Bestia była zaskakująco zwinna jak na coś tak zdegenerowanego. Poruszała się niemal po ludzku, choć przekrzywiała się na prawą stronę, jakby nie potrafiła znaleźć oparcia. A mimo to jej szpony uderzyły celnie, przecinając ramię Alfreda. Dopiero to wyrwało nastolatka z dziwnego stanu. Krzyknął, łapiąc się za zranione miejsce.
Bestia wygięła się, szykując kolejne uderzenie. I wtedy…
Trzask.
Rozbrzmiał dźwięk rozbijanego szkła. Stwór wyprostował się jak struna i zawył przeciągle, w następnej chwili rozpadając się na miliony drobnych, czarnych kawałków szkła, które opadły na pokrytą kurzem posadzkę. Kolana ostatecznie odmówiły Alfredowi posłuszeństwa i chłopak opadł na ziemię, zaciskając dłoń na krwawiącym ramieniu. Jego pierś poruszała się szybko w rytm płytkich oddechów. Arthur dopiero teraz zdał sobie sprawę z tego, że łapie powietrze dokładnie w ten sam sposób. Pobladły na twarzy oparł się o jeden z filarów. Patrzył na miejsce, w którym jeszcze chwilę temu znajdował się potwór.
- Sen zatacza co raz szersze kręgi, da? – silny, rosyjski akcent zawisł w powietrzu.
Arthur podniósł spojrzenie, natrafiając na jego źródło. Mężczyzna niedźwiedziej postury szedł wzdłuż rozbitych okien, depcząc grubymi butami po szklanych odłamkach. W ręku trzymał metalową rurę, a na jego twarzy rysował się szeroki uśmiech, gdy brał kolejny zamach i uderzał w brudne szyby.
- K-kim…? – Arthur z trudem powiedział to jedno słowo.
- Hmmm? – Nieznajomy odwrócił się w jego stronę.
Wyglądał prawie sympatycznie. Prawie, bo coś w jego twarzy nie pasowało, choć Arthur nie potrafił stwierdzić co.
- Kim jesteś? – powtórzył już nieco pewniej. Jego głos nadal lekko drżał, ale tym razem nie zająknął się ani razu.
- Ja? – Rosjanin zatrzymał się przy ostatnim oknie.
Przez chwilę Arthurowi zdawało się, że zobaczył w szybie odbicie widma, ale mogło być to tylko złudzenie. Zresztą w następnej chwili i tak już jej nie było.
- Nie jesteś częścią tego snu, prawda? – Z każdą chwilą Arthur co raz bardziej opanowywał strach, choć nadal z trudem utrzymywał się na nogach.
Alfred milczał zawzięcie, choć wodził za nieznajomym nieufnym spojrzeniem. Spod zaciskających się na ramieniu palców nastolatka uciekała krew.
- Powinieneś to opatrzyć – zauważył Rosjanin lekkim tonem, wskazując rurą na ranę chłopaka.
Alfred parsknął cicho, a potem przygryzł lekko wargę i zajął się odrywaniem materiału koszuli. Arthur złapał się na tym, że milczenie Jonesa uznał za najdziwniejsze w całej tej sytuacji.
- Nie odpowiedziałeś mi na pytanie – zauważył Anglik.
- Nie – przyznał z rozbrajającą szczerością wysoki mężczyzna, podchodząc ku nim. – Ale nie jestem częścią snu, jestem robotnikiem budowlanym – oznajmił wesoło, rozkładając ręce.
- Aha – tyle był w stanie powiedzieć Arthur, zanim zdał sobie sprawę z tego, że ta rozmowa staje się co raz dziwniejsza.
Nadal był zbyt oszołomiony tym, co się wydarzyło, by myśleć racjonalnie. Wciąż czuł nieprzyjemny ucisk w żołądku i zaczynała go boleć głowa. O dziwo tym razem głos zabrał Alfred.
- To nie jest odpowiedź na jego pytanie – powiedział szorstko i cicho.
Coś w jego głosie sprawiło, że zarówno Arthur jak i nieznajomy mężczyzna odwrócili głowę w jego stronę. Jones przyglądał się uważnie Rosjaninowi, niemalże przebijając go na wylot spojrzeniem. Ten nie wydawał się tym szczególnie zrażony, choć jego uśmiech skurczył się nieznacznie.
- Iwan Bragiński – powiedział. – Pożałujsta, o to chodziło?
- Dokładnie o to – Amerykanin skinął powoli głową, nie spuszczając z niego wzroku. – Co tu robisz?
- Przypuszczam, że śpię – odparł Iwan. Jego uśmiech stał się bardziej pobłażliwy, choć Arthur mógłby przysiąc, że w głosie wyczuwa nuty irytacji. – Te wasze amerykańskie samoloty są nawet wygodne, da.
- Więc lecisz z nami? – Arthur wtrącił się do rozmowy.
- Na to wygląda i o to chyba chodzi – potwierdził Rosjanin. – Czy muszę stwierdzić jeszcze jakąś oczywistość?
- Skąd wiedziałeś, co trzeba zrobić? – głos Alfreda był ostry i nieprzyjemny. Arthur spojrzał na niego kątem oczu; chłopak wydawał się podrażniony obecnością Iwana.
A ten uratował mu życie, zauważył. Nie mógł jednak dziwić się nastolatkowi. Sam nie czuł się przy Bragińskim zbyt pewnie.
- Nie wiedziałem – uściślił Iwan. – Zgadywałem.
- I zgadłeś.
- Miałem szczęście.
Arthur milczał. Cała ta dyskusja docierała do niego jak przez mgłę. Kręciło mu się w głowie i choć zagrożenie minęło, nadal czuł się obserwowany.
- I co teraz? – spytał, gdy już całkiem zagubił się w wymianie zdań Rosjanina i Amerykanina. – Co właściwie teraz mamy zrobić?
Poczuł na sobie pytający wzrok Alfreda. Iwan natomiast pokręcił lekko głową, najwyraźniej domyślając się, o co mu chodzi.
- Trudno powiedzieć. Raczej nie umrzeć – odparł Rosjanin.
Arthur posłał mu wymowne spojrzenie.
- Nie, nie umrzeć – potwierdził.
Alfred wydawał się nie rozumieć o co im chodzi, ale Anglik nie czuł się na siłach, by tłumaczyć zawiłości snów nastolatkowi.
Teraz przynajmniej by mi uwierzył…
Parsknął cichym śmiechem.
- Możemy zacząć od opuszczenia tego miejsca – zauważył.
Nie czuł się w nim ani trochę dobrze. Wydawało mu się, że słyszy głos w swojej głowie. Z każdą chwilą co raz głośniejszy i bardziej wyraźny. Zmarszczył brwi i dotknął skronie.
Pana… Proszę… Proszę… Czy… Pana…
Świat naokoło niego zaczął tracić kontury, a jego ostrość rozpłynęła się bezpowrotnie. Arthur próbował ją odzyskać – zamrugał kilkukrotnie, ale powoli centrum handlowe zaczynało przypominać pomieszane ze sobą, szare plamy, które nie tworzyły spójnej całości. Nie słyszał już głosów pozostałej dwójki. Był tylko ten jeden – miły, kobiecy, świdrujący.
A potem…
- Proszę pana?
Arthur otworzył oczy. Pochylająca się nad nim stewardessa przyglądała się mu uważnie.
- Dobrze się pan czuje? – spytała miłym, ciepłym głosem. – Za chwilę lądujemy – dodała uspokajająco.
Anglik posłał jej mętne spojrzenie. Nie był nawet pewny tego, co dokładnie odpowiedział, ale kobieta oddaliła się w następnej chwili. Dopiero wtedy odetchnął cicho, zapadając się w samolotowym fotelu.
Po wylądowaniu Arthur spotkał Iwana przy odbiorze bagaży. Potężny Rosjanin podszedł do niego i z szerokim uśmiechem zapewnił, że z przyjemnością jeszcze kiedyś się spotka.
- To nie był przypadek – stwierdził, czekając aż na horyzoncie pojawi się jego bagaż. – Obaj to wiemy – pokiwał głową z entuzjazmem, który nie spodobał się Kirklandowi. – Jeśli znajdzie pan chwilę czasu, dobrze będzie o tym porozmawiać, prawda?
Arthur odpowiadał mu zdawkowo, nie obiecując niczego i poczuł ulgę, gdy nareszcie nadjechała walizka Bragińskiego. Dziwny mężczyzna schwycił ją pewnie w dłonie i ulotnił się chwilę później, machając jeszcze na pożegnanie.
W odróżnieniu od postawnego Rosjanina, Alfred okazał się mniej chętny do rozmowy. Od chwili, w której znowu się zobaczyli, nastolatek unikał jego wzroku, zajmując się swoimi przyjaciółmi. Nawet z daleka Arthur potrafił jednak zauważyć, że uśmiech chłopaka przygasł, a twarz nadal była pobladła. Któryś z jego kolegów szturchnął go w ramię, nieopodal miejsca, w które skaleczyła go bestia.
Arthur zmrużył oczy. Coś w jego żołądku poruszyło się gwałtownie.
Nawet z tej odległości Anglik potrafił dostrzec, że ramię Alfreda owinięte jest ciasno białym opatrunkiem.
Było jeszcze wcześnie, gdy taksówka zajechała przed hotelem, w którym miał spędzić następne trzy dni. Budynek nie wyróżniał się niczym szczególnym; był biały, prostokątny, z niewielkimi balkonami, które wychodziły na zatłoczoną ulicę lub znajdujące się z tyłu miejskie osiedla. Arthur zlustrował go pozbawionym wyrazu wzrokiem i chwiejnym krokiem wysiadł z taksówki, odliczając należną kwotę z portfela.
Nie czuł się dobrze. Przynajmniej nie od czasu, gdy zobaczył przesiąknięty krwią bandaż na ramieniu Alfreda. Nerwy obsiadły jego żołądek jak drapieżne ptaki, skutecznie pozbawiając go apetytu. Ruszył w stronę hotelu, ciągnąc za sobą podręczną walizkę. W środku zamienił kilka nieco oschłych słów z młodą recepcjonistką i nie szczególnie przejął się złym wrażeniem, jakie musiał na niej wywrzeć. Jego myśli krążyły wokół czegoś zupełnie innego.
To bez sensu.
Powlókł się w stronę windy, która zawiozła go na drugie piętro. Stanął przed drzwiami, na których blaszce wytłoczono numer 208.
Przecież to był tylko sen.
Przekręcił klucz i dostał się do środka. Gdy tylko przekroczył próg, pilotka wyślizgnęła się z jego dłoni. Hałas upadku przytłumiła poszarzała wykładzina, na której łatwo było dopatrzyć się wyblakłych plam. Arthur przeszedł jeszcze kilka kroków po czym opadł bezwładnie na twarde łóżko. Bolała go głowa, a powieki same opadały. Czuł się zmęczony. Zmęczony snem, który okazał się tak bardzo realny. Resztką silnej woli powstrzymywał się od zaśnięcia.
Bał się.
- Czy to mogło nas zabić? – pytanie zawisło w powietrzu.
Arthur siedział nieruchomo, wpatrując się w przestrzeń. Materiał zielonkawego munduru gryzł nieprzyjemnie, choć Anglik pocieszał się faktem, że jego rozmówca miał zdecydowanie gorzej. Ktokolwiek postanowił połączyć kolor niebieski z czerwonym na wojennym mundurze musiał być geniuszem.
Albo Francuzem.
- Nie wiem, mon ami – odpowiedział Francis, oparty o brzeg wiktoriańskiej sofy, idealnie pasującej do wystroju małego salonu. – Wiem niewiele więcej od ciebie.
Arthur odetchnął cicho, odchylając się do tyłu.
- Miał ranę – zauważył.
- Ranę? – Francuz uniósł do góry jedną brew.
- Tą samą co we śnie. Miał ją, więc jak to… - Anglik urwał.
Jego wzrok spoczął na stojącą na stoliku whiskey opróżnioną do połowy, a potem przeniósł się na trzymaną w ręku szklankę. Dolał do niej bursztynowego płynu i upił solidny łyk.
- Wytłumaczyć – skończył. – Ginąłem tyle razy, tyle razy coś łaskawie wypruwało mi flaki, albo po prostu mnie okaleczało. – Skrzywił się na wspomnienie nieprzyjemnych snów. – Ale gdy się budziłem to wszystko znikało.
- A tym razem nie znikło, oui? O to ci chodzi? – spytał Francis, marszcząc brwi.
- Dokładnie o to – odparł Arthur i zajrzał w kieliszek.
Przez chwilę nic nie mówił, podobnie jak Francis, który przyglądał się mu uważnie. Trudno było rozczytać co właściwie myśli Francuz, Arthur odniósł wrażenie, że coś czaiło się w jego ciemnych oczach, ale nie potrafił dokładnie stwierdzić co. Wreszcie odetchnął cicho.
- To dziwne, że nadal mamy wspólne sny – zauważył kwaśno. – Jakaś siła wyższa musi mnie naprawdę nienawidzić – posłał Francuzowi krzywy uśmiech.
Ten w odpowiedzi zaśmiał się lekko.
- Och, mon ami. Rozmawiamy o poważnych rzeczach, a ty tak mnie traktujesz? A gdyby coś mnie zabiło? – westchnął dramatycznie, kładąc wierzch dłoni na swoje czoło. – Co wtedy?
- Umarłbym ze szczęścia – odparł krótko Arthur, odkładając szklankę na stół.
W głowie szumiało mu lekko, ale nadal zachowywał jasność myślenia. Nawet on potrzebował przerwy od ponurych rozważań, a Francis wydawał się w tej chwili idealną odskocznią.
- Nie obiecuj, mon ami, nie obiecuj. Bo jeszcze będziesz musiał dotrzymać słowa.
