Mały bonusik, którego we wcześniejszej wersji Ciepła nie było. :)

Mam nadzieję, że się spodoba!


MAGNOLIA, 15 VI X778

PW Lisanny


Natsu.

Natsu wrócił.

Łzy napłynęły do moich oczu; Lucy nie kłamała.

To było jak sen; kiedy objął mnie, przytulił do siebie i powiedział, że się cieszy. Tak długo czekałam...

Łzy spłynęły po moich policzkach. Chciałam go pocałować. Już zbliżyłam się do niego, już, tylko kilka centymetrów...

- Źle się czujesz?

Czar prysnął. Martwił się, i to było słychać.

- Może idź do lekarza?

Był szczery... Zbyt szczery. Prychnęłam, odsuwając się.

Bolało. Bolało jak cholera. Pobiegł do gildii.

Nie... Pobiegł do niej.

Mira szybko wmanewrowała go w najbardziej wnerwiającą robotę. Zmartwiła się. Spojrzała na mnie przepraszająco.

Prychnęłam znowu.

Ona też była przeciwko mnie...

To bolało.

Kiedy w Edolas obserwowałam jak Lucy i Natsu zbliżają się do siebie, jak bardzo kochają się, nie pokazując tego wszystkim dookoła... To bolało. I bałam się. Bałam jak cholera, że MÓJ Natsu też znajdzie taką Lucy.

Dlatego, z zazdrości, od razu ją znienawidziłam. Nie chciałam tego. Widziałam, że jest kochana przez wszystkich. I... też chciałam ją kochać.

Ale nie umiałam. Jak bardzo nie starałam się zbliżyć do tej dziewczyny, wewnętrzny potwór ranił ją, wciąż i wciąż, moimi złymi słowami.

Bixlow nie wiedział. Bixlow myślał, że jestem dla niej po prostu wredna, dlatego też potępiał mnie trochę. Ale wiedział, że to przez zazdrość.

Bo ta dziewczyna była pusta bez Natsu, tak samo jak Lucy z Edolas była pusta, kiedy jej Natsu odjeżdżał w kolejne podróże.

Wiedziałam, że nie mam szans, w głębi serca naprawdę to wiedziałam... Ale nie mogłam tego zaakceptować. Nie tak łatwo.

Kochana przez wszystkich Lisanna umierała we mnie z każdym dniem, tak samo jak kochana przez wszystkich Lucy obumierała na zewnątrz. Ja nie mogłam wydobyć z siebie tej dobrej strony, nie kiedy byłam przy Lucy; Lucy przeze mnie chowała się w sobie. Przeze mnie, przez brak Natsu, i przez to wszystko, co ją spotkało.

Jak ją nazywali, kiedy przybyłam? Lucky Lucy? To bardzo szybko się zmieniło. Zaczęło się zmieniać już w Edolas. Uchroniła Graya przed śmiercią, bohatersko ale i szczęśliwie. Gdy odepchnęła od siebie tarczę, Natsu z Edolas jakimś cudem powalił przeciwnika, który miał zamiar ją zaatakować. Erza odepchnęła kolejnych, nie, żeby Lucy poradziła sobie sama. Ale uratowała Graya, i wszyscy byliśmy jej za to wdzięczni. Każdy ratował każdego, wielokrotnie.

Kiedy afera na Tenroujimie zaczęła się, Lucy znalazła się w najmniej odpowiednim miejscu. Kiedy przeciwnik zignorował ją, bo myślał, że nie żyje, częściowo miał rację. Zabił fragment jej serca. Jak każdego z nas. Ale ona... Ona to widziała. Ona to przeżyła. I od tamtej pory miała... nie, MA wyrzuty sumienia.

Tak bardzo, jak pragnęłam kochać ją i współczuć jej, tak bardzo moje usta pozwalały mi tylko na bolesne docinki w jej kierunku. I obumierała coraz bardziej. Wtedy - wypadek z Raven Tail. Nie miała siły. Wyprowadziła ludzi z miasta, bo do niczego innego nie mogła się nam wtedy nadać. Co ja z resztą mogę o tym powiedzieć... Sama ich wyprowadzałam. Ilu mi się udało? Może 50. Ona wyeskortowała kilka setek.

Chociaż bałyśmy się tak samo, to ona była silniejsza. Coraz bardziej jej nienawidziłam... I zaczynałam nienawidzić też siebie.

Tartaros było następne. Nie wiem jak znalazła w sobie siłę. Przez to wszystko co widziała, przeze mnie, przez Natsu... była już wypłukana. Znowu wszystkich osłaniała, jej duchy walczyły dzielnie.

Ja stałam. Byłam wtedy przerażona, słaba... To było dla mnie zbyt wiele. Zazdrościłam jej tej siły.

I wtedy zrobiła najgorsze, co mogła mi zrobić.

Osłoniła mnie własnym ciałem.

Powiedziała, że to dlatego, żebym nie wstydziła się Natsu.

Zabiła mnie. Zabiła mnie, znienawidziłam się tak bardzo, jak tylko to było możliwe. I znienawidziłam ją jeszcze bardziej. Chociaż moje serce tak bardzo chciało ją kochać... Po tym wszystkim, co zrobiła, dla mnie, dla całej gildii. Przestała myśleć o sobie już dawno temu, zrozumiałam to wtedy, od razu po jej słowach.

A później wywiązała się sytuacja z jej ojcem. Nie widziałam jej pół roku.

Ucieszył mnie jej widok, w głębi serca - NAPRAWDĘ mnie ucieszył. Tyle że zazdrość przesłoniła wszystko.

Natsu wolał ją.

Ale miałam jeszcze jedną, jedyną szansę, i NIE zamierzałam jej zmarnować.

Dzień minął szybko.

- Za naszych Nakama! - stałam obok Natsu, Lucy, Graya, Erzy, Miry, Bixlowa, Biski, Alzacka i kilku innych osób. Gray porwał ją do tańca; a ja nie zwlekając postanowiłam spróbować.

- Hej, Natsu. - staliśmy chwilkę w ciszy; zniecierpliwiłam się już. - Zatańczymy?

Zgodził się, i nawet dobrze się bawiliśmy. Póki ICH nie zobaczył.

Podszedł do stolika, zostawiając mnie tam.

Lucy go opieprzyła. Wrócił.

- Sory, chciałem się napić... - kłamstwo mnie rozjuszyło.

- Tak, właśnie widziałam. Pogawędka się udała? - skąd we mnie tyle złości?

Ano właśnie, przegrałam.

Wyszłam i stanęłam nad grobem brata. Łzy ciekły po policzkach ciurkiem.

Przegrałam.

Nie miałam w końcu szans, nie? Kimże jestem wobec Lucy... Tej Lucy.

Nagle wszystko odpuściło. Został ból i pustka. Już nikogo nie nienawidziłam. Poza sobą.

- Hej, jestem tu, mała. - Usłyszałam, jak Bixlow kuca obok mnie. Siedziałam przed grobem Elfmana wyjąc, gdy przytulił mnie do siebie.

Jego mocne, umięśnione ręce objęły mnie. Po kilku chwilach uspokoiłam się.

- Maleńka, spokojnie. Będzie dobrze. Poradzimy sobie, tak robi nasza drużyna, nie? - odetchnęłam głęboko.

Miał rację. W końcu miałam jego. Jak mogłam być tak ślepa, żeby nie zauważyć? Był dla mnie cały czas, gdy go potrzebowałam.

Miałam SWOJEGO księcia, więc czemu tak bardzo starałam się odebrać Lucy jej? No dobrze, może w jej przypadku to smok a nie książę, ale jednak.

Zaśmiałam się i przytuliłam go. Nagle wszystko stało się proste.

- Przepraszam, Bix. Nie wiem co we mnie wcześniej wstąpiło. Wynagrodzę Ci to. - poczułam jak się uśmiechnął.

Nie tylko jego jednak miałam przeprosić.

Podeszłam do Miry, i porozmawiałam z nią chwilę. Ulżyło jej.

- Elf byłby z Ciebie dumny, Lisanna. - pogładziła moje włosy.

Zostało najtrudniejsze.

- Lucy...

- Słucham? - wymusiła uśmiech, widziałam to. Ale nie mogłam się poddać.

- Chodźmy na stronę. Proszę.

Ujęła moją dłoń, cała gildia ucichła. Wyszłyśmy na cmentarz. Rzuciłam zaklęcie wyciszające.

Nie musieli tego oglądać.

- Przepraszam...

- Wybaczam - ucięła mi po pierwszym słowie i uśmiechnęła się. Przytuliła mnie do siebie; była nieco wyższa niż ja i o wiele bardziej kobieca, więc wpadłam w jej miękkie ciało jak w poduszkę. Moje oczy napełniły łzy.

- Ja naprawdę... Chciałam się zaprzyjaźnić, ale moje ciało...

- Rozumiem, Lisanna. Też to czułam. - spojrzała na mnie z ciepłym uśmiechem. - Tylko wiesz, kochałam go tak bardzo, że nie byłam w stanie myśleć o sobie - zaśmiała się. Spojrzałam na nią z adoracją.

Nie było już we mnie nienawiści. Była wspaniałą osobą, nie chciałam już dłużej jej ranić ani ranić wszystkich dookoła swoim zachowaniem.

- Wygrałaś, Lucy. On mnie nie chce. A ja... Mam swojego księcia z bajki - dodałam. Lucy uśmiechnęła się i otarła moje łzy.

- Słyszałeś, Elf? Siostrzyczkę Ci kradną! - zaśmiała się, klepiąc nagrobek mojego brata. Również się zaśmiałam. Ramię w ramię wkroczyłyśmy do Gildii.

Mira od razu uradowana rzuciła się nam na szyje.

Lucy wepchnęła mnie w ramiona Bixlowa.

Od teraz miało być już zupełnie inaczej.


R&R.