[5]

.

.

Jeszcze dwa dni i nadejdzie sierpień. To będzie już półtorej miesiąca kiedy Kiba i Kankuro nie uprawiali seksu. Młodszy mężczyzna był zdecydowany nie dopuszczać do siebie starszego na metr póki ten nie odpokutuje swoich win. Oczywiście był to obusieczny miecz, bo sam też był spragniony czułości. Były takie momenty kiedy chciał włamać się do mieszkania Shikamaru, w którym mieszkał piaskowy ninja i rzucić się nań jak tylko przekroczy próg. Czuł że lada dzień starszy mężczyzna zacznie skamleć o seks. Och, Inuzuka chciał to usłyszeć.

Wystarczy że Kankuro powie „proszę" i dostanie jak i gdzie będzie chciał.

W pierwszy dzień sierpnia (środę) Kankuro wrócił do Konohy, dokładnie do szpitala. Wyszedł w sobotę z gipsem na prawym przedramieniu, opatrunkiem na lewym oku, kilkoma siniakami. Wyglądał na bardzo zmęczonego i słabego.

– Chcesz iść do łóżka? – zapytał Inuzuka czekając na Kankuro pod szpitalem. Już od dawna nie darli kotów jak dawniej. Ich wzajemne stosunki były chłodne.

– Widzisz jak wyglądam? I mam złamany nadgarstek. – rzucił unosząc delikatnie prawe ramię.

– To jeszcze jeden powód dla którego wolałbyś pójść do łóżka ze mną, niż samemu zająć się sprawą. – zakpił Inuzuka.

– Skoro oferujesz. – zaśmiał się Kankuro. Kiba tylko kiwnął głową żeby poszedł za nim.

Znaleźli się w mieszkaniu Inuzuki. Całowali się, dotykali, rozbierali powoli. Okazało się, że połowa ciała Suny była zakryta plastrami i bandażami. Kankuro usiadł na łóżku a Kiba klęknął między jego nogami. Obciągnął Lalkarzowi tylko na tyle aby rozpalić go.

– No siadaj! – syknął niemalże wściekły shinobi z Suna. – Nie robiliśmy tego dwa miesiące! Chce Cię!

– Powiedz ładnie „proszę". – zamruczał Kiba pochylając się nad starszym mężczyzną.

Kankuro żuł te słowa przez może dwie minuty. Razem z nimi połykał dumę. Rany, Kiba chciał już zbliżyć się do niego.

– Proszę… Cholera, proszę. Nie chce dłużej czekać. – zamruczał Kankuro. Inuzuki przewrócił go na łóżko. Piaskowy ninja wyglądał tak rozkosznie niewinnie, tak zachęcająco, tak bezradnie, oklejony tymi wszystkimi opatrunkami.

– Co Ty na to żebym tym razem ja to zrobił? – zapytał Inuzuka z rozbrajającym uśmiechem. Uniknął ledwo pięści Kankuro, która wystrzeliła w jego kierunku.

– Nie, to potworny pomysł. – krzyknął przerażony piaskowy ninja. Kiba zlustrował go spojrzeniem.

– Nie lubisz robić tego? – zapytał rozbawiony Inuzuka. Kankuro dalej był przerażony pomysłem jak nastolatek. Kiba przesunął dłońmi po bokach starszego mężczyzny, dotykając jego uda.

– Nie, przestań! – krzyknął Lalkarz.

– Ten raz. – zajęczał psi shinobi, ale Kankuro pozostał nieugięty.

– Nie, Inuzuka! – warknął piaskowy ninja łapiąc Kibę za kark i przyciągając go do siebie. Pocałował go głęboko. Och, Inuzuka właśnie zdał sobie sprawę, że nie całowali się od wieków, a Kankuro miał zaskakująco pełne, mięsiste wargi. Kibę odurzyła ta nagła bliskość i nie miał naprawdę ochoty wdawać się w dalsze dyskusje.

(…)

Następnego ranka obaj nie mogli wstać z łóżka, co było żałosne. Pół nocy pieprzyli się jak króliki, bo okazało się, że Lalkarz miał w nosie swoje pogruchotane kości kiedy Kiba był w łóżkowym nastroju.

– Dobrze Ci tak, pajacu. – warknął Inuzuka zwlekając się z łóżka. Był cały poobcierany. Niemal pewnym było że gdyby po którymś orgazmie nie stracił przytomności to pewnie byłoby z nim jeszcze gorzej. Piaskowy ninja był przybity do łóżka, ledwo oddychając.

– Zamknij się, Kundlu. – syknął Kankuro. Złapał się za bok.

– Uszkodziłeś się bardzo? – zapytał Inuzuki żałując swojego pomysłu z seksualnym maratonem. Właściwie to nie miał być maraton. W sumie, Kankuro był sam sobie winny, że zachciało się mu pieprzyć Kibę do świtu.

– Chyba szew mi puścił. – niemal wysapał Marionetkarz. Inuzuki podszedł do niego i chwycił za jego zdrową rękę.

– Pokaż tę straszną ranę ciętą. – zadrwił młodszy kiedy starszy mężczyzna wzbraniał się przed pokazaniem mu rany. Okazało się, że pękło kilka szwów, ale nie było to znowu powodem do płaczu i jęczenia. Kiba przyniósł igłę i nitkę chcąc pomóc i poprawić pęknięty szew. Na widok Inuzuki w roli piekielnego pielęgniarza, piaskowy ninja od razu zerwał się z łóżka i powiedział, że lepiej pójdzie z tym do szpitala.

Kankuro szybko opuścił mieszkanie Inuzuki. Ten padł na niezasłane łóżko z małym uśmiechem. Pościel całkiem przesiąkła zapachem marionetkarza, a to była naprawdę przyjemna woń.

– Nie powiem żeby ten widok przeszkadzał mi. – rzucił Sai stojąc w progu sypialni Inuzuki. Ten musiał zasnąć nago, ściskając pościel pod sobą. Zerwał się do pozycji siedzącej.

– Po co tu przylazłeś? – zapytał zdenerwowany Inuzuki. Sai usiadł na skraju łóżka.

– Nie jesteś zbyt miły. – powiedział urażony mężczyzna. Kiby wcale to nie obchodziło.

– Mam problemy z kontaktem ze swoją miłą stroną, gdy nie mam na sobie ubrania. – warknął psi shinobi wskazując Saiemu drzwi. Ten uśmiechnął się i posłusznie wyszedł.

– To po co przyszedłeś? – zapytał już uprzejmiej Inuzuka, wychodząc do swojego gościa w spodniach od dresu i podkoszulku. Sai uśmiechnął się.

– Mamy misję razem. Start za trzy dni. Tu masz szczegóły. – powiedział mężczyzna kładąc zwój na stole. Kibę westchnął. Zaproponował gościowi coś do picia, ale ten powiedział, że spieszy się na spotkanie z Nejim.

Kiba przeglądał właśnie szczegóły misji kiedy przyszedł Kankuro. Inuzuki spojrzał na niego w niedowierzaniu. Co on tu robi? Czego chce? Zostawił coś?

– Słucham? – wykrztusił Kiba po chwili szoku. Kankuro podał mu pudełko z jedzeniem na wynos. Usiadł obok niego na kanapie. Inuzukę zawsze zastawiało dlaczego shinobi z Suna nie nauczył się jeść pałeczkami tylko ciągle używał widelca. To nie tak że nie miał spranych palców.

– Co tam masz? – zapytał starszy mężczyzna z ustami pełnymi jedzenia. Wsadził widelec do ust i wyrwał Kibie zwój z rąk wczytując się w jego treść.

– Łał, jedziesz na misję z primabaleriną? – zakpił piaskowy ninja wyciągając widelec z ust. – Nie uwierzysz co mi powiedział. Mogę na tobie malować? Masz taki ładny odcień skóry. Serio, jak czerstwe to było? Ale przyznam, że trochę zbił mnie z tropu.

Kiba patrzył na Kankuro w niedowierzaniu. Co tu się dzieje? Czy Inuzuki wpadł do jakiegoś równoległego wymiaru? Co, do cholery? Zastanawiał się czy piaskowy ninja uderzył się w głowę.

– Okej. – mruknął Inuzuka po chwili. – O co Ci chodzi? Myślisz że jak będziesz dla mnie milszy to będę Ci częściej dawał?

– Przestań. Myślisz że zawsze mam ukryty motyw. Jestem po prostu miły. – rzucił Kankuro nieco zły. Inuzuka wiedział, że shinobi z Suna mówił tak tylko po to aby zagrać mu na uczuciach. Prawda była taka że Lalkarzowi nie zależało na niczym innym jak na seksie z Kibą.

– TY nie bywasz miły. TY masz zawsze ukryte motywy. – powiedział Inuzuka. Kankuro wstał i rzucił zwojem z szczegółami misji o ziemię, jedzenie postawił na stole i wyszedł bez słowa.

Potem Inuzuce było głupio. Chciał może nawet przeprosić Kankuro, ale zrezygnował z tego. Piaskowy ninja traktował go zimno i oschle, naskakiwał na niego z byle powodu, aż doszli do tego że na ulicy mijali się bez słowa. Kiba chciał krzyczeć, złapać Kankuro za kołnierz i wykrzyczeć mu w twarz żeby zaczął zachowywać się jak dorosły mężczyzna, ale wiedział że ten nie posłucha go.

– Gotowy? – zapytał Sai kiedy Kiba spotkał się z nim pod urzędem. Z budynku wyszedł Naruto z Kankuro.

– Hej, hej! – zawołał Uzumaki machając do nich, aby zostać zauważonym. – Wyglądacie razem tak uroczo, prawda, Kankuro?

Piaskowy ninja tylko przewrócił oczami i mruknął na zgodę.

– Naruto, Ty jak coś jebniesz. – westchnął Inuzuka. Sai objął jego ramię i uśmiechnął się. Wyglądał jak nastolatek.

– Widzisz, Kiba, nawet Naruto mówi, że jesteśmy sobie przeznaczeni. – uśmiechnął się mężczyzna. Inuzukę rozbawił ten widok, może nawet nieco wzruszył. Pierwszy raz widział go tak szczerze zadowolonego. Nie strącił Saiego ze swojego ramienia.

– Tylko nie przyzwyczajaj się do tej myśli. – zaśmiał się Kiba. Ten w ogóle nie słuchał go. Odeszli w stronę puszczy nie zwracając nawet uwagi na Kankuro. To akurat bardzo cieszyło Inuzukę. Tak, nie miał powodu, aby przejmować się tym smutnym idiotą.

– Sai, możesz się odkleić. – powiedział w końcu Inuzuka kiedy przeszli tak dobry kawałek. Mężczyzna niezadowolony puścił go.

– Nie możemy się umówić, choć raz? – zapytał w końcu Sai. Kiba spojrzał na niego i uśmiechnął się wąsko. Tak właściwie to był zajęty. Nie, chwila, nie był zajęty.

– Nie sądzisz, że to nie ma sensu? Ty i ja? – rzucił Inuzuka odwracając wzrok.

– Nie będziemy wiedzieć póki nie spróbujemy, nie? – rzucił z rozbrajającą szczerością Sai. Kiba nic nie odpowiedział.

Pojechali pilnować budowy wiaduktu na wschód od Doliny Końca. Okazjonalne ataki shinobi z kraju Mgły i Ziemi opóźniały budowę i straszyły inżynierów. Most miał pomóc odnowić handel między krajem Ognia i Pereł. Sai był już tu wcześniej i pokazał Kibie gdzie może kręcić się, a gdzie nie. Ludzie uwijali się jak mrówki z uwagi na opóźnienia i shinobi kręcący się po placu budowy bardziej im wadzili.

– Gdzie mi siada na zbrojeniu? Gdzie na zbrojeniu? Beton będziemy wylewać! – krzyknął na Inuzukę jakiś robotnik. Kiba tylko skinął mu w geście pokory i zeskoczył z tego tak zwanego „zbrojenia".

– Chodź tu, chłopaku, zanim Cię rozjadą. – powiedział Sai z rozbawieniem. Siedział na końcu mostu.

– Kto pomyślałby że panuje tu taki ruch. – zaśmiał się Kiba stojąc nad mężczyzną.

– To przez te ataki. Za opóźniania w budowie deweloper musi płacić spore odszkodowanie. – rzucił Sai. Kiba usiadł obok niego. Wokoło nich robotnicy kłębili się i pokrzykiwali na siebie w obcym dialekcie.

Zaatakowano ich dopiero trzy dni później. Na szczęście Sai dojrzał ładunki wybuchowe pod mostem i w porę ostrzegli robotników żeby ewakuowali się z placu. Zabrali się szybko za rozbrajanie ładunków. Inuzuki musiał to robić ręcznie, a jego kompan wykorzystywał do tego swoje malowane stwory wyglądające jak małpy.

– Kiba! Kiba, zostaw to już! Chyba widzę przeciwnika! Wysadzi most! – krzyknął Sai z góry.

– Już, już! Ostatni––– – rzucił Inuzuka, ale nie miał szansy dokończyć. Wybuchł ładunek dwadzieścia metrów od niego. Stalowa belka której trzymał się obsunęła się o dobre dziesięć metrów w dół. Kiba uczepił się jej mocno. Dolina miała w tym miejscu jakieś sto metrów głębokości. Nie miał możliwości gdziekolwiek bezpiecznie wylądować. Próbował zaprzeć się o belkę i podskoczyć, uczepić się bardziej stabilnej części mostu, ale kiedy tylko tego spróbował, obsunął się w dół o kolejne metry. Sai krzyknął z góry. Namalował i wywołał wielkiego orła. Podleciał do Inuzuki. Ten machnął na niego ramieniem.

– Znajdź tych skurwieli póki nie zabili robotników! – krzyknął Inuzuki. Sai z niechętnym pomrukiem odleciał. Małe wróble odłączyły się od wielkiego orła i rozleciały się we wszystkich kierunkach.

– Dobrze. – mruknął do siebie Kiba. Musiał przecież zejść z tego chybotliwego kawałka stali. Robotnicy podbiegli ostrożnie do krawędzi mostu.

– Czykać! – krzyknął jeden z nich i odbiegł. Inni machali do niego i mówili niezrozumiale.

– Ty se ne ryszać. Ty czykać. My pomyc. – rzucali na przemian robotnicy tym niezrozumiałym dialektem znad morza. Inuzuki i tak nie miał zamiaru ruszać się. Każde jego drgnięcie obciążało belkę. Po chwili rzucili mu kawał ciężkiej liny, której używali do podnoszenia ram w które wbijali zbrojenia. Kiba skoczył puszczając belkę i łapiąc się liny. Robotnicy zaczęli machać na niego.

– Śipko! Śipko! – krzyknęli pokazując na przestrzeń powietrzną za nim. Tam Sai leciał na swoim orle a przeciwnik unosił się na czymś co wyglądało jak żelazny smok, bardziej jak maszyna niż zwierzę.

– Zejdźcie z mostu! Już! – krzyknął Kiba kiedy smok zionął ogniem i Sai ledwo mu umknął. Inuzuki krzyknął na niego i pomachał. Po plecach podrapało go coś. To był wielki ptak a za nim dwa wielkie goryle i lew. Smok zionął ogniem w stronę mostu. Goryle stanęły przed Inuzukim i klasnęły w dłońmi na wyciągniętych ramionach, rozłożyły je szeroko i ogień rozprysł się na niewidzialnej barierze. Kiba wskoczył na ptaszysko.

Malowane wróble–zwiadowcy wirowały wokoło smoczyska, trącając go, bardziej denerwując niż uszkadzając. Musieli jakoś rozsypać tego stwora: był on złożony z powyginanej blachy, spomiędzy szpar wyzierało dziwne błękitne światło. Gdzieś pod tą całą blachą musiało znajdować się „serce" smoka.

– Musimy coś wykombinować! – krzyknął Kiba kiedy próbował zbliżyć się do Saiego, ale rozdzieliła ich słup ognia.

– Mam pomysł. – rzucił kompan. Jego orzeł jakby zaczerpnął powietrza mocno i wypluł strugę atramentu, która zalała shinobi i jego smoka.

– Dobra, mamy chwilę zanim ogarnie się. – powiedział Sai. Kiba podleciał do niego.

– Na tej wysokości nic nie zrobię. – rzucił Inuzuki. – Bez gruntu pod nogami jestem bezużyteczny.

– Okej, czyli musimy go sprowadzić na ziemię. – powiedział Sai.

– Słuchaj, ten atrament zawiera żelazo? – zapytał Kiba kompana. Ten od razu wiedział o co chodzi. Uśmiechnął się i skinął głową.

– Mnie zostaw upaćkanie go. Ty wal ze wszystkich sił. O mnie nie martw się. – powiedział Inuzuki. Nie miał wyboru jak rozbić na przeciwniku to ptaszysko, na którym siedział. Ten już zdołał otrząsnąć się.

Kiba zatoczył wokoło wrogiego shinobi kilka kręgów. Ten walił w nich strumieniami ognia. Psi shinobi okazjonalnie ział w niego płonieniem, neutralizując w ten sposób technikę przeciwnika. Sai jakoś dawał sobie radę z unikami. W tym samym czasie zwierzęta na moście broniły budowli przed atakami wrogiego shinobi.

Inuzuka w końcu uderzył w smoczysko, rozbijając o niego ptaka na którym latał. Odbił się od potwora i poleciał w stronę ziemi. Pewnie to nie było mądre. Sai rzucił w mężczyznę linką nasączoną swoim atramentem. Poraził shinobi. Najwyraźniej wyładowanie zniszczyło serce smoka, bo nagle blachy przestały trzymać się razem. Nie było to widowiskowe, ponieważ smok po prostu rozsypał się. Shinobi uczepił się jednej części i powoli opadał w dolinę.

Sai podleciał i złapał pazurami malowanego orła ramiona Inuzuki i pomógł mu wylądować bezpiecznie.

– Masz myśli samobójcze? – zawołał Malarz lądując na ziemi.

– Spokojnie, jestem niezniszczalny. – powiedział spokojnie Kiba. Na ziemi czuł się pewniej. Wrogi shinobi wylądował na niedaleko nich.

– Po co bronicie wiaduktu? Nic z tego nie będziecie mieć. – rzucił shinobi zachrypniętym głosem.

– Nie nasz interes, po co, komu ten most. – odszczekał Inuzuka. Przeciwnik zacisnął pieczęć „w piorunie ukrycie".

– Tam pracują setki ludzi. Zawalając go mogłeś zabić ich wszystkich. – powiedział Sai parując technikę wroga swoim „w piorunie ukrycie".

– To nie mój interes. – rzucił wrogi shinobi. Kiba rzucił w jego stronę dwa duże shurikeny. Ten uskoczył tylko po to żeby wpaść w farbę Saia, dobrze zamaskowaną na konarze drzewa. Atrament zamienił się w iglice i przebiły shinobi błyskawicznie.

– Dobry rzut. – powiedział Sai z podziwem.

– Nie miałem pojęcia o tej pułapce. – zaśmiał się Inuzuka.

– Może czytasz mi w myślach? Podobno zakochani tak mają. – rzucił przesłodzonym ćwierkotem Malarz. Kiba zaśmiał się.

– Proszę, przestań gadać takie głupoty. – powiedział rozbawiony Inuzuka. Sai podszedł do niego i objął jego ramię. Pocałował przelotnie Kibę pod uchem. Ten od razu strącił z siebie mężczyznę. To przestało podobać się mu. Może zwodził Saia? Przecież ten głupek nie wiedział nic o uczuciach.

– Sai, proszę, to naprawdę kiepski pomysł. Ty i ja. Nie jesteśmy dla siebie stworzeni. – mruknął zakłopotany Inuzuki.

– Nie jesteśmy dla siebie stworzeni, czyli masz kogoś innego? – rzucił drugi mężczyzna niemalże oskarżycielsko.

– Nie! Tak? Sam nie wiem. – powiedział jeszcze bardziej zmieszany. Co tak naprawdę łączyło go z Kankuro? Jedno było pewnie: nie przestanie sypiać z piaskowym ninją dla Saiego. Kiba był niemal pewien, że nie potrafił odmówić Lalkarzowi przyjemności cielesnych.

– Tak czy nie? – zapytał coraz bardziej zdenerwowany Malarz. Inuzuki westchnął zrezygnowany. Skoncentrował czakrę i spopielił ciało przeciwnika.

– Tak, mam kogoś. – powiedział Inuzuka, czując że te trzy słowa zniszczą wszystko. Sai nic nie odpowiedział. Namalował dwa wielkie ptaki i wskoczył na jednego. Zaniósł ich z powrotem na most. Robotnicy już uwijali się przy odbudowie zniszczonego fragmentu budowli. Do końca misji Sai był nieczułym sobą.

Po powrocie do Konohy Inuzuki już nigdy więcej nie był nagabywany przez Malarz. Trochę brakowało mu tego. Szczególnie że Kankuro też nie utrzymywał z nim kontaktu. Pewnie zakładał, że Kiba umawiał się z Saim.

Tak to kończy się kiedy próbujesz mieć wszystko – kończysz z niczym. To jest kara za zachłanność.

Kiba zawsze wiedział że nie dla niego był seks bez zobowiązań. Za bardzo przywiązywał się do ludzi i zachowywał im wierność, nawet jeśli nie powinien. Wiedział że nie znaczył nic dla piaskowego shinobi; i to bolało, ale jednocześnie nie potrafił zdradzić go umawiając się z kimś innym. Powinien powiedzieć Kankuro raz a dobrze – jasno! –, że między nimi koniec: koniec tego związku nie–związku, koniec pieprzenia się po kątach, albo nienawidzą się, albo lubią!

Tak, tak miał zrobić. Nic nie mogło zmienić zdania Inuzuki.