A/N: Dzisiaj piątek, a ja prawie zapomniałam o nowym rozdziale. Prawie :) Wchodzimy teraz w część drugą i zmieniamy punkt widzenia z Casa na Deana. Wiem, że w tym rozdziale trochę mniej fabuły, ale już niedługo ruszymy bardziej z akcją (:
OST na dziś: Led Zeppelin - Since I've Been Loving You i The xx - Angels
Miłego czytania! :)
CZĘŚĆ II
xxx
Rozdział 7
Every Day I'm Learning About You
Drzwi otworzyły się powoli, z cichym skrzypieniem. Dean przez moment nie był pewien, czy ktokolwiek znajduje się za nimi, ale zaraz potem ujrzał nieśmiało wychylającą się z mieszkania siwą, mocno rozczochraną głowę.
Dziadek miał szczęście, że wreszcie otworzył; Dean pukał już po raz trzeci i powoli zaczynał szykować się do użycia nieco bardziej drastycznych środków.
- Dobry – powiedział i zmusił się do uśmiechu. Staruszek nie był stałym klientem i Dean nie miał pojęcia, czego się spodziewać. Starsza pani musi umrzeć? Obawiał się, że nie potrafiłby się do tego zmusić. I potem dostałoby się im obu.
- Przepraszam, że musiałeś pan czekać – wymamrotał dziadek niewyraźnie, mrużąc oczy i przyglądając się Deanowi z nieco nierozgarniętą miną. – Byłem w trakcie drzemki. O co chodzi?
Dean ledwo powstrzymał się od wywrócenia oczami. Świetnie. Gościu spał sobie w najlepsze, a Dean już rozważał wyważenie drzwi. Brawo.
- Ja w sprawie pieniędzy – wyjaśnił, nie spuszczając oczu z twarzy mężczyzny. Była to miła twarz, bardzo pomarszczona i pobrużdżona; twarz taka pasowała do dziadka, który przynosi wnuczkom słodycze, a wnukom opowiada o czasach wojny i pokazuje stare zdjęcia. Dean nie miałby serca karać tego człowieka. Czego w ogóle taki starowinka szukał w tym całym gównie, po co pożyczał forsę od tych pieprzonych morderców? – Pewnie mnie pan nie pamięta. Byłem tu kilka dni temu, żeby… przypomnieć o długu – zawahał się tylko na chwilę. Kurwa, jak on nienawidził tej roboty. Czuł się jak ostatni cham kiedy tak pukał do drzwi tych biednych ludzi i zadręczał ich w ten sposób. – Dziś mija termin.
Staruszek mrugał przez chwilę zawzięcie, wgapiając się w niego, a potem zaczął grzebać w kieszeniach starej wyświechtanej kamizelki, którą miał na sobie. Dean uniósł brwi, ale nie odezwał się. Dziadek wydobył małe okulary w złotawej oprawce, wsunął je na nos i znów popatrzył na Deana, a potem, ku jego bezbrzeżnemu zdziwieniu, uśmiechnął się, błyskając srebrnym zębem.
- Ach, tak, tak, teraz poznaję – powiedział, kiwając zawzięcie głową. – Proszę, proszę wejść, porozmawiajmy.
Tylko nie to, przemknęło Deanowi przez głowę. Dean nie mógł z nim rozmawiać; Dean przyszedł odebrać pieniądze, i to za wszelką cenę. Gadanie rzadko się sprawdzało.
Mimo tych czarnych myśli, wszedł za mężczyzną do pogrążonego w półmroku przedpokoju i stanął na środku, zakładając ręce na piersi.
- Proszę posłuchać, panie… Douglas – powiedział, przypomniawszy sobie nazwisko z listy. – Przykro mi to mówić, ale nie mam czasu na gadanie. Rozumie pan, praca. Tak więc byłbym wdzięczny…
Dziadek uniósł nieco trzęsącą się dłoń.
- Ach, ta młodzież, wszędzie się spieszy – mruknął pod nosem.
- Panie Douglas, słuchaj pan – pogroził Dean, opuszczając ręce i zwijając dłonie w pięści. Dlaczego ci ludzie nigdy nie rozumieli, jak to działało? Czemu nic nigdy nie docierało do nich za pierwszym razem, czemu zawsze musiał uciekać się do argumentu siły?
- Gdyby pan wszedł do salonu… - zaczął przymilnie staruszek.
Jezus Maria.
- Nie będzie żadnego salonu, proszę pana. Byłem tu kilka dni temu, przypominałem, próbowałem ostrzegać. Dzisiaj mija termin. – Chciał podejść i potrząsnąć nim mocno, zapytać, po jaką cholerę były mu te pieniądze i czy naprawdę było warto? Chciał też wybiec z tego ciemnego, zatęchłego mieszkanka, walić pracę, walić listę, walić całą bandę tych zbirów, zamknąć się u siebie i nigdy więcej nie wychodzić. - Jak się pan może domyślać, moi… znajomi nie będę zadowoleni, kiedy powiem im…
- No ale ja w salonie mam te pieniądze! – wykrzyknął dziadek sfrustrowanym głosem. – W kasetce je trzymam! Przygotowałem już wczoraj, bo pamięć już nie ta sama i nie wiedziałem, kiedy to, dziś czy wczoraj czy jutro…
Dean mógłby go wycałować.
- Serio? – zapytał, niedowierzając. – To znaczy… pan ma forsę… dzisiaj, teraz?
- No tak, tak, to próbuję panu powiedzieć przecież. – Staruszek znów uśmiechnął się szeroko. – Zapraszam do środka, pan sobie przeliczy i wszystko sprawdzi. Może kawy się pan napije? Mam też resztkę biszkoptów…
Boże, gdyby to zawsze szło tak łatwo. Odmówił jakiegokolwiek poczęstunku, odebrał pieniądze i jak najszybciej wyszedł z mieszkania. Dziadek machał mu przez chwilę, kiedy odchodził korytarzem, mówiąc, że prawdopodobnie jeszcze się spotkają, bo bardzo dobrze się z nimi załatwia interesy. Interesy, prychnął Dean pod nosem, ale nie był w stanie irytować się zbyt długo. To był chyba jego szczęśliwy dzień. Tylko jedno nazwisko na liście, do tego obyło się bez mordobicia, teraz jeszcze tylko kilka godzin do końca zmiany i koniec na dziś. Nucąc pod nosem, Dean wsiadł do samochodu i przez kilka długich minut krążył bez celu po opustoszałym mieście, a kiedy doczekał się zgłoszenia, ruszył w stronę wybrzeża. Jechał jak najszybciej, wiedząc, że tylko jedna osoba w Spectrum mogła włóczyć się po plaży o piątej po południu. Śpiewając głośno i wystukując palcami rytm na kierownicy, starał się powstrzymać głupawy uśmiech, który sam wciskał mu się na usta.
Jakie było jego rozczarowanie, kiedy osobą wzywającą taksówkę okazała się młoda kobieta o jaskrawo czerwonych włosach, w ciasnym żakiecie i wąskich dżinsach. Dean przygryzł usta, spoglądając przed siebie, kiedy kobieta otworzyła drzwiczki po stronie pasażera i wsiadła ostrożnie do środka. Od kiedy takie dziewczyny były powodem do rozczarowania? Och, no tak. Racja. Odkąd poznał Casa.
- Witam – rzucił mimo to, szczerząc się zawadiacko. To, że nie był zainteresowany, nie oznaczało, że miał być niemiły. – Jaki mamy cel podróży?
Jadąc, nasunęło mu się kilka tematów do rozmowy i żartów, które mogłyby być dobrą gadką na podryw i sposobem na początek jakiejś krótkiej, acz intensywnej znajomości, jednak za każdym coś powstrzymywało go od wypowiedzenia tych słów. Wciąż zbyt łatwo przed oczami stawała mu rozczarowana mina ciemnowłosej barmanki, kiedy powiedział, że nic z tego nie będzie i czym prędzej opuścił lokal. Co jak co, ale z tej rozrywki nie chciał powtórki.
xxx
Kiedy zapadł wieczór, Dean stawił się na umówione miejsce i przekazał pieniądze od staruszka wysłannikowi gangu. Ucinając wszelkie rozmowy, wpakował się do samochodu i odjechał czym prędzej, po czym sięgnął po telefon i mechanicznie wybrał numer. Czekał przez dłuższą chwilę, wsłuchując się w przeciągłe sygnały połączenia. Nie wiedzieć czemu, poczuł dziwny skurcz żołądka. Spróbował jeszcze raz, ale wciąż bez powodzenia. Nacisnął mocniej pedał gazu, skręcając w znajome już sobie okolice miasta, ściskając telefon w prawej dłoni i nerwowo przygryzając usta zębami. Kto tam wiedział, co mogło się dziać w takim hotelu. Zwłaszcza w Spectrum. Okolica też nie była najlepsza, wokół tylko jakieś stare, odrapane kamienice, ciemne zaułki, sklep monopolowy…
Telefon zadzwonił donośnie, sprawiając, że Dean aż podskoczył na siedzeniu i gwałtownie skręcił w lewo, na chwilę zbaczając z wyznaczonego dla siebie pasa. Przyhamował lekko, śmiejąc się nerwowo i przeklinając się w duchu za bezsensowne panikowanie.
- Tak – odebrał, starając się brzmiąc nonszalancko.
- Dean? Przepraszam, dzwoniłeś, a ja byłem w łazience. Czy coś się stało?
Słysząc znajomy głos, niski i zachrypnięty, Dean zacisnął jedną dłoń mocniej na kierownicy, czując, że nerwowy supeł w żołądku zmienia się w przyjemny trzepot tysiąca maleńkich skrzydeł. O, cholera. Zmieniał się w dziewczynę.
- Hm. Tak. To znaczy nie, nic się nie stało. Dzwoniłem, bo chciałem… chciałem zapytać, co dziś robisz. – Dean zatrzymał samochód, zgasił silnik i mocniej przycisnął telefon do ucha, słysząc cichy śmiech Castiela.
- Znasz mnie, Dean. – Sposób, w jaki Cas wypowiadał jego imię, wprawiał jego serce w dziwne drżenie. – Siedzę w pokoju i próbuję coś pisać, ale… to chyba nie mój wieczór. Znowu.
Dean wyraźnie usłyszał ciche westchnienie mężczyzny, był w stanie wyobrazić sobie sposób, w jaki jego oczy przymknęły się na moment, a jego mina wyrażała zrezygnowanie pomieszanie ze zmęczeniem. Niewiele myśląc, wyjął kluczyki ze stacyjki i wysiadł z samochodu, zerkając do góry, na budynek, przed którym stał.
Oczami wyobraźni widział Casa siedzącego na brzegu łóżka, z pustym kubkiem po herbacie w dłoni i jedną nogą podwiniętą pod siebie; komputer leżał kawałek dalej, nietknięty.
Dean odchrząknął, przetarł twarz dłonią.
- Bo tak się składa, że jestem właśnie pod twoim hotelem – rzucił nieco nieśmiało.
W słuchawce przez chwilę panowała cisza i Dean już miał wsiąść z powrotem do samochodu i odjechać, kiedy Cas odezwał się, głosem jeszcze niższym niż zwykle:
- Dean. Dlaczego więc wciąż stoisz przed hotelem?
Nie trzeba mu było tego dwa razy powtarzać. Rozłączył się bez słowa, wsunął kluczyki do kieszeni kurtki, postąpił kilka kroków i wszedł do środka. Kobieta w recepcji spojrzała na niego przelotnie, kiwnęła lekko głową i znów pogrążyła się w książce. Dean uśmiechnął się pod nosem, wspinając się po dwa schody na raz. Już po chwili stał przed drzwiami do pokoju Casa, oddychając ciężko. Uniósł rękę, by zapukać, ale w tym samym momencie drzwi otworzyły się.
Cas stał przed nim, z ciemnymi włosami zmierzwionymi na czubku głowy, w luźnej koszulce, która podwinęła się, odsłaniając wystającą kość biodrową, z bladą twarzą, ciemnym zarostem i ciemnoniebieskimi dużymi oczami, wpatrującymi się w niego. Dean musiał przypomnieć sobie, jak się oddycha, a potem zganić się w duchu za taką reakcję, cały czas stojąc w miejscu i gapiąc się na Casa z zapewne niezmiernie idiotycznym wyrazem twarzy.
Cas uchylił drzwi szerzej w zapraszającym geście i Dean wszedł do środka, nerwowo poprawiając kołnierz kurtki. Obrócił się na pięcie, patrząc, jak Cas zamyka drzwi na klucz, a potem odwraca się, opiera o nie plecami i spogląda na Deana otwarcie, nieco pytająco, przygładzając włosy.
- Cześć – odezwał się Dean i właściwie musiał powtórzyć to dwa razy, tak bardzo zachrypnięty miał głos. Na ustach Casa pojawił się nikły uśmiech i Dean bezmyślnie postąpił krok naprzód. – Byłem w okolicy – wyjaśnił, choć Cas o nic nie zapytał. – Chciałem zaproponować jakieś wyjście do pubu, ale potem pomyślałem…
Cas odchylił głowę do tyłu, oparł ją o drzwi, wciąż nie spuszczając z Deana wzroku. Dean zbliżył się jeszcze o krok.
- Jak tam pisanie? – zapytał nieudolnie.
- Wiesz dobrze – odparł cicho Cas i, o mój Boże, słyszeć ten głos w słuchawce telefonu to jedno, ale kiedy Cas stał zaledwie dwa kroki przed nim i patrzył na niego w ten sposób, Dean wiedział, że nie ma dla niego już nadziei.
- No to cieszę się, że nie przeszkadzam – powiedział pospiesznie.
- Dean – zamruczał Cas i Dean pomyślał: pieprzyć to, po czym jednym krokiem zamknął wolną przestrzeń między nimi, ujął jego twarz w dłonie i pocałował go.
Cas wydał z siebie cichy pomruk zadowolenia, rodzący się gdzieś w głębi gardła, i Dean wysunął język i rozsunął władczo jego wargi, jakby chcąc dotrzeć aż do źródła tego dźwięku. Palce Castiela wpiły się w jego biodra, język poruszał się wprawnie, przesuwając się po wnętrzu ust Deana, dotykając jego podniebienia. Dean zamruczał cicho, przesuwając dłonie po kłujących zarostem szczękach Casa na jego szyję, a potem wsuwając palce w jego włosy i przyciągając go w swoją stronę, złączając razem ich biodra.
- Co robiłeś przez te dwa dni? – zapytał, odsuwając się na moment i rozkoszując przyspieszonymi oddechami Casa, które owiewały jego twarz.
- Głównie powstrzymywałem się od dzwonienia do ciebie – wyznał Cas, chwytając palcami poły kurtki Deana i popychając go w stronę środka pokoju. Dokładnie tam, gdzie stało duże łóżko.
- Dlaczego? – wydyszał Dean, pochylając się i przesuwając językiem po różowych wargach Casa. Ten otoczył go ramionami za szyję i przywarł do niego ustami, piersią, całym ciałem. Dean wsunął dłonie pod koszulkę Casa, przesunął palcami po jego gorącej skórze, wywołując u niego lekki dreszcz, kiedy przeciągnął paznokciami po dolnych częściach kręgosłupa. Delektując się jego ciepłym westchnieniem, odchylił pas luźnych spodni, które Cas miał na sobie, i przesunął dłonie na jego pośladki, po czym ścisnął je lekko. Cas przeniósł usta na jego szyję, oddychając głośno. – Hej, Cas. Dlaczego nie zadzwoniłeś?
- Nie wiedziałem… czy byś sobie tego życzył – westchnął Cas, całkowicie likwidując wolną przestrzeń między nimi i złączając razem ich biodra. Dean jęknął bezgłośnie, czując wyraźną erekcję Casa tuż przy swojej. – Ty też nie dzwoniłeś.
- Ja pracuję. – Dean odchylił głowę w tył, udostępniając Casowi więcej skóry na szyi i zachłystując się nieco oddechem, kiedy Cas przygryzł wrażliwe miejsce tuż pod jego szczęką i zatoczył leniwie biodrami, ocierając się o niego. – Ach.
- Ja również, teoretycznie. – Dean poczuł cichy śmiech Castiela na swojej skórze.
- Dzisiaj zadzwoniłem – powiedział, zanurzając paznokcie w miękkie pośladki Casa i wywołując u niego cichy jęk. – Szlag by to.
Szybkim ruchem obrócił ich w stronę łóżka i pchnął na nie Castiela, szybko zrzucił buty i wdrapał się tuż za nim, przygważdżając go całym ciężarem swojego ciała. Cas spoglądał na niego zza wpół przymkniętych powiek, okolonych ciemnymi rzęsami, wyciągając ręce w jego stronę i pociągając go na siebie, złączając ich usta w mokrym, powolnym pocałunku i wsuwając kolano pomiędzy jego uda. Dean zadrżał, ocierając się o niego mocno i oddając pocałunki, przenosząc dłonie z jego bioder na brzuch, podwijając koszulkę do góry, przesuwając palcami po wystających kościach miednicy Casa, które sprawiały, że Dean omal nie dostawał szału; ciało Casa było tak smukłe i perfekcyjnie uformowane, że Dean miał ochotę całować je tak długo, jak tylko mógł, w każdym dostępnym miejscu, dotykać go dłońmi, obserwując, jak drobne włoski stają dęba, a skóra czerwieni się delikatnie pod wpływem jego dotyku. Dean nigdy nie spotkał nikogo, kto wprawiałby go w taki stan. Nawet te wszystkie niesamowicie zbudowane dziewczyny, z szerokimi biodrami i dużym biustem, nie miały nad nim takiej mocy. Cas był szczupły i blady, a w niektórych miejscach wręcz kościsty, i Dean kochał to ponad wszystko inne.
Jednym ruchem odsunął od siebie kolano Castiela, zapominając o swojej przyjemności, chcąc jedynie widzieć, jak Cas rozpada się pod jego dłońmi na drobne kawałki, jak mruczy nisko jego imię i błaga o więcej. Usiadł i pociągnął Casa za sobą, ignorując jego niezadowolony jęk i spojrzenie, a potem złapał za brzeg jego koszulki i pociągnął do góry, zmuszając go do uniesienia ramion. Jego włosy stały teraz na wszystkie strony i Dean przysunął się bliżej, całując go miękko w usta, przeczesując palcami jego ciemne kosmyki. Cas zamruczał gardłowo, oplatając Deana ramionami w pasie, wdrapując się na jego kolana i siadając na nim okrakiem, przytulając się mocno, wciąż nie przestając go całować i usiłując zdjąć jego koszulkę. Dean powstrzymał jego dłonie.
- Jeszcze nie – szepnął, muskając ustami jego ucho.
- Dean – jęknął sfrustrowany Cas, dociskając swoje biodra do bioder Deana i wywołując u niego głośne westchnienie.
- Daj mi czas – poprosił szeptem Dean, spychając Casa z kolan i z powrotem przewracając go na materac. Cas spiorunował go spojrzeniem, ale nie próbował wstać, zwłaszcza że zaraz potem Dean zawisł nad nim, opierając się na łokciach i przypatrując mu się bez mrugnięcia okiem.
- Dean? – Cas uniósł dłoń, przeciągnął nią po policzku Deana, uniósł nieco głowę, muskając wargami jego usta.
- Szzz – wymamrotał Dean, przesuwając opuszkami palców po twarzy Castiela, od jego wysokiego czoła, poprzez miękkie zmarszczki wokół jego półprzymkniętych oczu, aż do kącika ust.
- Znów mnie uciszasz – zaprotestował cicho Cas, choć bez cienia złości.
Przez chwilę obserwował dłoń Deana, a potem przekręcił głowę i musnął ustami jego palce, jakby naśladując czyn Deana sprzed dwóch dni. Dean pochylił się i pocałował Casa dokładnie w te same miejsca, których przed chwilą dotykały jego palce. Nieco więcej czasu poświęcił jego ustom, na chwilę zapominając się w gorącym, mocnym pocałunku. Potem jednak zsunął się niżej, pieszcząc ustami jego szyję, rozkoszując się cichymi dźwiękami zadowolenia, które wydobywały się z głębi gardła Casa. Jego obojczyki były wyraźnie zarysowane pod delikatną skórą i Dean przygryzł ją lekko, równocześnie głaszcząc dłońmi tors Castiela.
- De… Dean – jęknął Cas i wygiął się w łuk, kiedy usta Deana dotknęły jego sutka. – Jesteś… niemożliwy.
- Och, naprawdę? – Dean odsunął się odrobinę, zadzierając głowę, by spojrzeć na Casa spod rzęs. Uśmiechnął się figlarnie.
- Ugh – jęknął Cas, wplątując palce we włosy Deana i przyciągając jego usta do piersi. – Kontynuuj, pro… szę. Aaach.
Dean dał sobie czas, na przemian przygryzając, ssąc i całując delikatnie jego sutki, a potem zsunął się niżej, oparł usta na płaskim brzuchu Casa, polizał lekko, przesuwając dłońmi po jego biodrach i zatrzymując się na pasie jego spodni.
- Cholera, Dean. – Biodra Castiela uniosły się do góry, szukając jakiegoś oporu.
Dean zignorował go, nieznośnie powolnym ruchem zsuwając jego spodnie i bokserki, podążając za nimi ustami i zatrzymując się u podstawy jego członka. Cas jęknął głośno, kiedy Dean ominął najwrażliwsze miejsce na jego ciele i przesunął się na jego uda, a potem rozsunął dłońmi jego nogi, by móc pocałować ich wewnętrzne strony.
Cas znów coś powiedział, ale słowa zmieszały się z niewyraźnym sfrustrowanym jękiem, a zaraz potem zostały zastąpione cichym okrzykiem, kiedy Dean zarzucił jego uda na swoje ramiona, sytuując się wygodnie między jego nogami.
- Dean – zażądał Cas, choć jego głos brzmiał niepewnie i słabo.
Dean dotknął ustami jego czubka, wywołując u Castiela kolejny głośny jęk i mocne szarpnięcie biodrami. Przymykając oczy, Dean otworzył usta i wziął go w siebie, wysuwając język i przesuwając nim powoli po wrażliwym ciele Casa. W uszach mu szumiało i od dłuższego czasu czuł bolesną twardość w spodniach, ale ignorował to, wsłuchując się w stłumione jęki Castiela i smakując go powoli. Czując, że Cas jest już blisko, Dean podniósł się i pozwolił, by nogi Castiela opadły bezwładnie po jego bokach; usłyszał głośny okrzyk protestu, ale natychmiast stłumił go mocnym pocałunkiem, znów pochylając się nad nim, sięgając dłonią i chwytając go mocno, pewnie, pozwalając, by Cas niezdarnie rozpiął jego spodnie, a potem chwytając ich obu w jedną dłoń, jęcząc głośno w usta Castiela, poruszając gwałtownie biodrami, ocierając się o Casa i swoją dłoń. Cas znów wygiął się w łuk i Dean otworzył oczy, wpatrując się w twarz dochodzącego pod nim mężczyzny, nie zaprzestając szybkich ruchów ręki i nie spuszczając z niego oczu. Cas miał zaciśnięte mocno powieki, rozchylone usta, wilgotne, spierzchnięte od nieustannych pocałunków, zarumienione policzki. Ciemne, prawie czarne włosy były w całkowitym nieładzie i Dean znów przysunął się bliżej, nie przestając doprowadzać siebie na skraj orgazmu, i dotknął ustami jego włosów, raz po raz, oddychając szybko i wdychając odurzający zapach Castiela.
Kilka sekund później było już po wszystkim. Dean wypuścił ich z dłoni, wycierając ją niedbale o prześcieradło i wciąż wciskając twarz we włosy Casa. Ten zepchnął go z siebie delikatnie, ale nie zwiększył dystansu między nimi; wręcz przeciwnie, z cichym zadowolonym pomrukiem, niczym najedzony i śpiący kociak, Cas wtulił się w Deana, otaczając go jednym ramieniem w pasie i przesuwając czubkiem nosa po jego szyi. Dean przez chwilę szamotał się z dżinsami i bielizną, które zaplątały się wokół jego kostek, a potem odetchnął głęboko, gładząc powoli nagie plecy Casa i łącząc ich nogi.
Dean rzadko się do tego przyznawał, ale był fanem przytulania po zadowalającym seksie i nigdy nie potrafił sobie tego odmówić. Najwyraźniej jednak nie musiał, gdyż wyglądało na to, że Cas był pod tym względem jeszcze gorszy.
- Wciąż masz na sobie koszulkę – powiedział nagle Cas po kilku minutach przyjemnej ciszy.
Dean wzmocnił uścisk ramion i musnął ustami skroń Castiela.
- Dopiero teraz to zauważyłeś? – zapytał z leniwym rozbawieniem.
- Mhmm – wymamrotał Cas i Dean poczuł jego ciepłe dłonie, wsuwające się pod ubranie. – Weź to.
Dean zaśmiał się pod nosem.
- Nie chce mi się, Cas. Zmęczony jestem – odparł.
- Deaaaaaan – przeciągnął Cas i Dean poczuł jego palce na swoich sutkach. Zadrżał nieco.
- Cas, przed chwilą skończyliśmy. – Dean czuł wzbierający w nim głośny śmiech. – Uspokój się i idź spać.
Cas zaczął wiercić się w jego ramionach. Oparł jedną dłoń na udzie Deana i podciągnął je do góry, zahaczając je o swoje biodro, przez co ich członki złączyły się na sekundę, drgając z zainteresowaniem.
- Cas. – Teraz do rozbawienia dołączyła także iskra podniecenia, a jednak Dean nie dał się jej całkiem ponieść, czując, że będzie na to czas potem; teraz oczy same mu się zamykały, a Cas wciąż nie przestawał się wiercić… - Okej, okej, poczekaj.
Dean wysunął się z objęć Castiela i usiadł, po czym szybkim ruchem pozbył się koszulki. Usłyszał za sobą cichy pomruk i Cas pojawił się u jego boku, wciskając się pod jego ramię i przywierając ustami do jego szyi. Dean nie mógł powstrzymać chichotu, który wyrwał się z jego piersi, otoczył Casa ramieniem i sięgnął po zwiniętą w nogach łóżka kołdrę.
- Nie zasnę z zapalonym światłem – wymruczał Cas, nie odrywając się od niego.
- To idź je zgaś – rzucił Dean, opadając na materac i pociągając Castiela ze sobą.
- Nie chceee mi się – zajęczał Cas, oplatając go ramionami.
- No to nic ci na to nie poradzę, słońce – zaśmiał się Dean, całując go w czubek głowy.
- Nie jestem słońcem – zawarczał cicho Cas. Leżał przez chwilę w ciszy i Dean już, już miał nadzieję… - NIE, Dean, ja tak nie mogę.
- Jezus, Cas, ty pierdoło – zirytował się Dean, wstał gwałtownie, ignorując skamlenie Castiela, który nie chciał wypuścić go z łóżka, uderzył w kontakt, gasząc lampę zawieszoną pod sufitem i z powrotem wsunął się pod kołdrę. – Następnym razem robimy to po ciemku – zagroził.
Cas pozwolił otoczyć się ramionami, lecz uniósł lekko głowę i Dean mimo ciemności wiedział, że mężczyzna wpatruje się w niego z uporem.
- Nie, wtedy nie będę cię widział – zaprotestował poważnie.
- Ee, coś tam będziesz. – Dean również na niego spojrzał i z bliska był w stanie ujrzeć jedynie oczy Castiela, teraz prawie czarne. – No dobra. Masz rację. Zapalimy małą lampkę.
Cas zamruczał z zadowoleniem i wtulił się w niego, łaskocząc go włosami po szyi. Jego ciepłe dłonie spoczywały spokojnie na talii Deana.
- Cas, ty przytulanko – szepnął Dean z uczuciem, ale nie dotarła do niego żadna odpowiedź, zamknął więc oczy i powoli odpłynął.
