Piekielnie Dobry Lokaj

Cz. 7.

Sebastian obserwował często Harry'ego.

Od tamtej nocy zmienił się i to bardzo. Nadal bywał skryty i nieprzystępny dla osób, które słabo znał, ale nie dla bliskich przyjaciół. Dwójka Gryfonów zauważyła to natychmiast, wyciągając przyjaciela na błonie. Bitwa na śnieżki może nie była już na ich wiek, co jednak nie przeszkadzało im w nią zagrać. Różnica półtora roku była dosyć wyraźna, i wcale nie chodziło o wygląd, bo Harry aż tak dużo się nie zmienił pod tym względem. Harry wydoroślał i to nie tylko przez przeżyte doświadczenia. Czas po prostu zrobił swoje. Na wiele śmiesznych sytuacji, z których śmiał się Ron, on reagował z pobłażaniem. Niczym stary pies w otoczeniu szczeniaków. Weasleya czasami to denerwowało, ale Hermiona wtedy tylko cicho mu coś szeptała i natychmiast mu przechodziło.

— Co pan tu robi? To nie jest bezpieczne!

McGonagall stała na tarasie wieży astronomicznej i starała się z godnością przekrzyczeć wiatr.

Sebastian zeskoczył do niej i wskazał drzwi, by mogli schować się przed zimnem.

— Proszę się o mnie nie bać. Bardzo trudno mnie zabić — szepnął konspiracyjnie tuż nad jej ramieniem. — Zmarzła pani. Proszę pozwolić mi panią rozgrzać.

Kobieta spłonęła rumieńcem, gdy dotknął jej dłoni i poprowadził w stronę jej komnat.

— Mam dyżur — próbowała się jeszcze wyplątać z tej sytuacji.

— Ależ, moja pani, proszę czasami dać trochę wolności swoim podopiecznym. Mam coś urzekającego, co w kilkanaście minut rozgrzeje panią do białości — nie przestawał jej kusić.

McGonagall już więcej nie protestowała. Drzwi jej komnaty zamknęły się cicho za tą parą, a chwilę później można usłyszeć bardzo charakterystyczne dźwięki.

Gdyby ktoś wstał wystarczająco wcześnie, mógłby zobaczyć coś naprawdę ciekawego. Sebastian Michaels opuszczał komnatę profesor Minerwy McGonagall w bardzo naruszonym stanie. Zaraz za nim zza drzwi wychyliła się w podobnym potarganym wyglądzie właśnie ona, poprawiając różdżka fryzurę i rozglądając się po korytarzu.

Harry spał. Sebastian nie był tym zdziwiony, w końcu nie został wezwany. Widok wtulonego w drugiego mężczyznę jego panicza w niczym mu nie przeszkadzał. Skoro dostanie to czego pragnie, to nie ma nic przeciwko.

Obaj byli ubrani tylko w bokserki i wyraźnie mógł zobaczyć blizny na obu ciałach. Łączyło ich bardzo wiele.

Lokaj wyjął z kieszonki zegarek i sprawdził czas. Tu miał go sporo. Nie musiał martwić się o posiłki. Te małe stworzenia, które tu usługiwały doskonale się sprawdzały. Przygotował stolik dla dwóch osób i czekał.

Uwielbiał czuć tę specyficzną magię, a teraz rosła z każdą chwilą. Przypuszczał, że jeszcze trochę przyjdzie mu poczekać, ale każdy mijający dzień coraz bardziej zbliżał go do celu. Sukuby to jednak miały ciekawe życie. Żywić się podobną magią tak często jak chciały. On wolał bardziej skondensowaną, pełną tego rzadkiego uczucia, które sprawiało, że magia nabierała smaku i intensywności. Zamknięte drzwi raczej nie stanowiły dla niego przeszkody. Panicz nadal mocno spał, chociaż jego ciało już nie. Uśmiechnął się, widząc co robi Severus. Podglądanie też było ciekawym marnowaniem czasu.

Dłoń Snape'a zniknęła w bokserkach Harry'ego. Poruszała się bardzo powoli, wręcz na skraju tortury, o czym mógł świadczyć przyśpieszony oddech śpiącego. Sebastian mógł zobaczyć, jak Severus oblizuje usta i pochyla się nad sutkiem Harry'ego, a następnie muska go językiem. Chłopak lekko się szarpnął i jednocześnie mocniej wbijając w dłoń w jego bieliźnie. Severus przyśpieszył. Harry już cicho pojękiwał, poruszając biodrami, a Severus nie przestawał drażnić sutka Gryfona. Cichy krzyk i otworzenie szeroko oczu, ciągle zamglonych przeżytym orgazmem, było końcem zabawy. Severus pocałował delikatnie Harry'ego w policzek.

— Dzień dobry, Harry.

Ten moment wybrał Sebastian na wejście do sypialni.

— Śniadanie będzie za chwilę — powiedział jakby nic się nie stało i poszedł odsłonić okna.

Severus chciał właśnie wstać, gdy poczuł jak dłoń Harry'ego go powstrzymuje.

— A ty? — zapytał cicho.

— Ja nie muszę. — Uśmiechnął się do niego, wstając.

— Nie prawda!

Severus uśmiechnął się do niego uspokajająco i nagle zamarł. Jego bokserki zostały zsunięte.

— Sebastian! — krzyknął Harry, ale zamiast na lokaja patrzył na członekSeverusa, który bardzo domagał się uwagi.

— Nie mogę pozwolić byś wyszedł w tym stanie, panie — szepnął do ucha Severusa Sebastian.

Mistrz eliksirów nie poruszył się. Jego oddech przyśpieszył, gdy dłoń odziana w białą rękawiczkę dotknęła go tam, gdzie naprawdę potrzebował. Lokaj spojrzał na panicza. Ten zagryzł dolną wargę i patrzył niczym zahipnotyzowany. Ręka Sebastiana poruszała się miarowo. Odciągała napletek, gładząc palcami odsłonięta główkę i naciągała go powoli z powrotem. Szorstkość materiału nie przeszkadzała widać Severusowi, bo tylko cicho jęczał, gdy Sebastian się z nim drażnił.

— Robisz to za wolno, Sebastianie. Przyśpiesz — szepnął Harry, nie odrywając od Severusa oczu.

— Tak? Mój panie? — Przyśpieszył intensywnie, co spowodowało, że pod mistrzem eliksirów ugięły się nogi i lokaj musiał go podtrzymać.

— Nie! Za szybko! Przestań!

I Sebastian przestał. Severus jęknął w sprzeciwie, wypychając biodra w stronę dłoni, która nagle zamarła.

— Zabierz dłoń — szepnął drżącym głosem Harry.

Lokaj wykonał polecenie. Ręka Gryfona uniosła się powoli i dotknęła gorącego penisa. Severus westchnął i poruszył się ostrożnie w tym ciasnym tunelu. Na twarzy chłopaka zagościł nagle delikatny i wręcz troskliwy uśmiech. Zaczął poruszać ręką w rytmie, który tak lubił Severus. Mężczyzna był już blisko. Jego penis zaczął być mokry i coraz bardziej gorący. Sebastian wycofał się, puszczając Severusa. Ten uwolniony spod działanie magii demona otworzył szeroko oczy i złapał Harry'ego za ramiona.

— Nie... Przestań... Nie musisz...

Był jednak już zbyt blisko i chłopak bardzo wyraźnie to widział.

— Harry... Nie chcę cię zmu...

Ostatnie słowo zamieniło się w głośny jęk, gdy został pochłonięty przez usta Harry'ego. Nie potrafił się dłużej powstrzymać. Gdy doszedł opadł na kolana i przytulił mocno chłopaka.

— Harry... Dlaczego to zrobiłeś?

— Bo chciałem. — Harry uniósł głowę i spojrzał w oczy Severusa. — Wcale się nie zmuszałem. Mógłbyś przestać traktować mnie jak porcelanową lalkę? Przeszedłem trochę, ale bardzo dobrze idzie ci przełamywanie tych moich lęków. I nadal twierdzę, że traktujesz mnie jak dziewczynę. — Wstał, mijając Severusa i poszedł do łazienki. — A następnym razem bądź łaskaw zdjąć ze mnie bieliznę! — Doleciało do niego wołanie.

A Sebastian jedynie stał i nikt nie zwracał na niego uwagi. Cóż, gdyby ktoś zwrócił to może spostrzegłby migniecie czerwieni w jego oczach, gdy Severus dochodził, ale kto w takim momencie zwraca uwagę na lokaja.

— Zauważyliście? McGonagall dziwnie się dziś zachowuje. Już dwa razy upuściła nóż i coś często się czerwieni. Przecież tu wcale nie jest tak ciepło — spostrzegł niecodzienne zachowanie nauczycielki Ron, co musiało być naprawdę zaskakujące, skoro odwróciło jego uwagę od posiłku.

— Może jest przeziębiona. Ciągle ma te nocne dyżury, a na korytarzach nawet w dzień jest chłodno.

— Może, ale znając ją to zajęć nie odwoła.

— Ron!

Harry zaśmiał się, klepiąc kolegę po ramieniu.

— Ty też, Harry? — oburzyła się Hermiona.

— Jestem niewinny! — Uniósł obie ręce w obronnym geście.

— Chłopcy! — westchnęła załamana takim zachowaniem i zaczęła zbierać książki. — Chodźcie, bo spóźnimy się na eliksiry.

Tym razem to Harry się zarumienił.

— Hermiono, to chyba jest zaraźliwe, on też się czerwieni.

— Tak jak ty wczoraj — bąknęła i minęła go zła.

Ron przybrał kolor piwonii.

— To chyba faktycznie jest zaraźliwe, paniczu — szepnął Sebastian, popychając lekko Harry'ego, gdy ten zapatrzył się na pewnego nauczyciela.

Od powrotu do tego czasu były to dopiero pierwsze zajęcia ze Snapem, jakie miał Potter. Wcześniejsze mu przeszły bokiem, bo został wezwany do dyrektora na krótką (dwugodzinną) rozmowę. Był ciekaw, czy coś się zmieni. Po tym, co stało się rano mógł spodziewać się prawie wszystkiego.

— Potter, minus pięć punktów za spóźnienie! — usłyszał na wstępie po przekroczeniu progu sali.

Sebastian wyjął swój zegarek i sprawdził czas.

— Pański zegar śpieszy się siedem minut. — Podszedł do niego, przesunął wskazówkę i podszedł za ławkę zajmowaną przez panicza.

— Kolejne pięć za niego. To nie spotkanie towarzyskie.

— Wyjdź, Sebastianie — polecił Harry, nie mając ochoty ani drażnić Severusa, ani sprawiać mu kłopotów.

— Nie, mój panie.

Sprzeciw lokaja zaszokował Harry'ego tak, że aż odwrócił się w jego stronę. Nigdy dotąd lokaj tego nie zrobił. Odwrócił się i spojrzał na profesora, który nic po sobie nie pokazał, że i jego zdziwiło to zachowanie.

— Jeżeli zobaczę, że ci pomaga, to stracisz dwadzieścia punktów! — warknął na niego i wrócił do zajęć.

— Rozumiem, proszę pana.

Sebastian stanął tuż obok ławki i obserwował klasę, zwłaszcza dwóch Ślizgonów. Nie musiał nawet zbytnio się starać, ich dziwne zachowanie zostało dostrzeżone także przez nauczyciela. Severus faktycznie widział, że Malfoy i Zabini coś kombinują, ale Węże zawsze coś takiego robiły na jego lekcjach. Jednak tym razem obrali sobie za swój cel tylko Pottera, a to mogło się dla nich źle skończyć. I to nawet skumulowanie źle, jeżeli Czarny Pan dowie się, że ktoś poza nim ośmielił się podnieść rękę na chłopaka. No i oczywiście jest Sebastian. Jeszcze nie widział, jak demon usuwa zagrożenia od Złotego Chłopca, ale jeśli ta dwójka się nie opamięta, to zaraz się dowie.

Dziś robili dosyć niebezpieczny eliksir, oczywiście jeśli znało się sposoby by zrobić go naprawdę niebezpiecznym. W zwykłej wersji nie wiele mógł zaszkodzić, ale po dodaniu pewnego składnika zamieniał się wręcz w broń biologiczną na równi z gazem musztardowym.

Dlatego dziś nie opuszczał swojego miejsca przy biurku, by móc mieć oko na Ślizgonów.

Kataklizm jednak nadszedł nieuchronnie.

Pierwszy był jakiś Puchon, który pomylił kolejność i jego wywar zaczął informować, że kociołek jest dla niego za mało pojemny. Severus musiał opuścić swoje stanowisko, a to zostało natychmiast wykorzystane. Sebastian w tej samej chwili obrócił się w stronę Harry'ego, chcąc go osłonić przed zbliżającym się wybuchem kociołka kolegi i nie zobaczył jak Malfoy lewituje jakiś składnik wprost do kociołka Hermiony, tuż obok ławki Pottera.

Severus wyeliminował zagrożenie, odbierając jednocześnie punkty i rozejrzał się po laboratorium. Nic nie wskazywało by coś miało się zaraz stać. Wszyscy patrzyli w jego stronę.

— Wracać do pracy! — rzucił i przeszedł na przód sali.

Wybuch odrzucił go do przodu, tak jak i wszystkich, którzy stali tyłem do eksplozji. Natychmiast się odwrócił i spojrzał w miejsce, gdzie jeszcze przed chwilą stał Harry. Błyszcząca kopuła oznaczała, że ktoś zdążył unieść tarczę, ale zobaczył w niej tylko Granger i siedzącego na ziemi za tarczą Weasleya. Ale gdzie był Potter?

Zza ławki wyłaniał się właśnie Sebastian, trzymając na rękach Harry'ego, który patrzył na swoje ręce. Ręce, które całe pokryte były krwią z małych ran. Nie tylko ręce były nią umazane. Większość jego ubrania nosiła ślady eliksiru. Mikstury, która rozcinała wszystko na swojej drodze do chwili wyparowania. Całe szczęście zetknięcie się z zimnem lochów szybko ją eliminowało

Sebastian przyjął na siebie znaczną część wybuchu i jego frak wisiał w strzępach na poranionym ciele.

— Zabij. — Cała klasa zamarła, słysząc cichy szept Pottera. — Zabij go.