W sobotni poranek Marinette zerwała się z łóżka o świcie. Adrien mógł sobie mówić, co chciał, ale ona wolała być przygotowana na wypadek, gdyby jednak wpadł wcześniej niż o zapowiadanej dziesiątej. Zaczęła od gruntownego od-Adrien-owania swojego pokoju. Usunęła wszystkie jego zdjęcia ze ścian, zmieniła tapetę na monitorze, schowała pomiętą kartkę z wierszem, który napisał w walentynki – głęboko do szuflady. Z myślą, że tę pamiątkę jednak zachowa na zawsze.
Obrzuciła pokój uważnym spojrzeniem. No, teraz nadawał się do zaproszenia tu chłopaka, o którym marzyła nieprzerwanie od pół roku do środy… Do walentynek. Walentynki zmieniły wszystko. Jeszcze nie ogarniała tego tak do końca, ale czuła, że coś się zmieniło. Czuła to wczoraj wyraźnie podczas tego niewymuszonego spaceru – spaceru z Adrienem. Spaceru, za który jeszcze trzy dni temu dałaby się pociąć. Spaceru, który nie wywołał w niej spodziewanej euforii. Spaceru… który okazał się po prostu normalnym spacerem. Mimo całej romantycznej oprawy, jakim był paryski bezchmurny i ciepły – jak na luty – wieczór…
Zeszła na śniadanie.
- Jak tam, skarbie? Wyspałaś się? – spytała ją mama.
- Pewnie. – Marinette uśmiechnęła się w odpowiedzi.
- Jak ci się udała randka?
- J-jaka r-randka? – zająknęła się Marinette, czerwieniąc przy okazji okropnie.
- Widziałam, że odprowadził cię jakiś chłopiec. Czy mnie się wydawało tylko, czy był to Adrien? – Mama uśmiechnęła się znacząco.
Marinette wolałaby teraz cofnąć czas i nie nawijać tyle o Adrienie Agreste w domu. Jej rodzice byli święcie przekonani, że jest w nim zakochana po uszy. Co było poniekąd prawdą. Do trzy dni temu.
- Mamo… - jęknęła.
- Nie podglądałam was specjalnie – wyjaśniła mama z uśmiechem, krzątając się po kuchni. – Ale długo cię nie było i od czasu do czasu wyglądałam przez okno. Wiesz, że wczoraj był atak akumy? Martwiłam się.
- Powinnam zadzwonić, wiem – odpowiedziała skruszona Marinette.
- Następnym razem zadzwoń – poradziła mama, obrzucając ją wyrozumiałym spojrzeniem.
- Oczywiście, mamo…
- No, to co chcesz na śniadanie? Pewnie zgłodniałaś po tych porannych porządkach?
- Skąd wiesz…? – wyrwało się Marinette.
- Że sprzątałaś? – Uśmiechnęła się Sabine. – Mamy wiedzą wszystko, kochanie.
- Och, no tak… - parsknęła Marinette.
- I nie są głuche – dokończyła mama. – Co cię tak wcześnie wzięło na sprzątanie?
- Och… - Marinette ponownie zaczerwieniła się potwornie. – Bo… Wiesz mamo, przyjdzie dzisiaj Adrien…
- Umówiliście się znowu? – Ucieszyła się mama.
- Mamy przygotować referat na następną lekcję chemii – wyjaśniła Marinette.
- Ach… - Mama westchnęła takim tonem, jakby wszystko rozumiała.
- Naprawdę, mamo.
- Oczywiście, kochanie. – Sabine uśmiechnęła się do córki. – To co z tym śniadaniem?
Marinette zerknęła szybko na zegar wiszący w kuchni. Miała jeszcze ponad godzinę do przyjścia Adriena. Wystarczająco dużo czasu, żeby przygotować śniadanie razem z mamą.
- Tak sobie pomyślałam, że może zrobiłybyśmy razem gofry? – zaproponowała z uśmiechem.
- Świetna myśl, skarbie! – Roześmiała się mama. – Tylko nie zbliżaj się do mąki – zażartowała.
Marinette parsknęła śmiechem i podeszła do mamy szybkim krokiem. Uwielbiała z nią gotować – chociaż czasami była wyjątkowo niezdarna. Ostatnio zauważyła jednak, że takie wpadki zdarzały jej się coraz rzadziej. Zupełnie jakby zwinność Biedronki wpłynęła na niezdarność Marinette.
Nagle ze zdumieniem uświadomiła sobie, że ta zwinność nie była cechą Biedronki, tylko jej własną cechą – jedynie głęboko gdzieś ukrytą. Szczególnie w sytuacjach, kiedy czuła się niepewnie. Nigdy nie zdarzyło jej się pokłuć igłą podczas szycia czy zaciąć papierem podczas projektowania. W tej dziedzinie była dobra i czuła się pewnie. Jedyne, co musiała teraz zrobić, to poczuć się pewnie w pozostałych dziedzinach jej życia. Nie będzie to łatwe. Ale przecież… Przecież była Biedronką, czyż nie?
o o o
Adrien zerknął nerwowo na zegarek zanim wsiadł do samochodu. Było za dziesięć dziesiąta. Powinien zdążyć na czas. Powinien zdążyć idealnie na czas. Po tym wczorajszym żarcie Marinette miał ochotę zadzwonić do jej drzwi równo z wybiciem godziny dziesiątej.
Nie, żeby odebrał ten żart jako złośliwość. Albo żeby się nim jakoś bardzo przejął. Po prostu pomyślał, że będzie to żartobliwa odpowiedź na jej żart, która pomoże przełamać pierwsze lody. Bo w sumie nie znał jej zbyt dobrze, poza tym, że parę razy pomogli sobie nawzajem. Zawsze miał wrażenie, że Marinette nie jest swobodna w jego obecności, choć jednocześnie okazywała mu sympatię. To było dziwne. Czuł, że ona go raczej lubi, ale nie umiał do niej dotrzeć. Najlepiej rozmawiało im się, kiedy przebywali w grupie. Właściwie wczoraj wieczorem po raz pierwszy zamienili ze sobą parę zdań, będąc tylko we dwoje…
Westchnął. To będzie ciężka sobota.
Zajechali pod piekarnię w pięć minut. Adrien wysiadł z szerokim uśmiechem na twarzy. Miał czas, żeby spokojnie dojść do drzwi i zadzwonić do nich dokładniutko o dziesiątej. Mógłby nawet iść tyłem. Jednego nie przewidział. Nagle na jego ramieniu wylądowała czyjaś dłoń i nie był to jego szofer, ale… tata Marinette?
- Dzień dobry, młody człowieku! – przywitał się serdecznie Tom Dupain.
- Dzień dobry, panie Dupain – odpowiedział automatycznie Adrien, a uśmiech na jego twarzy nieco przygasł.
- Marinette wspominała, że przyjdziesz dzisiaj przygotowywać z nią referat z chemii. – Tom poprowadził Adriena w stronę schodów na piętro. Idealny plan zadzwonienia do drzwi dokładnie o dziesiątej rano właśnie wziął w łeb. – Nie będziesz miał nic przeciwko szybkiemu doładowaniu się energią zanim weźmiecie się do pracy? Moje dziewczyny trochę… tak jakby trochę je poniosło…
Adrien spojrzał zdumiony na tatę Marinette. Co też on miał na myśli, mówiąc „moje dziewczyny" i „trochę je poniosło". Ale gdy Tom otworzył drzwi wejściowe do mieszkania, Adrien już nie miał żadnych pytań.
Kuchnia tonęła w mące, która walała się na wszystkich blatach, podłodze i wręcz unosiła się w powietrzu. W tym bałaganie uwijała się Marinette ze swoją mamą. Obie chichotały jak szalone, jednocześnie gotując i próbując sprzątnąć mąkę. Wyglądało to tak uroczo, że Adrien wręcz poczuł szarpnięcie zazdrości. I tęsknotę za swoją mamą. Mimo że był z mamą tak mocno związany, jakoś nie potrafił sobie wyobrazić podobnej zażyłości, jaka łączyła Marinette i jej mamę.
Cokolwiek zaś gotowały, pachniało nieziemsko. Od razu poczuł ogromną ochotę na zjedzenie czegoś słodkiego.
- Marinette, masz gościa! – zaanonsował go Tom, po czym zniknął w drzwiach.
Marinette zastygła w pół gestu. Patrzyła na Adriena zdumionym wzrokiem, zupełnie nieświadoma, że nawet na twarzy ma ślady zabawy z mamą. Zerknęła ukradkiem na zegar, co nie umknęło uwadze Adriena. Wymienili porozumiewawcze spojrzenia. Czy jemu się wydawało, że ona do niego mrugnęła?
Po raz kolejny zaskakiwała go swobodą i poczuciem humoru.
- Głodny? – Uśmiechnęła się do niego.
- W sumie… - Odwzajemnił uśmiech.
- To siadaj. – Wskazała mu krzesło. – Musimy naładować akumulatory, bo czeka nas mnóstwo roboty.
- Włączając sprzątanie? – zażartował.
- N-no… Te gofry wymknęły nam się spod kontroli. – Uśmiechnęła się przepraszająco.
- Ach, więc to gofry tak pachną.
- Najlepsze pod słońcem. – Postawiła przed nim pełen talerz.
Spojrzał na porcję. Nathalie dostałaby zawału, gdyby zobaczyła, ile kalorii leżało na talerzu. Ale nie mógł się powstrzymać przed zjedzeniem wszystkiego. Nie tylko pachniało nieziemsko. Smakowało… bosko.
- Widzę, że ci smakują. – Uśmiechnęła się do niego mama Marinette.
- Muszę chyba od pani wziąć przepis – odpowiedział uprzejmie.
- Och, to nie mój przepis! – Zaśmiała się Sabine. – Musisz dogadać się z Marinette. Może się nim z tobą podzieli.
- Mamo… - szepnęła przerażona Marinette.
- O, to Marinette robiła te gofry? – zdziwił się Adrien i zaraz skarcił się w myślach za to zdziwienie.
- Inaczej skąd byłby tu taki bałagan! – stwierdziła Sabine, zamiatając ostrożnie mąkę. – Ale cóż… Jak to się mówi: przez żołądek do serca…
- Mamo! – Marinette jęknęła i przewróciła oczami.
„Przepraszam za to." Powiedziała bezgłośnie.
A on… Zaczerwienił się.
