Część VII. Szkocka pod lupą.
W końcu zagadkę topielca zza biurka rozwiązali bez pomocy Mycrofta. Kluczem do niej były: utrata przytomności i miska wody. John pomógł przy śledztwie i chyba dobrze się bawił, a po zamknięciu sprawy Lestrade zabrał jego i Colina do pubu.
Colin został na jedno piwo – bratanie się poza pracą wyraźnie go krępowało i chyba mu ulżyło, kiedy dopił swój alkohol i mógł się zmyć.
John był szczerze rozbawiony.
- Przerażasz go.
- No cóż, jestem przerażający.
John prawie przewrócił się ze śmiechu, co Lestrade'a ucieszyło – dobrze było usłyszeć śmiech Johna. Zamówił gestem po jeszcze jednym piwie i pozwolił doktorowi się wyśmiać.
- No, teraz to się obrażam – powiedział, uśmiechając się, by dać do zrozumienia, że wcale się nie obraża.
- Nie, nie. - John usiłował przybrać poważny wyraz twarzy, ale bardzo mu nie wyszło. - Jasne, że tak. Jesteś przerażający. Zawsze tak uważałem.
- Serio? W takim razie chcę złożyć skargę na temat tego, jak opisujesz mnie na blogu.
- Ustaw się w kolejce.
Postawiono przed nimi kolejne piwa.
- Zamówiłeś więcej? - spytał John.
- Tak – potwierdził Lestrade stanowczo. - I nie chcę słyszeć protestów. Porzuciły mnie już dwie osoby, które zapraszałem. Jeśli ty też sobie pójdziesz, zwątpię w potęgę mojej gościnności.
- Nie możesz być jednocześnie gościnny i przerażający.
- Ale próbuję.
- Kogo jeszcze zaprosiłeś? Mówiłeś o dwóch osobach.
- Och. Molly. Myślałem, że... no wiesz, że to jej dobrze zrobi. - Lestrade zawahał się, bo świetnie się gadało i nie chciał wspominać o Sherlocku.
- Nie widziałem jej od... od tej całej sprawy... Nie chciała ze mną rozmawiać, nawet nie po tym wszystkim...
- Po wszystkim?
- Tak, wpadłem na nią w szpitalu, próbowałem się czegoś dowiedzieć i nikt nic nie mówił... - John zamilkł, po czym głęboko odetchnął. - Możemy o tym nie rozmawiać?
- Jasne.
- A ty jak? Jak Penelope?
- Och. - Lestrade zdał sobie sprawę, że nigdy nie powiedział Johnowi. - Odszedłem od Penelope.
- Serio? Przykro mi.
- Zdradzała mnie, John – zauważył sucho.
- No cóż. Tak, wiem. Ale i tak... - John urwał na chwilę. - A wiedziałeś, zanim Sherlock powiedział ci w Boże Narodzenie? Bo zawsze myślałem, że to potworny sposób, by się dowiedzieć.
Lestrade zachichotał ponuro.
- Nie, wiedziałem już wcześniej. W sumie od dawna podejrzewałem, ale... Chcesz wiedzieć, kiedy zyskałem pewność? Tego dnia, gdy cię poznałem.
- Gdy mnie poznałeś? - John wydawał się zaskoczony.
- W dniu, w którym cię poznałem, nad ciałem tej biednej Jennifer Wilson... pamiętasz, jak Sherlock powiedział, że od dawna miała kochanków?
- I wytłumaczył, skąd to wiedział – przypomniał sobie John. Na jego twarzy odbiło się zrozumienie.
- Dokładnie.
John skrzywił się.
- No, to nie mogło być przyjemne.
Lestrade wzruszył ramionami.
- To już prehistoria.
- I tak jest mi przykro, Greg.
- Nie martw się – odparł Lestrade zapalczywie. - Najwyraźniej teraz umawiam się z Mycroftem Holmesem.
John zamrugał.
- Że co?
- Coś przedziwnego. Ciągle zaprasza mnie na drinka. I uczy grać w szachy.
- On... Ciebie... Że co? - zająknął się John.
- Myślę, że jest samotny.
John uniósł brwi.
- Myślisz, że Mycroft Holmes jest samotny?
- Dlaczego to takie dziwne?
- Bo jest Mycroftem Holmesem.
- No tak, a jak obaj świetnie wiemy, Holmesowie to pozbawieni uczuć psychopaci, niezdolni do przyjaźni.
John dalej gapił się na niego.
- No więęęc... - przeciągnął. - Teraz jesteś przyjacielem Mycrofta Holmesa?
- Najwyraźniej.
- O czym wy w ogóle gadacie?
- Wiesz co, on jest dość zabawny.
- Chyba nie mówimy o tej samej osobie.
Lestrade parsknął śmiechem.
- Tak, mówimy. No, daj spokój, przyjaźniłeś się z nim.
- W życiu. Byłem z nim... sprzymierzony. Poza tym, wszystko się zmieniło, kiedy on...
- Słuchaj, co on konkretnie zrobił?
- To ty jesteś jego przyjacielem – zauważył John zgryźliwie. - Zapytaj go o to nad partyjką szachów.
- Zapytałem.
- I co powiedział?
- O ile jestem w stanie wydedukować, podjął świadomą decyzję, by nie zabijać Moriarty'ego i w rezultacie oberwał rykoszetem. Wiesz, że on żałuje?
- Jestem tego doskonale świadomy – odparł John gorzko. - Przeprosił. To gorsze niż gdyby po prostu go nie zabił.
- Dlaczego gorsze?
- Sam go spytaj. A jak już będziecie sobie gawędzić, spytaj też, czemu nie naprostuje wszystkich idiotycznych kłamstw o tym, że Sherlock był oszustem. A to są kłamstwa. - Nagle John wbił w niego uważne spojrzenie. - Wiesz o tym, prawda?
Lestrade nie odwrócił wzroku.
- Tak, wiem.
John nagle westchnął.
- Nie chcę... Wiem, że Mycroft żałuje tego, jak się wszystko potoczyło. Po prostu nie sądzę, żebyśmy kiedyś skoczyli razem na piwko.
- Nie sądzę, żeby ktokolwiek popijał piwko z Mycroftem Holmesem.
- Ty popijasz.
- My pijemy szkocką.
- No jasne – odparł John. - A on, o ile dobrze rozumiem, opowiada przezabawne dowcipy.
- Rozmawiamy. No nie wiem, po prostu rozmawiamy. O zwyczajnych rzeczach. Na przykład o Colinie. Rozmawiamy o Colinie.
- Powiedziałeś mu, że przerażasz Colina?
- Nie przerażam Colina.
- Mm-hmm – mruknął John w swoje piwo.
- Powiedziałbym mu, że Colin ciągle wymyśla nowe, interesujące teorie, ale Mycroft uważa, że nie ma niczego sprytnego w byciu w błędzie... - Nagle Lestrade urwał.
- Bardzo holmesowska uwaga, nie?
Ale Lestrade nie słyszał. Zmarszczył brwi i już nie widział pubu – siedział tuż przy ogromnym kominku Mycrofta. „Co jest sprytnego w byciu w błędzie?" - zapytał Mycroft. Teraz siedział w swoim salonie, patrzył na Mycrofta, który na kolanach trzymał skrzypce. „Chyba nie mogę cię winić za to, że chciałbyś cofnąć czas. I za to, że byłeś stosunkowo sprytny." Patrzył na Johna i nie widział go, widział tylko drżące dłonie Molly i jej determinację, by uwierzył, że nic jej nie jest. Molly była w szpitalu, kiedy Sherlock umarł i nie chciała rozmawiać o tym z Johnem...
- Greg? - John zamachał dłonią przed jego twarzą. - Halo, tu ziemia!
- Stosunkowo sprytny – wymamrotał Lestrade.
- Co? - speszył się John.
- Powiedział, że byłem stosunkowo sprytny. Pytałem o skrzypce. A on powiedział... Ale co jest sprytnego w byciu w błędzie?
John uśmiechał się z zakłopotaniem.
- O czym ty mówisz?
- Muszę lecieć. - Lestrade zerwał się z miejsca.
- Że co?
- Przepraszam. - Lestrade szybko odliczył kilka banknotów i rzucił je na stół. - Muszę lecieć.
- Wszystko dobrze? Greg! - zawołał za nim John.
- Spoko – odkrzyknął i zatrzymał taksówkę.
xxx
Gdyby użył własnego komputera, Mycroft wiedziałby od razu. Mycroft wiedział od razu o wszystkim, co Lestrade robił. Inspektor nie miał pojęcia, jakim cudem jakoś przestało go to denerwować. Kiedy przestało go to denerwować? Miał wrażenie, że właśnie wybudził się ze snu, ocucił się z narkotykowego widu... wszystko wydawało się wyraźniejsze i jaśniejsze. Zwłaszcza Mycroft Holmes.
Niemal biegiem wpadł do komisariatu i, próbując uspokoić oddech, wydyszał do pierwszego posterunkowego, na którego się natknął:
- Muszę skorzystać z twojego komputera.
Posterunkowy natychmiast się zdenerwował.
- Co? Ale... Co?
Lestrade niecierpliwie przepchnął się obok niego.
- Nie zadawaj pytań. I przynieś mi kawy.
Posterunkowy wbił w niego wzrok.
- No, biegusiem – ponaglił go Lestrade i z zadowoleniem zobaczył, jak tamten rejteruje.
Zminimalizował pasjansa na ekranie. Dzięki Bogu, był już zalogowany do wewnętrznego katalogu akt. Jeśli Mycroft sprawdza, kto ogląda dokumentację związaną z jego bratem, może nie założy natychmiast, że to Lestrade.
Lestrade szybko otworzył raport koronera. Był krótki, zwięzły i rzeczowy. Rzadko widuje się tak krótkie raporty. Pospiesznie go przejrzał. „Uderzenie w głowę, spowodowane upadkiem ze znacznej wysokości". Podpisano: doktor Molly Hooper, patolog. Data: dzień śmierci Sherlocka.
Lestrade znalazł akt zgonu. Podpisano: Molly Hooper. Patolog.
A więc Molly stwierdziła zgon Sherlocka i znalazła przyczynę śmierci. Wszystko jednego dnia. Błyskawicznie.
Lestrade otworzył dokumenty dotyczące wydania ciała. Ciało, razem z odzieżą i rzeczami osobistymi należącymi do zmarłego Sherlocka Holmesa – Lestrade obejrzał listę, na której znajdował się telefon komórkowy i płaszcz – wydano w dniu śmierci Sherlocka. Podpis na dokumentacji był nieczytelny, ale Lestrade rozpoznał początkowe „M". Otrzymał wystarczająco dużo notatek podpisanych tym „M".
Nacisnął „drukuj" na wszystkich dokumentach. W tym samym momencie posterunkowy wrócił z kawą.
- Dzięki – rzucił Lestrade, chwytając kawę i wydruki i wycofując się do swojego gabinetu. Czuł, że posterunkowy patrzy za nim ze zdumieniem.
Na wszelki wypadek zasunął żaluzje na oknie wychodzącym na zewnątrz i usiadł za biurkiem. Jeszcze raz obejrzał raport Molly. Ciało zidentyfikował brat zmarłego, Mycroft Holmes. „Wszystko" - pomyślał Lestrade. Wszystko jednego dnia, wszystko Mycroft i Molly – stwierdzenie zgonu i przyczyny śmierci, zniknięcie trupa. Jednego dnia.
Lestrade gapił się na dokumenty przed sobą i nie mógł się sam sobie nadziwić. Jak mógł nie drążyć tematu wcześniej? Jak mógł...
No cóż, był zajęty. Pochłaniało go własne poczucie winy. Potem dochodzenie w jego sprawie. A potem Mycroft. Gdy inspektor za bardzo się zbliżył do prawdy, gdy zadawał za wiele pytań o skrzypce, Mycroft udał urażonego i zupełnie zbił go z tropu. Skrzypce. Ukochane skrzypce Sherlocka Holmesa. Jak Sherlock Holmes miałby zacząć nowe życie bez swojego stradivariusa?
W Lestradzie narastał gniew; ten rodzaj lodowatej furii, który wyzwala tylko zrobienie z kogoś głupca. Miał prawdę cały czas przed nosem i przecież, cholera jasna, wiedział, a bracia Holmes sobie z nim pogrywali. Zagrali na nim jak na pieprzonym stradivariusie. Kiedy on i John, i pani Hudson miotali się w poczuciu winy, w „a gdyby", w samooskarżeniach i żałobie, Mycroft i Sherlock usiedli na trybunach i patrzyli.
Bolała go głowa. Oparł ją na dłoniach, na biurku i siedział tak przez kilka godzin, aż w komisariacie zaczęło robić się głośno i nastał kolejny dzień pracy. W końcu podniósł głowę i zerknął na zegarek. Siódma. Odwrócił się, odsunął żaluzje i poszukał wzrokiem czarnych samochodów na ulicy. Nie dostrzegł żadnego.
Poszedł szukać nadinspektora, zastanawiając się, czy będzie w pracy tak wcześnie rano.
Był.
- Lestrade – powiedział z zaskoczeniem, dostrzegając go w drzwiach. - Rzadko bywasz tu o tej porze. Chyba, że prowadzisz śledztwo, a teraz chyba nie prowadzisz.
- Nie, teraz nie. - Lestrade zawahał się. - Mam kilka pytań i wolałbym, żeby pan nie... nie szukał w nich drugiego dna. To po prostu... pytania.
Nadinspektor uśmiechnął się.
- Policjanci nie zadają pytań „tak po prostu". Wal.
Lestrade spróbował zebrać galopujące myśli.
- Sir, kto prowadził śledztwo w sprawie śmierci Sherlocka Holmesa?
Jego przełożony wyglądał na zaciekawionego.
- Nie było śledztwa w sprawie śmierci Sherlocka Holmesa.
- Dlaczego?
Teraz z kolei wyglądał na zadziwionego.
- Samobójstwo było dość oczywiste, prawda?
- Przyszły rozkazy z góry?
- Proszę?
- Czy były rozkazy z góry? Żeby nie prowadzić dochodzenia w sprawie śmierci Sherlocka Holmesa?
Jego przełożony zmrużył oczy.
- Tak. Szczerze mówiąc, tak. Czemu pytasz? Skąd wiesz? Myślisz, że to nie było samobójstwo? Podejrzewasz morderstwo?
- Nie, sir – odparł Lestrade z oszczędnym uśmiechem. „Podejrzewam, że w ogóle nie było zgonu".
xxx
Lestrade poszedł do domu Mycrofta. Po zarwanej nocy powinien czuć się zmęczony, ale gniew nie pozwalał adrenalinie opaść. Walił do drzwi, dopóki kamerdyner nie otworzył i z zaskoczeniem nie powiedział:
- Inspektor Lestrade.
Bo tak się składało, że kamerdyner Mycrofta Holmesa już znał jego nazwisko. Właśnie tak potoczyło się jego życie.
Lestrade przepchnął się obok niego do środka.
- Gdzie on jest?
Kamerdyner był zbity z tropu.
- Nie ma go w domu. Jest w biurze.
Lestrade nadal nie miał pojęcia, gdzie jest biuro Mycrofta. Nie odzywając się więcej do kamerdynera, wyszedł z domu, wyciągnął komórkę i ze złością nacisnął „Zadzwoń" obok numeru Mycrofta.
Który odebrał po trzecim dzwonku i głosem na wpół zaciekawionym, a na wpół zatroskanym spytał:
- Greg?
No bo jasne, teraz był na ty z Mycroftem Holmesem. Kiedy to się stało? Jak do tego dopuścił?
- Myślałem, że już nie gramy w szachy – warknął.
Wyczuwał, że Mycroft jest zbity z pantałyku.
- O czym ty mówisz? Bez przerwy gramy w szachy.
- Nie te dosłowne. Konwersacyjne.
- O co ci chodzi? - dopytywał się Mycroft z niecierpliwością. - Co się stało?
- Twój brat żyje – palnął Lestrade, czując, że nie zniesie kolejnej sekundy kłamstwa. - Ty i on, i Molly Hooper konspirowaliście, żeby to wyglądało na samobójstwo, ale on żyje.
Mycroft na dłuższą chwilę zamilkł. Lestrade niemal słyszał, jak rozważa swoje możliwości.
- Szach mat – rzucił w przeciągającą się ciszę.
- Gdzie jesteś? - spytał Mycroft.
- Znajdź mnie – odparł Lestrade i rozłączył się.
