Rozdział niestety niebetowany. Bywa, może kiedyś się to zmieni. :)
Bez Znieczulenia
Hermiona nie bardzo była świadoma tego co działo się wokół niej. Nie miała pojęcia ile czasu spędziła w skrzydle szpitalnym, kto ją odwiedzał, jaki był jej stan. Wiedziała tylko, że nadal było z nią źle. Większość czasu po prostu przesypiała, a gdy się budziła nadal nie była wstanie nawet unieść powiek. Najmniejszy ruch sprawiał jej ból, najdelikatniejszy dotyk powodował, że miała wrażenie, jakby ktoś przypalał ją gorącym żelazem. Jeżeli miała być szczera sama ze sobą, to z każdą chwilą czuła się coraz gorzej. Było to nieco niepokojące. Kilka razy czuła przy sobie znajomą obecność Riddle'a. Dałaby sobie głowę uciąć, że czasem wpadał do niej też Edmond zazwyczaj późnym wieczorem, pewnie mając nadzieję, że będzie wtedy spała. Mimo wszystko zdarzało jej się wyczuć to, że z nią jest. Była mu za to w pewien sposób wdzięczna. Obawiała się, że po tej całej akcji z Riddlem nie będzie chciał jej znać, ale młody Lestrange zaskoczył ją w bardzo pozytywny sposób. Dziewczyna była pewna, że nie wybaczył jej tego co się stało, mimo wszystko wyraźnie się o nią martwił. Właściwie Hermiona nie bardzo rozumiała, dlaczego chłopaka tak bardzo ruszyła cała ta sytuacja. Przyjaźnili się to prawda, ale w żaden sposób go nie zdradziła wiążąc się z Riddlem, co z resztą nie do końca było prawdą. W każdym razie zachowanie Edmonda było zastanawiające. Do tamtego popołudnia ślizgonka nie podejrzewała go o żadne silniejsze uczucia, niż te czysto przyjacielskie. Na pewno nie spodziewała się, że były warunkowane w romantyczny sposób. Niestety jego zachowanie wskazywało jednoznacznie na coś więcej niż zwykła przyjaźń. Panna Black musiała przyznać się sama przed sobą, że Edmond był miłym chłopakiem, nawet całkiem przystojnym, inteligentnym. Był dobrym materiałem na potencjalnego chłopaka, ale Hermiona nie była nim wcale zainteresowana. Z resztą nie miała czasu na żadne amory, zauroczenia i inne takie. Nie miała na to czasu. Musiała skupić się na swoim zadaniu, co niestety bardzo mocno utrudniał stosunek Toma Riddle'a do jej osoby. Jak do tej pory ślizgon krzyżował wszystkie jej plany. Teraz już w ogóle miała związane ręce. On podejrzewał ją o coś, czuł, że coś jest z nią nie tak – miał rację.
Leżąc tak prawie bez życia w szpitalnym łóżku miała ciałkiem sporo czasu na przemyślenia. Docierało do niej ile rzeczy nie przemyślała, porywając się na to wszystko. Miała zarys planu, jednak nic nie było dopracowane. Bo jak miała zamiar doprowadzić do upadku planów młodego Riddle'a, bez zdobycia jego zaufania? Przecież najpierw musiała te plany znać. Kolejną rzeczą, która stała pod znakiem zapytania, było to czy Riddle w ogóle miał już jakiś plan? Być może, gdyby dała z siebie coś więcej, gdyby nie patrzyła na niego tylko przez pryzmat jej przeszłości, udałoby się jej zmienić całego chłopaka? Może udałoby się jej sprawić, żeby sam porzucił, bądź nawet nie ułożył, swoich planów. Hermiona chciała się poświęcić, to był jej cel, ale nie wiedziała, czy umiałaby zrobić to w ten sposób. Być może ta misja nie była samobójczą, jednak ona zakładała tylko taką możliwość i teraz nie wyobrażała sobie innego wyjścia? Czy była aż tak bardzo ślepa?
Hermionie udało się potrząsnąć lekko głową. Gdy zrozumiała co właśnie zrobiła miała ochotę skakać ze szczęścia. Najwyraźniej powoli odzyskiwała, jakąkolwiek władzę nad własnym ciałem. Spróbowała unieść powieki. Powoli, mozolnie, ale jednak ze skutkiem! W pierwszej chwili wszystko w zasięgu jej wzroku było rozmazane, ale po chwili wszystko zaczęło nabierać ostrości. Hermiona dostrzegła ruch po prawej stronie łóżka i delikatnie przekręciła głowę. Jej spojrzenie przemknęło po siedzącym na krześle brunecie, który czytał książkę. Naprawdę nie mogła zrozumieć, z jakiego powodu tak dużo czasu przy niej spędzał. Studiowała jego twarz, która w chwili obecnej pozbawiona była wszystkich masek. Riddle najwyraźniej się uczył. Dziewczyna dostrzegała z jaki wielkim zaangażowaniem pochłaniał czytany tekst. Z jakim głodem jego oczy patrzyły na treść książki. To był naprawdę piękny widok, którego raczej nie spotykała w swoich czasach. Westchnęła cicho, czym zwróciła na siebie uwagę chłopaka.
- Pani Clukey, obudziła się!
Przysunął się do jej łóżka i chwycił ją za dłoń. Hermiona zdziwiła się widząc jego gest, jednak nie wyrwała się z jego uścisku. I tak nie miałaby na to siły. Chwilę później w zasięgu jej wzroku pojawiła się krępa, blondwłosa kobieta. Na jej twarzy malowała się troska. Podeszła szybko do niej szybko. Wyciągnęła różdżkę i rzuciła kilka zaklęć diagnozujących, następnie wyciągnęła z kieszeni fartucha, jakiś eliksir, który po odkorkowaniu podała jej do wypicia.
- Wypij to złotko, doda ci sił. Bardzo się cieszę, ze wreszcie się obudziłaś, zaczynałam się o ciebie porządnie martwić. Nie wiem czym było to paskudztwo, którym cię potraktowano, ale opierało się większości moich zabiegów. Na szczęście profesor Slughorn uwarzył wyjątkowo mocny eliksir leczniczy, prawdę mówiąc, gdyby i on nie zadziałał bylibyśmy zmuszeni oddać cię do Świętego. Munga. Cieszę się, że tego uniknęliśmy. Teraz powiedz, jak się czujesz? Jesteś w ogóle w stanie powiedzieć cokolwiek?
Hermiona wpatrywała się rozszerzonymi oczami w kobietę, która się nad nią pochylała. Sądziła, ze to jej usta się nie zamykają, jednak w tej dyscyplinie, jaką oczywiście było gadulstwo, pielęgniarka biła ją na głowę. Dziewczyna spróbowała odchrząknąć, by móc zabrać głos.
- Ja… Nie jest źle… Tak, tak sądzę…
Ślizgonka myślała, że zaraz zemdleje. Wypowiedzenie tych kilku słów był dla niej niesamowicie wyczerpujące. Odetchnęła głęboko i przymknęła oczy. Płuca paliły ją żywym ogniem, gardło było, jakby zdarte od ciągłego krzyku. Pod jej powiekami zaczęły zbierać się łzy. Poczuła jak kobieta podtyka jej pod usta kolejną buteleczkę z jakimś eliksirem. Przełknęła posłusznie. Poczuła przyjemne, kojące ciepło rozlewające się po jej wnętrzu. Otworzyła ponownie oczy. Zobaczyła zmartwioną twarz Toma, pielęgniarki i Dumbledore'a. Kiedy on zdążył przyjść? Hermiona dałaby sobie głowę uciąć, że nie słyszała, żeby ktoś wchodził. Spojrzała zmieszana na starszego mężczyznę.
- Jak się pan tu znalazł, panie profesorze?
- Moje dziecko, straciłaś przytomność na godzinę. Miałem sporo czasu na dotarcie tu.
Hermiona nie chciała uwierzyć w to co usłyszała. Spojrzała na twarze pozostałej dwójki osób szukając na nich jakiegoś znaku, że Dumbledore nie mówi prawdy. Z przerażeniem odkryła, że wydawali się zgadzać ze słowami niedoszłego dyrektora. Wydała z siebie bliżej nieokreślony dźwięk.
- Ale, jak to?
- Och, po powiedzeniu nam, że czujesz się nie najgorzej zamknęłaś oczy i po prostu odpłynęłaś.
Brązowowłosa nie wiedziała co powiedzieć. Ona nie zauważyła, by w ogóle straciła świadomość.
- Jak długo byłam nieprzytomna?
- W sumie jedenaście dni, panno Black.
Dziewczyna zapowietrzyła się. To było niemożliwe! Była pewna, że w skrzydle szpitalnym była maksymalnie dwa dni. No w porywach do czterech, ale na pewno nie jedenaście. Nie-mo-żli-we!
- Żartuje pan sobie zemnie, profesorze Dumbledore?
- W żadnym razie, moja droga. Spytaj Toma.
Przeniosła swój wzrok na chłopaka siedzącego po jej prawej stronie. Pod jej pytającym spojrzeniem pokiwał głową. Hermiona westchnęła.
- Wezwaliśmy uzdrowicieli ze Świętego Munga, żeby ustabilizowali twój stan, Hermiono. Tylko, dlatego udało się nam cię obudzić. W innym wypadku prawdopodobnie odpłynęłabyś nam na kolejne kilka dni, a na to nie możemy sobie pozwolić. Widzisz, za trzy dni będziesz miała ostatnią szansę na wrzucenie swojego nazwiska do Czary.
Hermiona warknęła gniewnie. Czuła, że troska Dumbledore'a nie może być bezzasadna. Zawsze miał jakiś cel. Zawsze wykorzystywał do czegoś ludzi, a ona miała tego dość. Chciała uciec od całej swojej przeszłości, by móc ją zmienić, żeby jej przyjaciele nie musieli przeżywać tego wszystkiego. Żeby czarodziejska społeczność nie żyła w ciągłym strachu i żeby cała ich nadzieja nie była pokładana w nastolatku, który jakoby miał zbawić świat! Dumbledore przez cały okres jej nauki w Hogwarcie manipulował nimi, narażał na śmiertelne niebezpieczeństwo, a to tylko w imię większego dobra, jak zwykł mawiać. Dziewczyna nie widziała, co w tej chwili planuje ten mężczyzna, ale była pewna, że nie chce być tego częścią. Weźmie udział w tym turnieju, jeżeli Czara Ognia wylosuje do tego ją, ale nie miała zamiaru zrobić niczego więcej z rozkazu profesora Transmutacji. Nie będzie postępować według jego pouczeń, jego rad. Nie chciała być większą częścią jakiegoś jego planu.
- Och, oczywiście profesorze. Już pędzę wrzucić moje nazwisko!
Mężczyzna posłał jej zaniepokojone spojrzenie. Pielęgniarka nagle znalazła się przy niej i zaczęła rzucać zaklęcia. Ktoś krzyknął. Zaraz pojawił się przy niej jeszcze jeden czarodziej, który razem z panią Clukey począł manipulować nad nią różdżką. Hermiona nie miała pojęcia co się dzieje. Przecież czuła się w tej chwili dobrze. Dlaczego wszyscy patrzyli na nią z rosnącym przerażeniem? Nagle czarodzieje nad nią opuścili różdżki i odetchnęli z ulgą. Dziewczyna rozejrzała się wokół siebie. Jej wzrok skrzyżował się z granatowymi tęczówkami Riddle'a. Wyglądał na zatroskanego, przestraszonego, jednak w jego oczach ślizgonka mogła dostrzec również fascynację.
- Przepraszam, co się stało?
Albus Dumbledore spojrzał na nią, jakby widział ją po raz pierwszy w swoim życiu. Z resztą wszyscy obecni patrzyli na nią zaskoczeni. Nie mogła przecież po raz kolejny stracić przytomności, prawda? Z resztą widziała działania magów, więc nie mogła być bez świadomości.
- Hermiono, czy ktokolwiek powiedział ci, czym była trucizna, którą cię potraktowano? Albo raczej, co powodowała?
Hermiona zmarszczyła brwi. Nie przypominała sobie, by ktoś o tym wspominał. Sama pamiętała tylko straszliwe zmęczenie i ból. Nic więcej.
- Nie przypominam sobie.
- Moja droga, podczas tych jedenastu dni walczyliśmy z tym, by twoja magia przy tobie została. By nie zabiła cię opuszczając twoje ciało.
Hermiona naprawdę chciała coś powiedzieć, ale po prostu nie mogła. Jej usta otwierały się i zamykały, ale nie wydobywał się z nich żaden dźwięk. Nawet pół słowa. To co usłyszała wyprowadziło ją z resztek jej równowagi. To coś miało wyssać z niej życie wraz z jej magią? Kto mógłby być tak okrutny, by zrobić coś takiego drugiemu czarodziejowi? Dziewczyną wstrząsnął spazm płaczu. Zamknęła oczy i pozwoliła płynąć łzom. Jeżeli nie umieli zwalczyć tej toksyny, która pływała swobodnie w jej żyłach, to prawdopodobnie wkrótce umrze z wycieńczenia. Hermiona poczuła ciepły dotyk na swojej dłoni. Spojrzała w oczy siedzącego obok chłopaka. Widziała, że chciał ja wesprzeć najlepiej jak umiał. Była mu wdzięczna, naprawdę. Nie spodziewała się po nim tego wszystkiego. Jej powieki ponownie opadły. Chciała teraz czuć tylko ten ciepły uścisk. Nic więcej, nic więcej.
- Panno Black, jest jedna rzecz, którą moglibyśmy zrobić, ale jest dość ryzykowna.
Hermiona spojrzała z nadzieją na Dumbledore'a. Mimo tego że manipulował ludźmi w swoim interesie, to troszczył się o ważne osoby. Dziewczyna zmarszczyła jednak brwi widząc nieco zmieszany wzrok swojego nauczyciela. Przeskakiwał on z niej na siedzącego obok niej Toma.
- Co konkretnie miałoby to być, panie profesorze?
- Widzisz moja droga. Jest pewne zaklęcie, które w porozumieniu z inną osobą mogłoby ci pomóc. Właściwie, na pewno by się to udało, ale wiąże się to z… z pozwoleniem innemu czarodziejowi sprawowania pieczy nad twoją mocą. Mam na myśli to, że dopóki nie udałoby się nam w pełni usunąć z ciebie toksyn, ktoś pilnowałby twojej magii żeby zostawała przy tobie. Pozornie nie jest to nic groźnego, bo takowy czarodziej nie może przejąć władzy twoim potencjałem, jednak może w pewien sposób cię ograniczyć. Takie sprawowanie pieczy wiąże się z tym, że opiekun miałby pewną władzę nad twoją osobą. Twoja magia mogłaby się, hm… zbuntować, gdybyś nie była posłuszna swojemu opiekunowi. Dodatkowo jeżeli zdecydujesz się na takie poświęcenie siebie samej, to musiałabyś trwać w tym stanie… cóż przynajmniej pół roku, albo i dłużej w zależności od siły twojej magii.
Miała ochotę zadać tysiąc pytań naraz, ale postanowiła najpierw to przemyśleć. Sześć miesięcy to stosunkowo nie najdłuższy okres czasu, dałaby radę to wytrzymać. Zwłaszcza, że w tym czasie trucizna mogła przestać działać, a ona mogłaby to przeżyć. Zasadniczym pytaniem było jednak to, kto miałby być tym całym opiekunem jej magii i co konkretnie się z tym wiązało. Dumbledore przedstawił sytuację zbyt ogólnikowo.
- Kto miałby zostać opiekunem i jaki byłby jego rzeczywisty zakres władzy nade mną?
Starała się być rzeczowa. Nie chciała otrzymać w odpowiedzi wypracowania, tylko krótką zwięzłą odpowiedz.
- Przede wszystkim musiałby być to silny czarodziej, po drugie ktoś kto coś by dla ciebie znaczył. Zapomniałem dodać, że taka więź wymagałaby spędzania ze sobą maksymalnie, jak największej ilości czasu.
- Rozumiem. Czyli ogólnie mógłby być to każdy czarodziej? Dajmy na to, czy mógłby być to pan, panie profesorze?
Dumbledore wydawał się być zawstydzony jej pytaniem, uciekał od niej wzrokiem. Długo też zwlekał z odpowiedzeniem jej, a gdy już to zrobił, mówił bardzo, bardzo ostrożnie.
- Byłaby taka możliwość, panno Black. Jednakowoż nie byłoby to najlepsze w skutkach. Z tego co wiem na temat tego zaklęcia powinno ono wiązać osoby o podobnej witalności, a jak pani doskonale wie jestem już dość stary.
Brązowowłosa kiwnęła głową i po raz kolejny się zamyśliła. Komu mogła zaufać na tyle, by oddać się w jego opiekę? Gdyby była w swoich czasach i nie była pokłócona z przyjaciółmi prawdopodobnie natychmiast oddałaby się w ręce Rona bądź Harry'ego, ale w 1943 roku nie miała takiej możliwości. Pomyślała chwilę o Edmondzie, jednak nie sądziła, by był na tyle silny, by trzymać jej magię w ryzach. To byłby zbyt niebezpieczny wybór.
- Jeżeli mogę coś zasugerować, to zdaje mi się, że drogi Tom byłby najlepszym wyborem. Taka ładna z was para, a wszyscy dobrze wiemy, jakim zdolnym i silnym czarodziejem jest nasz prefekt.
Hermiona zesztywniała na głos pielęgniarki. Pewnie wszyscy oczekiwaliby od niej właśnie tego. W końcu była w związku z tym ślizgonem. Przynajmniej wszyscy tak myśleli, tylko ona i Riddle znali prawdę. Dziewczyna posłała Dumbledore'owi przestraszone spojrzenie, jednak mężczyzna tylko bezradnie wzruszył ramionami. Przeniosła swój wzrok na milczącego do tej pory chłopaka. Przyglądał jej się zaciekawiony. Pewnie już szacował swoje możliwości na zysk w związku z tą władzą nad nią. Prawdopodobnie zastanawiał się również, czy byłaby wstanie zgodzić się na coś takiego.
Hermiona westchnęła. Czuła nieświadomy dotyk Riddle'a. Gładził delikatnie jej dłoń swoimi palcami. Zaskakiwały ją jego pozornie nic nie znaczące gesty. Nie wiedziała, czy był aż tak dobrym aktorem, czy robił to podświadomie.
- Sądzę… sądzę, że to duża odpowiedzialność i Tom powinien wypowiedzieć się na ten temat.
Przymknęła powieki. Nie wierzyła, że naprawdę zdobyła się na wypowiedzenie tych słów. Była już jedną nogą w grobie, ale zgodzić się na opiekę Riddle'a? To już wbicie pierwszego gwoździa w wieku jej trumny. Słyszała jak odchrząknął.
- Gdybym się zgodził ciążyłaby na mnie wielki obowiązek, jednak Hermiona jest ważną osobą w moim życiu i jeżeli od mojej decyzji zależałoby jej życie, to nie mógłbym się nie zgodzić.
Ślizgonka czuła jak po jej policzkach spływają łzy. Ludzie w około mogli by to odebrać, jako wyraz ulgi, jednak ona płakała nie dlatego, że jej napięcie się rozładowało, ale dlatego, że czuła się wszystkim coraz bardziej przytłoczona. Przede wszystkim jednak ona po prostu się bała.
- Czy mogłabym się, przysłowiowo, przespać z tą myślą, proszę pana?
Dumbledore spojrzał na nią ze zrozumieniem. Skinąwszy głową udał się do wyjścia. Hermiona została sama z Tomem. Wiedziała, że on pomimo tych wszystkich czułych gestów widzi w tym czysty zysk. Wiedziała, ze jeżeli zgodzi się na to całe szaleństwo będzie z nim związana na dobre. Nie chciała być zależna od nikogo, a już w szczególności nie od kogoś takiego, jak Riddle. Była świadoma tego, że jeżeli się zgodzi nie tylko jej magia będzie od niego zależała, ale i jej życie. Nie mogła być pewna jego żadnego ruchu. Nie miała pojęcia co może się roić w tym jego nie do końca normalnym mózgu. Wiedziała jednak jak ważne to zaklęcie było w ogóle dla jej istnienia. Dla jej życia. Dla jej magii. Rozumiała, że będzie musiała się zgodzić, ale najpierw musiała ustalić stanowisko ślizgona w tym wszystkim.
- Co o tym wszystkim myślisz?
Na ustach chłopaka zatańczył mściwy uśmieszek. Hermionie wcale się nie podobał jego wyraz twarzy, ani to jak zaciskał swoje palce na jej dłoni. Sprawiał jej ból. Ogarniał ja strach. Histeria narastała w zastraszająco szybkim tempie. Ona już wiedziała. On chciał ją zniewolić. Chciał by była jego zabawką. Chciał mieć nad nią pełnię władzy. Chciał jej pokazać kto tu jest panem.
- Och, nie wiem, skarbie. Nie wiem. Jest to bardzo kusząca propozycja. Sama rozumiesz.
Posłał jej przeciągłe spojrzenie. Zadrżała pod jego wpływem. Uciekła wzrokiem w przeciwną stronę. Nie była wstanie spojrzeć na tego chłopaka. Miała mu dobrowolnie pozwolić na odebranie sobie magii. To było przerażająco prawdziwe. Przecież będzie mógł to w pewnym sensie zrobić. Nie przejmie jej mocy, ale będzie mógł postarać się o to, by ona nie mogła nawet jej dotknąć. Chciało jej się krzyczeć z rozpaczy. Poczuła, jak materac ugina się pod jego ciężarem, gdy przysiadł na brzegu jej łóżka. Wykręciła głowę najbardziej, jak mogła. Byleby tylko nie widział jej oczu szklących się od łez. Byleby tylko nie widział tego, jak bardzo bezradna się czuła. Stanowczym ruchem odwrócił ją ku sobie. Z jego twarzy nie schodził mściwy grymas. Hermiona była pewna, że nadal żywi do niej urazę za ośmieszenie go przed całym siódmym rokiem. Mogła to zrozumieć. Sama też byłaby wściekła. Dlatego to zrobiła. Była po prostu wściekła, nie mogła utrzymać emocji na wodzy. Dlatego pokazała na co ją stać. Stała się niesamowicie podejrzana. Co z tego, że już wcześniej była? Teraz miał już konkretne powody do tego, żeby mieć na nią oko.
- Widzisz... Możliwość posiadania cie niemal na własność... Piękna perspektywa. Musiałabyś spełnić każde moje życzenie. Nawet te, które w jakiś sposób uwłaczałyby twojej godności. Och, ale jeżeli się zgodzisz, nie będziesz miała żadnej godności. Wszystko będzie należeć do mnie.
- Dlaczego... Dlaczego chcesz mi to zrobić?
Niemal płakała. Oczywiście, łudziła się, że okaże się człowiekiem, nie potworem. Na Merlina! Ona chciała go zmienić. Chciała dać szanse jego człowieczeństwu. Teraz wiedziała, nie było dla niego ratunku. Było to zarówno przerażające, jak i smutne. Dziewczyna naprawdę miała nadzieję, że uda jej się wszystko zmienić.
- Nie mam pojęcia. Nie wiem kim jesteś. Nie wiem skąd jesteś. Jedno jednak wiem na pewno. Nie jesteś tym za kogo się podajesz. Jesteś zagrożeniem, Black. A ja chcę wiedzieć, czemu odnoszę właśnie takie, a nie inne wrażenie. Może mi powiesz?
Ostentacyjnie odwróciła się od niego. Nie mogła mu się tłumaczyć. Nie w tej chwili. Nie miała na to sił. Gdy nie zrobił nic by zmusić ją do odpowiedzi, prawie się odprężyła. Miała nadzieję, że na dzisiaj jej odpuści. Miała nadzieję, że rozumiał, że miała dużo przeżyć dzisiejszego dnia. Przymknęła oczy. Leżała chwilę bez ruchu, wtem poczuła jak ciężar spoczywający na materacu ustępuje, potem dobiegł ją odgłos jego kroków. Oddalał się, jednak jej zdaniem nie kierował się do wyjścia. Po czasie, który dla Hermiony trwał wieczność, znowu słyszała jego kroki. Wracał do niej. Po chwili po raz kolejny wyczuła jego obecność na jej łóżku. Złapał ją za dłonie chcąc obrócić w swoją stronę. Wyrwała się. Złapał ją za ramiona, jednak po raz kolejny stawiła skuteczny opór. Warknął. Naparł na nią całym ciałem. Uwięził ją miedzy swoimi nogami. Górował nad nią. Zamknęła gwałtownie oczy. Nie chciała patrzeć na tę jego przystojną twarz. Wyglądał prawie jak anioł, jednak oczy psuły efekt. Te zimne oczy, które spoglądały na świat z taką nienawiścią, brakiem miłosierdzia.
- Spójrz na mnie.
To był rozkaz. Nieznoszący sprzeciwu rozkaz. Dziewczyna nie miała zamiaru, jednak słuchać jego poleceń. Nie teraz, kiedy jeszcze nie musiała. Ostatkiem jej silnej woli nie otworzyła swoich oczu. Nie pozwalała jej na to gryfońska buta. Czuła na sobie jego palące spojrzenie. Zacisnął gwałtownie dłonie na jej ramionach. Z jej ust wydobył się jęk bólu. Z jej oczu potoczyły się łzy.
- Powiedziałem, spójrz na mnie!
To było niczym warczenie rozdrażnionego lwa. Wiedziała na co się porywa, ale nie chciała ulegać mu, kiedy to był jej ostatni czas na samodzielność, na walkę z nim. Nie, nie mogła mu ulec.
- Idiotka.
Przyssał się do jej drżących warg, a jego dłonie poczęły bolesną drogę z jej rąk do jej ud. Trzęsła się, jak osika. Zaczęła walczyć, wyrywać się. W odpowiedzi ugryzł ją w wargę. Do krwi. Cichy okrzyk bólu uciekł spomiędzy jej warg dając ślizgonowi dostęp do jej wnętrza. Gwałtownie zaczął penetrować jej usta językiem. Mocno, prawie boleśnie poznawał fakturę jej zębów, drażnił podniebienie. W reszcie zaatakował jej język. Hermiona mimowolnie odpowiedziała na pocałunek. Czuła jego wściekłość każdym, nawet najdrobniejszym fragmentem swojego ciała. Zesztywniałą, gdy poczuła, jak dłonie Riddle'a wsuwają się pod cienki materiał jej fig. Rzuciła się pod nim gwałtownie. Chciała uciec od jego dotyku. Otworzyła gwałtownie oczy. Zaśmiał się tryumfująco. Tylko na to czekał. Aż pęknie, aż nie będzie mogła więcej znieść. Hermiona poczuła jak na jej policzki wstępuje krwisty rumieniec. Przegrała znowu.
- Dość. Patrzę na ciebie.
Uśmiechnął się z wyższością. Jego dłonie jednak nie zmieniły miejsca. Czuła jak gładzi jej skórę. Wzdrygnęła się.
- Przecież już osiągnąłeś to co chciałeś! Zostaw mnie.
Zacmokał z dezaprobatą. Czuła, że pożałuje swoich słów. Pod jego dotykiem jej ciało pokrywało się sińcami. Miała wrażenie, że każdy fragment skóry pali ją żywym ogniem.
-Powiedz mi Black, czemu jesteś zagrożeniem. Kim ty naprawdę jesteś?
- Nie wiem o co ci chodzi? Nie mam pojęcia! Nie wiem czemu widzisz we mnie zagrożenie!
- Och, Black nie próbuj mnie zwieść. Gadaj, ale już, bo jak nie...
Sugestywnie uniósł brew i spojrzał w dół. Zadrżała.
- Może to dlatego, że mnie nie znasz? Może dlatego, że pojawiłam się tak nagle? Nie wiem! Nie jestem przecież żadnym cholernym szpiegiem!
Wykrzyczała mu to prosto w twarz. Bała się, że za chwilę ją ukaże, jednak on patrzył na nią w ten niepokojący sposób. Wtedy zrozumiała swój błąd. Jak mogła być taka nierozważna. Jego dłonie wylądowały na jej twarzy. Hermiona przeczuwając to co za chwilę miało nastąpić, zbudowała w umyśle swoją najsilniejszą barierę. Zaatakował ją z całej siły, mimo to Hermiona wytrzymała.
- Jesteś oklumentką? Myślałem, że tylko zdolni i odpowiednio inteligentni czarodzieje są w stanie opanować tę sztukę.
- Ty pieprzony ignorancie! Dlaczego masz mnie za większą idiotkę niż w rzeczywistości jestem? Myślisz że jesteś taki świetny? Dlaczego tak uważasz? Bo co? Bo jesteś wężousty? Bo jesteś pieprzonym mordercą?
- Coś ty powiedziała?
Hermiona miała ochotę potraktować się Avadą za swój niewyparzony język. Z każdą chwilą popełniała coraz więcej błędów. Przecież była świadoma, tego jak bardzo niebezpiecznym człowiekiem był młody Tom Marvolo Riddle. Jednak to nie powstrzymało jej przed tak nierozważną złością. Nie powstrzymało to jej przed zdradzaniem swoich tajemnic.
- Nie wiem o co ci chodzi.
Postanowiła grać idiotkę. Na dłuższą metę nie był to dobry wybór, ale być może teraz zaoszczędzi trochę czasu na wymyślenie, jakieś sensownej historyjki. Potrzebowała chwili.
- Lestrange ci powiedział? Cóż... Edmond. Chyba będę musiał z nim porozmawiać.
- Nie! On nie ma z tym nic wspólnego! Zostaw go w spokoju!
Jego zainteresowanie narastało. Jednak ta ciekawość rosła odwrotnie proporcjonalnie do jej bezpieczeństwa. Pochylił się nad nią. Czuła jak jego gorący oddech muska jej skórę. Tak bardzo nie pasowało do niego to ciepło. Było wręcz nienaturalne. On już był zepsuty. Nie nadawał się do naprawy. Nie udałoby się jej go zmienić.
- Co jeszcze o mnie wiesz, Black?
Hermiona gorączkowo myślała nad odpowiedzią. Mogłaby pójść w otwarte karty i powiedzieć mu wszystko. Włącznie z tym, jakim potworem się stał. Włącznie z tym, jak przez długie lata był tylko nie do końca świadomym bytem. Mogłaby mu powiedzieć, że pokonało go roczne dziecko. Mogłaby powiedzieć, że to samo dziecko wraz ze swoją dwójką przyjaciół miało być przyczyną jego kolejnego upadku. Mogłaby powiedzieć mu to wszystko. Mogła wyzywać go od nieudaczników, bo właśnie nim w rezultacie był. Zwykłym nieudacznikiem. Nie wiedziała tylko, czy jeżeli to zrobi, jeżeli powie mu to wszystko, to czy nie umrze od razu. Czy nie postara się o to, by już nigdy nie złapała oddechu. Hermiona potrząsnęła głową. I tak jej życie już nic nie znaczyło. Poświęciła je w słusznej sprawie.
- Jesteś potworem, Riddle, a może powinnam powiedzieć Lordzie Voldemorcie? Jesteś też największym nieudacznikiem, jaki chodził po ziemi? Cieszy cię to? Jesteś, jesteś... Będziesz cieniem człowieka. Trudno będzie znaleźć w tobie najmniejszą ludzką cechę. Będziesz psychopatycznym mordercą z obsesją na punkcie nastolatka. Śmieszne, nieprawdaż? Tak, ty po prostu jesteś śmieszny. Riddle. Pomyśleć, że ten nastolatek zniszczy każde twoje największe dzieło. Poczynając od dziennika, po diadem Roweny Ravenclaw.
Zaśmiała się histerycznie. Nie mogła spodziewać się żadnej z jego reakcji. Był nieobliczalny. Skupiła całą swoją silną wolę na podtrzymywaniu bariery w swoim umyśle. Nie mogła mu pozwolić na zobaczenie jej wspomnień. To było zbyt niebezpieczne. Mógłby zrozumieć swoje błędy.
- Jesteś nic nie warty, dokładnie tak jak uważał twój ojciec mugol.
Jego palce gwałtownie zacisnęły się na jej gardle. W jego granatowych oczach odbijała się furia, dzika, niezmierzona nienawiść. Hermiona dalej się śmiała. Cóż innego jej zostało? Jej życie prawdopodobnie zakończy się za chwilę. Mogła się cieszyć tym, jak bardzo upokorzyła młodego Voldemorta.
- Nigdy. Więcej. Nie. Wspominaj. Mojego. Ojca. Rozumiesz?
Jego uścisk znikł tak nagle, jak się pojawił. Wpatrywał się w nią wściekły. Nagle na jego twarzy pojawił się uprzejmy uśmiech.
- Wybacz Hermiono. Nie powinienem się tak zachować.
Dziewczynie dosłownie opadła szczęka. Jego zachowanie było po prostu niemożliwe. Jak on mógł w przeciągu chwili zmienić tryb na uprzejmy. No jak?
- Mam nadzieję, że wszystko między nami w porządku, skarbie.
Jeżeli wcześniej była zaskoczona, to w tej chwili czuła się, jakby była niespełna rozumu. Wpatrywała się w niego oszołomiona. Nie odważyła się nawet drgnąć. Zdecydowanie wolała sytuację, w której niemal ją przepraszał. Wiedziała, że to co powiedział to puste słowa, ale nawet jeśli, to i tak były zaskakujące. Niepewnie kiwnęła głową. Kąciki jego ust uniosły się wyżej, a sam zainteresowany pochylił się nad nią. Hermiona skuliła się w sobie starając się od niego odsunąć najbardziej, jak się dało.
- Nie bądź śmieszna.
Powiedział to niemal rozbawionym tonem. Jednak gdzieś w jego głosie czaił się rozkaz. Hermiona posłusznie przysunęła się do niego, ale nie wykonała żadnego gestu w jego stronę. Przewrócił zirytowany oczami i złączył ich wargi w oszczędnym pocałunku. Hermiona nie odpowiedziała na tę pieszczotę.
- Dobrej nocy, Hermiono. Zobaczymy się jutro.
~ᵒ~
Dziewczyna nie odpoczęła najlepiej tej nocy. Bała się usnąć. Miała wrażenie, że on zaraz wróci i zrobi jej krzywdę, po tym co mu powiedziała. Wiedziała, że był to swego rodzaju irracjonalny lęk, ale nie mogła go zwalczyć. Miała przynajmniej całą noc, na przemyślenie swojej sytuacji. Nie mogła się oszukiwać. Było beznadziejnie. Nie mogła spodziewać się żadnych zwrotów akcji. Wiedziała, że jest na przegranej pozycji. Od początku była, tylko nie zdawała sobie z tego sprawy.
Dzień dłużył jej się niemiłosiernie. Czekała na koniec zajęć i pojawienie się Riddle'a, Edmonda, Dumbledore'a, kogokolwiek. Nie chciała siedzieć sama w skrzydle szpitalnym. W ogóle już nie chciała tu być. Podjęła decyzje. Pozwoli na to zaklęcie, gdyż nie ma innego wyjścia. Może uda jej się przetrwać, a jak nie, to cóż, nieważne. Może uda jej się, jakoś podejść Riddle'a przed jej bolesną śmiercią.
Hermiona była też ciekawa delegacji z Drumstrangu i Beauxbatons. Obiecała Dumbledore'owi wrzucić swoje nazwisko do Czary. Miała na to coraz mniej czasu, a prawdę powiedziawszy, ostatnio dochodziła do wniosku, że chciałaby wziąć udział w tym konkursie. Przede wszystkim chciała pokazać tym, którzy z niej szydzili, do czego jest zdolna. Było to też ciekawe doświadczenie. Owszem wcześniej uważała to za marnotrawstwo magii, jednak po przemyśleniu tego stwierdziła, że może to być świetne źródło wiedzy. Niestety nadal było cholernie niebezpieczne.
Z jej rozmyślań wyrwał ją odgłos kroków. Do pomieszczenia wszedł młody Riddle. Westchnęła, ale musiała przyznać, że lepsze jego towarzystwo niż żadne.
- Cześć.
Przywitała się grzecznie śledząc jego poczynania. Obserwowała, jak na jego ustach pojawia się kpiarski smirk. Zaczynało się.
- Jak się ma moje słońce?
Ta ironia przyprawiała ją o mdłości. Zanotować, gdy kiedyś, o ile kiedyś, będzie w jakimś poważnym związku, zakaże swojemu partnerowi zwracania się do niej tego typu przezwiskami. Przysiadł na brzegu jej łóżka i pochylił się nad nią. Jak zwykle jego pocałunek był chłodny, jednak nie był tak oszczędny, jak te zwyczajowe.
- W co ty grasz, Riddle?
- To twoja gra, Black. Ja tylko trochę naginam zasady. W końcu nie pozwolę ci wygrać.
Zaśmiał się. Jednak nie tak zimno, wyrachowanie, tylko trochę naturalniej, jakby naprawdę bawiła go jej naiwność. Hermiona mogła się tylko domyślać tego, co tak naprawdę myśli o niej ślizgon. Podejrzewała, że nie była przedstawiana w superlatywach.
- O Tom, jesteś już, to dobrze! Panno Black, jak się pani czuje?
Dumbledore zawsze pojawiał się w momencie, kiedy najbardziej był potrzebny. Hermiona burknęła coś, że jest dobrze. Jej wzrok śledził starca. Był jakiś dziwnie poddenerwowany.
- Panie profesorze, czy wszystko w porządku?
- Co? Och, tak, moja droga. Nie przejmuj się starym głupcem i jego zmyślonymi problemami.
Hermiona zmarszczyła brwi. Znała Dumbledore'a wystarczająco długo, by czuć, że coś jest na rzeczy. Postanowiła jednak odłożyć tę rozmowę na później.
- Hermiono powiedz mi, zdecydowałaś się już?
Wtedy w pomieszczeniu pojawiła się Madame Clukey, której dziewczyna nie widziała prawie przez cały dzień. Kobieta tylko dwa razy dostarczyła jej potrzebne eliksiry i skontrolowała jej stan.
- Jeraldine! Już jesteś. Cudownie, cudownie.
Dumbledore naprawdę zachowywał się dziwnie. Jakby był oderwany od rzeczywistości. Ślizgonka była pewna, że coś dręczy przyszłego dyrektora Hogwartu.
- To jak drodzy państwo, zabieramy się do pracy?
Hermiona czuła się, jakby grała w jakiejś pieprzonej komedii. Ci ludzie zachowywali się tak, jakby jej uzależnienie od Riddle'a, miało być najwspanialszą rzeczą na świecie. Zdecydowanie nie była z tego powodu zadowolona. Czuła niezdrowe oczekiwanie Toma. Jemu chyba zależało na tym najbardziej. Ona robiła to tylko po to, by przeżyć. Westchnęła zrezygnowana. Spojrzała na Dumbledore'a i kiwnęła głową.
- Czy to oznacza, że mam przystąpić do zaklęcia? Panno Black?
Dziewczyna ciężko złapała oddech
- Tak panie profesorze.
Dumbledore kazał im chwycić się za ręce, co też niezwłocznie uczynili. Mężczyzna zaczął nucić cichą inkantację nad ich dłońmi. W pewnym momencie z jego różdżki wypłynęła srebrzysta smuga, która otoczyła ich złączone dłonie. Następnie profesor Transmutacji podjął kolejną część zaklęcia. Jego magia skupiła się na Hermionie. Dziewczyna czuła muskanie energii Dumbledore'a na całym swoim ciele. Chwile później, gdy mężczyzna przeniósł swoją różdżkę na Riddle, Hermiona poczuła jego magię, która uformowała się wokół niej w pewien rodzaj bariery. To było dziwne uczucie. Nagle zaczęła wyraźniej odczuwać dotyk jego dłoni, jego zapach uderzył zwielokrotniony w jej nozdrza. Czuła, jakby jakiś magnes ciągnął ją w jego stronę. Otworzyła oczy i zobaczyła podobne uczucia odbijające się w granatowych tęczówkach.
- Czy to już, panie profesorze?
- Tak, Tom. Mogę sobie tylko wyobrażać, jak się czujecie, ale podejrzewam, że wszystko jest w najlepszym porządku. Mam rację?
Hermiona z wahaniem spojrzała na siedzącego naprzeciwko niej chłopaka. Powoli uwolniła dłonie z jego uścisku. Poczuła się pusta. Odwróciła twarz z powrotem w jego stronę. Jego mina wskazywała na bezbrzeżne zaskoczenie. Przełknęła ślinę.
- Zadaje się, że tak.
Nagle w sali szpitalnej podniósł się rumor. Ciemnowłosa spojrzała w stronę wejścia. Całą długość pomieszczenia przemierzał Horacy Slughorn. Ściskał w dłoni małą buteleczkę z eliksirem.
- Albusie, Jeraldine! Znalazłem! To będzie to!
- Co tam masz Horacy?
- Lekarstwo! Jeżeli mam rację, to, to cudeńko postawi naszą biedną Hermionę od razu na nogi!
- Ale co to właściwie jest?
- Wywar Całkowitego Uleczenia*! Wiedziałem, że gdzieś to mam! Głównym składnikiem tej mikstury są łzy feniksa. To musi zadziałać!
- Na Merlina i Morganę, Horacy!
- Coś mnie ominęło?
Hermiona wpatrywała się w buteleczkę z eliksirem. Z resztą chyba każdy mierzył Mistrza Eliksirów przerażonym spojrzeniem. Dumbledore wyglądał, jakby miał zaraz się załamać. Wyglądał jakby obwiniał się za to co się stało.
- Dosłownie chwileczkę temu związałem Hermionę z Tomem, by ten mógł sprawować opiekę nad jej magią.
Z ust grubszego z panów wydobył się okrzyk zaskoczenia. Spojrzał na swoich podopiecznych z nieopisanym smutkiem. Podszedł do jej łóżka i wyciągnął dłoń z flaszką w stronę Hermiony. Dziewczyna ujęła niepewnie flaszkę i obróciła ja w dłoniach. Jej świat właśnie się zawalił. Gdyby poczekała dziesięć minut dłużej z decyzją mogłaby uniknąć tego całego bagna. Była zrozpaczona. Odkorkowała gwałtownie buteleczkę i wychyliła jej zawartość. Po chwili poczuła, jak całe zmęczenie ją opuszcza. Jak wracają jej siły. Odrzuciła kołdrę i wyskoczyła z łóżka. Minąwszy wszystkich stanęła przy oknie. Otoczyła się rękoma. Jej ramionami wstrząsnął spazm płaczu. Nie sądziła, że przez jedną chorobę wyleje tyle łez. Wyczuła, że jest obok nim zdobył się na jakikolwiek gest w jej stronę. Odwróciła się do niego gwałtownie i bez słowa przylgnęła do jego klatki piersiowej. Szukając w nim oparcia, bezpieczeństwa, spokoju. Otoczył ją ramionami w nieco zaborczym geście. Szeptał jej do ucha kojące słowa. Zapewniał, że wszystko będzie dobrze, że jakoś się ułoży. Jak bardzo to wszystko było sztuczne, jednak chciała, żeby miał racje. Niestety, nie mogła się łudzić. Jej życie zmieniło się w jedną wielką udrękę. Jak zawsze, bez znieczulenia.
~ᵒ~
toxicjolene pisze: Moje serce się raduje, gdy widzę wzrastającą liczbę „śledzi" i „ulubionych". Dziękuje za każde klikniecie. To niesamowicie motywuje! Dziękuję również za każdy komentarz, mocno karmią wena, więc zachęcam do zostawiania ich :)
greedy: Napisałaś, że Walburga nie mogła nazywać się Black, otóż mogła. Była córką Polluxa Black i Irmy Crabbe. Jeżeli chodzi o jej nazwisko po ślubie i jej męża, to rzeczywiście poślubiła brata, co prawda ciotecznego, albo kuzyna, jak kto woli. Był to drugi stopień pokrewieństwa, więc ten miraż był dopuszczalny. Dodatkowo Orion Black (mąż Walburgi) był od niej młodszy o cztery lata!
