Epilog

Miałem na myśli bez ciebie.

Harry Potter dokładnie pamiętał wyraz twarzy Syriusza Blacka, nim ten umarł. Pamiętał woń unoszącą się w powietrzu, gdy pierwszy raz leciał na miotle. Pamiętał, co zostało podane w Wielkiej Sali, kiedy ujawnił się jako gej przed Ronem i Hermioną. Ale nie potrafił sobie przypomnieć, kiedy dokładnie zakochał się w Severusie Snapie.

Nie było to tak dramatyczne, jak na tych wszystkich mugolskich filmach. Nie stało się z powodu czegoś co powiedział, czy spojrzenia, po którym nastąpiło szokujące zrozumienie. Nie było fajerwerków. Nie było grzmotów. Jako młody chłopak, Harry myślał, że to właśnie była miłość. Ale nie. Jego młodzieńcze ja byłoby zawiedzione.

Miłość ciągle rosła, jak ocean pnący się po ciele tak powoli, że nie dostrzegało się go, dopóki nie znalazło się całkowicie pod wodą. Była jak oczekiwany ucisk w klatce piersiowej, a kiedy w końcu dotarł do momentu, w którym oddychanie było niemal niemożliwe, zrozumiał, że prawdopodobnie od dawna był zakochany.

Tej nocy w gabinecie Snape'a — może wówczas nie myślałbym o tobie w każdej cholernej sekundzie — nie wiedział, że to prawda, dopóki nie powiedział tego na głos. A była.

Coś zacisnęło się w jego piersi.

Teraz przyglądał się, leżącemu na łóżku w ambulatorium Severusowi. Oczy mężczyzny były zamknięte i Harry z fascynacją przyglądał się widocznym na powiekach mężczyzny żyłkom. Kontrast między bladą skórą i czerwienią przesiąkającą przez bandaże na jego czole, był wstrząsający. Przyszło mu do głowy, że Snape był właśnie takim człowiekiem skrajności: ciemna czerwień i blada biel, niepotrzebne okrucieństwo i poświęcanie samego siebie. Był człowiekiem pełnym sprzeczności. Harry pewnie nigdy go nie zrozumie.

Nie usłyszał wejścia Poppy, nie zwrócił również uwagi na to, że stoi za nim, dopóki nie dotknęła lekko jego ramienia.

— Och — mruknął. — Och, cześć.

— Jakieś zmiany? — zapytała cicho, bardziej przyglądając się Harry'emu, niż Severusowi.

— Nie. Nie zauważyłem nawet, by zmienił pozycję. Jest zupełnie nieruchomy.

Pomfrey zacisnęła usta.

— Wiesz, Harry, nie musisz tu już dłużej siedzieć. Wróciłam. Myślę, że przyda ci się chwila odpoczynku.

— Może. — Jednak się nie poruszył. Patrzył, jak starsza kobieta chodzi po oddziale, którego Severus był jedynym pacjentem. — Mogę jakoś pomóc? Z czymkolwiek?

— Nie, dziękuję. Pobutelkuję tylko trochę więcej eliksiru przeciwbólowego na czas… kiedy się obudzi.

— I… obudzi się? — zapytał, brzmiąc słabiej, niż by tego chciał. Poppy nie odpowiedziała, znowu zaciskając usta.

— Hmmm. Cóż. Jestem pewna…

— Proszę, Poppy, nie okłamuj mnie. Proszę. Po prostu powiedz mi, szczerze… co myślisz? Muszę usłyszeć prawdę. Od kogokolwiek.

— Harry… zawsze wolę patrzeć optymistycznie...

— Do cholery — krzyknął, chowając twarz w dłoniach. — Nie powinien był pójść. Mówiłem mu, że to zasadzka. Mówiłem mu. Szlag by go.

— Panie Potter — przerwała mu ostro. — Nie jest jeszcze martwy. Nie możesz mówić do niego, jakby był. Z całą pewnością podjął ogromne ryzyko, spotykając się z Lucjuszem Malfoyem. I został okropnie ranny. Ale przetrwał to, Harry. Wciąż żyje. Nie zapominaj o tym.

Harry przez chwilę patrzył na czarownicę, po czym jego spojrzenie wróciło do nieprzytomnego mężczyzny na łóżku. Chciał krzyknąć, wrzasnąć, potrząsnąć Snape'em znowu i jeszcze raz, za bycie tak cholernym głupcem, za ryzykowanie życia, za ryzykowanie cholernego zdrowia psychicznego Harry'ego…

I zrozumiał, że nigdy wcześniej, w całym swoim życiu, nie bał się tak bardzo jak rankiem, gdy Snape odszedł. Nigdy. Nie, gdy umarł Syriusz. Nie, gdy stanął naprzeciw Voldemorta. Nigdy.

— Jeśli umrze — zaczął powoli Harry. — Nigdy mu tego nie wybaczę.

— Upewnię się, by wiedział — odparła Poppy, unosząc kącik ust.

— W takim razie idę. Dziękuję, że mogłem tu zostać. Za rozmowę.

— Możesz przyjść, jeśli będziesz chciał. Ale dopiero, gdy już trochę odpoczniesz.

— Racja. Do widzenia, Poppy.

Harry wyszedł ze skrzydła szpitalnego, nie ryzykując spojrzenia na Severusa. Dowlókł się do swoich komnat i opadł na łóżko, choć jego ciało nie chciało zasnąć.

x

Tydzień później władze znalazły ciało Lucjusza Malfoya gdzieś na zewnątrz jego dworu. Uznano, że umarł na atak serca tydzień temu, albo nieco wcześniej. Nikt nie zgłosił jego zaginięcia, nim nie minęło kilka dni. Władze były świadome, że nie chorował na serce, ale musiano uznać, że w miarę czasu jego ucieczki, ten stan mógł się zmienić.

Cóż za szkoda, powiedzieli. Ostatecznie był wolnym człowiekiem, jego nazwisko zostało oczyszczone, a później wydarzyło się coś takiego. Było szkoda jego śmierci. Nie przeprowadzono dalszych dochodzeń.

Dziesięć dni później, obudził się Severus Snape.

Poppy radośnie poinformowała o tym wszystkich członków ciała pedagogicznego, którzy kręcili się w środku i na zewnątrz skrzydła szpitalnego przez większość dni. Z wyjątkiem Harry'ego.

Nieco po północy, ze skręcającym się z nerwów żołądkiem, Harry zajrzał do skrzydła szpitalnego. Severus leżał na łóżku, czytając przy świetle różdżki i Potter nie poruszył się, tylko stał jak zamrożony w drzwiach przez jakiś czas. Obserwując go. Mężczyzna był jak zwykle blady, ale bandaże zostały już zdjęte z jego czoła i teraz widniała na nim, tylko odcinająca się od jasnej skóry, czerwona blizna. Niedługo po tym, Snape uniósł wzrok, krzyżując z nim spojrzenie i Harry nie mógł już dłużej się ukrywać.

— Och — powiedział mężczyzna cicho. Coś mignęło w jego oczach, nim zniknęło pod powierzchnią, niczym tonący pod falami.

Harry stał nieruchomo w drzwiach. Otworzył usta, by się odezwać, ale po lekkim zawahaniu je zamknął.

— Zakładam, że to rzuciłeś. — Głos Snape'a był szorstki i cichy.

— Ja… co?

— Z jakiego powodu zaszczyciłeś mnie swoją obecnością? Albo to, albo wybierasz się na jakąś kolejną, kompletnie lekkomyślną misję, która z całą pewnością przysporzy ci bolesnej śmierci i przyszedłeś tylko po to, by wyrazić swój szacunek.

Harry parsknął.

— Nie, przepraszam, że cię rozczaruję. Wciąż tu uczę.

— Miód na moje serce.

Cóż. Jeśli Snape zamierzał być sarkastyczny i nieprzyjemny, najwyraźniej czuł się lepiej. Harry niepewnie podszedł do łóżka mężczyzny, rozważając to przy każdym kroku. Przypuszczał, że mógłby przynieść sobie krzesło albo usiąść, czy coś w tym stylu, ale wydawało się to trochę zarozumiałe z jego strony. Ze Snape'em nigdy nie było wiadome, czy będzie mógł zostać.

— Mogę ci jakoś pomóc? — zapytał jego były profesor tonem, który tylko wzmógł wątpliwości Harry'ego. Ale ten, co zawsze go zawstydzało, był romantykiem.

— Ja...tylko… cieszę się, że wróciłeś.

— Możesz być osamotniony w tej opinii, Potter.

— Nie sądzę. — Oblizał usta i rozejrzał się po pustym pomieszczeniu. — Hmmm, mówił ci ktoś o… Malfoyu?

— Lucjuszu? Minerwa wspominała, że nie żyje. I, by odpowiedzieć na twoje następne pytanie, tak, sądzę, że go zabiłem. Jenak nie wiem, co wówczas zrobiłem. Starałem się po prostu wyplątać z tej sytuacji.

Harry natychmiast zacisnął powieki, krzywiąc się.

— Czy… było bardzo źle? — Znał już odpowiedź. Merlinie, jedno spojrzenie na Snape'a mówiło każdemu, że był wykończony. To było straszne. Ale z jakiegoś powodu, chciał to usłyszeć od samego poszkodowanego.

— Tak. Było.

Harry starał się nie zauważyć dreszczu, który przebiegł przez ciało Snape'a. Miał na końcu języka: Tak bardzo mi przykro. Zamiast tego tylko skinął.

— Kiedy wrócisz do nauczania?

— Gdy tylko Poppy zdecyduje się pozwolić mi wyjść. — Skrzywił się na te słowa, a Harry nie zazdrościł kobiecie. — Ufam, że przyzwyczaiłeś się do swojej nowej pozycji?

— Tak… dobrze mi idzie. Większość dzieci jest przerażona, że przeklnę je, jeśli będą źle się zachowywać. Nie wiedzieć czemu, mam raczej złą reputację.

— Nie mam absolutnie pojęcia, jak to się mogło stać

Harry przerwał na chwilę, po czym wykrzywił usta.

— Czy...czy to był żart? Próbujesz być właśnie zabawny? Merlinie, co Malfoy ci zrobił?

Twarz Snape'a pozostała całkowicie bez emocji.

— Naprawdę chcesz wiedzieć?

— Nie. Nie — wymamrotał Harry, pocieszając się, że znowu udało mu się wykręcić. — Przepraszam. Nie pomyślałem. Ja… — Zaciął się. — Było warto?

— Słucham?

— Czy... dowiedziałeś się czegoś przydatnego? Opłaciła się ta wyprawa?

— Tak.

— Och. Cóż. — Harry nie czuł się ani trochę lepiej. — To już coś.

— Zaiste. — Snape potarł oczy i opadł na poduszki. — Jeśli to wszystko, panie Potter, jestem bardzo zmęczony. Jestem pewien, że trafisz do wyjścia.

— Racja. Oczywiście. Hmm… może później, kiedy poczujesz się lepiej, mógłbym wrócić. Porozmawiać, czy…

— Nie sądzę, byśmy mieli o czym.

Nie krzyw się, nie marszcz brwi i nie wzdychaj z żalem. Dlaczego nie potrafisz zachować tego dla siebie? Cholera jasna, Harry.

— Tylko… — Harry dalej brnął w to, wiedząc, że brzmi żałośnie. — żyjesz. Jest z tobą dobrze i… mam na myśli to, że wszystko, co mówiłem tej nocy, każde pojedyncze słowo... I miałem nadzieję, że może…

— Nie, panie Potter. — Snape zaakcentował powoli i wyraźnie jego nazwisko. Jasne było, że używa go, jakby było obrazą. Harry poczuł jak pot zbiera mu się tuż pod obojczykiem. — Tym bardziej nie mamy o czym rozmawiać.

— Och. — Nie krzyw się, nie marszcz brwi, nie wstrzymuj oddechu... — Och. Dobrze.

— Twoje elokwencja mnie zadziwia.

Harry nic na to nie powiedział. Poczuł, jak powietrze uchodzi z jego płuc. Cholera jasna. Otworzył lekko usta, ale ostatecznie zamknął je, potrząsając głową.

— Cóż, w takim razie, dobranoc. — Na tyle udało mu się zdobyć. Jego głos był zdławiony i szorstki i, och, tak bardzo żałosny

Po raz kolejny to tajemnicze mignięcie pojawiło się w ciemnych oczach Snape'a.

— Dobranoc, panie Potter.

Harry ruszył do wyjścia.

x

Dziewięć dni później Snape'owi pozwolono wrócić do komnat, pod warunkiem, że spędzi ten czas w łóżku. Po kilku dniach, Harry Potter został zaproszony na herbatę do dyrektorki.

Całkiem przyjemnie było, gdy robiła to, co dyrektor. Harry obserwował z rozbawieniem, stojącą na biurku miskę pełną cukierków.

— Chciałbyś coś słodkiego, panie Potter? — zapytała, zauważając jego spojrzenie.

— Ech, nie, dziękuję. Zaskoczyło mnie, jak wiele pani tego ma.

— Tak, cóż… — Minerwa zmarszczyła brwi. — Nie mogę zatrzymać ich dla siebie. Zbyt dużo cukru. Jak wiesz, to nie jest najlepsze dla zębów.

— Mam tego świadomość. — Harry uśmiechnął się. Może nie była dokładnie jak Albus.

Popijali swoją (niesłodzoną) herbatę, nie rozmawiając przez kilka minut. Potter w końcu przerwał ciszę, czując na sobie skupione spojrzenie kobiety.

— Hmmm… tak?

— Tylko się zastanawiałam, Harry, dlaczego przez ostatni tydzień wyglądasz jak ktoś, komu wyrwano serce?

Harry niemal zakrztusił się herbatą.

— To jedna z tych rzeczy, które nigdy nie były moją mocną stroną — kontynuowała. — Albus zawsze wiedział, co powiedzieć, jak pocieszyć i pomóc komuś z problemami. Ja jednak nigdy nie byłam... emocjonalną osobą. — Czarownica westchnęła lekko, po czym uniosła brew. — Ale nie znaczy to, że nie możesz ze mną porozmawiać. Nieważne o czym. A obecnie, najważniejszym pytaniem wydaje się być: Jaką idiotycznie śmieszną rzecz tym razem zrobił Severus Snape?

Harry, który w końcu zdobył się na zaczerpnięcie powietrza, znowu się zakrztusił.

— Nie rozumiem.

— W takim razie to z nim mam się rozmówić?

— Nie! — krzyknął momentalnie Harry, po czym zakrył usta dłonią.

— Cóż — parsknęła Minerwa. — Wydaje mi się, że jednak dobrze wiesz.

Harry zarumienił się i zamknął oczy. Czy cała cholerna kadra wiedziała o wszystkim, co działo się w jego małym, smutnym mózgu?

— Jesteś złą kobietą — zaśmiał się, wcale nie żartując.

— Cieszę się, że tak uważasz. — Uśmiech opuścił twarz dyrektorki, a w jej oczach pojawiła się troska. To nie był dobry znak. — Harry, jeśli mogę tak do ciebie mówić; nigdy nie byłam, jak to się mówi, romantyczką. Ale to nie znaczy, ze nie rozpoznaję takich uczuć, gdy mam je przed sobą.

— Ja nie…

— Milcz, dziecko. To nic zawstydzającego. Od lat czekaliśmy, aż z Severusem w końcu się do siebie zbliżycie.

Odcień czerwieni na twarzy Harry'ego osiągnął nowy poziom. Był pewien, że pokój wkrótce wypełni się delikatnym, czerwonym blaskiem.

— To... nie tak — wybąkał. — Ja… szanuję go, oczywiście, ale…

Minerwa przerwała mu, prychając.

— Nie bądź głupi. Wiem, panie Potter, nie ma sensu próbować tego przede mną ukryć. Szczerze mówiąc, to strata czasu. Teraz, skoro Severus żyje, a ty masz złamane serce, mogę tylko wnioskować, że zrobił coś kompletnie idiotycznego.

Harry zaśmiał się słabo. Dlaczego to tak bolało?

— On… hmm… odepchnął mnie. Co tu dużo mówić. Tak naprawdę spędził całe swoje życie, odpychając mnie.

— Merlinie, czy naprawdę muszę być narratorem tej smutnej historii? — Minerwa westchnęła ze znużeniem. — Interesuje się tobą odkąd jesteś absolwentem, ty głupi chłopaku. Prawdopdodobnie dłużej, o czym raczej wolę nie myśleć. A z tego, co wiem o Severusie Snapie, nie jest człowiekiem, który poddaje się takim emocjom. — Zamilkła. — Był samotny przez bardzo długi czas.

Harry przesunął dłońmi po twarzy, zmuszając się, by rumieniec zniknął, by odzyskać spokój.

— Cóż, to i tak nie ma znaczenia. Wszystko skończone. Nie jest zainteresowany i myślę, że w końcu to do mnie dotarło. — Wykrzywił się. — Zaczynam brzmieć żałośnie. Przepraszam. Miałem po prostu grać zmęczonego.

Minerwa zaśmiała się, ale posłała mu znaczące spojrzenie.

— Harry — powiedziała, a jej głos był niski i spokojny. — Niewątpliwie to ty musisz podjąć decyzję. Nie mam prawa mówić ci, co masz robić. Mam tylko nadzieję, że wiesz , iż jedynym powodem, dla którego Severus cię odrzucił, było to, że się bał. Zawsze był… bardzo wrażliwy, kiedy dochodziło do delikatniejszych emocji. Złość, sarkazm, degradacja, nie miał z nimi problemu, ale miłość…

Harry zamknął oczy, a Minerwa zachichotała.

— Prawdopodobnie powinnam przestać — wymruczała. — Po prostu chcę, byś wiedział, że gdybym była tobą, walczyłabym o to, czego chcę. Gdybym była tobą, poszłabym do lochów i zapukała w drzwi. — Dyrektorka zamilkła, marszcząc brwi. — Z drugiej strony, gdybym była tobą, prawdopodobnie latałabym za Oliverem Woodem. Pamiętasz go? Wyrósł na przystojnego mężczyznę. Całkiem dobry na miotle, jeśli pamiętam dobrze...

— Myślę, że już pójdę. — Harry podniósł się z krzesła i Minerwa posłała mu wymowny uśmiech.

— Bardzo dobrze. Pamiętaj, co ci mówiłam. Możesz do mnie przyjść, kiedy tylko będziesz chciał.

— Dziękuję, pani dyrektor.

— Minerwa, głupcze. A teraz idź i spraw, by temu cholernemu mistrzowi eliksirów rozjaśniło się w głowie.

Nie trzeba było mu dwa razy powtarzać.

x

Pięć dni później, Harry zdobył się na coś więcej, niż tylko stanięcie przed drzwiami Snape'a. Otworzyły się pod jego dotykiem, przez co poczuł się nieco lepiej. Snape zaczarował drzwi, by się dla niego otworzyły; biorąc pod uwagę tego mężczyznę, to było równie dobre, co walentynka.

— Halo? — zawołał cicho, wchodząc do małego gabinetu.

— Tutaj. — Dobiegła go gburowata odpowiedź. Harry przeszedł przez salon i wszedł na mały korytarz komnat Snape'a. Chwilę żałował, że nie był religijny, ponieważ miał się ochotę przeżegnać.

Sypialnia była mała. Nie było praktycznie mebli poza wąskim łóżkiem i kilkoma zapełnionymi regałami. Snape leżał podparty na łóżku pod stosem ciemnoniebieskich koców, zwyczajnie czytając książkę. Nie uniósł wzroku, gdy Harry wszedł.

— Czego chcesz?

— Och. Dzień dobry, proszę pana. Wy...wygląda pan lepiej. — To była prawda. Wciąż wyglądał na wyczerpanego, ale rozcięcie na jego czole nie było już tak świeże, a nawet jego dłonie przestały się już trząść, podczas trzymania książki.

— Cieszę się, że tak uważasz. Mogę ci w czymś pomóc?

Harry podszedł nerwowo do łóżka. Snape wiąż na niego nie spojrzał.

— Chciałem… porozmawiać z tobą.

— Myślałem, że wyraziłem się jasno, iż nie mam nic do powiedzenia.

— Ty… — Harry oblizał wargi w imieniu ojca i syna. — Myślałeś, że umrzesz. Prawda?

Snape w końcu spojrzał na niego ostro.

— Potter, te twoje dziwaczne sugestie…

— Myślałeś, że umrzesz. Teraz rozumiem. To dlatego przyszedłeś tamtej nocy, przyszedłeś do mnie po raz pierwszy. Ponieważ myślałeś, że umrzesz i to uczyniło to prostszym. Mogłeś mnie pieprzyć — Snape wzdrygnął się — po czym odejść. Nie musiałbyś mierzyć się z tym, co miało nadejść.

Mistrz eliksirów przez długi, powolny moment wytrzymał jego spojrzenie, a jego twarz była niezwykle blada. Odłożył książkę i Harry'emu wydawało się, że miało to ogromne znaczenie.

— Możliwe, panie Potter — powiedział wyraźnie — że nie chciałem, by to się powtórzyło.

— Nie wierzę ci.

— To — wysyczał Snape — mnie nie obchodzi. Wierzę, że wyraziłem swoje uczucia jasno. Jeżeli przyszedłeś tylko po to, sugeruję, byś wyszedł.

Dłoń owinięta wokół serca Harry'ego, zacisnęła się.

— Nie! — krzyknął. — Powiedzenie mi, bym wyszedł, nie wystarczy! Chcę wiedzieć dlaczego… dlaczego żyjesz, dlaczego ja żyję, a nie możemy być szczęśliwi?! Myślę, że mogę cię uszczęśliwić. Tylko poproś, bym został. Powiedz to, a zostanę.

Severus uniósł brew i potarł grzbiet nosa gestem, który Harry często po nim powtarzał.

— To nie takie proste, Potter.

— Dlaczego nie? Niby dlaczego nie?

— Nie jestem… — Snape wypuścił nierówny oddech — miłym człowiekiem. Nie chcesz mnie.

— Cholera jasna, nie jestem dzieckiem! — Harry zaczerwienił się z wściekłości. — Myślisz, że nie wiem, czego chcę? Myślisz, że oczekuję jakichś romantycznych gestów od ciebie? Nie. Merlinie, znam cię. Wiem, że jesteś okrutny, zgorzkniały i trudny, wiem, że to nie będzie proste, wiem, że prawdopodobnie będziesz miał mnie dość, wiem. — Zamilkł, przeczesując włosy, mając nadzieję, że gorąco, które czuje na twarzy, odejdzie. — Wiem, że masz bliznę na karku i najpiękniejsze dłonie, jakie kiedykolwiek widziałam i wiem, że jesteś świetny i zabawny, i cichy podczas seksu. Nie obchodzi mnie, jak ciężko będzie. Wolę zaryzykować i przekonać się o wszystkim na własnej skórze, niż nigdy… nigdy...

— Uczynię cię nieszczęśliwym. — Głos Snape był szorstki i niepewny.

Harry patrzył na niego przez chwile. Niemal się uśmiechnął.

— Prawdopodobnie masz rację. Ale nie wyobrażam sobie, że mógłbym być bardziej nieszczęśliwy, niż jestem teraz.

— Ja… nie mogę — krzyknął nagle Snape i Harry cofnął się. — Przeraża mnie to. Po prostu idź, Potter. Odejdź.

— Nie.

— Powiedziałem, wyjdź! — Snape podniósł się z łóżka i Harry znowu się cofnął. Starszy mężczyzna miał na sobie czarną piżamę, która ledwo trzymała się na jego chudym ciele.

— Nie! — odparł Harry, Merlinie, stracił to, zniszczył wszystko. To nie tak miało być. Nagle Snape był bardzo blisko, jego twarz wykrzywiał okrutny grymas. — Nie przerażasz mnie. Już dłużej nie.

— Niczego nie rozumiesz, wiesz? — wysyczał starszy mężczyzna, a jego ciało trzęsło się. — Czy możliwe, że nawet to ci umyka? Ile minie czasu, nim stracisz zainteresowanie, Potter? Dni? Tygodnie? Ile minie, nim znudzisz się uczeniem i znowu uciekniesz z aurorami? Ile zajmie, nim jakiś młodzieniec zawróci ci w głowie? To zrozumiałe, jesteś młody, a ja mam już swoje lata. Spróbuj to zrozumieć. Odejdź.

— Nie wiesz tego...

— To mnie złamie, Potter. Nie widzisz tego? Nie będę… nie mogę… Ja.. — Snape zacisnął powieki i lekko się zaczerwienił. Odwrócił wzrok, potrząsając głową. — Odejdź.

Harry stał pośrodku pokoju Snape'a, patrząc na mężczyznę, który się od niego odwrócił. Mistrz eliksirów skrzyżował ramiona na piersi.

— Jestem na to za stary — wymamrotał. — Idź.

Harry nie poruszył się, szukając rozpaczliwie czegoś, co mógłby powiedzieć. Musiały być jakieś deklaracje, słowa otuchy, coś, co sprawiłoby, by mężczyzna zmienił zdanie. By wszystko było dobrze.

— Ile razy będę musiał powiedzieć ci, że masz się wynosić, nim faktycznie mnie posłuchasz? — zapytał cicho Severus ze znajomą nutą w głosie.

— To nie wystarczy. — Harry zamarł, panikując na dźwięk słów, które impulsywnie wydarły się z jego ust. Snape odwrócił się do niego.

— Słucham?

— To… — Myśl, chłopcze, myśl. — Nie wystarczy, że powiesz, abym odszedł. Albo że jesteś zbyt stary. Musisz tego nie chcieć. Odejdę, ale tylko pod warunkiem, że powiesz mi, iż tego nie chcesz. Powiesz mi, że nie chcesz… mnie.

Snape otworzył usta i Harry wstrzymał oddech, a świat sprowadził się tylko do tej chwili.

x

— Nie chcę cię.

Snape wypowiedział to zdanie. Był zaskoczony, jak bardzo go zabolało.

— Ja… — Harry cofnął się oszołomiony. Wyglądał na wstrząśniętego, wręcz zaskoczonego, a jego twarz zrobiła się bardzo szybko blada. — Och. Och. Przepraszam. Myślałem… — Głos mu się załamał. — Och.

— Tak, cóż… — wyszeptał Snape, wypuszczając drżący oddech. — Teraz wiesz. Idź.

— Bardzo przepraszam…

— Wynoś się! — Szlag by cię, Harry Potterze, wynoś się, nim stracę resztki samokontroli, a to, czemu pozwoliłem odejść, wróci; odejdź, bym znowu mógł zostać sam, sam i bezpieczny, sam i obojętny, sam i sam i sam…

— Ja… kocham cię — wymamrotał Harry, wciąż stojąc w drzwiach. Zaczerwienił się, westchnął i potrząsnął głową. — Zabawne, nie? I… nie potrafię przestać. — Snape spojrzał na niego, by zobaczyć jak uśmiecha się smutno po raz ostatni. — Po prostu uznałem, że powinieneś wiedzieć.

Chłopak powoli się odwrócił i Snape nie powiedział, że nikt nigdy go nie kochał. Snape nie powiedział, że Harry był głupcem, że nieważne, co się wydarzy i tak skończy się źle, a nikt tego nie lubi i mógłby być marny i okropny i pozbyć się chłopca. I Snape nie zastanawiał się, co bardziej by bolało — patrzenie, jak Harry znowu odchodzi, czy powiedzenie tego, powiedzenie tego teraz jak podmuch zimnego jesiennego powietrza, powiedzenie tego, do cholery, teraz, powiedzenie czegokolwiek, czegoś…

Snape nie zastanawiał się, co bolałoby bardziej. Już znał odpowiedź. Wybrał.

— Harry…

Harry Potter powoli się odwrócił i, chociaż jego twarz była nieprzenikniona, to trzęsły mu się dłonie. I Severus Snape był szalonym, zgorzkniałym, starym głupcem. I było tak wiele rzeczy, których nie powiedział.

— Zostań.

Ale były inne, które wygłosił na głos.

Harry czekał przez chwilę, nie ruszając się z miejsca. Snape również czekał, wiedząc, że nie zasługiwał na to, o co prosił. Ale chciał tego. Powiedział to. I to nie bolało bardziej, niż patrzenie, jak Potter odchodzi. Nic nie mogło boleć bardziej. Nie Mroczny Znak. Nie rozżarzona stal, nie ogień... Nic.

— Zostań — wyszeptał ponownie. Chłopiec w drzwiach uniósł dłoń do swojej piersi. A potem…

Zamknął oczy. Uśmiechnął się.

I został.

Koniec.

Utwory użyte w poprzednich rozdziałach:

1)"I Will Miss You" by Ronan Keating

2)"Make Me Stay" by Ani Difranco

3)"Archaic Smile" by July for Kings

4)"Glass in the Trees" by Dead Poetic

5)"October Grey" by Screaming, Jets

6)"Beauty" by Tegan and Sara