Obudziła się jeszcze przed świtem, na zewnątrz szare niebo powoli przybierało barwę bladego błękitu. Wysunęła się z niedźwiedzich objęć Nate'a. Po cichu założyła spodnie i bawełnianą koszulę. Otworzyła okno, wyjrzała na zewnątrz. Owiał ją chłodny wiatr przepędzając resztki senności. Przeciągnęła się czując, jak obolałe mięśnie protestują. Szybko opłukała twarz, kilkoma ruchami szczotki przeczesała opadające do pasa włosy i zaplotła je w luźny warkocz. Założyła buty, zdjęła miecz wiszący na ścianie, palcem przesunęła po ostrzu. Nim wyszła z pokoju, spojrzała jeszcze na łóżko. Nate leżał pogrążony w śnie. Uśmiechając się, okryła jego nagie ciało kocem i wysunęła się z komnaty zamykając za sobą drzwi.

Idąc korytarzem napawała się ciszą. Gdy wyszła na zewnątrz, pierwsze czerwone promienie słońca zabłysły w zamkowych oknach. Szybko przeszła przez pusty dziedziniec i skierowała kroki ku furtce prowadzącej z dziedzińca, wąską dróżką między murem a boczną ścianą zamku, do ogrodu na tyłach. Rosa połyskiwała na źdźbłach traw i liściach krzewów. Zatrzymała się na niewielkim, wewnętrznym dziedzińcu. Niegdyś stała tu fontanna, a wkoło kwitły róże. Erendis nakazała usunąć to, co pozostało po krzewach, sadzawka została rozebrana. Plac, zamknięty z trzech stron przez szare mury zamku, porastała teraz trawa upstrzona gdzieniegdzie drobnymi stokrotkami.

Z zadowoleniem ściągnęła buty, pod stopami czuła wilgotną darń. Zamknęła oczy, oczyściła umysł i wzięła głęboki oddech. Robiła tak od momentu kiedy ojciec wręczył jej pierwszy krótki miecz. Chwila skupienia. Zaczęła poruszać się w znajomym rytmie. Synchronizując oddech i ruchy ciała stawała się jednością ze swoim orężem. Nie istniało nic innego, jedynie płynny ruch jej ramienia, rosa otrząsana jej bosymi stopami, chłodny wiatr na jej policzkach, szum krwi, puls i oddech.

~o~

To była prawdziwa uczta dla oka, obserwować ją, gdy cięła i parowała, robiła uniki i wypady atakując niewidzialnego wroga. Ktoś nieobeznany ze sztuką walki mógłby pomyśleć, że tańczy. On jednak widział ją, gdy stawiała czoła prawdziwym zagrożeniom, wówczas każdy jej ruch stawał się śmiertelnym uderzeniem, rozrywającym ciało, przecinającym tętnice, rozpruwającym gardła.

Patrzał na nią, gdy płynnym ruchem przechodziła z jednego ataku w kolejny. Była skupiona w każdym calu, jej ciało wyprężone, oczy zamknięte, usta lekko rozchylone.

– Mi Amora – szeptał zapatrzony w nią, tak jak tamtego ranka, gdy zobaczył ten taniec po raz pierwszy.

Obserwował ją zza drzew, gdy wczesnym rankiem opuściła obóz. Powtarzał sobie, że idzie za nią, by się upewnić, że niespodziewany atak nie zaskoczy jej nieprzygotowanej. Oszukiwał sam siebie. Po prostu uwielbiał na nią patrzeć. Bez ciężkiego pancerza i tarczy poruszała się z wdziękiem pomiędzy krzewami i zwalonymi pniami drzew. Ciemne włosy opadały miękką falą na jej plecy kołysząc się przy każdym kroku. Patrzał na nią i rosła w nim żądza. Miał świadomość, że nie będzie mu dane jej zaspokoić, Erendis odrzuciła jego propozycję. Ostatecznie pozostawało mu samemu zadbać o swoje potrzeby.

Wydawało się, że wreszcie była usatysfakcjonowana. Zdyszana, z włosami klejącymi się do mokrego czoła, w lnianej bluzce przywierającej do jej kształtnego ciała, była jeszcze wspanialsza.

Pomyślał, że to dobry moment żeby wyjść z ukrycia. Odczuwał wielką ochotę porozmawiania z nią, zbliżenia się do niej, dotknięcia jej… –Tsk, tsk, Zev znów zaczynasz myśleć nie tą częścią ciała co trzeba.

Oblizał wargi spoglądając na nią poprzez zieloną plątaninę krzewów, w chwili, gdy miał zamiar dać znać o swojej obecności, na przeciwległym końcu polany pojawił się Alistair.

Elf dostrzegł krzywy uśmiech na twarzy Strażniczki. Kobieta uniosła miecz w geście wyzwania. Zwarli się w tańcu, ich ostrza migotały w świetle wschodzącego słońca. To był piękny pojedynek, precyzja, szybkość i siła. Zadziwiające, że Strażniczka dorównywała swemu towarzyszowi siłą uderzenia, oboje byli w stanie przewidzieć ruchy przeciwnika i walka była bardzo wyrównana.

Najwidoczniej Erendis uznała, że wystarczy już tego sparingu. Z niezwykłą lekkością wyprowadziła serię uderzeń. Ostrza skrzyżowały się i choć mężczyzna z łatwością mógłby ją odrzucić, nie uczynił tego, gapiąc się, jak spostrzegł elf, w dekolt rozpiętej bluzki. Zev przytaknął z aprobatą. Przebiegła z niej sztuka, rozpraszała przeciwnika.

Gdy Alistair wreszcie wyprowadził kolejny cios, wsunęła się pod jego wyciągniętą ręką, zablokowała uderzenie i obróciła, znajdując się za plecami templariusza.

A potem, czego Zev się po niej nie spodziewał, kopnęła Alistaira w kostkę.

Auuuuuć! – syknął Strażnik tracąc równowagę. W następnej chwili podcięła go, jednocześnie wybijając miecz z jego dłoni. Sekundę potem siedziała na nim, przykładając ostrze miecza do jego gardła. Skrytobójca był pod wrażeniem, nie sądził, że Erendis potrafi korzystać z tak nieczystych sztuczek. Byłaby z niej świetna zabójczyni – pomyślał – we dwoje mogliby z łatwością wyrżnąć cały legion Kruków.

W krystalicznie czystym powietrzu dźwięczał jej śmiech. Odrzuciła miecz na bok, nadal siedząc na chłopaku.

I jak ci się to podobało?

Nieczyste zagrania – mruknął chwytając ją w talii. – Powinienem być bardziej ostrożny.

Przyciągnął ją do siebie sięgając jej ust.

Ach, więc to tak – pomyślał Zev obserwują całującą się parę. – Nic dziwnego, że nie potrzebowała jego „usług".

Powinieneś, Wasza Wysokość – rzuciła Erendis zsuwając się na ziemię. Usiadła na trawie obok niego. Templariusz popatrzył na nią z wyrzutem.

Nie mów tak do mnie, nigdy tego nie chciałem i nie chcę…

Nie zawsze możemy mieć to, czego chcemy – w głosie Strażniczki słychać było determinację, spojrzała Alistairowi w twarz, odgarnęła włosy z jego czoła.– Nie możesz się z tego wycofać, Ferelden cię potrzebuje.

Ale ja go nie potrzebuję – mruknął chłopak unosząc się na łokciu. Erendis westchnęła ciężko. – Poza tym – kontynuował – wcale nie jest powiedziane, że muszę się w to mieszać, moim celem, jako Szarego Strażnika, jest zakończyć Plagę.

Dziewczyna parsknęła z dezaprobatą.

Bądź realistą, jeśli tylko Eamon dojdzie do siebie, będzie nalegał żebyś zajął należne ci miejsce, jesteś ostatni z królewskiego rodu…

Tak, teraz akurat sobie o mnie przypomnieli. Poza tym… – Alistair przesunął dłonią po jej długich włosach, chwycił w palce jedno pasmo – nie chcę być niczym więcej niż Szarym Strażnikiem Is, moje miejsce jest przy tobie – dodał cicho.

Erendis wydała z siebie cichy pomruk po czym popchnęła templariusza z powrotem na ziemię, pochylając się nad nim.

Zamknij się i pokochaj się ze mną – warknęła rozpinając jego koszulę.

Zev opuścił cicho swoją kryjówkę udając się do obozu. Po drodze analizował wszystko co podsłuchał. Los to naprawdę przewrotna suka – myślał. Mylił się, gdy przyjmując zlecenie uważał, że chodzi jedynie o zabicie niewygodnych świadków. Chodziło o coś więcej. Najwyraźniej mieli nie tylko Plagę na karku, gra toczyła się o tron Fereldenu. Przewrócił oczami kręcąc głową nad swoją naiwnością. – W coś ty się wpakował Zev? – mruknął do siebie.

– Zamyśliłeś się – drgnął usłyszawszy jej cichy głos tuż przy swoim uchu.

–Tsk tsk tsk, podeszłaś mnie, chyba się starzeję carra– odpowiedział obracając się do Erendis. Była tak blisko, że czuł jej zapach.

Bergamotka i trawa cytrynowa, nic się nie zmieniło – pomyślał.

– Sądzę, że powinniśmy porozmawiać, czyż nie Strażniczko?

Przez moment przyglądała mu się tymi swoimi przepastnymi źrenicami. Prawie zapomniał, jak hipnotyzujące potrafią być jej oczy.

– Nie unikniemy tej rozmowy, prawda?

Zev pokręcił głową z szelmowskim uśmiechem, jego oczy błądziły po jej lśniącej od potu skórze.

– Świetnie – mruknęła odchodząc. – Przyjdź po śniadaniu do mojego gabinetu.
Zniknęła pośród drzew zostawiając go samego w skąpanym słońcem ogrodzie.

~o~

Przez całą noc wydawało mu się, że słyszy szepty. Udało mu się zasnąć kilka razy, ale ze snu wybudzał się z cichym jękiem. Całe ciało bolało go, mimo że wczoraj magin opatrzył jego rany i podał mu lekarstwa. Pocieszał się, że ranek przyniesie poprawę, ale tak się nie stało. Jasne słońce wpadające przez wysokie okna lazaretu sprawiały ból jego oczom. Mięśnie bolały, jak po bardzo wyczerpującym wysiłku i te zawroty głowy... Miał nadzieję, że szybko dojdzie do siebie i opuści to miejsce. Miał nadzieję, że wkrótce będzie w stanie przejść do planu B. A jednak życie okazało się okrutne, znowu. Z przerażającą jasnością zaczął zdawać sobie sprawę, że jego objawy to nie zwykłe wyczerpanie, czy reakcja na zaklęcia. W momencie, gdy sobie to uświadomił, wydało mu się, że cały świat wali mu się na głowę kolejny raz.

To była zaraza. Jakimś cudem, tam, na tej przeklętej polanie, będąc o krok od zemsty, został zarażony. Nie było na to rady. Poniósł klęskę, zawiódł najbliższych, i najśmieszniejsze było to, że umierając pozostawał na łasce kobiety, którą przysięgał zabić.

– Jest gorzej? Prawda? – usłyszał jej cichy głos. Otworzył oczy. Stała przed jego łóżkiem spoglądając na niego ze smutkiem. Nie mógł tego pojąć, czemu litowała się nad obcym sobie człowiekiem? Czy wobec innych zawsze przybierała tą pozę wspaniałomyślności i troski? Musiała być wyjątkowo obłudna, on doskonale zdawał sobie sprawę z tego, jaka jest naprawdę. Bo jakim trzeba być potworem, żeby spalić całe miasto skazując tych, którzy przeżyli najazd pomiotów na straszną śmierć w płomieniach?

Zacisnął mocniej pięści. Nie ma sprawiedliwości na tym świecie – pomyślał. Ta jak i wiele innych zbrodni, ta nie zostanie ukarana.

– Przykro mi, ale obawiam się, że to skażenie pomiocią krwią.

– Wiem – powiedział zachrypniętym głosem. – Na to nie ma lekarstwa – odwrócił od niej wzrok. Jej współczująca twarz irytowała go. Gdyby był w stanie unieść się z łóżka, gdyby dostał swój miecz albo nóż, cokolwiek…

– A więc wiesz, co to dla ciebie oznacza – powiedziała, przysuwając do jego łóżka krzesło i siadając na nim.

– Powiedz mi Williamie, masz jakąś rodzinę, kogoś, kogo trzeba zawiadomić?

– Nie mam nikogo.

– Z tej sytuacji jest pewne wyjście i jestem w stanie ci je przedstawić, chociaż nie wiem, czy będzie to dla ciebie wybawieniem, czy wyrokiem śmierci.

Podniósł na nią oczy. Wydawała się być zmieszana, niepewna, zaciekawiła go.

– Zważywszy na twoje umiejętności, jak i na to, że, nie masz wiele do stracenia, chcę cię zwerbować do Szarej Straży.

Chłopak poruszył się niepewnie, był przekonany, że się przesłyszał. On w Szarej Straży, czy to jakieś kpiny?

– Dołączenie to jedyna szansa na wyzdrowienie – ciągnęła, spoglądając ponad niego. – Nie będę cię okłamywać, rytuał może cię zabić, ale zważywszy na twoją sytuację…

– I tak jestem trupem – przerwał. W jego głowie zapaliła się nikła nadzieja. Może miał jeszcze szanse dokończyć to, co zaczął. Jeśli przeżyje…

– Zgadzam się.

Spojrzała na niego w zamyśleniu. W jego głosie dźwięczała stanowczość. Chłopak z trudem podniósł się na łokciach i z determinacją spojrzał w jej oczy. Było w nich coś dziwnego, jakiś cień, który dostrzegła już podczas tamtej feralnej nocy, gdy został zakażony.

– Chcę spróbować.

– Dobrze – uśmiechnęła się wstając. – Pójdę powiadomić Finna, powinien przygotować cię do rytuału.

~o~

Oderwała wzrok od dokumentów leżących przed nią. Podniosła wzrok i poirytowana mruknęła.

– Mógłbyś chociaż zapukać.

Przed jej biurkiem, na krześle siedział Zev. Wśliznął się niepostrzeżenie do pokoju, Komendantka była tak zamyślona, że nawet go nie usłyszała. Przez dłuższą chwilę obserwował ją, gdy przebiegając wzrokiem po dokumentach marszczyła brwi.

– Chciałem sprawdzić, czy rzeczywiście się starzeję – rzucił, przypominając sobie, jak sprytnie podeszła go z rana.

– Wydawało mi się, że byliśmy umówieni po śniadaniu – Erendis zerknęła na zegar ścienny. – Jest południe.

– Wybacz, miałem kilka rzeczy do załatwienia.

Kobieta uniosła brwi w wyrazie niezadowolenia, a potem wróciła do przekładania papierów zalegających jej biurko.

– Jestem pewna, że dałam ci jasno do zrozumienia, że nie potrzebuję twojej pomocy.

– O tak, moja droga Strażniczko, oświadczyłaś mi to bardzo dobitnie.

– Więc jeśli mogę zapytać – spojrzała na bezczelnie uśmiechniętego elfa – co do cholery tu jeszcze robisz?

Zev zmrużył oczy, po czym niedbałym ruchem ręki odgarnął włosy z czoła.

– Miałem dopilnować, żebyś dotarła do twierdzy w jednym kawałku i to na życzenie Eamona, czyż nie, moja piękna?

– I dotarłam, a teraz możesz się już zwijać, oboje wiemy, że w tym jesteś najlepszy.

– Auuuć! To zabolało.

– Mówię poważnie Zev, nie chcę być niegościnna, ale nic tu po tobie.

Elf odchylił głowę spoglądając na sufit, na jego ustach błąkał się szelmowski uśmiech.

– Nie mogę tak po prostu cię zostawić, mi amora.

–Chyba już gdzieś to słyszałam – mruknęła Erendis. Z satysfakcją dostrzegła cień smutku w jego oczach.

– Chodzi o to, że przyjąłem zadanie – rzucił w końcu.

Erendis spojrzała na niego zdumiona.

– Eamon wynajął mnie, żebym odnalazł wytatuowanych zabójców.

– Co?

– Zapłacił mi, żebym dowiedział się, kto próbuje dorwać jego sojuszniczkę.

Erendis wstrzymała powietrze w płucach. A więc wcale nie chodziło o jej bezpieczeństwo. Absurdalnie to właśnie zabolało. Nie został dla niej, tylko dla pieniędzy. Opuściła wzrok mając nadzieję, że nie dostrzegł zawodu malującego się na jej twarzy.

– Więc powinieneś ich szukać, a nie siedzieć tutaj.

– Po co ich szukać dolce cour , oni sami nas znajdą, a raczej ciebie – objaśnił, szczerząc się jeszcze szerzej.

Westchnęła ciężko. Eamon nie powinien stawiać jej w takim położeniu. Będzie musiała znosić elfa, Stwórca wie jak długo. Sfrustrowana potarła czoło ręką.

– A gdybym po prostu kazała wyrzucić cię za mury?

– Dobrze wiesz, że i tak wrócę – zaśmiał się podnosząc z krzesła.

– Twierdza jest dobrze strzeżona, nie wejdziesz.

– Czyżby? – stał już przy drzwiach. – Wczorajszej nocy zwiedziłem cały zamek, dziedziniec i podzamcze i nikt mnie nie zatrzymał. Gdyby skrytobójcy chcieli, wśliznęliby się do twojej komnaty tak, jak ja to zrobiłem kilka chwil przed świtem – szepnął spoglądając w jej granatowe oczy. Erendis zaniemówiła. Wczorajszej nocy, ona i Nate… Czuła, jak rumieniec wykwita na jej policzkach. Opuściła głowę, chcąc ukryć swoje zażenowanie. Chciała coś powiedzieć, ale elf już wyszedł zamykając za sobą drzwi. Zostawił ją z dziwnym poczuciem winy.

– Cholera – mruknęła. – Czemu mam mieć wyrzuty sumienia? Nie jestem mu nic winna. Nic! – wymruczała mocno poirytowana.

~o~

– Przyłącz się do nas, bracie. …. – jej głos odbijał się echem w wysoko sklepionej komnacie.

W rękach trzymała ciężki, złocony puchar. Przed nią, wspierając się na ramieniu Nathaniela i Cody'ego, stał Will. Był bardzo blady, usta zsiniały mu, trząsł się jak osikowy listek na wietrze. Widziała to wiele razy i najczęściej jedyną pomocą, jaką mogła zaofiarować była szybka śmierć. Możliwe, że i w tym przypadku tak miało się stać. Wszystko w rękach Stwórcy – pomyślała.

– Przyłącz się do nas, do ukrytych w cieniu – wypowiadając słowa patrzała mu w oczy, odwzajemniał jej spojrzenie. Wydawał się spokojny, zdeterminowany. Nie potrafiła tego nazwać, ale czuła, że w tym chłopaku jest coś niepokojącego, jakaś przepaść, tajemnica.

– Przyłącz się do nas, pełniących wieczną służbę….

Zerknęła w głąb pucharu, gdzie krew pomiotów mieszała się z innymi magicznymi składnikami. Teraz wiedziała, że był wśród nich elfi korzeń, lyrium, embarium i jeszcze inne rzadkie składniki, w tym krew arcydemona. Pamiętała zapach tego wywaru, jego gęsty słodko–gorzki smak, gdy przelewał się jej przez gardło.

Podała kielich Williamowi, a ten zdecydowanym ruchem podniósł go do ust. Opróżnił zawartość jednym haustem, dostrzegła jego rozszerzone źrenice, jego wzrok wbity w nią.

Gęsta, lepka ciecz spłynęła w dół jej gardła pozostawiając nieprzyjemny posmak na języku. Czuła to, jak spływa w dół jej przełyku, pozostając nienaturalnie chłodna, jakby przebijał ją sopel lodu. Żołądek zareagował konwulsjami, poczuła smak żółci w ustach, to było tak jakby jej własne ciało chciało pozbyć się tej substancji. Zacisnęła mocno zęby, aby nie zwymiotować. Zamknęła oczy i nagle poczuła to. Zimny sopel zmienił się nagle w potworny żar rozpełzający się po ciele, pulsujący w takt bicia serca. Miała wrażenie, że coś ją zżera od środka, coś się w niej porusza wbrew woli. Zatrzęsła się, dreszcz, jeden za drugim przebiegał mięśnie, zacisnęła dłonie w pięści starając się oddychać jak najgłębiej. Alistair stał przy niej, podtrzymując ją by nie osunęła się na podłogę. Była świadoma jego obecności, a raczej tego, co było w nim, skażenia. Potem przyszedł rozdzierający ból w każdym mięśniu, każdej cząstce ciała. Ale i to nie było najgorsze. Pod zamkniętymi powiekami zobaczyła obraz, wszystko czerwone, zniekształcone. Słyszała głosy, potworny jazgot, ryk i zgrzyt, i to wszystko jednocześnie było straszne i piękne, nie mogła się temu oprzeć. Zobaczyła go – potworna istota, skąpana w czerwieni, okryta ogniem. Jedynie z zarysu przypominała olbrzymiego smoka, można było spojrzeć poza tę formę, dostrzec wnętrze gorejące mocą. On ją przywoływał, przyciągał.

Ponad wszystko chciała podążyć za wezwaniem, ale jakaś cząstka niej nadal myślała racjonalnie, nadal opierała się mocy tej porażającej istoty. Z całych sił starała się otworzyć oczy, ale okazało się, że nawet patrząc przed siebie, na posadzkę kamiennej sali twierdzy Ostagaru, nadal widziała tę istotę, słyszała jej głos. Nie, Stwórco! Niech to się skończy! Niech to zniknie! Każcie mu przestać wołać. Każcie mu zamknąć się. Nie mogę tego znieść! Nie mogę…

Pochyliła się nad leżącym na posadzce chłopakiem. Delikatnie obróciła go na plecy. Był nieprzytomny, ale oddychał. Dotknęła jego spoconego czoła. Uśmiechnęła się do stojących wokół niej Strażników.

– Będzie żył – oznajmiła.

~o~

Erendis siedział na schodach wiodących na wewnętrzny dziedziniec. Obszerny plac wybrukowany granitowymi płytami, otoczony z trzech stron ścianami zamku, z czwartej otwierał się na ogród. Był to jedyny tak duży plac w twierdzy i od samego początku służył Strażnikom i żołnierzom do ćwiczeń.

Przynajmniej trzy razy w tygodniu w porannych godzinach zbierali się tu jej towarzysze, by razem ćwiczyć i uczyć się od siebie nawzajem. Trening był przydatny, aby utrzymać wszystkich w dobrej kondycji. Od dłuższego czasu w okolicach Amarantu nie widziano pomiotów i Strażnicy nie mieli wielu okazji do ćwiczenia walki w zespole. Czasem zdarzały się drobne utarczki z bandytami lub niespodziewany napad korsarzy na wybrzeżu. Nic, co by stanowiło wyzwanie dla doświadczonych wojowników.

Komendantka z dumą spojrzała na swoich podkomendnych. To prawda, w Fereldenie było niewielu Szarych Strażników, zastępy w Wolnych Marchiach czy w Orlais był znacznie liczniejsze, jednakże Erendis stawiała na jakość. Obecnie było ich dziewięcioro i każde z nich posiadało unikalne zdolności i umiejętności, które wyróżniały ich na tle innych. W koszarach przebywało jeszcze kilku rekrutów, którzy pragnęli przyłączyć się do Szarych. Erendis nie śpieszyła się z wyborem, młodzi musieli wykazać się sporymi umiejętnościami, trenowali pod okiem Oghrena i Nathaniela, ale przed wszystkim musieli okazać się oddanymi sprawie. Nie chciała popełnić błędu, jakim była rekrutacja Andersa i Velany.

Komendantka spojrzała na walczących na placu. Ohren i sir Roger przeciwko Cody'emu i Williamowi.

Przyłączenie zawsze było dla niej niezmierne trudnym i traumatycznym przeżyciem. W ciągu tych kilku lat odkąd została komendantką, kilkakrotnie musiała pogodzić się ze śmiercią rekrutów podczas Dołączenia. Osobom, które rekrutowała, zawsze mówiła prawdę. Dołączenie mogło zakończyć się śmiercią. Wielu chętnych rezygnowało. Uważała, że tak jest lepiej, ona miała spokojne sumienie, a do Straży trafiali tylko ci z mocną motywacją, zdecydowani oddać życie w walce przeciw pomiotom.

Spoglądała na Williama. Chłopak przeżył Dołączenie i doszedł do zdrowia zadziwiająco szybko. Teraz był już w stanie ćwiczyć razem z innymi. Był bardzo zwinny, szybki i precyzyjny. Może nie posiadał takiej krzepy jak Oghren czy Nate, nie był też tak doświadczony jak sir Roger czy Cody, ale jego taktyka, sposób poruszania się sprawiały, że był naprawdę skuteczny. Martwiło ją tylko to, że był tak zamknięty w sobie. Stronił od towarzystwa innych, nie opowiadał o sobie, o tym co robił wcześniej. W rozmowie, jaką z nim przeprowadziła tuż po tym, jak oprzytomniał, powiedział, że jego rodzina zginęła podczas napadu pomiotów, że po ich śmierci zaciągnął się do najemników Czerwonej Stali, a gdy spotkał jej konwój, był właśnie w drodze do Denerim. Zdawała sobie sprawę, że było w nim dużo gniewu, ukrytego gdzieś pod twardą skorupą obojętności. Miała nadzieję, że z czasem przywyknie do swoich nowych braci i sióstr, otworzy się na nich, zżyje z nimi. Na to potrzebny był czas.

– Wystarczy – przerwała sparing. – Myślę, że jest remis – oświadczyła, gdy walczący podeszli do niej.

– Na kudłate tyłki Patronów, nie!– wrzasnął krasnolud. – Właśnie miałam nakopać temu skubańcowi – kiwnął głową w stronę Cody'ego.

– Musiałbyś najpierw dostać nogą do mojego zadka, konusie.

– Co nie byłoby takie trudne, gdybym cię najpierw obalił, chuderlaku.

– Jedyne, co jesteś w stanie obalić to kilka butelek siwuch, śmierdzielu – zachichotał Cody.

– A i to nie zawsze – dorzucił Adril.

– Całujta pomioty w dupsko, ja wam dzisiaj pokażę, przed północą będziecie wszyscy leżeć pod stołem – zawołał z pasją Ohgren.

– A ty będziesz na stole – rzuciła Erendis z filuternym uśmiechem – tańcował?

– Raz się zdarzyło i będą mi wypominać do końca świata – krasnolud sapnął. – Hej, ty tańcowałaś ze mną – wskazał na nią palcem.

– Założę się, że to był o wiele przyjemniejszy widok niż twój tłusty tyłek podrygujący w takt oberka. – Nate uśmiechnął się przebiegle.

– I był – usłyszała za sobą głos Zevrana. Jak to miał w zwyczaju, elf zjawił się nie wiadomo kiedy i skąd. Stał tuż przy niej uśmiechając się swoim najbardziej zmysłowym uśmiechem.

Popatrzyła na niego. W jego oczach mogła dostrzec ogień pożądania, zupełnie tak samo, jak tamtej nocy w tawernie, w Diamentowym Zakątku.

To była noc pełna szaleństwa i śpiewów. Właśnie wrócili z karkołomnej wyprawy z Głębokich Ścieżek. Harrowmont zasiadł na tronie i całe miasto odetchnęło z ulgą. Oni otrzymali przyrzeczenie wsparcia, gdy nadejdzie chwila ostatecznej bitwy. Czegóż można było chcieć więcej? Wszyscy przychodzący do tawerny chcieli się napić z czempionem Harrowmonta, tą, która osobiście rozmawiała z patronem Caradinem, a ona nie odmawiała.

Sala była pełna wpółpijanych krasnoludów. Barmanki nie nadążały z napełnianiem kufli. Żywiołowa krasnoludzka muzyka mieszała się z gwarem rozmów i śmiechów.

Zev siedział w rogu spoglądając płomiennym wzrokiem na swoją Szarą Strażniczkę. Ignorował rozmowy wkoło wodząc oczami za Erendis.

Wcale nie jestem pijany – żachnął się Oghren.

Jesteś pijany – potwierdziła Wynne.

Nie.

Tak! – Morrigan spojrzała na niego znad swojego kufla. – Jesteś pijany, śmierdzący odchodzie bryłkowca.

Za słabe! – zawołał krasnolud – Słabiutkie, złośliwa, chuderlawa dziwko. – Popijając z kufla wyszczerzył się do apostatki. Nie wiadomo, czemu oboje znajdowali wielką przyjemność w obrzucaniu się paskudnymi wyzwiskami.

Dajcie już spokój – jęknęła Lel. – Nie mogę tego słuchać.

To jest bez sensu – mruknęła Wynne wstając zza stołu z zamiarem odejścia.

Zgadzam się – stwierdził Sten, który przez cały czas nie wypił ani łyka alkoholu. – Nie rozumiem, czemu tu jeszcze jesteśmy?

Rozmowy jego towarzyszy docierały do niego tylko połowicznie, nie mógł się na niczym skupić, gdy Eris była w pobliżu. Widział ją, jak stała przy kontuarze, rozmawiając z jakimś orzammarskim arystokratą. Miała wypieki na twarzy, oczy lśniły dziko w blasku świec, na czerwonych ustach błąkał się złośliwy uśmieszek. Dwa czarne warkocze opadały na plecy. Miała na sobie białą, jedwabną bluzkę i obcisłe skórzane spodnie podkreślające jej zgrabne pośladki i uda. Zev oblizał wargi. Sypiali ze sobą od miesiąca, a ciągle budziła w nim niesamowite pożądanie. Elf zastanawiał się, czy podniecenie jakie czuł, gdy była blisko, kiedykolwiek osłabnie. Żadna kobieta wcześniej nie była w stanie tak mocno zaleźć mu za skórę, nawet Rinna…

Złowił jej wzrok, gdy zbliżała się do ich stołu niosąc cztery pełne kufle piwa. Uśmiechnęła się do niego zmysłowo, stawiając przed nim piwo. Podała też napitki Lel i Morrigan. Czwarty uniosła do ust.

A dla mnie? – Oghren wstał ze swojego miejsca zataczając się lekko. Żeby nie upaść, oparł się o Lel, ta prychnęła marszcząc nos.

Myślę, że tobie już wystarczy – zaśmiała się Eris. – Jeszcze chwila i stoczysz się pod stół.

Nie pierwszy i nie ostatni raz – mruknęła Morri.

Co? Na Kamień! Z łatwością zatańczę oberka na tym cholernym stole.

Eris prychnęła pijackim śmiechem.

W przeciwieństwie do ciebie – dorzucił krasnolud, łypiąc na nią spode łba. – Jesteś ululana.

Strażniczka poniosła się z ławy.

To wyzwanie?

I oto po chwili, przy ogólnym wybuchu wesołości, oboje z Oghrenem wdrapywali się na stół. Lel zaśmiewała się z obojga, gdy przy wtórze gawiedzi tańczyli na kamiennym blacie roztrącając puste kufle. Sten kręcił głową z dezaprobatą, Morri przewracała oczami. Wynne natomiast, zupełnie niespodziewanie, klaskała do taktu.

Zev nie widział nic prócz Strażniczki. Jej długie warkocze wirujące, gdy robiła zamaszyste obroty. Rozogniona twarz, roześmiane oczy, lekko otwarte usta. Piersi podskakujące w takt muzyki, kołyszące się biodra. Czuł jak żar rozlewa się po jego podbrzuszu, jak jego organ twardnieje od samego patrzenia na nią.

Muzyka ucichła i Eris zeskoczyła ze stołu. Ohgren, który trzymał się dzielnie, na koniec wykonał niezgrabny piruet, po czym runął z blatu, przy głośnym ryku otaczających go biesiadników.

To chyba oznacza, że wygrałam zakład – zawołała Erendis unosząc kufel ponad głowę. – Za króla Harrowmonta! – krzyknęła i odpowiedział jej tłum krasnoludów.

Nic mi nie jest – oznajmił spod ławy Oghren i ręką wymacał kufel ściągając go z blatu pod stół.

Strażniczka podeszła do elfa, zalotnie kołysząc biodrami.

Jesteś dzisiaj zadziwiająco milczący – mruknęła siadając mu na kolanach. Wyraźnie czuł żar jej ciała, jej obezwładniający zapach, przed oczami jej piersi okryte delikatnym materiałem bluzki. Miał wielką ochotę chwycić jedwab i rozedrzeć go, aby tylko jak najszybciej dostać się do jej krągłych, jędrnych piersi.

Przedkładam obserwowanie nad debatowanie, mi Amora – objął ją w tali przyciskając do siebie.

Od kiedy? – zachichotała, ręką przesuwając w dół jego torsu, aż zahaczyła o pas u jego spodni. Potem jej ręka powędrowała jeszcze niżej, dotykając jego nabrzmiałej męskości. Uśmiechnęła się uwodzicielsko nachylając się do jego ucha.

Chciałbyś może prywatny pokaz tańca?

Mruknął namiętnie przyciągając ją do siebie jeszcze bliżej.

O niczym więcej nie marzę.

Czy wy nie możecie się opanować? – syknęła Morrigan.

I tak cały Orzammar już wie, że Strażniczka sypia z elfem – westchnęła Wynne.

Po prostu mi zazdrościcie – Erendis odwróciła się do czarodziejek z szelmowskim uśmiechem.

Ta, jasne – Morri pociągnęła solidny łyk z kufla. – Bardzo tęsknię za wstydliwymi chorobami.

Tęsknię?– Wynne uniosła jedną brew z niedowierzaniem spoglądając na apostatkę.

Jęk niezadowolenia Morigan zagłuszył wybuch śmiechu reszty towarzystwa. Jedynie Sten skrzywił się z obrzydzeniem.

To co z tym prywatnym pokazem? – mruknął elf do ucha Strażniczki.

– Znowu się na mnie gapisz – powiedziała, odwracając głowę tak, że nie mógł spojrzeć w jej oczy.

– Zamyśliłem się.

– A to dopiero nowina – zawołał Oghren podchodząc do Erendis. – Nie wiedziałem, że potrafisz.

Elf spojrzał na niego z rozbawieniem.

– Wszyscy wiedzą, że twoja głowa jest ci potrzebna, tylko po to żeby deszcz nie napadał ci do szyi.

– Od czasu do czasu przydaje się jeszcze walnąć kogoś z czółka –– zawołał Nate zbliżając się do schodów. – Walnąć z czółka sześciolatka, do każdego innego przeciwnika krasnolud jest zmuszony podskakiwać.

– Albo dostawiać stołek – dorzucił wesoło Cody.

– Albo prosić napastnika, żeby na chwilę ukląkł – parsknęła Erendis, obdarzając rudzielca krzywym uśmiechem.

– Ależ, co ja miałem powiedzieć? – Zev zignorował gwarzących Strażników zwracając się ku komendantce. – Ach tak, pani Woosley mówiła, że przybył goniec z listami, pomyślałem, że może chciałabyś to wiedzieć cara.

Erendis spojrzała za siebie, gdzie na schodach siedzieli strażnicy.

– Dobrze, poćwiczcie w grupach. Oghren, Cody, Bethany i sir Roger na pozostałych. Widzimy się na obiedzie.

Idąc w kierunku gabinetu przeglądała listy. Była długo wyczekiwana wiadomość od Fergusa, był list od Wynne, listy od Eamona i jakieś urzędowe pismo z królewskiej kancelarii. Nie zdążyła jednak zajść daleko, gdy usłyszała krzyki dobiegające z dziedzińca. Śpiesznie skierowała się w tamtą stronę, zastanawiając się, co wywołało taki harmider. W drzwiach zderzyła się z Hyrmielem, elf wyglądał na oszołomionego, jego ubranie było pokryte czymś czarnym, co przypominało sadzę, włosy nad czołem miał opalone, czuła od niego dym.

– Co się dzieje?

Spojrzał na nią niepewnie.

– Zaklęcie…. Ogień… Coś wybuchło, nie wiem… – wyrzucił z siebie, mijając ją.