Mam nadzieję, że wam się spodoba. Jest napisane trochę inaczej niż pierwsza część, liczę jednak na to, że utrzymałam poziom.

Sakuja


CIĄGOTKI (cz, 2)


Historia Kawy i herbaty


Obserwowanie go na co dzień, jest fascynujące i pociągające, ale… Patrzenie jak robi kawę czy herbatę, to niczym podziwianie najznamienitszego spektaklu, z udziałem najznakomitszych aktorów.
Najpierw staje lekko na palcach i sięga do wyższej półki po kubki, dwa. Nawet jeśli nie ma mnie w pobliżu, zawsze robi napój także dla mnie.
Zawsze o mnie myśli, to sprawia mi przyjemność, mój kapitan o mnie pamięta.

Nalewa do czajnika wodę, robi to starannie, skupia się zawsze na tej czynności, z maniackim uporem próbuje nie rozlać nawet kropli. To się nigdy nie udaje. Zawsze coś się rozleje, chociaż on usilnie próbuje to szybko zetrzeć i zamaskować.
Przy aneksie kuchennym trzyma ściereczkę wyszywaną w kwiaty wiśni, wyciera nią wszystko. Każdy kubek przeciera po sto razy, czajnik tak samo, wszystko stara się robić perfekcyjnie.

Kiedy parzy kawę, skupia się na każdym ziarenku, które wrzuca do kubków. Dosłownie. Powoli, tymi smukłymi palcami, przesuwa po blacie, ostrożnie wybierając łyżeczką małe ilości ziaren kawy, nie chce rozsypać nawet najmniejszego ziarnka. To fascynujące. Akurat tutaj, zawsze wygrywa.
Herbatę szykował podobnie, ale przebłagałem go i zakupiliśmy do oddziału normalną herbatę w normalnych torebeczkach, dzięki czemu już nie wyszukuje, chyba dla zabawy, tych liści ziół (mięty, melisy, herbaty), które podobają mu się najbardziej. To zawsze trwało wieki. Wybierał po siedem liści na kubek, zawsze tracąc ponad pół godziny, na jeden.

Dosłownie tuż, przed zagotowaniem się wody, dodaje miód. W gabinecie kapitana nie ma cukru, cukier nie istnieje – tylko miód. Miód, albo nic.
W tym momencie jestem czasami zazdrosny. Nabiera złocistą substancję na łyżeczkę, często przy okazji bierze do ust małą porcję, przymyka powieki i pomrukuje.
Podjada, chociaż prędzej przyznałby się do naszego związku, niż do swojego nawyku pałaszowania słodkości.

W końcu zalewa herbatę bądź kawę wrzącą wodą, miesza łyżeczką i ewentualnie dolewa mleka.
Biorąc pod uwagę, jak bardzo angażuje się w szykowanie napojów, to aż szokujące, że po piętnastu minutach stawia dwa kubki na biurku. Oba wypełnione ambrozją, którą stworzyły jego delikatne dłonie.

Patrzę na niego, co dziennie, kiedy unosi kubek i z niejaką fascynacją kołysze dłońmi, obserwuje przez chwilę napój, zapewne przypominający kawowe lub herbaciane morze, na którym pojawiają się delikatne fale.
Mruży powieki przysuwając naczynie do ust i pijąc ostrożnie, aby się nie poparzyć. Małymi łyczkami, delektując się najdrobniejszą porcją wykonanego przez siebie dzieła.

Nigdy nie potrafię oderwać wzroku od mojego kapitana, kiedy zachowuje się w taki sposób, kiedy robi coś takiego. Zawsze w końcu ulegam, podchodzę, pochylam się do niego, bo przeważnie siedzi przy biurku i ostrożnie zabieram mu kubek. Chociaż robię to co dziennie, on wciąż ma odrobinę zdziwienia w oczach.
Schylam się jeszcze niżej i łączę nasze wargi w miękkim, leciutkim pocałunku. Takim drobnym, czułym, zawsze szczerym. To jak moje podziękowanie.

Nigdy nie potrafię mu odmówić, kiedy uchyla wargi w swój specyficzny sposób i łagodnym głosem proponuje mi kawę lub herbatę.