Wybaczcie tak długą przerwę, ale wróciłam z dzielnej emigracji i rozdziały powinny ruszyć porządnie do przodu :)
Pozdrawiam i zapraszam do czytania :)
Rodney starał się nie spłoszyć Przewodnika i to było to na tyle trudne, że każdy kto nawinął mu się pod rękę był tylko większym idiotą. Najpierw Grodin zapomniał włączyć czynnik grawitacyjny w obliczenia, jakby to było całkiem logiczne, że Ziemia nie ma atmosfery. Miko potknęła się, wpadając mu pod nogi i naprawdę nie rozumiał, co ten śmieszny żołnierzyk robił kilka kroków za nim, gdy Rodney oprowadzał Johna po laboratoriach.
- Jakie masz rozkazy? – spytał przez zaciśnięte gardło.
Jeannie uważała, że powinien się wykazać gościnnością i dobrą wolą. Wziął wiec cholerne wolne czego nie robił od 1994, od czasu, gdy urodziła się Maddie. I wszyscy w laboratorium patrzyli na niego jak na wariata. Jakby miał się zaraz rozpaść. Był Strażnikiem, a nie psychopatą. Miał prawo do wolnego – nawet jeśli okazja pojawiała się raz na dziesięciolecie. Sądząc zresztą o tym jak daleko Zelenka posunął się w badaniach bez niego – nie mógł sobie pozwalać na urlop częściej niż raz na dwadzieścia lat.
John spiął się wyraźnie i Rodney wiedział, że nie powinien pytać. On i jego za długi język jednak dały o sobie znać. John nazywał go cały czas doktorem McKayem i zapewne chciał utrzymać między nimi stosunki na linii oficjalnej. Nie mógł go za to winić i zamierzał postarać się, aby Mitchell zapłacił za głupotę, którą zrobił. Chociaż Carter cały czas broniła Cama, że podobno miał dobre intencje. I dogadał się z Johnem, w co Rodney jakoś nie wierzył.
- Mam rozkaz tutaj pozostać – przyznał w końcu Przewodnik tonem tak zduszonym, że coś przewróciło się w żołądku Rodneya. – Wiem, że to nie twoja wina. Mitchell jest ignorantem. W zasadzie wiedziałem, że jest ignorantem, bo tylko taki pacan nie powiadomiłby pogotowia, że pacjentem jest Strażnik.
- Och, Mitchell nie słynie z wartkiego umysłu, ale nikt go nie zatrudnił po to, aby myślał – stwierdził Rodney, starając się trzymać na taką odległość od Johna, aby się nie dotykali.
Na tyle blisko jednak, aby czuł ciepło jego ciała.
Przewodnik spojrzał na niego z ukosa.
- Gdzie to zatem stawia mnie? Mnie zatrudniono, żebym tutaj egzystował. Ode mnie dopiero niczego nie wymagają – odparł John.
I nie, Rodney nie chciał, aby tak go zrozumiano. Wcale mu o to nie chodziło.
- Nie panikuj. Złe rzeczy się dzieją, gdy tracisz panowanie nad sobą – dodał John spokojnie. – Jestem trochę poirytowany, ale to przejdzie. Zawsze przechodzi – powiedział o wiele ciszej i Rodney może nie powinien tego był słyszeć. – Czym się tutaj faktycznie zajmujecie? – spytał ciekawie Przewodnik.
Rodney po raz pierwszy nie chciał mówić o pracy. Normalnie fascynował go ten temat i mógłby nawijać aż jego siostrzenica zaśnie, a Kaleb zabierze się za kolejny kieliszek wina, ale wtedy nazywał siebie geniuszem. I Jeannie przestrzegała go nie raz, że to nie brzmiało dobrze w jego ustach. Powinien czekać na pochwały innych, ale one nigdy nie nadchodziły w odpowiednim czasie. Rząd sądził, że skoro ich finansował, mógł zabierać i nie dziękować. Kanadyjczycy tak nie postępowali. Rodney dokonywał tak wielu epokowych odkryć w ciągu miesiąca, że nie nadążał z pisaniem artykułów.
John jednak nie musiał tego wiedzieć. Wątpił, aby Przewodnika to interesowało. Im Rodney dłużej z nim przebywał tym więcej różnic dostrzegał. John był wysoki i smukły, ale to nie oznaczało słabości. Miał mięśnie, które teraz opięte przez zwykły T-shirt prezentowały się znakomicie. Rodney pamiętał go upaćkanego w smarze i nawet z potarganymi włosami i jednodniowym zarostem John był nadal najpiękniejszym człowiekiem, jakiego Rodney widział na oczy.
Cieszył się, że Przewodnik zrezygnował z wojskowego munduru na rzecz zwykłych dżinsów – wzorem pozostałych. Obecność żołnierzy zawsze wytrącała go z równowagi i chociaż wiedział, że są tutaj, aby zapewnić mu ochronę, Rodney był w stanie udawać, że nie istnieją. Z Johnem jednak będzie trudniej. Był całkiem świadom gdzie mężczyzna znajduje się w danej chwili i bez nici w swoim umyśle. John oznaczał życie w ciągłym napięciu – słodkiej torturze, gdy pod ręką miał kogoś, kto idealnie by go dopełniał i nie mógł po niego sięgnąć. Była to prawdziwa ironia losu. Nigdy aktywnie nie szukał Przewodnika i czekał na taką szansę jak ta. I gdy nadeszła – wszystko wzięło w łeb.
- Nie wiem czy cię to zainteresuje, ale mogę ci pokazać skład broni, który Mitchell sobie tutaj założył – odparł Rodney.
Nigdy nie zastanawiał się nad tym, co robią żołnierze, gdy nie są na służbie i nagle zdał sobie sprawę, że jego kompleks nie był dostosowany do mieszkania w nim dłużej. Sam postarał się o łóżko dla siebie w firmie, bo zostawał do późna, ale pracował po kilkanaście godzin na dobę. Nie wyobrażał sobie co John miałby robić tutaj całymi dniami. Mężczyzna wspominał o bieganiu, ale na pewno nie był w stanie uprawiać joggingu przez szesnaście godzin na dobę. I Rodney nie chciał go sobie wyobrażać zamkniętego w pokoju przez cały czas.
- Sugerujesz, że jestem zbyt tępy, żeby cię zrozumieć – odgadł John i nie wydawał się urażony.
Raczej rozbawiony, co początkowo zdziwiło Rodneya.
- Nigdy bym czegoś takiego nie… - zaczął, ale słowa utknęły mu w gardle.
W zasadzie owszem wygarnąłby każdemu kto był idiotą, ale przy Johnie czuł się tak, jakby ręcznie próbował rozszczepić atom. Porównanie do projektu Manhattan było bardzo trafne. Byli jak nieudany projekt bomby – czekali aż coś wywoła reakcję łańcuchową i wybuchnął pozostawiając za sobą wyłącznie zniszczenie. Rodney chciał udawać, że między nimi jest równowaga. Chciał udawać, że są stabilni.
- Kaleb mówi, że to jest nudne – powiedział w końcu.
- Kim jest Kaleb? – zainteresował się John.
- Mężem Jeannie, mojej siostry – wyjaśnił Rodney, trochę zaskoczony, że ten temat nie wypłynął nigdy wcześniej.
- Jest fizykiem? – zainteresował się John i faktycznie wydawał się chcieć znać odpowiedź.
Prawie jakby Rodney nie nudził jego.
- Jest profesorem literatury angielskiej – odparł, starając się nie dodawać, że te studia to kompletna strata czasu.
- Humanista – prychnął jednak John z wyraźną odrazą. – Zapewne wie wiele zatem o fizyce… - dodał, spoglądając na Rodneya, jakby zachęcał go do mówienia.
- Staramy się budować mosty międzywymiarowe – przyznał więc i zerknął na Johna ostrożnie, ale Przewodnik nie przerwał mu, chcąc dalszych wyjaśnień. – Chcemy zaburzyć lokalną geometrię czasoprzestrzeni, aby utworzyć most.
- W odniesieniu do wojska, chcecie stworzyć napędy hiperprzestrzenne – odgadł John i Rodney spojrzał na niego zaskoczony.
- W skrócie tak. Znasz prace Riemanna? – nie mógł powstrzymać zdziwienia.
John uśmiechnął się szeroko.
- Nie, ale znam Einsteina. Taki facet z włosami podobnymi do… - Przewodnik urwał i dotknął swojej obecnej fryzury.
Krótkie, przystrzyżone równo kosmyki nie odstawały od jego czaszki na więcej niż kilka centymetrów. To nie było naturalne i Rodney chciał, aby wszystko wróciło do chwili, gdy poszedł podglądać Przewodnika w jego miejscu pracy. Spędził tam dłużej niż kilka minut, ale za żadne skarby świata nie przyznałby się Johnowi, że faktycznie stalkował go. Dostatecznie żałosne było już to, że wszyscy wokół widzieli, jak zachowuje się w obecności Przewodnika. Nie chciał, aby sam John wiedział jak patetycznym człowiekiem był Rodney.
- Jeśli przez przypadek otworzymy tunel, który nas cofnie w czasie, nie pozwolę Mitchellowi ich ściąć – obiecał Rodney i od razu poczuł się głupio, gdy oczy Johna zabłyszczały na krótką chwilę faktyczną wdzięcznością.
Wiedział jak bardzo ważna wolność była dla ludzi. I fakt, że utożsamiali ją z przeróżnymi rzeczami wcale nie umniejszał jej wartości. Jeśli dla Johna rozczochrane włosy oznaczały niezależność – powinny wrócić. Natychmiast. Niestety nie mógł tego sprawić, podobnie jak nie mógł się cofnąć w czasie.
- Wiedziałem, że największe rzeczy odkrywacie przez przypadek – zażartował John i Rodney nie mógł nie spojrzeć na niego ostrzej.
Normalnie potraktowałby to jako potwarz, ale ton Przewodnika był lekki, przyjazny. John nie kpił, a żartował. Było to tylko i wyłącznie zaproszenie do zabawy. Jakiej? Rodney nie był do końca pewien. Z jednej strony Jeannie miała rację – widział Przewodnika raz i nie znali się tak naprawdę. Z drugiej jednak nigdy nie wiedział o nikim innych tak intymnych szczegółów. Nie znał cudzego 'jestestwa'. Trudno było to pojąć i za każdym razem, gdy go to uderzało, musiał chwilę pomyśleć. Ich znajomość była świeża i nie chciał jej niszczyć jednym komentarzem za dużo.
- A wasz rząd za to płaci – odparł Rodney z wyraźną satysfakcją, obserwując jak John uśmiecha się tak szeroko, że w kącikach jego oczu pojawiły się zmarszczki.
Obaj nie byli już młodzi, ale twarz Przewodnika z powodzeniem można było nazwać ogorzałą. Jego skóra była nawykła do wiatru i skrajnych temperatur. Podczas gdy Rodney prawie nigdy nie opuszczał swojego laboratorium i bardziej przypominał w dotyku niemowlę niż mężczyznę. Zawsze był pulchniejszy, bardziej zaokrąglony. Przy żylastości Johna to było jeszcze bardziej widoczne.
- Więc wiesz co nieco na temat naginania czasoprzestrzeni – zaczął Rodney, nie wiedząc jak spytać wprost.
John nie przepadał za mówieniem o sobie – zauważył to już wcześniej. I teraz Przewodnik wzruszył ramionami, a jego palce dotknęły stalowej konstrukcji, którą wznieśli technicy w ubiegłym tygodniu. Rampa to był dopiero początek.
- Musisz wiedzieć co nieco, jeśli masz pilotować samolot – odparł John. – Nie zatrudniają idiotów. Te cacka są warte po kilka milionów. Nie ma pilota, który nie zastanawiał się nad tym jak unowocześnić swój samolot.
- Napędy tego typu nie sprawdziłyby się na Ziemi. Siła odrzutu oraz prędkość potrzebna do wejścia i wytworzenia podobnego tunelu są ogromne – odparł Rodney.
- Zapomniałeś również o tym, że podobny tunel zapewne wyssałby cały tlen z naszej planety – dodał John. – I nikt nie mówił, że nie możemy marzyć o podróżach kosmicznych. Nie wiem czym miałoby się różnić latanie na Ziemi, a w kosmosie.
Rodney wpatrywał się w niego w czystym szoku.
- Po to mamy astronautów – obruszył się. – Mają specjalne szkolenia…
- Jeśli chcesz stworzyć podobny napęd musisz wymyślić jak wytworzyć sztuczną grawitację. Przy podobnym skoku…
- Skoku? Och oczywiście, że to byłoby odczuwalne jako skok! Radek karmi mnie idiotyzmami od miesiąca, chciał z tego zrobić coś w rodzaju zjeżdżalni! – dodał obrażony. – To byłby skok. Przecież to takie oczywiste. Zakrzywienie wymusiłoby uczucie spadania. Astronauci obijaliby się w kabinie pojazdu.
Spojrzał na Johna, który uśmiechał się lekko, samymi kącikami ust. Nie spodziewał się, że ktokolwiek poza nim widział rzeczy tak trójwymiarowo. Cholerny Czech bez wyobraźni zawsze sobie wszystko rozrysowywał. Miko potrzebowała symulacji komputerowych. Nie chciał nawet wiedzieć co robi Grodin, aby zrozumieć co się do niego mówi przez większość czasu.
- Dalej nie sądzę, aby Air Force brało w tym udział – odparł Rodney.
- Dlaczego? Samolot to samolot. Wciskasz guzik i… - John wzruszył ramionami.
- Ale tam jest próżnia, gdyby…
- Czym się różni latanie nad pustynią od lotów komercyjnych? – spytał John, wchodząc mu w słowo.
Rodney zamrugał, bo z jednej strony chciał powiedzieć, że nie ma się pasażerów i warunki są inne. Oraz sprzęt. Jednak dostrzegał powoli o co chodzi Przewodnikowi.
- Stopniem niebezpieczeństwa – odparł więc, zgodnie z prawdą.
- Dokładnie. Technika jest ta sama – dodał John. – Macie tutaj kawał sprzętu – powiedział zmieniając temat. – Jesteś pewien, że nie skręcałeś tego sam? Poznaję technikę…
Rodney zaczerwienił się wściekle, gdy stojący na warcie żołnierz uśmiechnął się lekko.
Rodney był trochę zaskoczony, gdy ochrona powiadomiła go o nagłym najściu. Normalnie nikt specjalnie nie kłopotał się przyjeżdżać do ich firmy, która leżała na uboczu. Mieli nawet niezbyt dobre połączenie autobusowe – wyłącznie dla pracowników, którzy zdecydowali się, że jego pokoje jednak nie odpowiadają ich standardom.
Rodney miał ochotę odesłać natrętów. Tym bardziej, że znienawidzone Centrum mogło chcieć przypomnieć mu o swojej obecności. I nie chciał dostać kolejnego cienia, na którego John będzie musiał patrzeć każdego dnia. Przewodnicy przeważnie nie konkurowali z sobą, ale był pewien, że ten przysłany przez Centrum byłby dupkiem dla Johna, ponieważ mógłby w sposób taki, że Rodney nawet by tego nie wyłapał. Nie był społecznie spostrzegawczy.
Rodney spychał to na swój genialny instynkt. Normalnie nie kłopotałby się ludźmi, których nie wpuściła ochrona, ale ci nalegali i nie chcieli opuścić lobby firmy. Wyjechał na parter w towarzystwie Forda, który o wiele za bardzo pachniał Przewodnikiem. Wiedział, że znali się z poprzedniej misji Johna, ale to nadal przekraczało pewną linię.
I nie podobało mu się.
Poznał Ronona głównie po włosach, a stojąca obok kobieta też wydawała mu się znajoma. Zwalniał z każdym krokiem, orientując się nagle, że to odsiecz Johna i będzie musiał wyjaśnić jego przyjaciołom, że to wszystko jego wina. Nie zależało mu na ich aprobacie, ale jednak faktyczna nienawiść to było za wiele jak na jego nerwy.
- Doktorze McKay! – ucieszyła się Teresa…
Nie, miała bardziej egzotyczne imię.
Teyla.
- Dziękujemy, że zgodził się pan z nami spotkać – dodała kobieta, uśmiechając się do niego szeroko.
Ronon przewrócił oczami, zapewne nie zamierzając nawet udawać, że chce załatwić sprawę dyplomatycznie. Zapewne ubrał też bezrękawnik, aby Rodney widział doskonale jego ogromne bicepsy. Możliwe, że Ronon był w stanie podnieść cholerne karetki, aby John mógł sprawdzić co z podwoziem. Kaleb raz podesłał mu taki filmik, chociaż Rodney nie wiedział dlaczego ludzie tracą czas na oglądanie takich głupot.
Teraz miał o wiele poważniejszy problem. Ronon i Teyla nie mogli wiedzieć, że John jest tutaj. Mógłby ich zatem okłamać i oszczędzić sobie emocjonalnej huśtawki na resztę dnia. Ford stojący zaraz obok niego był jednak ewidentnym problemem i nie sądził, aby młody kapitan chciał zmierzyć się z Rononem nawet po to, aby kupić mu czas na ucieczkę.
- Gdzie jest Shep? – spytał wprost Ronon i Teyla rzuciła mu oburzone spojrzenie. – Wysłałeś dupka, żeby mu groził, a następnego dnia wyciągnęli go z łóżka – warknął mężczyzna i Rodney poczuł żołądek w gardle.
- Groził? Kto mu groził? – spytał niemal od razu. – Mitchell? – odgadł.
- Nie wiem. Wojskowy. Powiedział, że go zmusi do powrotu, jeśli Shep nie pomoże mu… - urwał Ronon. – Coś z tobą – zakończył niemrawo. – Masz chyba jakiś projekt, a wojsko chce ten projekt i uznali, że bez Shepa go nie skończysz. I wali mnie to.
- Chcieliśmy tylko wiedzieć, gdzie jest nasz przyjaciel – powiedziała Teyla, wchodząc Rononowi w słowo. – Dzwoniliśmy do najbliższej jednostki, ale nie chcieli nam udzielić informacji. Nie jesteśmy członkami jego rodziny poprzez krew, ale wybór – zakończyła kobieta spokojnie.
Rodney wpatrywał się w tę dwójkę dłuższą chwilę i czuł jak Ford zesztywniał obok. Dzieciak wiedział, że nie ma prawa brać udziału w żadnej jego rozmowie, ale korciło go. Zaprzyjaźnili się z Johnem i Rodney naprawdę cieszył się, że Przewodnik miał kolegów, ale nie lubił Forda. To był dzieciak, a nie mężczyzna. Był młody i energiczny. Niezbyt elokwentny również.
Tymczasem Mitchell chciał nim dodatkowo manipulować przy użyciu Johna. A jego Przewodnik odmówił – w innym wypadku przecież przyszedłby do niego sam. Rodney nigdy nie dowiedziałby się, że pomiędzy nim, a tymi ludźmi z Centrum nie ma wielkiej różnicy. I wojsko i centrum chcieli go wykorzystać. John jednak odmówił i został ukarany.
- Jest tutaj – powiedział Rodney spokojnie. – Nie możecie się z nim dzisiaj zobaczyć, ale… - urwał i wyciągnął swoją kartę dostępu. – John powinien jutro biegać w parku na tyłach budynku.
- Doktorze McKay – zaczął Ford i wydawał się oburzony.
- Ten kompleks należy do mnie i będę do niego wpuszczał, kogo mi się żywnie podoba. Możesz zabrać od nich dane osobowe i sprawdzić czy nie są rosyjskimi szpiegami – warknął, zirytowany.
Teyla zabrała od niego kartę z lekkim uśmiechem.
- Bardzo dziękujemy, doktorze McKay – powiedziała szybko.
Sądził, że odejdą, ale ona wpatrywała się w niego z czymś dziwnym w oczach.
- On jest bezpieczny. To jeden z najbardziej strzeżonych budynków w waszym kraju – poinformował ją spokojnie. –Nie wiem co miałbym powiedzieć więcej… Jutro z nim porozmawiacie. Nie wiem o jakiej porze biega…
- O piątej – odparł Ronon, kompletnie go szokując.
- O piątej? Dlaczego miałby wstawać o piątej, żeby pobiegać? – zdziwił się Rodney.
Niekiedy kładł się o piątej, ale nigdy nie wstawał tak wcześnie. Przypomniał sobie, że to jedyna rozrywka Johna i spojrzał na Ronona. Nie znali się i facet ewidentnie za nim nie przepadał. Jednak był przyjacielem Johna i musiał o niego dbać. Inaczej nie przyszedłby tutaj i nie wdawał się w pyskówkę z ochroniarzem.
- Co John lubi robić? Czyta? Chodzi do kina? – spytał Rodney ostrożnie.
Ronon spojrzał na niego jak na idiotę, ale Teyla uśmiechnęła się jeszcze szerzej.
- John uwielbia golfa, chociaż nigdy nie mamy dość czasu, aby pojechać na to spore pole, które jest niedaleko – przyznała kobieta. – Słyszałam również o tym, że nauczył Ronona gry na konsoli. Ich sławetne noce przy piwie sprawiają, że czasem chciałabym dołączyć, ale niestety to męski czas – powiedziała kobieta.
Ronon spojrzał na nią, marszcząc brwi, jakby nie pojął o czym w ogóle rozmawiają i dlaczego.
