Filigranka – dziękuję za komentarz i zapewniam, że w tym opowiadaniu Gandalf i Saruman będą się kłócić jeszcze wiele razy. :)
Ilustracja: tinyurl kropka com / k9l4mzz
Rozdział VII
Ryż
Kiedy tylko drzwi Orthanku zatrzasnęły się, oddzielając mieszkańców wieży od tych, którzy pozostali na zewnątrz, Saruman podjął temat, o którym, w świetle wydarzeń dzisiejszego dramatycznego popołudnia, Gríma miał nadzieję więcej już nie usłyszeć.
— Dlaczegoś mi, ośle jeden, o tym ryżu prawdy nie powiedział? — zapytał gniewnie Czarodziej, chwytając różdżkę tak, jakby jego zamiarem było ciśnięcie zabójczego zaklęcia, względnie rzucenie samą różdżką, w sługę.
Grímę sparaliżowało całkowicie, bowiem spodziewał się, że Saruman nawet nie zada mu żadnego pytania, a go po prostu z miejsca udusi. Zaskoczony, potrzebował kilku sekund więcej niż zwykle na obmyślenie odpowiedzi, a i ta była nie najlepsza:
— Ja... eee... nie wiedziałem.
Saruman spojrzał na niego srogo.
— Tak, jasne. A w wolnych chwilach Uruk-hai uczą się grać w szachy...
W tym miejscu Gríma dostał gwałtownego ataku kaszlu, ale Saruman nie zwrócił na to żadnej uwagi, a dodał jeszcze groźnie:
— Nie wciskaj mi tu ciemnoty! A teraz zejdź mi z oczu!
— A co z nimi? — zapytał niepewnie Gríma, wymownie spoglądając w stronę zamkniętych drzwi wieży, za którymi prawdopodobnie wciąż znajdowali się wrogowie.
— Zastanowię się — odrzekł Saruman zdawkowo, po czym ruszył w górę schodów.
No to mam resztę dnia wolną... Byle do zachodu, pomyślał Gríma, nie bez ulgi spoglądając za odchodzącym Czarodziejem.
Chwilę spodziewanego spokoju zakłócało jedynie niejasne przeczucie, że jeszcze się od tego ryżu nie uwolnił. Ale czy przejmowanie się tym teraz miało jakikolwiek sens? Ostatecznie godzinę temu nie istniały dla niego żadne widoki na przeżycie, a jednak, jakby na przekór, w tej chwili wciąż oddychał.
Gríma ciągle jeszcze stał w holu, gdy nagle drzwiami wstrząsnęły trzy silne uderzenia. Spojrzał niepewnie w stronę wrót. Czyżby to znowu tamci? Nie... chyba nie. Gandalf pociągnąłby za sznur dzwonka, zapominając, że jest on zepsuty. A gdyby to byli Rohirrimowie, to nie bawili by się w takie subtelności jak pukanie, a raczej z miejsca zabrali za wyważanie drzwi.
— Kto tam? — zapytał na wszelki wypadek.
— Nazgûl.
— Tak, jasne, a może sam Sauron od razu? — zakpił Gríma.
— Ssssszlag może trafić! — dobiegła zza drzwi gniewna odpowiedź. — Dlaczego nigdy mi nie wierzą?! Mam tutaj tak sssterczeć, czy może mi ktośśś łassskawie otworzy?!
Gríma wzruszył ramionami, stwierdził, że mu już wszystko jedno, nawet jeżeli jest to Éomer, i otworzył drzwi.
Na progu stał Nazgûl. Jednak nie z wyciągniętym mieczem w garści, jak można by się spodziewać po tego rodzaju gościu, który z pewnością nie wpada na popołudniową herbatkę. W niewidzialnych dłoniach, okrytych stalowymi rękawicami złożonymi z metalowych płytek, trzymał czarną, skórzaną torbę, z wytłoczonym symbolem Płomiennego Oka. Dostrzegłszy, że mu otworzono, pogrzebał chwilę w jej wnętrzu, po czym wyjął z niej niewielką kartkę, starannie złożoną i zalakowaną pieczęcią z wizerunkiem węża.
— To dla Sarumana Białego — oświadczył. — Przekazać — dodał groźnie.
Gríma tylko kiwnął głową, nie śmiejąc spojrzeć w czarną pustkę pod obszarpanym kapturem. Wbił wzrok w złożony pergamin, szczególnie zaś w zagadkową pieczęć. Z czymś mu się ten znak kojarzył, ale obecnie nie miał głowy do skojarzeń. A że heraldyka nigdy nie była jedną z jego mocnych stron, nawet nie trudził się, by głębiej zastanawiać się nad tą kwestią.
Nazgûl, najwyraźniej z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku, zarzucił sobie torbę na ramię i zaczął schodzić na dół, gdzie oczekiwał nań jego skrzydlaty wierzchowiec, wielkości sporej stodoły.
Saruman postanowił zrobić sobie luźny wieczór. Przywidział swój nieoficjalny strój, na który składał się czerwony szlafrok oraz bamboszki z owczej wełny i teraz zażywał odpoczynku, bujając się lekko w fotelu na biegunach, przykryty kocykiem (czarnym, ze znakiem Białej Ręki), z filiżanką herbaty w dłoni, usilnie starając się zapomnieć o Gandalfie, ryżu, Isengardzie obróconym w ruinę i przegranej w Helmowym Jarze; niekoniecznie w tej kolejności.
Odpoczynek Sarumana trwał nie dłużej niż kwadrans, bowiem za Białym Czarodziejem bezszelestnie pojawił się Gríma.
— Jeżeli nie przeszkadzam... — zaczął niepewnie.
— Przeszkadzasz oczywiście — warknął Saruman w miejsce odpowiedzi, powoli otwierając oczy, ale nie zaszczycając go nawet spojrzeniem. — Czego znów chcesz? — mruknął niechętnie. — Mam nadzieję, że masz ważny powód, bo jak nie...
— Przed chwilą przyniósł to jeździec z Nazgûl Horse Ekspress — rzekł Gríma cicho, podchodząc bliżej. Podał Czarodziejowi złożoną kartkę, opatrzoną pieczęcią.
Saruman wyraźnie się ożywił. Złamał pieczęć, rozłożył list i błyskawicznie przeczytał krótką treść.
— Szybcy są! To moje potwierdzenie zamówienia! — rzekł z zadowoleniem.
— Potwierdzenie zamówienia? — zapytał Gríma ze zdziwieniem. Sekundę później ugryzł się w język, przypominając sobie poniewczasie, że ledwie chwilę temu obiecał sobie nie odzywać się niepotrzebnie.
— Tak, z Haradu. Będzie jutro rano. Wspaniale! — Saruman jeszcze raz przebiegł wzrokiem tekst, po czym schował list do kieszeni.
Czarodziej nie powiedział nic więcej, a Gríma wolał na wszelki wypadek nie wiedzieć.
— To wszystko?
— Nie... mam wieści... — powiedział Gríma niepewnie i urwał.
— No i..? — Saruman zaczął się niecierpliwić.
— Ale może najpierw odstaw herbatę na... bezpieczną odległość, mój panie — zasugerował Gríma.
Zaczekał, aż Czarodziej odstawi na podłogę filiżankę i dopiero wtedy powiedział:
— Gandalf tu idzie.
Donośny huk, jaki rozległ się echem w całej wieży, dobitnie świadczył o tym, że fotel wraz z jego właścicielem stracił stabilność...
— Jesteś doprawdy bardzo uparty Gandalfie! Czy ja nie mogę mieć odrobiny spokoju? Nikt ci nigdy nie powiedział, że o tej godzinie nie składa się wizyt?!
— Na spokój trzeba sobie zasłużyć... — odparł Gandalf, aczkolwiek dopiero po trzech minutach, bowiem zatkało go trochę na widok szlafroka Sarumana. Barwa nieoficjalnego stroju Białego Czarodzieja wywołała u niego lekki szok kolorystyczny i chwilę zajęło mu dojście do siebie. Drugie tyle potrzebował na odzyskanie głosu.
— Tak, ja widocznie nie zasłużyłem — rzekł zgryźliwie Saruman. — A jakby tego było mało, to muszę jeszcze oglądać te wasze sztandary, które psują mi kolorystykę Isengardu!
Gandalf z trudem powstrzymał się od wygłoszenia komentarza, że znacznie bardziej z dostojną czernią Orthanku gryzie się obecny strój Sarumana niźli rohańska zieleń.
Gríma westchnął. Zanosiło się na to, że obydwaj czarodzieje jeszcze sobie trochę sobie porozmawiają. Po chwili przestał nawet ich słuchać, spoglądając bezmyślnie w stronę fotela Czarodzieja, z którego ten przed chwilą zleciał. Na podłodze leżała porzucona książka. Widocznie musiała upaść Sarumanowi. Gríma zerknął w stronę balkonu, zawahał się na moment, po czym szybko, z determinacją, podniósł niewielkich rozmiarów księgę. Na czarnej, skórzanej oprawie, lśnił wypisany srebrnymi znakami tengwaru tytuł: „Drugi Pierścień Władzy".
Coś takiego! To chyba jakiś apokryf, pomyślał, przekartkowując kilka pierwszych rozdziałów. Wolał jednak nie podpadać już bardziej Sarumanowi, więc czym prędzej odłożył książkę na jego fotel, zwłaszcza że z tego, co mógł usłyszeć, konwersacja Istarich najwyraźniej dobiegała końca.
Saruman wrócił z balkonu nad podziw szybko. Gríma sądził, że będą rozmawiać znacznie dłużej. Jego uwadze nie uszło, że na twarzy Czarodziej był jeszcze bardziej czerwony niż jego szlafrok.
— Wyobrażasz sobie jego bezczelność? — warknął Saruman w kierunku Grímy. — Zagroził, że złamie mi różdżkę!
Jeszcze nim Biały Czarodziej zszedł z balkonu, Gríma przezornie wycofał się ze środka komnaty, pod ścianę, w cień. Teraz nie skomentował w żaden sposób tej uwagi, i tak wygłoszonej bardziej w przestrzeń niż do niego.
Saruman przez chwilę krążył nerwowo po komnacie, po czym przystanął przy stole; magiczna laska Białego Czarodzieja stała oparta o jego krawędź. Wziął ją do ręki i pogładził ostrożnie, jakby spodziewał się, że na jej gładkiej powierzchni już zaczęły pojawiać się pierwsze pęknięcia i lada moment różdżka rozsypie się w pył. Pochwyciwszy spojrzenie Grímy, odstawił ją na to samo miejsce i rzekł do sługi:
— Możesz odejść, ale jutro masz być na nogach przed świtem. Trzeba będzie odebrać... ważną dostawę — zakończył tajemniczo.
Gríma, wychodząc z komnat Czarodzieja, niebezpodstawnie doszedł do wniosku, że jutro czeka go ciężki dzień. Musiał jednak sam przed sobą przyznać, że dzisiejszy pobił już chyba wszystkie możliwe rekordy. Kolejnemu naprawdę trudno będzie mu dorównać.
Aragorna zbudziło dziwne uczucie.
Ktoś energicznie potrząsał go za ramię.
Półprzytomny, nie otwierając oczu, odwrócił się na drugi bok i szepnął błagalnie:
— Arweno, Arweno, jeszcze pięć minutek, proszę... Zaraz obejrzę twój nowy gobelin...
— Gobelin! Ja ci dam gobelin, złodzieju jeden! Nie po gobelin przyszedłem, a po moje karwasze! — rozległ się w ciemnościach pełen dezaprobaty, gniewny głos.
Aragorn w jednej chwili poderwał się i usiadł na posłaniu. Odruchowo chwycił za rękojeść miecza, który leżał u jego boku (na wszelki wypadek oczywiście; niepożądanym skutkiem ubocznym było fakt, że przy okazji odgniatał mu przez pół nocy żebra). Jednak po chwili wiedział już, że ten zabieg jest całkowicie bezcelowy. Tuż obok siebie dostrzegł kogoś, kogo nie spodziewał się już ujrzeć na tym świecie. Pomimo panujących dookoła ciemności rozpoznał go od pierwszego rzutu oka.
— Boromir?! Ale jak...?! Jakim cudem? — wykrzyknął Obieżyświat ze zdumieniem. — Przecież ty nie żyjesz! — dodał ze zgrozą, wpatrując się w majaczącą w mroku sylwetkę syna Denethora.
— Ogólnie rzecz biorąc: tak. I od razu uprzedzam, nie zadawaj żadnych głupich pytań w rodzaju: „jak tam jest?", bo to nie pora na to — odparł Boromir i dodał ponuro: — Myślisz, że tak łatwo się wyrwać z zaświatów, choćby na chwilę?
W tej chwili Strażnik w ogóle nie poczuwał się zdolny do jakiegokolwiek myślenia.
— Ale... po co wróciłeś? — zdołał zapytać, będąc szczerze przekonanym, że dalej śni, pomimo tego, że ukradkiem zdążył uszczypnąć się już ze cztery razy.
Boromir uśmiechnął się zadziornie, zupełnie jak za życia, co było o tyle dziwne, że uśmiech ten był widoczny w ciemnościach. Dopiero po chwili Aragorn zdał sobie sprawę z tego, że postać Boromira zaczęła delikatnie jaśnieć, rzucając matowy blask na wnętrze namiotu.
No nie, świecący Boromir to już za wiele, pomyślał Aragorn, dochodząc do wniosku, że cios, jaki otrzymał od jednego z Uruków podczas walki w Helmowym Jarze i któremu zawdzięczał upadek ze schodów, ma poważniejsze konsekwencje, niż przypuszczał. A może po prostu zjadł za dużo lembasów na kolację i dlatego ma teraz koszmary?
— A co? Sądziłeś, że już się mnie pozbyłeś na dobre? — zapytał zaczepnie Boromir, przerywając jego rozmyślania. — A tak w ogóle to dzięki za całkiem ładny pogrzeb... — dodał znienacka, niespodziewanie zmieniając temat.
Aragorn odruchowo lekko skinął głową.
— Dla poległych towarzyszy wszystko... — odrzekł z powagą.
— A dla żywych to warta w najciemniejszych i najzimniejszych godzinach przed świtem, co? — zapytał ironicznie Boromir, mrużąc oczy.
— Yyy... — zająknął się Obieżyświat.
— Dobra, dobra, tak nawiasem mówiąc, to wyprawiając mi pogrzeb, mogliście nieco pomyśleć... — mruknął Boromir.
— To znaczy? — Obieżyświat nie miał pojęcia o co może chodzić Boromirowi.
— To znaczy, że łódź zaraz po zleceniu z Rauros wpadła na skały... — mruknął Gondorczyk z dezaprobatą.
— Ojć...
— Ale spokojnie, nie zatonęła. One faktycznie nie toną... Jednak biedny Róg Gondoru dobiło to ostatecznie...
— Bardzo mi przykro... — wyraził szczery żal Aragorn. — Czy z tego powodu będziesz mnie teraz nawiedzać w nocnej godzinie?
— Przydałoby się... — Boromir spojrzał na niego z dziwnym błyskiem w oku. — Ale póki co miałem inne rzeczy do roboty.
Aragorn posłał mu pytające spojrzenie. W mroku było zapewne słabo widoczne, ale Boromir jakoś je dostrzegł. Może duchy widzą w ciemnościach?
— Na przykład czuwanie nad dwójką naszych młodych hobbitów... Niestety, nie było mi dane zbyt mocno ingerować w to, co się z nimi działo. Sądzę jednak, że chociaż trochę im pomogłem... — Boromir przerwał nagle, jakby nad czymś się zastanawiając. — Ale nie przyszedłem tu, by wspominać o moich dokonaniach i rozwodzić się nad tym, jak to nie dadzą człowiekowi spokoju nawet po śmierci... Teraz z kolei będę się musiał zająć Faramirem, żeby przestał pisać wiersze pod Henneth Annûn i wziął się do działania, bo w przeciwnym razie stracimy całe Ithilien...
W tym momencie Aragorn doszedł do wniosku, że to zdecydowanie najbardziej kretyński sen, jaki mu się kiedykolwiek przyśnił — Boromir-duch zwierzający mu się ze swoich przyszłych planów. Chociaż nie, jeszcze głupszy był ten, w którym śniło mu się, że został królem Gondoru...
Na widok dość wymownej miny Aragorna kapitan w końcu zdołał powrócić do poprzedniego tematu.
— Właśnie! W sprawie moich karwaszy...
— Mhm... mhm... No tak, ja wiem, że to bardzo ładny, kwiatowy wzór... — zaczął Aragorn.
— To jest Białe Drzewo! Ty mi tu nie mąć kwiatkami! Nie przypominam sobie, żebym sporządzał testament i coś ci w nim zapisywał. Ładnie to tak ograbiać zmarłych?!
— Mówiąc szczerze, tobie już by się te karwasze nie przydały...
— Ale pomimo tego mogłeś się łaskawie zapytać!
— Kogo? Byłeś już nieżywy! Miałem się pytać umarłego?
— A pewnie. Usłyszałbym. To znaczy nie ja, a mój duch.
— To co miałem zrobić? Wrócić na Amon Hen, wbiec na pagórek i krzyknąć w stronę nieba: „Hej, Boromirze, gdziekolwiek jesteś, nie obrazisz się, jeżeli wezmę twoje karwasze?!"?
— A pewnie, tego wymaga grzeczność... I etykieta.
— Gondorska etykieta obejmuje monologi skierowane do chmur? — zainteresował się gwałtownie Aragorn.
— Nie czepiaj się szczegółów! Mogłeś chociaż zachować pozory...
— Taaa... — rzekł z namysłem Aragorn. — Ciekaw jestem w jaki sposób byś mi odpowiedział...
Zapewne trzasnął piorunem, pomyślał Strażnik. Chociaż nie, to chyba jest zarezerwowane wyłącznie dla Eru...
Porzucił te filozoficzne rozważania i powiedział na głos:
— Już i bez tego wszystkiego Legolas i Gimli mają... dość sceptyczne podejście do ludzi. Jakbym zaczął gadać sam ze sobą, to prędko zaszłaby zmiana na stanowisku przywódcy drużyny...
Zapadło milczenie, przerwane nagle głośnym chrapnięciem Gimliego, który spał jak zabity po drugiej stronie namiotu. Aragorn, spojrzawszy przelotnie na krasnoluda, zaczął się zastanawiać, czy rozmowa jego i Boromira-ducha, momentami dość głośna, jest w stanie go obudzić. Najwyraźniej nie była, nawet gdyby zaczęli krzyczeć. Przez moment Obieżyświat łudził się nadzieją, że Boromir, czy też jego duch, zniknął, ale na próżno. On wciąż znajdował się w tym samym miejscu, niemal na wyciągnięcie ręki.
— Mam propozycję, Boromirze. Czy gdybym cię teraz przeprosił, korzystając z tej niespodziewanej okazji, byłoby to wystarczające zadośćuczynienie za moje przewinienie? — zapytał w końcu Aragorn, chcąc się jakoś wyplątać z tej idiotycznej sytuacji. Wyobraźnia podsunęła mu już upiorny obraz Boromira-ducha, który do końca świata snułby się za nim i nudził go o podstępem zrabow... to znaczy pożyczone, karwasze.
Boromir spojrzał na niego z zainteresowaniem. Ponieważ nie zaprotestował, Aragorn zaczął swoją uroczystą przemowę:
— Bardzo przepraszam cię, Boromirze, za bezprawne przywłaszczenie sobie twoich karwaszy i proszę o pozwolenie na zatrzymanie ich, albowiem w nadchodzącym czasie mrocznych...
— Nie! Patos sobie daruj! Bierz je sobie! — powiedział prędko Boromir.
Aragorn skinął głową. Spojrzał na Boromira uważniej i, nie bez zdziwienia, zauważył, że ten zaczął się robić przeźroczysty. Towarzysząca mu poświata przygasła i nie była jaśniejsza niż blask księżyca zasnutego chmurami.
— O do licha, nie mam już wiele czasu — mruknął kapitan, patrząc na swoją dłoń. — Nie zdążyłbym przekazać ci najważniejszego.
— Czyli?
— Czyli obecnie najbardziej istotna ze wszystkich sprawa: kwestia Isengardu. Saruman jest bardziej niebezpieczny niż by się to mogło zdawać.
— Wydawało mi się, że nie ma już takiej mocy jak przedtem... — rzekł z powątpiewaniem Aragorn. — Gandalf też tak sądzi. Dzisiaj... to znaczy wczoraj z nim rozmawiał, nawet dwa razy, i...
— Wiem, wiem, tam, gdzie teraz jestem, też ich było słychać. Ale Saruman jest przebiegły i mam pewność, że coś planuje.
— Dostałeś jakiś cynk w zaświatach?
— Nie kpij sobie! To poważna sprawa! A zresztą... pogadamy, gdy już tutaj do mnie dołączysz.
— Dobrze, już dobrze — rzekł ugodowo Aragorn. — Mhm... Jeśli wziąć pod uwagę wizytę tego Nazgûla, to może istotnie... — mruknął Obieżyświat, w zamyśleniu pocierając zarośnięty podbródek. — Ale co ja mogę z tym zrobić? — zapytał z tonem bezradności w głosie.
— Człowieku! Weź ty się w garść, jeżeli chcesz zostać w przyszłości królem Gondoru! — zdenerwował się Boromir. — Po prostu obserwuj i miej baczenie na to, co teraz będzie chciał zrobić Saruman...
— A więcej szczegółów...?
— Litości! To, że jestem duchem, nie znaczy, że wszystko wiem! Krótko rzecz ujmując: miej oczy otwarte!
Boromir był już ledwie widoczny.
— I jeszcze jedno — powiedział z wahaniem.
Aragorn spojrzał na niego pytająco.
— Może faktycznie lepiej o mnie nie opowiadaj, bo cię uznają za wariata... I tak już niewiele brakuje, żeby doszli do tego wniosku — dodał z nutką ironii. — Ja się już tutaj nie pojawię, ale pamiętaj, że cię obserwuję! — zakończył groźnie Boromir, po czym zniknął.
Strażnik jeszcze przez chwilę siedział na posłaniu oszołomiony. Zdaje się, że w tym momencie powinien się obudzić i stwierdzić, że to najdziwaczniejszy sen, jaki kiedykolwiek mu się przydarzył.
Pomijając drobny fakt, że najprawdopodobniej wcale mu się to nie przyśniło...
Po dłuższej chwili bezmyślnego wpatrywania się w majaczącą w mroku połę namiotu, Obieżyświat doszedł do wniosku, że jeżeli siedząc czuje kompletną pustkę w głowie, to z powodzeniem może ją też odczuwać na leżąco. A skoro zmiana pozycji nie wpłynęła na zmianę stanu jego umysłu, Aragorn uznał za najsłuszniejsze iść spać.
Szarość świtu dopiero ustępowała jasności dnia. Chłód panował przeszywający. Samotny Rohirrimski jeździec, którego zadaniem było pilnowanie drogi wiodącej do Isengardu, stłumił ziewnięcie i wyprostował się w siodle. Skupił wzrok na pustym gościńcu, odganiając w ten sposób na chwilę senność. Licząc dokładnie od tego miejsca, w odległości półtorej mili znajdowały się już mury Isengardu i brama, a raczej to, co z niej zostało. Jednak w tym momencie nie dało się ich dostrzec. Wszystko skrywała poranna mgła.
Od czasu kiedy objął wartę, to znaczy od przeszło dwóch godzin, nic godnego uwagi się nie wydarzyło. Minuty wlekły się niemiłosiernie. Jedyną żywą istotą w okolicy, poza jego wierzchowcem i nim samym, był ospały kruk, który drzemał na gałązce starego, poskręcanego drzewa, stojącego tuż przed zakrętem drogi. Rohirrim przez chwilę obserwował kiwającego się sennie ptaka, w nadziei, że ten może straci równowagę i zleci. Przynajmniej byłoby co oglądać. Niestety, kruk dalej tkwił na gałęzi, jakby był z nią trwale zespolony.
Jeździec zaczął się poważnie zastanawiać czy ptak w ogóle żyje.
Koń Rohańczyka parsknął, niżej opuszczając szyję i potrząsając gniewnie grzywą i łbem. Jemu też się nudziło. Rohirrim poklepał siwka po szyi i spojrzał na wschód. Słońce nie pokazało się jeszcze nad poszarpaną krawędzią górskich szczytów i szczerze mówiąc, wyglądało na to, że wcale mu się do tego nie spieszy.
Nagle jego wierzchowiec, dotychczas dość ospały, gwałtownie uniósł głowę i zastrzygł niespokojnie uszami. Jeździec również się ożywił i zdwoił czujność. Nabrawszy w jedną rękę wodze, drugą sprawdził czy miecz łatwo wychodzi z pochwy. Coś zbliżało się drogą. Chociaż zasłona mgły ograniczała widoczność i tłumiła wszelkie odgłosy, po chwili dało się słyszeć narastające dudnienie.
Poważnie zaniepokojony dudnieniem Rohirrim wytężył wzrok i zdołał dostrzec zarysy jakieś olbrzymiej postaci. Kształty stawały się coraz wyraźniejsze.
Gdy ujrzał owo coś, najpierw nie uwierzył własnym oczom. Po chwili jednak oprzytomniał i już całkowicie pewien, że wzrok go nie myli, szybko zawrócił konia i galopem popędził z meldunkiem do króla.
Wierzchowca nie trzeba było poganiać.
Wpadł do tymczasowego obozu, jaki rozbili tuż przed bramami Isengardu, przy ocalałej strażnicy. Gwałtownie osadził konia w miejscu, tak że rumak aż zarył tylnymi kopytami ziemię i zeskoczył z siodła. Dopiero teraz stracił głowę i gorączkowo zaczął zastanawiać się co robić. Z meldunkiem do króla, ale jak do króla, przecież król śpi! To może do lorda Éomera, ale gdzie jest lord Éomer?! Rohańczyk nie zdążył podjąć żadnej rozsądnej decyzji, gdy natknął się na Gandalfa, który właśnie wyszedł z namiotu. Szybko doszedł do wniosku, że to, z czym przychodzi, to bez wątpienia sprawa dla Czarodzieja.
— Panie, coś dziwnego zbliża się do Isengardu! — rzekł jednym tchem Rohańczyk.
Gandalf spojrzał na niego, unosząc brwi w zdziwieniu.
— Co masz konkretnie na myśli, Éo... Éa... eee... — Czarodziej urwał i zaczął z cicha mówić do siebie, próbując przypomnieć sobie imię Rohańczyka. — Éomundzie? Éadredzie? Eonie? Eocenie? Éoredzie...? A może Eorl? Nie, ten to był chyba trochę dawniej...
Że też wszyscy ci Rohirrimowie musieli się tak podobnie nazywać! Gandalf porzucił z góry skazane na niepowodzenie próby odświeżenia pamięci i postanowił wybrnąć dyplomatycznie. Odchrząknął i rzekł z poważną miną:
— O co chodzi, przyjacielu?
Rohirrim nie musiał udzielać odpowiedzi. W polu widzenia pojawił się olbrzymi stwór, tak że Czarodziej sam mógł całkiem dokładnie zobaczyć powód zdenerwowania Rohańczyka. Zwierzę, rozmiarów monstrualnych, dźwigało na grzbiecie rozliczne pakunki i coś na kształt niskiej wieżyczki, w której najwyraźniej znajdowali się ludzie. Zmierzało w kierunku bramy powoli, majestatycznie, poruszając leniwie i jakby od niechcenia wielkimi uszami. W oczy rzucały się potężne, zakrzywione kły, niemal sięgające ziemi, i długa trąba.
Rohirrimowie, usłyszawszy zamieszanie w pobliżu obozu, natychmiast wybiegli z namiotów; na wpół rozbudzeni, odruchowo chwycili za łuki. Jednak ujrzawszy rozmiary stwora, oprzytomnieli w mgnieniu oka i opuścili niepewnie broń. Strzelać czy nie? Potrafili walczyć z orkami, Uruk-hai, wielkimi wilkami i wargami, ale nie z czymś takim! Konwencjonalna broń wydała się nagle taka jakby nieco niewystarczająca.
Legolas, który najwyraźniej wcale nie spał, powrócił właśnie z przechadzki. Na widok stwora zatrzymał się i uniósł brwi w zdziwieniu, ale nie wyrzekł ani słowa, w milczeniu rozważając problemową naturę zjawiska.
Gimli wyszedł z namiotu. Ziewnął, rozejrzał się, ujrzał całą sytuację, po czym pędem zawrócił do środka i wyszedł z obosiecznym toporem w ręce.
— No tak, nic się nie dzieje przez cały dzień, a jak tylko krasnolud pójdzie odpocząć, to im się nagle zachciewa bitki szykować... Będzie ostro! — ucieszył się.
Ostatni dołączył do grupy król Théoden. Starannie ukrył zaskoczenie i obejrzał się niepewnie w kierunku wieży Sarumana, której sylwetka majaczyła w porannej mgle. Gdyby stwór nadciągnął z okolic Orthanku dałoby się to jakoś wytłumaczyć. Ale od strony drogi?
— Mamy atakować? — zapytał niepewnie Éomer swojego króla. Zawsze pierwszy palił się do bitki, ale wtedy, kiedy wiedział, czego spodziewać się po wrogu i w ataku dostrzegał jakieś, choćby niewielkie, szanse powodzenia. Nie zawahałby szarżować z niewielkim oddziałem na setkę wilczych jeźdźców, ale w tym wypadku rozsądek (nie bezpodstawnie) podpowiadał mu, że konnica nie da rady czemuś takiemu.
Théoden popatrzył na Gandalfa, spokojnie oczekującego, aż stworzenie się zbliży, i przecząco pokręcił głową. Ufał, że Czarodziej jakoś sobie z tym czymś poradzi.
Tymczasem stwór dotarł już w pobliże bramy. Zatrzymał się nieopodal obozu. Gdzieś z okolic wieżyczki zrzucono długą linę, która opadła aż do ziemi. Zwinnie zsunął się po niej człowiek, dość wysoki, odziany w czarno-szkarłatne szaty. Głowę i twarz miał szczelnie owiniętą kufiją. Nieliczne odsłonięte fragmenty jego oblicza ukazywały mocno opaloną, ciemną skórę. Stanął obok nogi „wierzchowca", wyciągnął zza pasa zwój, rozłożył, chwilę go studiował, sprawiając wrażenie jakby porównywał okolicę z opisem czy też może szkicem, po czym starannie zwinął i spojrzał na obecnych. Zlustrował ich dokładnie wzrokiem i odnotowawszy obecność uzbrojonych Rohirrimów, zmarszczył brwi i jakby się zawahał. Jednak gdy dostrzegł wśród nich czarodzieja w białych szatach, podszedł do grupy pewnym krokiem.
— Wyście Saruman? — zapytał bez ogródek, we Wspólnej Mowie, aczkolwiek ze śladem obcego akcentu.
— To zależy dlaczego go szukasz — rzekł Gandalf, przyglądając się przybyszowi uważnie.
— Moje zadanie nie jest tajemnicą — odparł tamten. — Dostarczam tylko zamówienie, które złożył niejaki Saruman. Do rąk własnych — zaznaczył.
— Zamówienie? — zapytał podejrzliwie Gandalf. — A można wiedzieć jakie?
— Nie można. Te dane nie są jawne... rozumiecie chyba — mruknął człowiek, z niepewnością rzucając okiem na Rohirrimów, ściskających w rękach broń.
Théoden spojrzał na podejrzanie wyglądające paczki, piętrzące się na grzbiecie stwora i szepnął do Gandalfa:
— Nie możesz, no wiesz, podrobić jego podpisu?
— Nie da rady! — odrzekł Czarodziej z niechęcią, również szeptem. — Nawet ja tego nie potrafię. Możemy mieć tylko nadzieję, że on w tych paczkach nie dostanie czegoś niebezpiecznego...
— No to jak w końcu? — przybysz zaczął się poważnie niecierpliwić. — Jest tutaj ten Saruman, czy muszę się pofatygować do wieży?
— Najpierw musiałbyś nas ominąć! — rzekł wojowniczo Éomer, któremu nie spodobał się ton obcego.
Sytuacja wyraźnie zaczęła robić się coraz bardziej napięta, kiedy nagle rozległ się beztroski głosik:
— A widzisz Pip! Mówiłem ci, że jak będzie tak długo spać, to w końcu prześpisz coś ciekawego. Popatrz tam! To olifant!
— Żartujesz sobie Merry, nie nabierzesz mnie... o rany, to faktycznie olifant!
— Można się na nim przejechać? — zapytał Pippin Haradczyka.
— Nie — odparł prędko tamten. Gdyby widać było jego twarz, to na pewno miałby dość dziwną minę. — To jak będzie z tą dostawą? — wrócił do pierwotnego tematu, nie poświęcając więcej uwagi niziołkom, którzy przyglądali się z żywym zainteresowaniem stworowi, nazwanemu przez nich olifantem.
— Cóż, w obecnej sytuacji, jaka panuje w Isengardzie... — zaczął Gandalf.
— Nie wyciągajcie ręki po coś, co do was nie należy! — Od strony bramy rozległ się znienacka gniewny głos.
Wszyscy obrócili się w tamtym kierunku i ujrzeli Sarumana, który szedł ku nim, podpierając się swoją magiczną różdżką. Towarzyszył mu Gríma, idący kilka kroków za nim, dalej zaś kroczyła asysta złożona z kilkunastu Uruk-hai i kilku orków.
Na ich widok Rohirrimowie unieśli broń. Saruman nie raczył zaszczycić Rohirrimów spojrzeniem i rzekł niejako w przestrzeń:
— Nie mam czasu na to, aby zajmować się głupstwami. Przyszedłem zabrać to, com uczciwie zamówił. A wam nic do tego — warknął.
— Może i nic — mruknął pod nosem Éomer. — Ale skoro nadarza się taka okazja, to ja mam sprawę do twego sługi... — dodał, posyłając Grímie jadowite spojrzenie.
Gríma jęknął i schował się za Czarodziejem. Saruman zdawał się w ogóle nie dostrzegać Éomera; stanął w pewnej odległości od wrogów, zupełnie ich ignorując. Nie można było powiedzieć tego samego o jego świcie; Uruk-hai i orkowie zerkali na Rohirrimów morderczym wzrokiem. Jeźdźcy nie szczędzili im podobnych spojrzeń, zaciskając dłonie na rękojeściach mieczy. Tych kilku, którzy mieli łuki, z najwyższym trudem powstrzymało się od uwolnienia strzał z cięciw. Gimli, mruknąwszy coś, chwycił mocniej swój topór i już chciał zrobić krok w kierunku orka, który wyjątkowo zaczepnie i pogardliwie wyszczerzył kły w jego kierunku, kiedy został zatrzymany przez Legolasa, nieznacznym, acz zdecydowanym ruchem.
— To ja jestem Saruman — rzekł Czarodziej do Haradrima. — Możecie zacząć już wyładowywać towar.
Tamten skinął głową, dając znak swoim towarzyszom, którzy bez zwłoki zaczęli odwiązywać ładunek i zdejmować go z grzbietu stwora. Paczki wędrowały jedna po drugiej na dół.
— Pokwitowanie. Tutaj trzeba podpisać — Haradrim podszedł do Czarodzieja, ostrożnie omijając Rohirrimów i podał mu pergamin, stukając w miejsce, gdzie należało złożyć autograf.
Szybkim, niemal niezauważalnym ruchem, Czarodziej wyciągnął gdzieś z zakamarków szaty swoje pióro, skinął na Grímę, by ten podał mu kałamarz i zaczął skrobać na papierze swój misterny podpis. Trwało to tak długo, że aż się Haradrim zaczął niecierpliwić. W tym czasie wszystkie paczki zdążyły już znaleźć się na ziemi. Ledwie Saruman skończył się podpisywać, Haradrim prędko zwinął pergamin, najwidoczniej obawiając się, że Czarodziej zechce wprowadzić jeszcze jakieś poprawki.
— Zanieście to do wieży — rzucił Saruman w stronę Uruk-hai, którzy ruszyli wypełnić rozkaz.
— Naprawdę sądzisz, Sarumanie, że przepuścimy do twej wieży jakiś niepewny ładunek? — rzekł Gandalf, przybliżając się nieco, tak że stał od drugiego czarodzieja ledwie o kilka kroków.
Oczy Sarumana zwęziły się niebezpiecznie. Niespodziewanie jednak uśmiechnął się przebiegle i rzekł miłym głosem, w którym pobrzmiewała nutka zdziwienia:
— Doprawdy Gandalfie... chyba cierpisz na manię prześladowczą, skoro uważasz aprowizację za coś niebezpiecznego...
— Aprowizację? — zapytał podejrzliwie Gandalf.
Saruman westchnął z przesadnym dramatyzmem, po czym zwrócił się do Haradrima:
— Powiedz temu... Czarodziejowi, co jest w dostawie, bo mnie nie uwierzy.
Haradrim wzruszył ramionami, wyciągnął pergamin i odczytał:
— Dostawa do Isengardu. Zamówienie numer 691051. Czas realizacji: 24 godziny. Złożono: 4 marca. Zrealizowano i wysłano: 4 marca. Dostarczono: 5 marca. Odbiorca: Saruman Biały. Skład zamówienia: ryż, herbata, banany, kiwi.
Wszyscy obecni osłupieli, nie wyłączając Grímy.
— No właśnie — rzekł Saruman z satysfakcją, widząc ogłupiałe miny nieprzyjaciół. — Same niewinne produkty. Ryż, herbata, banany, kiwi... Zaraz, kiwi nie zamawiałem!
— Ale to gratis — wyjaśnił Haradrim.
— A chyba, że tak... — mruknął Saruman.
— Polecamy się na przyszłość. Dla stałych klientów rabaty — rzekł na odchodnym Haradrim, skłonił się i odszedł w kierunku stwora. Nikt nie obserwował jego odejścia, może poza hobbitami, którzy zafascynowani śledzili go wzrokiem, póki nie zniknął w porannej mgle.
— Sądzicie, że kiwi mogą być niebezpieczne? — zapytał Saruman, po czym udał, że się głęboko namyśla. — Myślicie, że będziemy nimi w was... rzucać? — dodał jadowicie.
Gandalf pierwszy otrząsnął się z wrażenia. W jego oczach błysnął gniew.
— Jeżeli chcesz sobie z nas kpić...
— Ja? Ależ skąd — Saruman uśmiechnął się obłudnie. — Ale skoro najwyraźniej moje towarzystwo wam wadzi, to się już pożegnam. Do widzenia.
Zrobił krok w kierunku bramy, ale nagle jakby się rozmyślił, bo rzekł do Gandalfa:
— Mnie naprawdę nie zależy, żebyśmy do końca świata trwali w tej patowej sytuacji. Wy pod bramą, ja w wieży... Znajcie zatem moją dobrą wolę — powiedziawszy to odwrócił się ku dwóm Urukom, którzy nieśli jedne z największych paczek. — Gurzuk, Urghan, zostawcie te dwie paczki tym żebra... to znaczy, tym tutaj dostojnym panom.
Urukowie spojrzeli po sobie, ale nawykli do posłuchu, zostawili paczki. Gríma ze zdziwieniem popatrzył na Czarodzieja. Jeszcze wczoraj Saruman nie mógł znieść samego widoku ich namiotów, które (pomimo różnicy stronnictw politycznych, a może właśnie z ich powodu) zostały bezprawnie rozbite na terenie Isengardu (z całkowitym pominięciem zdania właściciela na ten temat) i teraz nagle tak mu się odmieniło? Ale cóż, to nie jego sprawa. Czarodziej wiedział co robi. Chyba.
W milczeniu podążył za Sarumanem do wieży.
Tymczasem uwaga wszystkich obecnych w rohańskim obozie skupiła się na paczkach.
— To na pewno nie jest niebezpieczne? — zapytał Théoden podejrzliwie.
— Wszystko co pochodzi od tego diabelskiego czarnoksiężnika jest niebezpieczne! — oświadczył z głębokim przekonaniem Éomer, takim tonem, jakby paczki miały się nagle rzucić na nich i pogryźć.
— Ale to nie pochodzi od niego... to z Haradu — zauważył trzeźwo Gimli.
— A z Haradu to nie niebezpieczne?!
— Nie dowiemy się, póki nie sprawdzimy co jest w środku — oświadczył Merry spokojnie.
— Właśnie, ciekawe co tam jest? — zainteresował się Pippin.
— Meriadok ma rację — mruknął Legolas. — Otwieramy? — spojrzał pytająco na Gandalfa.
Czarodziej namyślał się przez chwilę. W końcu skinął głową.
— Nie wyglądasz najlepiej — zauważył Legolas, kiedy rankiem Aragorn, blady jak upiór, pojawił się przed namiotem.
— Nie spałem dobrze — mruknął Aragorn, przeciągając się, aż mu w stawach zatrzeszczało. Rozejrzał się dookoła. Jako jedyny nie brał udziału w wydarzeniach, które rozegrały się o świcie przed bramą i dlatego nieznany mu był powód niezwykłego poruszenia w obozie. Chwilowo jednak nie miał głowy do zastanawiania się nad tą kwestią.
Usiadł przy ognisku, by choć trochę się ogrzać — było bardzo zimno. Przy żarzących się z lekka drewienkach prócz Legolasa siedział jeszcze Gimli i ćmił fajkę. Dwóch hobbitów jakoś nigdzie nie było widać. Aragorn czuł głęboką wdzięczność za tę chwilę spokoju.
— Nie dało rady rozpalić trochę większego ognia? — zapytał ostrożnie, widząc ledwie pełgające płomyki.
— Sam sobie rozpal, jak potrafisz — mruknął elf, odrobinę zdenerwowany krytyką wielkości ogniska.
Gimli wydał z siebie coś jakby stłumiony, złośliwy chichot. Poirytowany Legolas spiorunował go wzrokiem. Krasnolud umilkł, jednak nie wyglądał na specjalnie przestraszonego spojrzeniem elfa.
Aragorn nie drążył tematu i przez moment panowało milczenie.
— Wyglądasz, jakby przyśniła ci się Arwena — rzekł Gimli znienacka, przyglądając się Strażnikowi uważnie.
Aragorn zakrztusił się poranną kawą.
— Nie wypowiadaj tego imienia, proszę — rzekł błagalnie słabym głosem.
— A więc jednak! — stwierdził triumfalnie krasnolud.
— Gorzej — mruknął Aragorn. — Co na śniadanie? — zapytał.
— Chleb ryżowy, płatki ryżowe, albo kleik ryżowy, jeżeli zaczekasz, aż się dogotuje — rzekł Legolas obojętnym głosem, jakby taki zestaw śniadaniowy był czymś normalnym na szlaku. Spokojnie zajrzał pod pokrywkę garnka wiszącego nad ogniskiem, żeby sprawdzić czy zawartość się nie przypala.
Aragorn przypomniał sobie wczorajszą rozmowę pod wieżą i doznał dziwnego wrażenia, że albo on tu zwariował, albo wszyscy naokoło.
— Oszaleliście z tym ryżem?! — rzekł ze zgrozą.
— Skądże — odparł ze spokojem Legolas. — Po prostu dzisiaj o świcie, kiedy jeszcze spałeś, mieliśmy tutaj dość interesującą wizytę... Do Sarumana dotarła aprowizacja. Nie uwierzyłbyś jakim sposobem. Pośrednim rezultatem tego jest to, że Saruman w geście dobrej woli podzielił się z nami swoimi zapasami. Nie wiem, co prawda, jakim cudem, ale fakt jest faktem.
— I do zaoferowania miał sam ryż? — zapytał Aragorn, nieufnie spoglądając na garnek.
— Prawie — mruknął pod nosem Gimli, przygryzając cybuch fajki.
— Rozwiń temat — poprosił Aragorn.
— Podobno hobbici znaleźli tutaj jakieś zapasy... chlebek w ilości tuzina bochenków, a może dwóch, solona wieprzowinka, jabłka na kopy, ser, pomidorki...
— No, o pomidorkach to nie wspominali — wtrącił Legolas.
— Nie przerywaj, proszę! W każdym razie wszystko to w ilości, która szła w funty. Pułk wojska można by wyżywić.
— I co się z tym wszystkim stało? — zapytał Aragorn.
— Hobbici — odparł krótko Gimli.
— Ach, no tak.
— Tylko ziele fajkowe się ostało. Cała beczka była, więc nawet gdyby chcieli, to nie zdążyliby wszystkiego wypalić...
— A, właśnie miałem się ciebie zapytać, skąd masz ziele fajkowe...
— Spokojnie, dla ciebie też wystarczy.
— Znów będziecie odświeżać powietrze? — zapytał ironicznie Legolas.
— I tak się hamujemy. Nie narzekaj — rzekł Gimli i wrócił do spożywania śniadania. Chleb ryżowy pogryzał z wyraźnym niesmakiem. — Jak ci czarodzieje się odżywiają? Już sam nie wiem, co gorsze — powiedział, spoglądając na kromkę chleba. — Lembasy czy to.
Legolas spojrzał na niego z wyrzutem i rzucił:
— Wiesz, żebym ja nie powiedział czegoś o tych waszych cudownych krasnoludzkich sucharach, na których można tylko zęby połamać...
— E tam, przesadzasz, jak się porządnie przywali trzonkiem topora w taką kromkę, to te małe pokruszone kawałki są już całkiem niezłe... Trzeba ją tylko położyć na odpowiednio twardym kamieniu. Przynajmniej się to nie rozsypie na szlaku! Wytrzymałe jest, rozumiesz, wszystko zniesie! A z lembasów to tylko okruchy zostają po kilku dniach. Łyżeczką to trzeba potem zbierać!
— No wiesz, jak się na nich spało, to nic dziwnego...
Aragorn nie brał udziału w dyskusji. Zajął się rozgotowanym kleikiem ryżowym, stwierdzając, że to i tak lepsze niż zupa, złożona głównie z niedogotowanego kawałka tłuszczu, surowych warzyw i słonej wody, którą ugotowała mu Éowina albo ciasto Arweny, jakim ta go ostatnio uraczyła. Więcej w nim było zakalca niż czegoś, co można by nazwać wyrośniętym ciastem, co było o tyle niesamowite, że gdzieniegdzie wypiek był surowy. Żeby uzyskać taki efekt, trzeba się było naprawdę postarać. Doprawdy, Aragorn nie mógł dociec, dlaczego wszystkie napotkane kobiety chcą go koniecznie dokarmiać... Uwzięły się, czy co?
Pokiwał głową ze zniechęceniem i zabrał się za śniadanie.
Gríma zakończył katalogowanie dostawy i nadzór rozmieszczania dóbr. Magazyn znajdował się w jednym z podziemnych pomieszczeń Orthanku. Szczęściem nie uległy one zalaniu — w przeciwieństwie do grot. Gríma szczególnie przykazał uważać na herbatę. Saruman nie darowałby mu, gdyby coś jej się stało. W końcu Urukowie rozlokowali wszystko, nawet dość sprawnie i zadanie zostało wykonane. Gríma zwinął pergamin i doszedł do wniosku, że może wreszcie znajdzie czas na jakieś śniadanie.
Płonne nadzieje.
Nie zdążył nawet wyjść z magazynu, kiedy do komnaty zajrzał jeden z orków i dostrzegłszy go, rzekł:
— Smoczy Język jest wzywany przez Sarumana.
Cudownie, pomyślał Gríma, czego on może znów chcieć?
Powlókł się na górę bez entuzjazmu.
Czarodziej siedział na krześle przy stole znajdującym się tuż przy oknie. Wpatrywał się w nie w zamyśleniu i ćmił fajkę, wypuszczając z niej regularne kółeczka jasnego dymu.
Choć Gríma wślizgnął się do komnaty ostrożnie i cicho, Saruman od razu zauważył jego wejście.
— Namyśliłem się — rzekł spokojnie, odrywając wzrok od widoku za oknem i spoglądając na sługę. — Porozmawiam z Gandalfem. Jeszcze raz. Napisałem dla niego wiadomość i ty ją mu zaniesiesz.
Gríma na moment zaniemówił.
— Ależ, panie... — zaczął.
— Bez dyskusji! — uciął ostro Czarodziej. Podniósł się z krzesła i wręczył mu zwinięty pergamin, który dotychczas leżał przed nim na stole. — Na co jeszcze czekasz?! — zapytał gniewnie, widząc, że Gríma nie ruszył się z miejsca i tylko wpatrywał się w zwój opatrzony pieczęcią tak, jakby był to podpisany nań wyrok śmierci.
— Przecież ja nawet nie zdołam podejść do ich obozu! Wyprują mi flaki i powieszą na jelitach! W najlepszym wypadku... — jęknął.
— Przesadzasz — rzekł obojętnie Saruman, ponownie siadając na krześle i wracając do palenia fajki.
— Ja przesadzam? — wyrwało się Grímie. — Przecież oni nie przepuszczą takiej okazji!
— Będziesz posłem. Posłowie są nietykalni. Nawet Rohirrimowie muszą przestrzegać tych zasad.
— Może zdążę to krzyknąć, nim rozniosą mnie na włóczniach... — rzekł ponuro Gríma, z niechęcią patrząc na dokument, którego dostarczenie mogło kosztować go życie.
— Dobrze, koniec tego dobrego, ciągle cię tutaj widzę, a powinieneś być już na zewnątrz... Ruszaj się!
— Może by jednak posłać któregoś z Uruk-hai...?
— Któregoś z Uruk-hai od razu zastrzelą!
— A mnie to nie?
— Nie, sam mówiłeś, że najpierw będą chcieli, jak to elegancko określiłeś, wypruć ci flaki, a żeby to uczynić, to trzeba najpierw podjechać bliżej. Zanim to zrobią, zdążysz im wytłumaczyć, że masz wiadomość dla Gandalfa. Wtedy może cię przepuszczą.
— „Może"?
— Czy ja mam wstać?! — warknął Saruman, tracąc ostatecznie cierpliwość. Spojrzał na niego strasznym wzrokiem i rzekł, nie znoszącym sprzeciwu tonem: — Idź już!
Gríma ruszył na dół wieży, idąc jak na ścięcie.
Dwóch Rohirrimskich wartowników nudziło się śmiertelnie. Przykazano im mieć baczenie na wieżę i jej okolicę. Chociaż świt dostarczył dość niespotykanych rozrywek, teraz nie działo się kompletnie nic. Tylko dzięki temu, że opierali się na swoich włóczniach, Rohańczycy mogli utrzymać jako taki pion.
Naraz jeden z nich ożywił się:
— Hej, czy mi się wydaje, czy ktoś wyszedł z wieży i tu idzie? Harulfie! Obudź się!
— Gdzie, gdzie? — drugi strażnik, nazwany Harulfem, podniósł wzrok. — Faktycznie! Myślisz, że to wróg, Éornie?
— No przecież nie przyjaciel! — Rohirrim wytężył wzrok. — To chyba Smoczy Język... Czyżby życie mu się znudziło?
— Najwyraźniej! To co? Robimy z niego cel ćwiczebny? — Harulf znacząco położył dłoń na rękojeści miecza i spojrzał pytająco na towarzysza.
— Czekaj... on ma ze sobą jakąś szmatę... Nie, to chyba flaga. Czyżby biała? Jeśli tak, to powiedziałbym, że nad wyraz umownie... Stanął z nią na środku drogi i wymachuje... Skoro tak, to chyba jednak nie możemy go uszkodzić... — powiedział Éorn z niechęcią.
— Iiii tam, powiemy, że nie zauważyliśmy... To ta mgła...
— Mgły już nie ma. Wiatr rozwiał.
— Czepiasz się szczegółów.
— Tylko trochę. A co do Smoczego Języka... A nuż to coś ważnego? Może się poddają? Pojadę się dowiedzieć czego chce — rzekł Éorn. — Poza tym lord Éomer by nam nie darował, gdybyśmy go usiekli... Ma z nim osobiste porachunki.
Éorn oparł włócznię o mur i poszedł po swojego wierzchowca, a potem zawrócił od bramy i pokłusował niespiesznie w kierunku wieży.
Wychodząc z wieży Orthanku Gríma miał poważne wątpliwości czy wróci do niej żywy. Jednak schodzenie z osiemdziesięciu czterech (i pół) stopni zajmuje trochę czasu. Wtedy też Gríma zdążył wymyślić, że być może flaga pokoju przystopuje mordercze zapędy Rohirrimów. Głównym problemem było zdobycie kawałka białego materiału na sporządzenie czegoś takiego. Przecież nie mógł się cofnąć na górę i prosić Czarodzieja o część jego garderoby! W końcu Saruman musiał się liczyć z utratą zapasowej serwety na stół. Co prawda nijak nie nie dało się jej zaklasyfikować jako bardzo białej, ale alternatywą byłoby użycie jednego z czarnych sztandarów ze znakiem Białej Dłoni.
Łatwo przewidzieć jak zareagowaliby Rohirrimowie, gdyby Gríma ośmielił się pokazać z czymś takim na zewnątrz.
Kiedy tylko Gríma został wprowadzony w asyście dwóch Rohirrimów do obozu, od razu natknął się na osobę, którą najmniej pragnął spotkać na swej drodze.
Éomer akurat był zajęty ostrzeniem swojego miecza. Na widok Grímy przejechał po ostrzu ze straszliwym zgrzytem, wbijając w niego mordercze spojrzenie. Gdyby nie to, że przed namiotem pojawił się Gandalf, nie wiadomo czy fakt, że Gríma był posłańcem, przemówiłby do Éomera, powstrzymując go przed (niekoniecznie szybkim) usunięciem Smoczego Języka z tego padołu.
Gríma, zauważywszy Czarodzieja, podszedł do niego i rzekł:
— Panie, Saruman ma dla ciebie wiadomość — wręczył Gandalfowi pergamin, który ten, odrobinę zaskoczony takim obrotem sprawy, przyjął. — To ja już pójdę, do widzenia.
Chciał ruszyć z powrotem do wieży, ale naraz skrzyżowały się przed nim włócznie dwóch Rohirrimów, skutecznie uniemożliwiając mu przejście.
— To ja może jednak zaczekam na odpowiedź... — rzekł z rezygnacją, odwracając się na powrót ku Czarodziejowi, który nieufnie oglądał pergamin i chwilę wahał się, nim go rozwinął.
Gríma odwrócił wzrok, starannie omijając spojrzeniem Éomera i zerknął w drugą stronę. Stał tam niziołek, ten sam, z którym rozmawiał wczoraj, jeszcze przed przybyciem królewskiego orszaku. Gdyby wtedy wiedział, o jakich gościach on mówił...
Niziołek przyglądał mu się od dłuższej chwili.
— Wiesz co, lubię cię — rzekł nagle, podchodząc bliżej. — Zabawny jesteś z tym swoim ryżem.
— To nie ja, to Saruman — mruknął do siebie Gríma, ale Pippin i tak to usłyszał.
— Wszystko jedno. Ale zupełnie nie rozumiem, dlaczego nasz przyjaciel, Éomer, mówi, że najchętniej by cię...
— Błagam, nie kończ! Mogę się z łatwością domyślić — jęknął Gríma, niepewnie zerkając w stronę Éomera, który nie spuszczał z niego przeszywającego spojrzenia.
— Nie do wiary! Nie spodziewałem się tego po Sarumanie! — niemal wykrzyknął Gandalf, siedemnasty raz czytając list i nieufnie oglądając na wszystkie strony osobistą pieczęć Białego Czarodzieja: odciśnięty w wosku symbol Białej Ręki z misternymi ozdobnikami.
Aragorn i król Théoden stali obok Czarodzieja, zerkając mu przez ramię na treść pergaminu.
— Tak... to bez wątpienia charakter pisma Sarumana... — Gandalf rzucił Grímie podejrzliwe spojrzenie, po czym, na wszelki wypadek, przeczytał list po raz osiemnasty, cytując niektóre fragmenty. — Drogi Gandalfie, namyśliłem się i mając w pamięci naszą długoletnią przyjaźń daję Ci jeszcze jedną szansę... on mi daje szansę! Dobre sobie! Ale to dla niego typowe, nie przyzna się do błędu za nic! ...jeżeli jesteś zainteresowany pokojowym rozwiązaniem całej sprawy i wyjaśnieniem wszystkich nieporozumień w ciszy i spokoju, staw się przed moją wieżą jutro w południe. Będę czekał. I jeszcze mi stawia warunki! A, jest jeszcze i dopisek: PS. Możesz wziąć kogoś ze sobą, tylko niech Cię mhm... tutaj jakieś przekreślone słowo... pierwsza litera to na pewno „m"... dalej chyba „o" i „r"... na końcu na pewno „th"... No, nieważne... dalej: ...Eru broni przed przyprowadzeniem ze sobą któregoś z hobbitów!
— O ile można mi wyrazić swoją opinię, to mi to wszystko brzmi podejrzanie — odezwał się Aragorn. — Nagle mu się tak zebrało na ugodowość?
— Może zrozumiał swoje błędy — zasugerował Théoden, choć w jego głosie pobrzmiewała wyraźna wątpliwość.
— A jak dla mnie to jest to jakiś podstęp! — poderwał się Éomer, opuszczając swoje strategiczne miejsce pod murem, gdzie siedział na kamiennym bloku, oderwanym od reszty. Spojrzał groźnie na Grímę, po czym zwrócił się do Gandalfa. — Sam mówiłeś, panie, że ten czarnoksiężnik chciał cię zabić. To zdrajca i morderca! A teraz...
— Mhm... każdy może próbować się poprawić... — podpowiedział Legolas z boku.
Gimli na te słowa mruknął coś po nosem, co brzmiało jak: „Cholerni pacyfiści".
Gandalf westchnął.
— Oj, nad czym tu się zastanawiać. Od rozmowy się przecież jeszcze nikomu krzywda nie stała — mruknął Merry, który dołączył ledwie chwilę temu do zgromadzenia.
Gandalf spojrzał na niego, po czym nagle podjął decyzję. Zwrócił się do Grímy:
— Żmijowy Języku, powiesz Sarumanowi, że zgadzam się na jego warunki. Przybędę jutro w południe. Zastanowię się jeszcze, kto przyjdzie wraz ze mną...
— Mogę to dostać na piśmie? — zapytał Gríma dość zniechęconym tonem. — Inaczej Saruman mi nie uwierzy...
— Niech będzie — odrzekł Gandalf, po czym zwrócił się do jednego z niziołków. —Peregrinie Tuku, jeżeli byłbyś tak miły i znalazł kawałek czystego pergaminu...
— Oczywiście Gandalfie!
Po chwili niziołek wrócił z pergaminem i buteleczką atramentu.
— Niestety, nigdzie nie mogłem znaleźć pióra... — Pippin zrobił rozczarowaną minę.
Gríma, dotychczas dość bezmyślnie spoglądający w bliżej nieokreślonym kierunku, jakby się ocknął.
— Pióro to nie problem — mruknął. Wyciągnął z jednego z zakamarków szaty czarne, krucze pióro, które zawsze nosił przy sobie. — Trochę stępione, ale się nada...
Gandalf skinął głową i przyjął pióro, po czym napisał krótką, acz treściwą odpowiedź:
Przyjdę.
Pod spodem złożył swój podpis i dodał symbol runy „G".
Starannie złożył pergamin i oddał go Grímie wraz z piórem i słowami:
— Przekaż to swojemu panu, Wężowy Języku.
— Smoczy Języku — mruknął pod nosem Gríma i zawrócił ku wieży. Rohirrimowie niechętnie go przepuścili.
Kiedy mijał bramę, usłyszał jeszcze pożegnalne słowa Éomera:
— To, że tym razem jeszcze opuszczasz to miejsce żywy, gadzie, o niczym nie świadczy. Gdy spotkamy się kolejnym razem...
Dalszego ciągu nie dosłyszał, ale dość łatwo można było się domyślać, jakie deklaracje składał Trzeci Marszałek Marchii.
Dopiero kiedy Gríma znalazł się za drzwiami Orthanku odetchnął głębiej i oparł się ciężko o ścianę. Nie mógł uwierzyć w dwie rzeczy.
W to, że był w obozie wrogów i wrócił stamtąd żywy.
I w to, że nie otrzymał na pożegnaniu salwy strzał w plecy.
c.d.n.
