Rozdział 7

Obudził się gwałtownie, w szoku, jakby ktoś niespodziewanie wrzasnął mu do ucha. Otworzył oczy, w jakiś sposób oczekując, że zobaczy, jak Sherlock pochyla się nad nim, wymuszając pobudkę, ale sypialnia była pusta, wypełniona jedynie jasnym, późnoporannym światłem. Sherlock zniknął, lecz materac obok Johna wciąż był lekko ciepły. Doktor przełknął gorzki smak rozczarowania. Może gdyby detektyw wciąż był obok – widzialny, fizyczny, namacalny w szczerym, porannym świetle – łatwiej byłoby się odnaleźć w nowym, fundamentalnie zmienionym świecie, w który uprawiali ze sobą seks. Teraz rozłam przypominał przepaść między oddalającymi się płytami tektonicznymi, a John nie miał pojęcia, jak przeprawić się na stały ląd.

Przeciągnął się, pozwalając sobie na moment spokoju przed nieuniknioną burzą i czując, że to tajemnicze uczucie w żołądku intensywnieje z każdą chwilą. Miniona noc wydawała się sekwencją niejasnych, gorączkowych doznań i momentów dającego zapomnienie snu, po których za każdym razem przychodziła coraz wyraźniejsza myśl: „Sherlock jest obok mnie". Gdy więc obudził się na dobre, była to pierwsza myśl w jego głowie. Raz Sherlock obudził go, liżąc ostrożnie jego szyję, jakby ją kosztując. Raz siedział, oparty o zagłowie łóżka, z ciepłą nogą przyciśniętą do boku Johna i twarzą oświetloną chłodnym poblaskiem komórki. I raz faktycznie spał, mamrocząc coś w mieszance angielskiego i hiszpańskiego, zajmując zdecydowanie za dużo miejsca z rozrzuconymi rękami i nogami, hiperaktywny nawet we śnie.

John z zadowoleniem przyjął fakt, że Sherlock przespał przynajmniej część nocy. To przywracało odrobinę normalności, a poza tym dzielenie snu z detektywem wydawało się intymne, bo oto Sherlock ofiarowywał się w tym innym stanie, nad którym miał mniej kontroli. Było warto, nawet jeśli sam John nie mógł zasnąć z powodu nerwowego snu towarzysza.

Na moment zamknął oczy. Wczorajsze picie zaowocowało lekkim bólem głowy. No więc tak: wreszcie zaryzykował, postąpił inaczej i okazało się, że faktycznie, nie przypominało to żadnego z jego wyobrażeń; prawdziwe życie pod każdym względem przewyższało fantazje, radośnie wywracało świat do góry nogami; wszystko zaczęło się wzajemnie przenikać. Nic nie było takie proste, jak się wydawało w niezachwianej pewności śmierci – życie okazało się niepowstrzymaną, rozprzestrzeniającą się tkanką, wypuszczającą korzenie w rozmaitych kierunkach, za wszelką cenę próbując przetrwać. I, rzecz oczywista, nic nie istniało tak po prostu, sprawy nie następowały po sobie z tą przejrzystą narracyjną ciągłością, która pojawia się w sztuce, ale nigdy w życiu. Uśmiechnął się, gdy przypomniał sobie, że wreszcie, wreszcie mógł dotknąć Sherlocka, a Sherlock, z jakiegoś niepojętego, cudownego powodu, zdawał się pragnąć go tak samo mocno. „Ty" - przypomniał sobie, Sherlock powracał do „ciebie" w nietypowej dla niego koncentracji na kimkolwiek... i to nie na byle kim, ale na „tobie", John. „Ty" - zanucił mózg doktora, wywołując dość przerażającą w swej potędze falę radości.

Po dłuższej chwili, gdy obsesyjnie próbował wyryć sobie w pamięci dziwną, zachwycającą minę Sherlocka, gdy dochodził, by nigdy, nigdy jej nie zapomnieć (bo, niczym mroczny szept w kąciku jego mózgu, nie opuszczał go strach, że nigdy więcej tej miny nie zobaczy. Sherlock rzadko decydował się powtórzyć coś, co nie miało do zaoferowania nic nowego – a takie podejście do seksu bardzo by do niego pasowało), jego mózg usłużnie zasugerował: Mary.

Mary.

- Och, kurwa - jęknął na głos. No więc poszedł na całość i zdradził Mary z Sherlockiem - doprawdy, wśród wszystkich sposobów, na które spierdolił swoje relacje z kobietami, ten był prawdziwą wisienką na torcie. Teraz się pogrążył i oczywiście, że musiało chodzić o Sherlocka, bo Sherlock był jedynym elementem johnowego życia, który wpisywał się w to, co chował głęboko w sobie: w podskórne, nietypowe pragnienia, ukryte pod częścią osobowości charakterystyczną dla normalnych facetów (dzięki której pragnął herbaty i żony, która by go słuchała, całowała go i dzieliła z nim życie, której by nigdy nie zdradził). Bo Sherlock tak idealnie wpasowywał się w obłąkane uzależnienie Johna od niebezpieczeństwa, od kłopotów; w johnową sekretną radość z odchodzenia, wyjeżdżania, posiadania dwóch różnych światów, dwóch odrębnych żyć; w johnowe pragnienia, by, na przykład, nie ruszać się nigdzie bez broni wypełniającej go swoją potęgą albo by poznać mroczne możliwości cuchnących, surowych i wciągających trzewi miasta; a teraz także, by spać z Sherlockiem w głębi nocy, oddać się w sherlockowe ręce z jeszcze większą ostatecznością niż zwykle.

Ale w otwartości porannego światła czuł się jedynie jak zupełny dupek, który zdradził swoją dziewczynę po pijaku, w chwilowym zamroczeniu. Nie do końca tak było, ale co z tego, w gruncie rzeczy nigdy tak nie bywało i żadnego znaczenia nie miał fakt, że dokładnie tak było.

Przycisnął dłonie do oczu, uciskając głuchy ból niewielkiego kaca. Dzień zdawał się na niego napierać – nie mógł po prostu zostać w łóżku i przeczekać, nie z Sherlockiem piętro niżej, nie z istniejącą gdzieś tam Mary. Oboje połączeni z nim na dwa różne, a przecież bardzo podobne sposoby. Jęknął i przerzucił nogi przez krawędź łóżka, zmuszając resztę ciała, by podążyła za nimi. Ubierając się, czuł się bardzo obco.

xxx

Sherlock czytał przy stole. Gazeta zasłaniała jego twarz przed wzrokiem Johna.

John odchrząknął, a potem – zdenerwowanie wyło mu w gardle – wycharczał:

- Dobry. - I miał pełną świadomość, że wczoraj popchnęli kostki domina, których już nie uda się zatrzymać. Nawet jeśli Sherlock teraz złoży gazetę i powie: "Wykasuj zeszłą noc, John, ja też to zrobię"... To na nic, byli teraz połączeni już nie tylko umysłami, lecz także ciałami, a ciało nie zapomina. Umysł Johna, oczywiście, też nie zapominał, ale trochę – nawet bardziej niż trochę – przerażała go sherlockowa zdolność do wyrzucania z głowy rzeczy, których nie uważał za ważne. Uznanie czegoś, co miało dla Johna takie znaczenie, za nieistotne, i wyrzucenie tego, by przygotować miejsce dla ważniejszych rzeczy, byłoby najwyższym okrucieństwem.

Ale Sherlock odłożył gazetę na stół z niespodziewaną siłą. Ukazała się jego twarz, zupełnie otwarta, pełna niepokoju i irytacji. John wypuścił powietrze z płuc – do tej pory nie zdawał sobie sprawy, że wstrzymuje oddech – bo Sherlock był obecny. Siedział ubrany w szlafrok i chyba niewiele więcej, a jego blada klatka piersiowa wyglądała spomiędzy niedbale przewiązanych połów.

- Po zeszłej nocy ciężko mi się funkcjonuje, John – powiedział konwersacyjnie w ramach powitania.

- A więc wszystko po staremu. - John opadł na krzesło, próbując ukryć przed sherlockowymi umiejętnościami obserwacyjnymi to idiotyczne, gigantyczne szczęście z powodu obecności przyjaciela. Usiłowania były najprawdopodobniej skazane na porażkę.

Sherlock skrzywił się.

- Dlaczego nie jesteś bardziej wstrząśnięty?

- Bardziej wstrząśnięty? - spytał John ze zdumieniem. - Powiedziałbym, że jestem dość mocno wstrząśnięty.

Sherlock wbił w niego uważne spojrzenie.

- Kiedy wstałem, ponad minutę zastanawiałem się, gdzie posiałem szlafrok.

John zaśmiał się.

- Czyżby chodziło ci o to, że jesteś zupełnie zbity z tropu, twój umysł uległ zniszczeniu i straciłeś całą intelektualną sprawność?

- Owszem – odparł Sherlock po prostu, a John nawet nie próbował powstrzymać chichotu. - To nie jest zabawne – dodał detektyw mrocznym głosem.

- Wybacz – czknął John i poczuł w oczach łzy zdenerwowania i najprawdziwszej wesołości.

Uspokoił się i przez chwilę siedzieli w ciszy. Oczy Sherlocka ani na moment nie oderwały się od johnowej twarzy. Doktor chciał coś powiedzieć, ale w głowie miał interesującą pustkę. Jedyną rzeczą, którą mógł wymyślić, było: "No więc obaj wczoraj mieliśmy orgazm", ale to wydawało się zbyt głupie nawet jak na niego. Wstał więc, szukając ratunku u swojego stałego towarzysza, jedynego punktu zaczepienia: herbaty.

- Chcesz herbaty? - spytał. Sherlock wykonał dziwny ruch ramieniem, jakby połowiczne wzruszenie, które John postanowił zinterpretować jako "tak". Podszedł do kuchenki i wstawił wodę.

- Mówię poważnie – powiedział Sherlock. - To ciągle przeszkadza.

John znów zwrócił się ku niemu. Nie umknęło jego uwagi, że mina Sherlocka zmieniła się, gdy się odwrócił: od z trudem skrywanego zmartwienia do spokojniejszej irytacji. Nie pozbył się więc maski do końca, ale tyle wystarczało. John odchrząknął.

- To znaczy seks? - W świetle dnia słowo to nie wydawało się wyrażać wszystkiego, co wydarzyło się w ciemnych objęciach minionej nocy, ale lepszego nie było. Język musiał rozszerzyć swoje granice, by pomieścić rzeczywistość.

- Tak. I cała reszta. - Sherlock machnął ręką, jakby odganiając namolną muchę.

John oblizał wargi.

- Jaka reszta?

Sherlock przeszył go przenikliwym, jasnym spojrzeniem.

- Ty – odpowiedział po prostu, a John natychmiast sobie przypomniał, jak rzucił to słowo nie tak dawno temu, z dłonią w johnowych włosach, poruszając się w górę, doprowadzając Johna do orgazmu mówiąc tylko tak, teraz, ty. John przełknął ślinę.

- Ja?
- Tak, ewidentnie. - Sherlocka wyraźnie zaczynała irytować powolność Johna. - Nigdy wcześniej tak nie było.

Woda zagotowała się. John niespiesznie przygotował dwa kubki. Mleko skwaśniało. Odwrócił się i postawił jeden z kubków przed Sherlockiem, który popatrzył na naczynie z umiarkowanym obrzydzeniem, a potem znów usiadł naprzeciw niego.

- Sherlock, wiem, że lubisz zagadki, ale błagam, powiedz mi, o co ci chodzi. Jak nie było?
- Tak – odparł Sherlock z frustracją i zrobił mimowolny gest dłońmi. John nagle pomyślał, że może i on nie umie ubrać całej sytuacji w słowa. - Przykleiło się, nie znika... - Zmrużył oczy, patrząc na Johna, jakby wszystko wynikło z jakiegoś szczwanego johnowego planu. - Po prostu nie znika – dokończył dość głupio.

John pozwolił sobie na długi moment ciszy i popił herbatę, która wciąż była zdecydowanie zbyt gorąca.

- Chcesz, żeby zniknęło? - spytał w końcu.
Sherlock myślał przez chwilę, nie patrząc na niego.
- To... rozpraszające – powiedział ostatecznie. - Ale... co niespodziewane... nie nieprzyjemne.
John poczuł, jak w piersi promieniuje mu ulga. Uśmiechnął się.
- Ty przedziwne stworzenie – powiedział czule. - A więc to nie jest „nieprzyjemne", że seks się przykleja, a ty nie rozumiesz, dlaczego?
Sherlock skrzywił się, jakby chcąc powiedzieć: „Oczywiście, że rozumiem", ale nie powiedział tego. I to dobitnie udowadniało, że faktycznie: nie rozumiał.
- Może... - powiedział John ostrożnie, próbując wzbić się ponad własne interesy, beznadziejnie usiłując zapomnieć o tym, co sam może zyskać lub stracić - ...to tym razem coś innego.
Sherlock uniósł brwi, przemyśliwując.

- No tak, to dość oczywiste. Po prostu nie oczekiwałem, że to aż tak wpłynie na całe doświadczenie.
- Oczywiste?
Sherlock znów rzucił mu znaczące spojrzenie, ale John postanowił je zignorować i nie odwrócił wzroku. Sherlock wywrócił oczami.
- Ależ oczywiście – powiedział, rejterując przed pytającym spojrzeniem Johna. - To byłeś ty, John. Z logicznego punktu widzenia niemożliwe byłoby, żeby to znaczyło to samo, co wcześniej, z kimś innym.
John poczuł, jak coś w nim płonie, i przez moment myślał o tym, że robił się coraz lepszy w zauważaniu specyficznego rodzaju sherlockowej czułości, która często polegała na odnoszeniu się do niego jak do zmiennej w równaniu, ze wszystkimi logicznymi możliwościami i niemożliwościami, a jednocześnie wciąż jak do człowieka. W zasadzie Sherlock powiedział właśnie: „Ależ oczywiście, że to znaczyło co innego, bo jesteś dla mnie dużo ważniejszy". Ubrał to rzecz jasna we własne, sherlockowe słowa, ale tak należało tę wypowiedź rozumieć. Milczący, maleńki skarb.
- W seksie niewiele jest rzeczy logicznych – powiedział w końcu, dmuchając na herbatę.
- To nigdy wcześniej nie stanowiło problemu. – Sherlock mierzył wzrokiem swój kubek. Johna bawiło, na jak obrażonego wyglądał detektyw, jakby seks nie miał absolutnie prawa doczepić się do niego, odwracać uwagi i powodować problemów. Zaraz potem zapragnął powiedzieć: „Opowiesz mi o tym, jak wcześniej uprawiałeś z kimś seks", bo to był zupełnie nowy koncept: Sherlock uprawiający seks z ludźmi. Koncept nadal niejasny. Chciał rzucić na niego światło, zrozumieć go... ale nie wydawało się, że zyskał prawo, by o to pytać. Jeszcze nie.

- Muszę przyznać, że to mi schlebia – powiedział w końcu i poczuł, że się czerwieni.
Sherlock przerwał pojedynek na spojrzenia z kubkiem herbaty i popatrzył na Johna z lekkim zaskoczeniem.
- Oczywiście, że to ci schlebia – powiedział, jakby to była najlogiczniejsza rzecz na świecie. No cóż, dla niego pewnie była. - Od tak dawna chciałem uprawiać z tobą seks i ta chęć nigdy nie zniknęła, nawet kiedy bodziec – czyli ty – został odsunięty na niemal dwa lata. Teraz uprawiałem z tobą seks, a chęć nadal nie zniknęła i, chociaż może należałoby się tego spodziewać, nie przypomina to niczego, czego do tej pory doświadczyłem. - Popatrzył na Johna niemal obojętnie. - Moim zdaniem jesteś hipnotyczny. Mam ochotę uprawiać z tobą seks dokładnie w tej chwili tylko dlatego, że siedzisz na krześle i dotykasz uszka kubka palcem wskazującym.
W ciszy, która zapadła, serce Johna podejmowało mężne próby wyrwania mu się z klatki piersiowej przez usta.
- Uhm... - udało mu się powiedzieć.
Sherlock uniósł brwi na ten brak elokwencji. Na jego twarzy pojawiła się mieszanka obojętności i ukrytej pod nią, bardzo nowej figlarności.
- Wybierasz się gdzieś? - spytał w końcu, unosząc kubek do ust i biorąc łyk herbaty.
- Ja... nie sądzę... nie – powiedział John głupio. Tak łatwo było przesunąć plany pójścia do Mary, zbyt łatwo, zbyt przerażająco łatwo. W krótkiej chwili przytomności pomyślał: „Muszę z nią zerwać", ale potem Sherlock znów zawojował chwilę i wszelkie myśli o Mary zniknęły. Materia życia drgnęła, by pomieścić ogromną obecność detektywa.
- Dobrze. - Twarz Sherlocka była pełna determinacji. Wstał z krzesła, strząsnął z siebie szlafrok i owszem, pod nim był zupełnie nagi. Szokujące. Za dużo. Za szybko. John próbował wydusić z siebie coś inteligentniejszego niż „Huh", ale zanim mu się to udało, Sherlock okrążył stół, z zaskakującą siłą odwrócił jego krzesło i przyciągnął je do siebie. John siedział na nim niemal jak marionetka.
- Po co w ogóle się ubierałeś? – wymamrotał Sherlock, ciągnąc johnowe spodnie. To była wygodna, luźna para, nie musiał się więc za bardzo męczyć. - Strata cennego czasu.
John roześmiał się w szoku. Kręciło mu się w głowie, próbował nadążyć – krew już uderzyła mu w przyrodzenie i przez moment martwił się o swoją wytrzymałość, ostatecznie dzień wcześniej przeżył dwa potężne orgazmy – raz, myśląc o seksie z Sherlockiem, i raz, faktycznie uprawiając seks z Sherlockiem. Wydawało się, że sam detektyw się tym nie przejmuje, może niewiele o tym wiedział, ale to wydawało się niemożliwe, by Sherlock niewiele wiedział o czymkolwiek. Może po prostu miał to gdzieś.
- Ty, ściągnij to, już – zakomenderował Sherlock spokojnie, a John posłuchał go niemal automatycznie. Uniósł biodra z krzesła i ściągnął spodnie. „Ty" zaparło mu dech w piersiach, „Ty", które nie miało w sobie krztyny protekcjonalności – było właściwie pełne czci. Sherlock przejął kontrolę i zsunął spodnie z jego kostek, a potem gwałtownie ściągnął mu przez głowę luźny t-shirt. Zupełne rozebranie się zajęło ledwie kilka chwil i to też był szok, jakby jego bariery ochronne poddały się bez jakiegokolwiek jego udziału. No cóż, poniekąd tak właśnie było.
Sherlock płynnie opadł na kolana, nie tracąc przy tym charakterystycznej dla siebie niezdarnej gracji. John przez chwilę nie mógł uwierzyć w to, co widzi: harmonijne linie pleców detektywa wygięły się, gdy Sherlock pochylił głowę nad jego członkiem, opierając się o jego uda, przyciskając nagą klatkę piersiową do jego kolan, lekko je rozchylając. Był dziwnie zgięty, zdecydowanie za wysoki na tę pozycję i... ochkurwa, Sherlock z całą pewnością robił to wcześniej. Mózg Johna zamilkł na chwilę, gdy jego penis zniknął w sherlockowych ustach, tonąc do połowy w szokującym, mokrym cieple. Detektyw kilkoma liźnięciami doprowadził do pełnej erekcji, musnął językiem dolną stronę, a potem wziął go całego w usta, tak głęboko, jak tylko był w stanie, i sama idea warg Sherlocka, tych niesamowitych, idiotycznie cudownych i irytujących warg na jego członku była niemal obezwładniająca. Nie dał rady powstrzymać ruchu biodrami.
Sherlock w odpowiedzi zamruczał dookoła jego penisa, a John jęknął. Nie miał pewności, czy to był dźwięk zadowolenia, czy też ostrzeżenie, by więcej tego nie robić, ale raczej to drugie – Sherlock chwycił mocno jego biodra, unieruchamiając go. John wsunął dłoń we włosy przyjaciela, uważając, by nie popychać głowy – pragnął tylko kontaktu, podczas gdy Sherlock pozbawiał go oddechu. Przesuwał ustami w górę i w dół po całej długości, niemal pozwalając, by członek Johna wypadł mu z ust, musnął językiem żołądź, a John syknął z rozkoszy. Elektryzująca przyjemność wypełniała mu ciało.

- Och, kurwa – powiedział chrapliwie, usiłując opanować biodra i przesypując między palcami loki Sherlocka.

Sherlock znów wziął go w usta niemal w całości. Ssał teraz bez oporów, tak samo, jak robił wszystko inne: starannie, energicznie i na tyle rzeczowo, na ile w ogóle pozwala robienie laski. Widok jego pulsującej, rozczochranej, ciemnej głowy i to, że znów po kilku ruchach wypuścił penis Johna z ust, drażniąc się odrobinę, a potem z bezpośrednim artyzmem musnął językiem żołądź, było tak oszałamiające, że Johnowi mąciło się w głowie.
- Sherlock – wydyszał, nie mogąc opanować: „proszę" w tonie głosu, bo kurwa mać, potrzebował więcej, a Sherlock zdawał się to usłyszeć. Przyjemne, wszechogarniające ciepło jego ust powróciło, gdy znów wziął Johna tak głęboko, jak tylko był w stanie. Ssał spokojnie, w nieustępliwym, stanowczym rytmie.
Po długich momentach zawieszonej przyjemności, gdy jego ciało wibrowało, jęki same wyrywały się z ust, a on powstrzymywał ruchy biodrami dzięki spokojnym dłoniom Sherlocka, John poczuł znajome ściśnięcie w jądrach. Zacisnął palce na włosach Sherlocka w ostrzeżeniu, bo ciężko mu było wydusić z siebie coś rozsądnego. Spróbował jednak:
- Sher... Sherlock... zaraz... przestań...
W ramach odpowiedzi Sherlock zabrał jedną dłoń z jego bioder i zaczął się masturbować, nie odrywając ust od członka Johna. Wręcz przeciwnie – zamruczał wokół niego, zaczął wydawać dźwięki, które niemal mogły być słowami, ale John już nie mógł myśleć, wibracje tylko przyspieszały nadejście orgazmu.
- Kurwa – wydyszał John, zdając sobie sprawę, że Sherlock nie przestanie. Przy jednym, szczególnie stanowczym liźnięciu zamarł i, sztywny i drżący, doszedł. Jego biodra były unieruchomione, gdy próbował się poruszyć pod drugą dłonią Sherlocka. Usiłował kontrolować ruchy, które wypychały go w przód. Trysnął w usta Sherlocka. Sherlock przyjął tyle, ile był w stanie, przełykał, lizał i ssał, póki się nie skończyło i ciało Johna opadło, przygwożdżone podwójną siłą grawitacji. Sherlock wypuścił jego członek ze swoich ust, co było odrobinę nieprzyjemne ze względu na nadwrażliwość. Jakąś częścią świadomości zdawał sobie sprawę, że Sherlock przyciska czoło do jego uda, że kryje twarz, że drży, przeżywając absolutnie milczący, sztywny orgazm we własnej dłoni, podczas gdy jego druga dłoń wbija się Johnowi boleśnie w skórę. Siedzieli, dysząc.

- Boże, ty mnie zabijesz - powiedział John po dobrych pięciu sekundach, kiedy mgła powoli przestawała okalać jego mózg.

Sherlock uniósł głowę i popatrzył na niego. Kącik jego ust uniósł się lekko, a wargi smakowicie połyskiwały wilgocią – widok, który przyprawił Johna o nie do końca przyzwoity zachwyt.

- Nie zamierzam – odparł bez tchu.

- Cieszy mnie, że wolisz mnie w postaci żywej, a nie jako trupa. - John przesunął dłonią po oczach, walcząc z chęcią wybuchnięcia śmiechem, no bo naprawdę, co też się porobiło z jego życiem.

- Nekrofilia naprawdę mnie... - zaczął bardzo poważnie Sherlock.

- Boże, nie, nie psuj chwili - John natychmiast wpadł mu w słowo.

Sherlock oparł podbródek o udo Johna, chociaż raz uległy. Po chwili cicho powiedział:

- Wciąż jest.

- Co jest? - John oparł dłoń na jego włosach i poczuł oślepiającą, ogromną, niemal nieskomplikowaną falę czułości.

- Moje pragnienie, by uprawiać z tobą seks.

- Dopiero co zrobiłeś mi laskę - zauważył dość głupio John. Nie dodał "i to po mistrzowsku", bo Sherlock naprawdę nie potrzebował więcej powodów, by się puszyć.

Sherlock wywrócił oczami - "Owszem; ewidentnie; ależ z ciebie idiota".

- Ale wciąż tu jest.

John poczuł dziwne szarpnięcie w żołądku. Musnął palcami policzek Sherlocka, by zwrócić jego uwagę i, patrząc mu w oczy, spytał:

- Chcesz... czegoś innego? Więcej?

Sherlock zastanowił się.

- Tak. - Dostrzegł coś w twarzy Johna, chociaż sam John nie wiedział, co, i dodał - Niekoniecznie w tej chwili. Po prostu... to bardzo nowe, że nie zniknęło. Myślałem... - Zamilkł na chwilę. - Obawiałem się, że to tylko aberracja i że zniknie po drugim razie. Ale nie zniknęło. - Uniósł głowę z nogi Johna i wstał z podłogi. Przeciągnął się, ewidentnie zupełnie nieświadom, jak się prezentuje przed Johnem – długie, harmonijne kontury piersi, bioder, smukłe uda, sperma na brzuchu. John przełknął ślinę, widząc, jak zupełnie nieświadomy jest Sherlock swojego ciała. Był dokładnie tak samo zrelaksowany nagi, jak ubrany. Tak po prostu stał i to nie było... nie było normalne, ale było normalne dla Sherlocka.

- To dobrze, prawda? - dopytywał się i poczuł pewien niepokój, jak będzie brzmieć odpowiedź.

- Ja... tak. - Sherlock wydawał się zdezorientowany. Jego komórka, leżąca w zapomnieniu na stole, zadzwoniła. Detektyw natychmiast przerwał kontakt wzrokowy, porzucając Johna w stanie lekkiego niepokoju, i podniósł telefon. Przez chwilę czytał wiadomość, a potem przybrał stosunkowo zadowolony wyraz twarzy.

- Sprawa - powiedział.

- Z Yardu?

- Nie, ze strony. Niezbyt interesująca. Troszeczkę. - Sherlock zaczął wystukiwać odpowiedź. Wyglądał dość zabawnie: zupełnie nagi, wciąż zarumieniony po orgazmie, spokojnie piszący SMS-a. - Trzeba się zbierać, będziesz w stanie dojść? - spytał Johna, nie patrząc na niego.

- Tak. - John westchnął. - Ale daj mi chwilę. Nie żartowałem, kiedy powiedziałem, że mnie zabijesz. Nie mam już dwudziestu lat.

Sherlock spojrzał na niego i zamrugał.

- Kiedy mówiłem o dojściu, nie chodziło mi o...

John roześmiał się, widząc zdumioną minę przyjaciela.

- Żart, Sherlock. Humor.

Twarz Sherlocka rozchmurzyła się z wolna. Uśmiechnął się lekko, lecz szczerze, a uśmiechowi towarzyszył wyraz ulgi.

- Ach tak, twoja szalejąca błyskotliwość. Powraca. Cieszę się, że dochodzisz do siebie.

- Nie jestem co do tego przekonany. - John wstał i jęknął. Jego nogi były jakby słabe. - Mam czas, żeby wziąć prysznic?

- Ja potrzebuję tego bardziej – zauważył detektyw, znów skupiając uwagę na telefonie.

- Możemy... możemy wykąpać się razem, jeśli chcesz? - spytał John niepewnie. Miał wrażenie, że wkracza na zupełnie nowy poziom intymności.

Sherlock odłożył komórkę na stół i odwrócił się do niego. Wydawał się obojętny, ale dość stanowczo powiedział:

- Dobrze.

- Ale nie dobieraj się do mnie – dodał John, by nieco rozładować dziwnie ciężką atmosferę. - Inaczej nie dałbym rady ustać na nogach przez resztę dnia.

- Powstrzymam się.

xxx

Sherlock pocałował go pod prysznicem. John zdał sobie sprawę, że tego jeszcze nie robili, mimo laski i orgazmów; i było dobrze, i uspokajało go, że to Sherlock zaczął. Powolne muśnięcia ust i kropel wody, mniej rozmyślne niż wszystko, co do tej pory się stało. Detektyw przyparł go delikatnie do okafelkowanej ściany, pochylił się nad nim, a potem odsunął.

- John – powiedział z naciskiem i jakimś cudem wyglądał jednocześnie jak zmoknięty pies i postać z renesansowego obrazu, z tymi lokami opadającymi na czoło, otulony przyćmionym, łazienkowym światłem przebijającym przez niebieską zasłonę prysznicową. Jego skóra wydawała się ciemniejsza, a po nosie, do ust, spływała woda. - Nic z tego nie rozumiem.

Odsunął się jeszcze trochę i wyglądał, jakby został na czymś przyłapany, jakby wcale nie chciał tego powiedzieć. Johnowi nietrudno było to zrozumieć – Sherlock tak rzadko przyjmował do wiadomości, że coś go przerastało, iż przyznanie się do tego naprawdę musiało go mnóstwo kosztować.

John przyciągnął go z powrotem do siebie i instynktownie objął, a Sherlock nie zaprotestował. Mokra skóra przycisnęła się do mokrej skóry.

- Ja też nie – odpowiedział szczerze szyi przyjaciela, a potem przez moment się wahał – ale wiem, że to coś, czego... chcę.

- Tak, tak – odparł Sherlock jakby niecierpliwie i tylko nieznacznie odpowiedział na uścisk – to widać, że tego chcesz. I ja też tego chcę. I właśnie dlatego nie rozumiem, jak... jak bardzo skomplikowane jest to uczucie. Ta sytuacja.

John pomyślał, że wszystko się zamykało w tej szybkiej poprawce z „uczucia" na „sytuację". Wiedział, że Sherlock ma uczucia, bo czasem się pokazywały, wymykały szczelinami w jego samokontroli i naprawdę nie rozumiał, jak ludzie tacy jak Anderson czy Donovan naprawdę wydawali się sądzić, że Sherlock jest socjopatą. Ale wiedział też, że Sherlock z emocjami radzi sobie w specyficzny sposób, próbuje je pokatalogować jak wszystko inne, racjonalnie wyjaśnić. Widział ich niuanse, ale chciał je bardzo dokładnie zrozumieć, uporządkować. Oczywiście, to nie miało szans się powieść, bo nie taka była natura uczuć, więc Sherlock zamykał się w sobie, kulił się w milczeniu lub w pretensjach do świata, sfrustrowany tym, że nie może dotrzeć do sedna emocji.

- Nie martw się – powiedział doktor, puszczając przyjaciela, który odsunął się z grymasem świadczącym o tym, że nie pojmował czegoś tak dobrze, jakby chciał. - Będzie dobrze.

- Durny banał. Co za nuda – wymamrotał Sherlock, ale przycisnął stanowczy nos do mokrego czoła Johna.

xxx

W taksówce John przypomniał sobie o czymś i przez chwilę miał wrażenie, że nie zasługuje na miano lekarza.

- Sherlock? - zaczął.

Jego przyjaciel pozostał skupiony na ekranie komórki, pisząc coś zawzięcie, i ledwo zauważył, że John się odezwał.

Odchrząknął.

- Czy się... no wiesz. Badałeś?

Oczy Sherlocka znieruchomiały, ale nie oderwał wzroku od telefonu.

- Ach. Zastanawiałem się, kiedy o to zapytasz - powiedział. Jego głos znów był zupełnie spokojny. Przeskok od „Nic z tego nie rozumiem" był zbyt gwałtowny i John odczuł to jak emocjonalny zimny prysznic. Aż się otrząsnął, słysząc zdystansowany ton Sherlocka. - Badałem się. Kilka tygodni przed powrotem do Londynu. Jestem najzupełniej czysty. Wiem, że ty także.

- Skąd? - John nie mógł powstrzymać pytania.

- Jesteś lekarzem - odparł po prostu Sherlock, uciekając w niejasność i skupiając się na czymś zupełnie innym.

- A to niby czego dowodzi? - spytał John wbrew swojemu instynktowi, który podpowiadał: „Daj mu spokój", bo to było bardzo ważne, a poza tym niewielka - no dobra, całkiem spora - jego część chciała znów poczuć na sobie ten wzrok, niezachwianą koncentrację wyrażaną w „ty", bliskość wyrażaną w „Nic z tego nie rozumiem".

- Na litość boską, John - wymruczał Sherlock, kierując wzrok wyrażający: „Chryste, John, przecież wiesz. A jeśli nie wiesz, to nie zasługujesz na to, by wiedzieć." na ekran komórki. - Jesteś profesjonalistą. Zazwyczaj pamiętasz o bezpieczeństwie podczas seksu. - "Oprócz tego razu" pozostało niewypowiedziane. - Kiedy tylko się z kimś umawiałeś, znajdowałem opakowania prezerwatyw rozrzucone po mieszkaniu. Ale wiem też, że pod koniec związku z Sarah nie używałeś kondomów i, chociaż Mary u nas nie było, sądzę, że to całkiem prawdopodobne, że z nią też nie używasz, bo nie widziałem żadnych od czasu, kiedy wróciliśmy na Baker Street. Jestem bardziej niż pewny, że, będąc medykiem, nie pozwoliłbyś sobie na to, gdybyś się nie badał za każdym razem i nie poprosił swoich partnerek, by się zbadały. To pasuje do twojej osobowości.

John zamknął oczy, słysząc uwagę o Mary i to, że głos Sherlocka nawet nie drgnął, gdy wymawiał jej imię.

- Racja – powiedział, nie do końca wiedząc, jak się z tym czuje. Oczywiście, że Sherlock miał rację, bo, co irytujące, miał ją zawsze, a John powinien był być bardziej świadom, co się dzieje. To, że Sherlock znów przypominał huragan, wybuch światła, który wywracał wszystko inne do góry nogami, naprawdę było kiepską wymówką i zasłużył sobie na zimne ukłucie wstydu w klatce piersiowej. Z kolei nie miał pewności, czy zasługiwał na to drugie ukłucie – czyżby był za coś karany? A może po prostu tak miało być? Może był po prostu idiotą, który oczekiwał, że Sherlock bardziej skupi na nim uwagę po tym, co między nimi zaszło? - Racja – powtórzył, próbując bezowocnie znaleźć inne słowa.

- Tak, mam ją – powiedział nieuważnie Sherlock. Nie było w nim niczego, co można by choćby pomylić z ciepłem.

John spojrzał na niego, próbując swoją nieprzerwaną obecnością i nachalnością spojrzenia wyciągnąć go ze skorupy – miał pewność, że Sherlock zdaje sobie z tego sprawę, ale nie zadziałało.

- Powinieneś bardziej uważać z seksem z byłymi ćpunami, John – powiedział Sherlock po chwili lekkim głosem, wciąż wbijając oczy w ten cholerny ekranik, tak jakby nic z tego nie miało tak naprawdę znaczenia.

- Powinieneś bardziej uważać z ćpaniem – odpalił. Riposta była nieprzyjemna, poniżej pasa i do tego mało dojrzała. Wynikała tylko i wyłącznie z niepokoju wywołanego brakiem porozumienia z Sherlockiem.

Ale wtedy Sherlock gwałtownie na niego spojrzał, jego oczy napotkały wzrok Johna i był w nich moment nagiego, zapierającego dech w piersiach, urażonego niedowierzania. Potem zmrużyły się, zaszły mgłą obojętności i znów skierowały na telefon. John poczuł zimno w klatce piersiowej i zapragnął, by przyjaciel w ogóle na niego nie spojrzał.

- Sherlock – powiedział, czując, jak poczucie winy ściska go za gardło. - Ja nie... przepraszam.

Sherlock zbyt mocno przycisnął „Wyślij" na telefonie i zignorował Johna.

xxx

- Muszę iść zobaczyć się z Mary – powiedział cicho Sherlockowi, gdy żona nieboszczyka na moment przestała szlochać. Płakała już ponad pół godziny, a detektyw robił się coraz bardziej nieprzyjemny, ale kobieta była tak pogrążona w smutku, że jego irytacja spływała po niej jak woda po kaczce. John czuł, że poczucie winy z powodu Mary kumuluje mu się w głowie i, jeśli poczeka jeszcze chwilę, zmiażdży go i już nie będzie miał siły, by w ogóle do niej iść. A przecież powiedziała, że potem będzie zajęta, więc zdecydowanie powinien zrobić to natychmiast.

Sherlock niemal nie zareagował, nie oderwał oczu od siedzącej przed nim kobiety. Prawie odsłonił zęby, gdy jego wargi drgnęły z niesmakiem. Palił papierosa i z pełnym rozmysłem wydmuchiwał jej dym w twarz.

- Teraz? - spytał przez zaciśnięte zęby.
John poczuł falę irytacji z powodu braku reakcji. Sherlock musiał chociaż przypuszczać, po co wybiera się do Mary, i nawet jeśli nie rozumiał prawdziwej emocjonalnej wagi tego, co John musiał zrobić, John i tak – niemal wbrew sobie – doceniłby jakiekolwiek wsparcie.
- No tak – powiedział. - Muszę...
Ale pod irytacją twarz Sherlocka owiana była falą pustki, którą John dobrze znał i której nienawidził. Zamilkł na jej widok. Sherlock nie zwracał teraz uwagi na nic poza sprawą i tym, co stało na drodze do jej rozwiązania. Największą przeszkodę w tej chwili stanowiła żona – niepotrzebna, bardzo irytująca i rozpraszająca przeszkoda.

- Dobrze – powiedział detektyw. - Spotkamy się w domu.
- Sherlock... - spróbował jeszcze raz John. Próbował złapać jakikolwiek kontakt, powiedzieć: „Przepraszam za to, co powiedziałem" albo szczerze przyznać: „Chcę, żebyś na mnie spojrzał".
- Idź. Muszę to doprowadzić do końca. To dość oczywiste, że sfingował swoją śmierć i uciekł z sekretarką. Nudne. I rozczarowujące – stwierdził Sherlock lodowato, a kobieta znów wybuchła płaczem. Sherlock zmierzył ją wzrokiem pełnym zimnego niesmaku.
- Ja... dobrze – poddał się w końcu John, czując się dziwnie z tą potrzebą reakcji. Sherlock nie planował nic zrobić, a presja o imieniu Mary stawała się coraz bardziej nagląca, więc naprawdę musiał iść. Trochę się tylko bał, w jakim stanie będzie siedząca przed nimi kobieta, gdy Sherlock z nią skończy. - Nie przeszarżuj – powiedział nawet, ale Sherlock nie zareagował w żaden sposób. John, zostawiwszy go, nie mógł się pozbyć uczucia niepokoju.

xxx

Gdy jechał do Mary, dostał SMS-a od Iana. Odebrał to tak, jakby rzeczywistość przypomniała sobie o jego istnieniu i wpadła na chwilę, by przełamać urok ostatnich kilku dni, wypełnionych Sherlockiem, samym Sherlockiem i tylko Sherlockiem, podczas gdy reszta świata jedynie krążyła w pobliżu. Poczuł ukłucie winy, uświadamiając sobie, że Ian naprawdę przechodzi przez ciężki okres, a on sam w ogóle go nie wspierał.

Tęskniliśmy za tobą na grupie, panie doktorze. Piwo jutro? Osolimy orzeszki własnymi łzami. Może będzie też Bill, Sharon jest zajęta. Ian

Zastanawiał się przez chwilę. Nagle, nie bez zaskoczenia, zdał sobie sprawę, że chce zapytać Sherlocka, czy ten nie ma nic przeciwko. Kolejny raz Sherlock zaburzał równowagę bardziej niż powinien, ale teraz jakby miał do tego prawo, skoro wreszcie zajął miejsca, w których John już dawno go postawił. Wypełnił miejsce „kochanka", zaraz obok „przyjaciela", „współlokatora", „irytującego dupka" i „inspiracji". Chryste, prędkość, z którą to wszystko w niego uderzało, zapierała dech w piersiach. Miał wrażenie, że to za dużo i za szybko, i że potrzebuje nawiązać odrobinę kontaktu ze światem zewnętrznym. Musiał mieć jakiś kamień, którego się złapie, miotany prądem o imieniu Sherlock, więc odpisał:

Jasne, żałosny frajerze. Napisz, gdzie i kiedy. Przepraszam za grupę, mam trochę na głowie. J

Potem przez jakiś czas patrzył na przemykający za oknami Londyn, wspominając, jak Sherlock już dwukrotnie wprowadził do ich relacji seks – i już o niczym innym nie mógł myśleć. Nawet przed skokiem detektywa czasem się martwił, do jakiego stopnia dopasowuje się do jego kaprysów i nastrojów, a obecna sytuacja właściwie niczym się nie różniła. Może poza tym, że nie mógł uczciwie powiedzieć, by mu to przeszkadzało. A jednak – szokujące. Zamknął oczy, chroniąc je przed blaskiem miasta, skąpanego w jasnym słonecznym świetle, i próbował poczuć się jak odrębny byt, John Watson, a nie element „Watson" zbioru Holmes-Watson. Nie było to łatwe. Nawet teraz nie mógł przestać myśleć, co przez Sherlocka przechodzi ta biedna kobieta, a także o tym, jak odległy detektyw wydawał się w taksówce i jak wyglądał na niemal boleśnie niezainteresowanego tym, dokąd wybiera się John. Wcześniej doktor by się tym nie przejmował, ale teraz opuścił Sherlocka, by zerwać z Mary, bo Sherlock wkroczył między nich, poplątał wszystkie więzi, które łączyły Johna z innymi ludźmi. Tak więc brak choćby okruchu wsparcia, uspokojenia, zapewnienia, że robi właściwą rzecz, był absolutnie niesprawiedliwy.

I chociaż czuł, że ostatnie dni połączyły go z Sherlockiem bardziej niż kiedykolwiek... a przynajmniej najbardziej od powrotu Sherlocka, jeszcze bardziej tajemniczego, z większą ilością białych plam... nadal nie miał wrażenia, że naprawdę pojmuje swojego przyjaciela, swojego niesamowicie wkurzającego przyjaciela, swojego niesamowicie wkurzającego kochanka (kolejna rola Sherlocka, tak samo oszałamiająca, jak wszystkie inne). Błysk niepewności pod prysznicem zasugerował, że istniało coś dużo głębszego, ale John ani przez chwilę nie wątpił, że Sherlock odsłoni się bardziej tylko wtedy, gdy zachowa się ogromną ostrożność. Ta chwila w taksówce dość boleśnie mu to uświadomiła.

Westchnął. Kimże był, by wybrać coś takiego? By wybrać coś takiego zamiast stabilnego, dobrego, zdrowego i głęboko satysfakcjonującego związku z Mary? Ekstremalnie dziwny, pełny współuzależnienia gejowski związek z obłąkanym współlokatorem, którego cechowała nonszalancja krzywdząca wszystkich bliskich ludzi i intensywność dotycząca dokładnie tego, co w kontaktach międzyludzkich intensywne być nie powinno? Który starannie dobierał emocje i odrzucał to, co mu nie odpowiadało; który zafundował mu piekielną żałobę i nadal nie rozumiał, w czym problem. Jak to, iż Sherlock wolał, by John nie wiedział, że przeżył, świadczyło o jego sposobie myślenia? To było jak igranie... nawet nie z ogniem, bardziej z bombą zaprogramowaną specjalnie tak, by skonfundować każdego, kto chciałby ją rozbroić.

O tyle rzeczy należało się martwić. „Współuzależnienie". No, nie dało się ukryć. Kiedy przebywał z Sherlockiem, wszystko inne stawało się co najwyżej stłumionym dźwiękiem w tle, a gdy nie przebywał, przyjaciel nadal zabierał zdecydowanie za dużo miejsca w jego świadomości. A w każdym razie – co może nawet gorsze - „uzależnienie", bo naprawdę nie wiedział, czy Sherlock odczuwał podobne, zbyt potężne, wprawiające w osłupienie uczucia wobec Johna, jak John wobec niego. „Gejowski". John nigdy na poważnie nie sądził, by etykietka „gej" odnosiła się do niego, ale nie mógł nie zauważyć, że dojście w ustach Sherlocka było bardzo gejowskie. A zresztą, co to tak naprawdę znaczyło? Może nie musiało znaczyć tak wiele, ale niewłaściwe, a w każdym razie naiwne, wydawało się myślenie o sobie jako o stuprocentowym heteryku, skoro tak bardzo pociągał go mężczyzna. Nawet jeśli był to tylko jeden, konkretny mężczyzna. „Obłąkany". Sherlock zazwyczaj doskonale panował nad swoją osobistą odmianą... stukniętości, która nie była socjopatią, raczej mieszanką szerokiego spektrum autyzmu i głębokiej niechęci – albo nieumiejętności – zastosowania bardzo dokładnych obserwacji społecznych w praktyce. I chociaż ostatnie tygodnie były relatywnie spokojne, John nie wątpił, że za zasłoną czasowego spokoju czai się eksplozja. „Związek" - chociaż nie miał pojęcia, czy to związek, czy cokolwiek tu jest związkiem. I zupełnie nie wiedział, co jakiekolwiek związki znaczyły dla Sherlocka, i jakie reguły – jeśli w ogóle jakieś – się nimi, według niego, rządziły.

A do tego, oczywiście, jeszcze seks. Co seks tak naprawdę znaczył dla Sherlocka? Czy to miało jakiekolwiek znaczenie, że Sherlock od początku dominował nad Johnem, nawet jeśli wylądował pod nim – to on wybierał rytm, doprowadzał Johna do orgazmu niemal samym głosem, tym „ty", które było tak niewiarygodnie zachwycające i konfundujące? W johnowych fantazjach Sherlock często porzucał kontrolę, którą miał nad nim w innych aspektach życia, ale jak na razie nic tego nie zapowiadało. I co miał wywnioskować z tego, że – jak do tej pory – seks wyglądał dokładnie tak samo, jak wszystko inne? Ta poranna agresja Sherlocka była jednocześnie bardzo podniecająca i nieco niepokojąca. Poza tym, John spędził kilka ładnych lat, nie mając w ogóle pewności, czy Sherlock ma jakiekolwiek pragnienia seksualne, więc naprawdę czuł, że jest mu potrzebne więcej czasu, by pojąć tę rzeczywistość, w której Sherlock twierdzi, że zakładanie ubrań to strata cennego czasu, który można by spędzić na robieniu Johnowi laski. Ale jeśli w życiu nie było na coś wystarczająco dużo czasu, to z całą pewnością na pojęcie rzeczywistości, w której istniał Sherlock. Chyba że chodziło o skakanie z dachu, bo wtedy czasu było zbyt wiele; zamarznięte, galaretowate jeziora czasu, nieskończone źródła, które nie były nikomu do niczego potrzebne.

Chryste. Co się porobiło z jego życiem? Niespodziewane obciąganie przy śniadaniu plus złapanie taksówki, by zerwać związek z kobietą, którą naprawdę sądził, że pokocha, ale którą zdradził już dwukrotnie i to niemal bez wahania. Co się porobiło z jego życiem?

xxx

Mary wpuściła go do mieszkania, uśmiechając się ostrożnie. John stwierdził, że przestrzeń między nimi już składa się z atomów ostateczności, ale niesprawiedliwie byłoby założyć, że ona też to wie. Nie mogła wiedzieć, co się z nim działo przez ostatnie dwadzieścia cztery godziny, nie mogła pojąć, że krucha orbita jego wszechświata, z nieskończonym wysiłkiem odbudowana, by okrążać świat bez Sherlocka, a potem zrekonstruowana, by wytrzymać świat, w którym Sherlock znów istniał, ponownie się roztrzaskała i była teraz zaledwie cieniem krążącym wokół świata, w którym Sherlock robił mu laskę przy śniadaniu. John stał przez chwilę w korytarzu, czując się jak zupełny dupek i myśląc, jak niesamowicie spaczone i koślawe może być życie. Odbiera ludzi, a potem ich oddaje, wywołuje tyle zamieszania, że to niemal nie do uwierzenia, ze wszystkich ludzi właśnie jemu ofiarowuje nową szansę o niemal mitycznych rozmiarach. A przecież nie zasłużył na nią bardziej niż ktokolwiek inny. Do tego życie ewidentnie nabija się z Mary, która z całą pewnością sobie na to nie zasłużyła. Szybko wycofał się z tej myśli – to on tak naprawdę się nabijał, chociaż odnosił wrażenie, że ma raczej do czynienia ze starannie zaplanowana sekwencją wydarzeń. Zachował się najgorzej, jak tylko się dało, i musiał ponieść odpowiedzialność. Nawet biorąc pod uwagę, jak namolny i niepowstrzymywalny był Sherlock.

Popatrzył na nią. Jasnowłosa, drobna, piękna, z subtelną, atrakcyjną gracją i głębokim, nieudawanym ciepłem, które przyciągnęło go niczym uczta wygłodniałych. Cóż, dokładnie o to chodziło – zaspokajała jego głód od zewnątrz, ale Sherlock był jego głodem, wypalał go od środka, zapewniał mu energię, by samemu o siebie zadbać, podarował mu życie, którego naprawdę, prawdziwie pragnął i które go jednocześnie głęboko przerażało.

- No to co się wczoraj stało? - zapytała, wręczając mu kubek kawy. Usiedli na kanapie, na której wielokrotnie się pieprzyli, ale teraz przestrzeń między nimi była zbyt rozległa i to nie tylko psychicznie. Trzymała go na dystans.
Skrzywił się. Najprawdziwszą odpowiedzią byłoby: „Sherlock się stał", ale czuł jednak potrzebę opowieści, musiał zaoferować jej coś, co mogłaby wykorzystać.
- Scotland Yard miał dla nas sprawę i w całym tym zamieszaniu... Zapomniałem. Przepraszam – powiedział. To nie było nawet kłamstwo.
Kiwnęła wolno głową.

- Co to za sprawa?

To go zaskoczyło.

- Wydawało się, że morderstwo-samobójstwo. Okazało się, że podwójne morderstwo. Kochanek kobiety zabił ją i jej męża.

Skinęła głową z zainteresowaniem.

- Brzmi fascynująco.

- Tak, było fascynujące – powiedział, przypominając sobie, jak Sherlock pochylał się nad ciałami, jak muskał czubkami palców ich milczenie, ich cielesne zeznania, bo tylko swoją fizycznością mogli przemówić zza mglistej granicy, którą przekroczyli. W jakiś sposób mieli szczęście, że to Sherlockowi przekazali swoje ostatnie słowa. Chryste, to było wczoraj, a wydawało się, że od tamtej chwili oddzielił ich cały ocean, nieprzebrana głębia pulsująca ukrytym życiem. Czas i przestrzeń odsuwały się od siebie, tworzyły nowy czas, chwile, w których Greg mówił: „Kocham was obu", w których Sherlock nazywał go mikroskopem; chwile, w których Sherlock warczał mu do ucha „ty", przyspieszając tym samym orgazm; chwile, w których Sherlock lizał sennie jego szyję, kosztując go, katalogując.

- Więc potrzebowali Sherlocka – odezwała się Mary. W jej oczach pobłyskiwała ostrożność, ale wydawała się rozluźniać. John zdał sobie sprawę, że już połowicznie zaakceptowała przeprosiny.

- No tak – odparł, przełykając pchające się na usta: „Ja też się w gruncie rzeczy czasem przydaję".

Spojrzała na niego.

- John, nie przeszkadza mi, że mu towarzyszysz. - Wzięła głęboki oddech. - Wystarczająco dużo wiem o życiu, które razem wiedliście. I naprawdę rozumiem, jak za tym tęskniłeś. Cieszę się, że znów możesz to wszystko robić, bo to oczywiste, że to kochasz.

Skrzywił się.

- Ale doceniłabym minimum komunikacji – skończyła spokojnie i wzięła łyk kawy. Mleko, cukier, Mary, mleko, cukier, Mary.

- Taaak, ja... wiem. Przepraszam. Nie ma usprawiedliwienia, że zapomniałem.

- Wybaczam ci, głupku – powiedziała ciepło, bo była wspaniała i wyciągnęła dłoń, by wziąć go za rękę, a tym samym odbudować pomost między nimi, i wtedy coś w nim pękło. Pękły kruche bariery powstrzymujące poczucie winy, które teraz zalało go jak lawina.

Zamknął oczy, próbując utrzymać huragan we wnętrzu swojej czaszki. Kiedy znów je otworzył, Mary wydawała się zszokowana. Ewidentnie dostrzegła coś bardzo niepokojącego w minie, którą jego twarz przybrała sama z siebie.

- Mary – powiedział i brzmiało to niemal jak świst, jakby z trudem mógł oddychać, podczas gdy przygniatała go myśl: „Dlaczego jestem takim dupkiem, dlaczego".

- Co? - odparła, a jej oczy zrobiły się ciemne od podejrzeń.

- Przepraszam. - I już wiedział, że był jej winien prawdę. - Nie mogę się dalej z tobą widywać. Zrobiłem... zrobiłem coś okropnego.

Czekała, nic nie oferując. Nie mógł jej za to winić, bo co on jej oferował? Przyciągnęła dłoń z powrotem w swoją stronę, przywracając dystans, stawiając swoje własne bariery. Postanowił nie zwlekać i z listy okropnych rzeczy, które zrobił, wybrał rzecz najoczywistszą, najłatwiej dającą się ubrać w słowa.

- Przespałem się z kimś.

Przez chwilę milczała. Na jej twarzy powoli odbiło się zaskoczenie, które następnie ustąpiło miejsca głębokiemu rozczarowaniu.

- Z kimś – powtórzyła, a ton jej głosu wyjawiał, że już wiedziała.

Ale musiał to powiedzieć.

- Z Sherlockiem. - Jego krtań była niemal zbyt ściśnięta, by wydusić z niej imię wraz ze wszystkim, co w nim pobrzmiewało, co z niego wynikało, co się z nim wiązało.

Nie płakała. Nie krzyczała. Był z nią pięć miesięcy i dała mu się poznać jako silny, stabilny człowiek ze spokojną, godną zaufania osobowością; cudowna osoba ze szczerą, prawdziwą świadomością samej siebie i poczuciem własnej wartości. I dokładnie to – i jeszcze więcej – było w niej, gdy wstała z kanapy i zmierzyła go spokojnym spojrzeniem, tylko leciutko się chwiejąc. Oddychała gwałtownie. Przycisnęła dłoń do klatki piersiowej, próbując wziąć się w garść, próbując uspokoić szalejące emocje. Wiedział, co myśli, i naprawdę nie mógł się z nią nie zgodzić: „On na to nie zasłużył".

- Powinnam była to przewidzieć – powiedziała, a w jej głosie nawet nie było goryczy, raczej zrezygnowane zdziwienie. - To, jak o nim mówiłeś... Nawet półtora roku po jego śmierci...

- Tak bardzo przepraszam – powiedział zupełnie szczerze. Nie przepraszał za to, że kochał Sherlocka, że przespał się z Sherlockiem, bo nie było mowy, by tego żałował, nawet jeśli było to zupełnie pozbawiające gruntu pod nogami i szalenie niepokojące. Przepraszał za to, że nie zachowywał się lepiej, że rozpaczliwie próbował trzymać się normalności, mimo że wiedział, że jej ostatecznie nie chce, że próbował sobie wmówić – krzywdząc samą Mary – że dobrze jest, jak jest. Przepraszał za to, że zrobił jej krzywdę, ale to byłoby tak chujowe stwierdzenie, że nawet nie próbował tego powiedzieć.

Wydała z siebie cichy dźwięk, który mógł oznaczać wiele różnych rzeczy.

- Byliście ze sobą przed jego śmiercią? - zapytała ostro. Gdy tak stała nad nim, przez jeden moment szaleństwa przypominała Sherlocka, a potem już nie, w ogóle, nawet odrobinę. Mary. Mleko, cukier, Mary.

- Nie – odparł po prostu. To była prawda – chociaż tylko jej niewielka część – i miał nadzieję, że ona wie, że nie kłamie, chociaż nie miała powodu, by myśleć, że kiedykolwiek powiedział jej prawdę. Pokiwała jednak głową i wydawało się, że przyjęła to do wiadomości.

- Ale teraz jesteście – powiedziała, przyciskając pięść do fragmentu skóry, pod którą jej serce najprawdopodobniej waliło jak oszalałe. Ciśnienie krwi. Stres. Puls. Żadnego idiotycznego załamania – tylko serce bijące coraz szybciej, by się nie załamać pod ciężarem życia.

Przez chwilę wahał się, nie wiedząc, co powiedzieć, ale nic z tego nie miałoby dla niej znaczenia, więc wybrał linię najmniejszego oporu:

- Tak.

- I kochasz go. - Straciła odrobinę samokontroli, objęła się ramionami, jakby potrzebując wsparcia własnego ciała. Jej oczy zaczęły błyszczeć od łez, które jednak nie popłynęły po policzkach.

Zapadła cisza, której nie umiał przerwać, bo „Tak, kocham" byłoby zbyt silne, zbyt bolesne.

- Pójdę już – powiedział w końcu, bo nie mógł pomyśleć o żadnych słowach, które miałyby jakiekolwiek znaczenie. Na myśl, że ją traci, poczuł wbrew sobie gorzkie ukłucie bólu. Rozłam między nimi był zbyt ostry, zbyt poszarpany. Jeszcze niedawno stanowili dwójkę ludzi, którzy niezwykle do siebie pasowali pod wieloma względami, a teraz tam, gdzie jeszcze niedawno biegły wspólnie miękkie zakręty, zostały tylko ostre krawędzie. Boże, był potworem.

- Lepiej tak – przyznała zduszonym głosem, chociaż wyglądała tak, jakby – może – chciała powiedzieć coś więcej. Na przykład: „Jesteś dupkiem" albo „Jak mogłeś mi to zrobić". Jej cisza mówiła to wszystko za nią. Był dobry w odczytywaniu rzeczy, których nie mówią ludzie, którzy nie są Sherlockiem. Właśnie odbył najłatwiejszą kończącą związek rozmowę w swoim życiu, i to tak bardzo do niej pasowało – bo to również był najłatwiejszy związek w jego życiu, najbardziej stabilny, który mógł budować, nie martwiąc się o siłę jej fundamentów. Obiektywnie dobre rozstanie tylko dodawało goryczy – było im ze sobą dobrze, nawet gdy się rozstawali.

Stając przy drzwiach, powiedziała wyraźnie wbrew sobie:

- Będę za tobą tęsknić.

I mógł powiedzieć: „Ja za tobą też", bo to byłaby prawda, to byłaby prawda w sposób tak nieskomplikowany, w jaki niewiele rzeczy obecnie było nieskomplikowanych, ale wiedział, że to nie pomoże, nie pomoże ani trochę. Nie chciał obciążać jej własnym poczuciem żalu, bo już nie miała co z nim zrobić.

- Do widzenia, Mary – powiedział zamiast tego, patrząc, jak kobieta zamyka drzwi do tej części jego życia, która obecnie wydawała się tak odległa, jakby patrzył na nią przez niewłaściwą stronę szkła powiększającego.