Rozdział 7

- "To są tostery, a nie serwery…" - warknęła pod nosem Marcelina. Po raz chyba setny tego wieczora.

Jakąś godzinę wcześniej, zaledwie kilka minut po uruchomieniu zaktualizowanego Adventure Time i ujrzeniu intrygującego wstępu, na ekranach graczy wyświetliły się niewielkie okienka, które oznajmiały, że serwery zostały przeciążone i powrócą do prawidłowego działania w mniej niż dwadzieścia cztery godziny. Cisza jaka wtedy zapadła na czacie głosowym była tak dołująco nieprzyjemna, że Jake aż walnął czołem o biurko. Chwilę później wszyscy pożegnali się i zwinęli. Poszli się zająć czymkolwiek co mogłoby pomóc im w zabijaniu nadmiaru wolnego czasu.

Bonnibel wraz ze swoją współlokatorką przeniosły się na kanapę w salonie. Chrupiąc przygotowany wcześniej popcorn oglądały klasyczny film science fiction. Dziewczyny leżały opierając się o przeciwległe podłokietniki mebla, który dopiero teraz wyjawił fakt, że nie mieszczą się na nim dwie leżące osoby. Wylegujące się musiały stykać się nogami, czego przez ponad pół godziny unikały jak tylko mogły. W końcu obydwie stwierdziły, że właściwie średnio im to przeszkadza, a nawet w myślach przyznały, że taki ograniczony kontakt jest nawet przyjemny i całkiem komfortowy.

- "Nie mogę przestać myśleć skąd wzięła się ta maź…" - odezwała się różowowłosa nie odrywając wzroku od ekranu telewizora, na którym odgrywała się właśnie kultowa scena przedstawiająca jednego z najważniejszych czarnych charakterów, który wyznaje głównemu bohaterowi, że jest jego ojcem.

- "Nie mam żadnego racjonalnego pomysłu" - wzruszyła ramionami Marcelina - "Zwykle jak tak mam, to przez kilka dni nic nie robię i w końcu twórcza blokada sama puszcza…"

- "W tym przypadku nie mamy czasu na czekanie…" - pokręciła głową - "Tu nic nie wymyślimy… Tu trzeba trochę pobadać."

- "To właśnie różnica pomiędzy nauką, a artyzmem" - zaśmiała się czarnowłosa - "I dlatego bardziej uśmiecha mi się to drugie" - dodała szczerząc się.

- "Nie byłabym w stanie nic nie robić przez dłuższy czas… Nic produktywnego w sensie…" - mruknęła Bonnibel - "Muszę coś robić, otrzymywać jakieś bodźce…"

- "Ja też potrzebuję bodźców" - zapewniła i zaczęła wyliczać na palcach - "Muzyka, jakiś program lecący właśnie w TV, może jakiś komiks, coś do żarcia, jakaś gra… Eh… Jak dawno nie zrobiłam sobie takiego dnia wolnego" - westchnęła.

- "Brak czasu?"

- "Czasu?" - śmiała się przez chwilę. Zaraz jednak spoważniała, a nawet zrobiła się nieco smutna - "Nie… Brak kasy… Czasu miałam aż nadto…" - mruknęła.

- "Och…"

- "Czego się spodziewać po grajku ulicznym?" - uśmiechnęła się kwaśno - "Dziennie zarabiałam akurat tyle, żeby nie zdechnąć z głodu, zapłacić rachunki i parę groszy oszczędzić… Właśnie! Taka ciekawostka… Jak tu przyjechałam to sobie usiadłam na rynku, na ławce i trochę pograłam. Jakiś gość dał mi pięć dych, a potem jakby rozpłynął się w powietrzu…"

- "Pięć dych? Musisz świetnie grać" - czarnowłosa próbowała doszukać się w tych słowach jakiś złośliwości, ale naturalnie słodki ton głosu jej przyjaciółki na nic takiego nie wskazywał. Komplement, choć średnio brzmiący, był rzeczywiście komplementem.

- "Dzięki… Wracając do tematu, tamten gość był trochę dziwny… Miał pełno jakiś dziwnych czaszkowych ozdób i w ogóle trochę przypominał trupa."

- "W życiu kogoś takiego nie widziałam" - stwierdziła Bonnibel po krótkim namyśle - "Ale ja całe dnie przesiaduję albo w domu albo na uczelni."

- "Właśnie…" - Marcelina podkreśliła wypowiedziane słowo wskazując palcem sufit - "Jutro siedzisz w domu?"

- "Nie. Muszę pójść rano do biblioteki" - odparła różowowłosa - "A co?"

- "Nic, nic" - machnęła ręką.

- "Będę miała dla ciebie misję swoją drogą."

- "Jaką?" - dziewczynie uśmiechała się perspektywa dnia, w którym nie siedziała sama w domu.

- "Przejdziesz się do miasta i zrobisz zakupy" - uśmiechnęła się pięknie.

- "Spoko, tylko napisz mi listę" - wzruszyła ramionami.

- "Zaraz po tym jak się obudzę" - zaśmiała się - "Właściwie, to powinnam iść spać…"

- "Ja też się chyba prześpię…" - mruknęła czarnowłosa.

Podniosła się na rękach i przełożyła nogi za krawędź mebla, na którego miękkich poduszkach wylegiwała się przez cały wieczór. Niestety Bonnibel zaczęła wykonywać tą czynność dokładnie w tym samym momencie. Nogi dziewczyn poplątały się i dwie postacie poleciały na podłogę wydając z siebie zaskoczony pisk. Upadek stworzył plątaninę kolan powbijanych w uda, niewygodnie umieszczonych piszczeli i stóp, które palcami i piętami kuły przeróżne części ciała.

- "Au…" - jęknęła Marcelina podsumowując sytuację w jaką właśnie się wplątała.


Na trawniku, tuż przy krawędzi wybudowanego z chodnikowych kostek tarasu leżał wystrugany z drewna miecz. Był wymęczony przez czas i częste użytkowanie, co objawiało się licznymi szczerbami i odpryskami na powierzchni złotej farby. Ktoś swoją drogą pomalował tą zabawkę zwykłą farbą w sprayu, co nie za bardzo przysłużyło się drewnu.

Finn oparł głowę na rękach i po raz kolejny spojrzał na tak bliski mu kawałek drewna. Bawił się nim od lat. Właściwie nawet nie pamiętał kiedy go dostał. Ostatnio jednak skupiał się na innych zabawach. Więcej czasu spędzał przed komputerem albo z kolegami niż biegając z na wpół wyobrażoną bronią, swoim bratem i grając w jednego wielkiego larpa z wymyślonymi potworami nie mając pojęcia, że to co robi ma nazwę.

Siedząc tak na chłodnych płytkach i wpatrując się w artefakt z dzieciństwa chłopak nie mógł pozbyć się dziwnej pustki. Tęsknota napędzała się sama, przywołując miłe wspomnienia, a przy okazji coraz bardziej irytując blondyna.

W końcu nie wytrzymał. Wstał, podniósł drewniany miecz i zważył go w dłoni. Miał dziwne przeczucie, że mała podróż w przeszłość nie tylko ułatwi mu oczekiwanie na powrót serwerów Adventure Time do normalnego działania, ale też przyniesie mu coś miłego. Nie miał pojęcia skąd mu się to wzięło. Czasem po prostu tak miał.

Wsadził zabawkę za pasek i ruszył w stronę rosnącego w kącie ogrodu drzewa, na którym dawno temu zbudował razem z ojcem i braćmi namiastkę domku. Rozparta pomiędzy gałęziami platforma, parę drewnianych wsporników i niewielki daszek, choć niezbyt imponujące, były powodem do dumy dla czwórki mniej lub bardziej dorosłych dzieciaków. Chłopak z łatwością wspiął się po zrobionej z wytrzymałej liny i grubych patyków drabince, po czym wygodnie usiadł na krawędzi zbitej z desek płyty, opierając nogi o gałęzie znajdujące się poniżej.

Uśmiechnął się szeroko i zaczął zastanawiać się co robić dalej. Kiedyś pomysły wpadały do głowy same, a wyobrażone potwory pojawiały się w położonym za domem, zadbanym ogrodzie. Razem z nimi materializowały się porwane królewny, olbrzymie skarby i postacie proszące o pomoc. Teraz widać było tylko trawę, kwiaty, szopę i płot oddzielający posesję rodziny chłopaka od posesji sąsiada. Właśnie… płot…

Finn jakoś nigdy nie interesował się tym kto mieszka za tym niewysokim, pomalowanym na biało ogrodzeniem. Do tego mieszkańcy niedawno się wyprowadzili, a na ich miejsce zamieszkał ktoś inny. Ktoś, kto prawdopodobnie miał rudowłosą córkę w wieku blondyna. Skąd chłopak to wiedział? Wspomniana dziewczyna stała właśnie nad pozbawionym rusztu grillem i bawiła się zapałkami i innymi łatwopalnymi rzeczami. Miała na sobie pomarańczowy t-shirt z ognistym symbolem z pewnej popularnej kreskówki, czerwone spodnie i włosy uczesane w kitkę, która miała zapewne ocalić fryzurę dziewczyny przed płomieniami, które co chwila wybuchały zaledwie paręnaście centymetrów przed jej twarzą.

Chłopak przez chwilę zastanawiał się, czy zagadać. Uśmiech i czynności wykonywane przez sąsiadkę nieco go niepokoiły, ale mimo to ruda podobała mu się. Na tyle, że w końcu odłożył miecz w kąt domku i otworzył paszczę.

- "Hej!" - dziewczyna wzdrygnęła się usłyszawszy niespodziewane zawołanie. Powoli odwróciła się w stronę skąd dźwięk dochodził i po chwili odnalazła wzrokiem blondyna - "Co robisz?"

Rudowłosa nieco spanikowała. Przez chwilę rozmyślała, czy odpowiadać, czy też może uciec. Stwierdziła jednak, że nieco głupio będzie wyglądać jeżeli odbiegnie do domu niczym strachliwy, mały dzieciak.

- "Emm…" - skarciła się w myślach. Takie zamulanie wcale nie było lepsze - "No… Bawię się ogniem… Jak widać…" - zerknęła kątem oka na tlące się resztki, którymi zajmowała się przed chwilą. Jej odpowiedź musiała zabrzmieć dość głupawo.

- "Och…" - Finn właściwie spodziewał się czegoś takiego, ale jednocześnie liczył na coś więcej. Na coś od czego mógłby rozpocząć rozmowę - "Jak się właściwie nazywasz? Ja jestem Finn."

- "Phoebe" - odparła szybko. Trochę za szybko. 'Powinnam częściej rozmawiać z ludźmi...' pomyślała ponuro.

- "Fajne imię" - uśmiechnął się promiennie chłopak. Ruda bezgłośnie odetchnęła z ulgą.

Blondyn podniósł się z drewnianej podłogi nadrzewnego domku i zrobił dwa kroki w stronę innej jej krawędzi. Kilkoma zręcznymi ruchami chwycił się drabiny i zszedł na ziemię. Zbliżył się do niewysokiego płotu i oparł o niego ramiona.

- "Chyba muszę częściej wychodzić z domu" - zaśmiał się niezbyt wesoło - "Za dużo siedzę przed kompem i nawet nie wiem kto mieszka w domu obok…"

- "Spoko… Też rzadko kiedy się… hmm… socjalizuję. Ale za to nie siedzę przed komputerem. Ojciec mi nie pozwala."

- "Och… A może…" - chłopak na chwilę się zawahał - "Może chcesz pójść do mnie? Można by pograć na komputerze… albo coś…" - nie miał właściwie pomysłu co można by robić ze świeżo poznaną dziewczyną. Wiedział jednak, że próbować zawsze warto.

- "Wiesz co?" - odezwała się po chwili namysłu - "Czemu nie… Tylko wiesz… Muszę się taty zapytać" - odwróciła się i rzucając przez ramię krótkie "zaraz wracam" odbiegła w stronę swojego domu. Lekki wiatr sprawił, że jej prawie pomarańczowe włosy wyglądały jak płomień.


Blada, czarnowłosa i mocno rozczochrana dziewczyna powoli podniosła się do pozycji siedzącej wydając z siebie przy okazji serię niezbyt zadowolonych pomruków. Potarła oczy i rozejrzała się po schludnie urządzonym pokoju. Wciąż nie mogła się do końca przyzwyczaić do nowego miejsca zamieszkania, choć musiała przyznać, że jest znacznie lepsze niż poprzednie.

Niechętnie zsunęła z siebie ciepłą kołdrę i od razu wzdrygnęła się czując podmuch chłodu. Z pewnym trudem zwlekła się z materaca i niepewnie stanęła na prawie lodowatej podłodze. Chwilę później prawie wywaliła się o pozostawioną przy łóżku torbę, której nie chciało się jej dotychczas do końca wypakować. Szybko zanotowała w myślach, że musi to zrobić później i poprawiając luźne, miękkie, dresowe spodnie, które służyły jej za dolną część pidżamy ruszyła w dalszą drogę w stronę łazienki, klapiąc po drodze bosymi stopami o panele.

Niedługo później stanęła przed lustrem i już po pierwszym weń wejrzeniu stwierdziła, że wygląda gorzej niż się czuje. Miała włosy w potwornym nieładzie, a w jej oczach wyraźnie było widać zmęczenie. Opłukała twarz orzeźwiająco chłodną wodą i chwyciła za pastę oraz szczoteczkę.

- "Dlafefo wyflodam jafby mfie tofnafo pofało?" - zastanowiła się na głos. Wydała z siebie kilka dodatkowych, niewyraźnych mruknięć i bulgotnięć. Mówienie z kawałkiem plastiku w gębie nie jest łatwe - "Fo ja fialam fif fobif?" - zastanowiła się przez chwilę nie zaprzestając szorowania - "Ach fak! Tfu!" - energicznie wypluła pianę, w którą zamieniła się pasta i patrząc nieprzyjaźnie na zabarwiające ja na czerwono krople krwi wypłukała usta wodą - "Zakupy… Trzeba zrobić zakupy…"

Bez większego namysłu chwyciła za leżącą nieopodal różowo-białą szczotkę do włosów i nie zwracając najmniejszej uwagi na pojedyncze, różowe włosy, które się przyczepiły do przedmiotu, zaczęła rozczesywać poplątaną czuprynę. Kilka długich, wypełnionych krzywieniem się i niezadowolonymi dźwiękami minut później wyszła z pomieszczenia i szybkim krokiem udała się do swojego pokoju aby przebrać się w coś, w czym można normalnie pokazać się na zewnątrz. Koszulka i dresowe spodnie poleciały na wciąż niepościelone łóżko, a ich miejsce zajęła bielizna, jeansy i szara bluzka z krótkim rękawem i czerwonym symbolem zakazu palenia papierosów na piersi.

W miarę świeża i w miarę rześka zeszła po schodach do kuchni i od razu dopadła lodówki. Po chwili namysłu zgarnęła pudełko pełne jajek i paczkę pokrojonego w plastry boczku. Szukanie patelni zajęło jej dobre pięć minut, ale w końcu natrafiła na właściwą szufladę i mogła zabrać się za przygotowanie jajecznicy. Postawiła metalowe naczynie na odpaloną kuchenkę gazową i umieściła na nim zawartość trzech rozbitych jajek i pokrojoną w nieregularne kawałeczki wędlinę. Po chwili pomieszczenie wypełnił aromat, który zmusił usta dziewczyny do wzmożenia produkcji śliny, a niedługo później ciepły posiłek wylądował na talerzu i zaczął być energicznie pochłaniany.

W trakcie jedzenia czarnowłosa spostrzegła kątem oka leżącą na stole, gęsto zapisaną karteczkę. Żując kolejną porcję śniadanka dopychanego resztkami chleba, przyciągnęła notatkę do siebie i przejechała po niej wzrokiem. Była to całkiem pokaźna lista zakupów, do której dołączono krótką instrukcję dotarcia do sklepu i banknot. Widząc to ostatnie, dziewczyna zamarła w bezruchu. Nawet nie pamiętała kiedy ostatnio widziała tak dużą sumę zawartą w jednym papierku.

Pośpiesznie dokończyła szamanie, opłukała talerz z większych kawałeczków, których nie chciało się jej zbierać widelcem i wpakowała naczynie, razem ze sztućcami, do zmywarki. Zamknęła urządzenie, umyła ręce i zgarnęła dwa papierki ze stołu. Wsunęła je do kieszeni jeansów i ruszyła w stronę drzwi. Zatrzymała się zaraz przed nimi by naciągnąć długie, czerwone buty na nogi. Zajęło to jej kilka minut, choć miała już w tym wprawę. Gdy tylko podniosła się z kucek, wzięła wiszące na wieszaku przymocowanym do ściany klucze i wyszła zakluczając za sobą.

Idąc powoli chodnikiem przypomniała sobie instrukcję dotarcia do sklepu, którą zostawiła dla niej Bonnie, a której nie chciało się jej wyjmować z kieszeni. Droga była jednak bardzo prosta do zapamiętania i ogarnięcia - sklep znajdował się na początku osiedla, czyli dobre kilkanaście domów do tego należącego do różowowłosej. Proste jak drut pomijając konieczność przejścia obok posesji starego, niepokojącego dziada-sąsiada, który był najprawdopodobniej całkiem dużym zbokiem. Tym razem dziadyga był albo nieobecny albo siedział gdzieś w głębi swojej chałupy, bo czarnowłosa nawet nie poczuła na sobie jego wzroku.

Wkrótce dotarła na miejsce i stanęła przed wejściem do niewielkiego, ale wyglądającego całkiem profesjonalnie sklepiku. Popchnęła ciężkie plastikowo-metalowo-szklane drzwi budząc zawieszony nad nimi dzwonek i wślizgnęła się do wnętrza. W środku zastała kilka rzędów półek pełnych najróżniejszych produktów i upchniętą w rogu kasę, za którą stała kasjerka całkowicie pochłonięta czytaniem czegoś na telefonie.

Marcelina szybko odnalazła wzrokiem stojak z koszykami na zakupy, wzięła jeden i wydobywając z kieszeni listę, zagłębiła się między półki.

- "Masło, jogurt truskawkowy, mleko…" - wyliczała cicho pod nosem. Co chwilę podnosiła wzrok znad kartki by zlokalizować jakiś produkt, dopaść go i porwać z półki.

Krążyła tak w tę i we w tę nie za bardzo się rozglądając, a czasem nawet idąc tyłem. Osoba, na którą się wpakowała gwałtownie przypomniała jej o tym, że niekoniecznie jest jedynym klientem obecnym w sklepie.

- "Oj! Przepraszam bardzo!" - powiedziała bardzo szybko się odwracając.

- "Nie szkodzi panienko" - nieprzyjemny uśmiech brodatego dziwaka posłał jej zimne ciarki po plecach - "Piękna panienka sama tak chodzi po mieście?"

- "Emmm… Przepraszam, ale mam jeszcze kilka rzeczy do kupienia…" - powiedziała z prędkością karabinu maszynowego i jak najszybciej zniknęła mężczyźnie z pola widzenia.

Spojrzała na karteczkę i szybko porównała to co na niej napisano z zawartością koszyka. Zebrała już wszystko i została jej tylko ostatnia pozycja, która głosiła "kup jakieś przekąski". Dziewczyna szybko rozejrzała się dookoła siebie i wrzuciła do koszyka dwie paczki pierwszych czipsów, które zobaczyła. Następnie postanowiła chwilę zaczekać by upewnić się, że sąsiad-dziadyga sobie poszedł, po czym ruszyła do kasy wyławiając po drodze z jednej z lodówek paczkę mrożonych truskawek.

- "Dzień dobry" - przywitała się z kasjerką.

Sprzedawczyni była na oko młodsza od czarnowłosej. Była dość blada, ale nie aż tak mocno jak Marcelina. Sklepowy "mundurek" z trudem skrywał fakt, iż była tak szczupła, że niektórzy opisaliby ją raczej jako chudą. Miała długie włosy w kolorze, który najbliższy był do ciemnego blondu. Promienie porannego słońca wkradające się przez szklane drzwi sprawiały, że jej czupryna zdawała się być w niektórych miejscach ruda.

- "Dzień dobry" - odpowiedziała zerkając niebieskimi i nieco obojętnymi oczami znajdującymi się nad pokrytym uroczymi piegami nosem - "Czym mogę służyć?"

Czarnowłosa zaczęła energicznie wypakowywać zakupy na kasę. Zajęło jej to całkiem dużo czasu. Zaniepokoiła się już nawet, że ciężko będzie jej donieść cały ten towar do domu.

Kasjerka poradziła sobie z produktami znacznie szybciej. Raz dwa skasowała lub wklepała w kasę wszystko co jej klientka chciała kupić.

- "To będzie osiemdziesiąt sześć sześćdziesiąt" - powiedziała z profesjonalnym uśmiechem.

- "Proszę" - Marcelina podała jej banknot, odebrała resztę i najszybciej jak potrafiła zapakowała wszystkie zakupione klamoty do dwóch foliowych siatek.

Powrót do domu zajął nieco więcej czasu niż dotarcie do sklepu. Uchwyty ciężkich pakunków boleśnie wrzynały się w dłonie czarnowłosej, która z maszerowała przez osiedle z zacięciem na twarzy. Przemknęła obok domu nieprzyjemnego sąsiada i zatrzymała się przed drzwiami. Złapała zakupy w jedną rękę, a drugą zaczęła szukać kluczy po kieszeniach. W końcu odnalazła brzęczący pęk, wybrała odpowiednią blaszkę i wsadziła ją w zamek. Chwilę później zakupy z hukiem wylądowały na kuchennym stole, a zmęczona dziewczyna na jednym z taboretów.


- "Ej, Jake…" - chłopak zatrzymał się słysząc głos swego starszego brata. Odwrócił się w jego stronę poprawiając spodnie i spojrzał pytająco - "Co to za dziewucha?" - Jermaine skinął głową w kierunku pokoju swego młodszego rodzeństwa, z którego dochodziła przyciszona rozmowa i, okazjonalnie, chichot.

- "Finn ją przyciągnął" - wzruszył ramionami Jake - "Chyba mieszka po sąsiedzku."

- "W życiu jej nie widziałem" - przyznał starszy blondyn.

- "Za mało czasu spędzasz w okolicy" - zaśmiał się, po czym poszedł na dół.

Rozsiadł się na kanapie przed telewizorem i wziął ze stołu tablet, który pozostawił tam idąc do łazienki. Obudził urządzenie przyciskiem i przeskanował wzrokiem rozświetlony tapetą i ikonkami ekran. Już chciał powrócić do grania w popularną karciankę, która niedawno stała się dostępna na urządzenia mobilne z systemem operacyjnym, z którego korzystał jego gadżet, ale coś go zatrzymało. Na czarnym pasku u góry pojawił się symbol oznaczający powiadomienie z komunikatora.

Chłopak rozwinął pasek i puknął w wiadomość, która zaraz przekierowała go do właściwej aplikacji. Widząc dwa nicki z mrugającymi nieregularnie znaczkami założył podłączone do urządzenia słuchawki douszne. Wywołał klawiaturę.

JakeTheDog: "Co tam?"

- "Gotowi na granie?" - usłyszał głos Marceliny, która chyba właśnie przestała się z czegoś śmiać.

- "Zostało jeszcze parę chwil do otwarcia serwerów" - poinformowała Bonnibel. Jakość dźwięku, który zbierał jej mikrofon była znacznie lepsza niż w przypadku jej przyjaciółki.

JakeTheDog: "Trzeba będzie chwilę poczekać na Finna"

JakeTheDog: "Znalazł sobie koleżankę i właśnie siedzą razem w pokoju"

- "I co robią?" - zapytała czarnowłosa z trudem utrzymując powagę.

- "Marcy…" - westchnęła różowa.

JakeTheDog: "Rozmawiają"

JakeTheDog: "A co myślałaś? :P"

Głośne tupanie na schodach odwróciło uwagę Jake'a. Chłopak wyjął z uszu słuchawki, w których prawdopodobnie słychać było właśnie kolejne dowcipy Marceliny i obejrzał się w tamtą stronę. Z góry schodziła rudowłosa sąsiadka, a tuż za nią maszerował Finn z dziwnie zadowoloną paszczą. Młody odprowadził ją aż do drzwi.

- "To cześć" - pożegnała się z uśmiechem - "Do zobaczenia."

- "Do zobaczenia" - odparł równie radośnie blondyn. Stał przez dłuższą chwilę w drzwiach, odprowadzając rudą wzrokiem.

- "Znalazłeś sobie dziewczynę?" - zapytał nieco złośliwie Jake.

- "A żebyś wiedział!" - powiedział z dumą młodszy z braci krzyżując ręce na piersi - "Mam przeczucie, że coś z tego będzie."

- "Pewnie katastrofa" - zarechotał starszy - "Dobra, nieważne..." - całkowicie zignorował minę Finna i owinął kabel od słuchawek dookoła trzymanego w dłoni tabletu. Podniósł się z kanapy - "Poszła sobie idealnie w czas ta twoja luba. Zaraz serwery włączą" - oznajmił i ruszył w stronę pokoju, który na powrót stał się w pełni dostępnym terytorium.

Młodszy chłopak z nieco niezadowoloną miną podreptał za bratem. Niedługo później obydwaj siedzieli przed rozpędzającymi się z mozołem komputerami, czekając na możliwość zrobienia czegokolwiek. Gdy tylko ukazał się pulpit, a wszystkie ważne programy zaskoczyły, chłopaki włączyli komunikator.

- "Już sobie dziewczyna poszła?" - zapytała Marcelina gdy tylko zobaczyła, że bracia dołączyli.

- "Emmm… Jake?" - Finn odwrócił się w stronę siedzącego obok.

- "No co? Nie powiedziałeś, że mam im nie mówić" - zaśmiał się starszy z braci. W tym samym momencie zaśmiała się również czarnowłosa. Bonnibel zapewne pokręciła głową albo coś w tym rodzaju.

- "Ugh… Jeszcze zobaczycie…" - mruknął pod nosem.

- "Nie wkurzaj się" - zachichotała Marcelina - "My tylko robimy sobie z ciebie jaja. To bardzo dobrze, że znalazłeś sobie dziewczynę."

- "Możemy zacząć grać?" - wymamrotał chłopak. Zaczynał nieco żałować, że przyprowadził Phoebe do domu i miał coraz większą ochotę kopnąć Jake'a w tyłek.

Bracia włączyli grę i przeklikali wszystkie intra. Wybrali postacie i dołączyli do gry, w której już czekały na nich awatary Marceliny i Bonnibel oraz nieprzyjemnie zielonkawe i mroczne niebo. Wszyscy stali po środku powoli umierającego lasu, czyli tam gdzie byli kiedy serwery odmówiły współpracy. Otaczały ich schnące drzewa gubiące schnące liście. Z gęstszych części puszczy, ze ślimaczą prędkością wydostawał się gęsta, ciemno-zielona mgła, która wyglądała co najmniej niepokojąco. Na dróżce, po której szli widać było pęknięcia w wysuszonej na pył ziemi. Świat wyglądał jakby ktoś z niego wysysał życie, a sytuacja pogarszała się z minuty na minutę marszu w stronę wciąż widocznego, zielonkawego, dymnego grzyba.

W pewnym momencie wymęczony grunt zaczął się wyraźnie poruszać pod stopami postaci. Spod suchego piachu i żwiru zaczęły wykopywać się szkielety. Niektóre z nich były gołymi kośćmi. Inne miały na sobie resztki zasuszonego na wiór ciała i podartych na strzępy ubrań. Wszystkie bez wyjątku były uzbrojone w najróżniejszy oręż. Było wiele zardzewiałych mieczy i włóczni, które zapewne pochodziły sprzed paru setek lat. Jeden wymachiwał nawet czymś co dawno temu musiało być patelnią, ale teraz wyglądało bardziej jak pokryty rdzą, metalowy ogryzek z wygiętą rączką. Pośród tłumu kościanych wojowników wyrósł olbrzymi szkielet niedźwiedzia, którego kości chroniła ciężka, płytowa zbroja wykonana najprawdopodobniej z brązu. Lata, które przeleżał gdzieś pod ziemią sprawiły, ze cały pancerz pokryty był zielonym nalotem.

- "O cholercia…" - powiedziała cicho Marcelina - "Nie spodziewałam się tego…"

Mała chorda szkieletorów najwyraźniej się spodziewała odwiedzin graczy, bo praktycznie natychmiast po względnym otrzepaniu się z piasku, rzuciła się na nich wydając z siebie stuk kości i brzęk przeżartego metalu. Przyjaciołom nie pozostało nic innego jak dobyć wirtualne bronie i zacząć nawalać w klawisze odpowiadające za wszelkie ataki i umiejętności.

Wkrótce kościane drzazgi zaczęły latać na wszystkie możliwe strony. Szkielety grzecznie kruszyły się pod ciosami złotego miecza Finna i topora Marceliny. Nie pomagały im ani tarcze ani pordzewiała broń, kiedy ich puste głowy odpadały pod gwałtownymi ciosami łap postaci Jake'a, a klatki piersiowe rozsypywały się w pył pod systematycznym ostrzałem z karabinu, który z jakiś zaawansowanych technicznie słodyczy ukręcił awatar Bonnibel.

Wszystko szło jak po maśle dopóki wielka, koścista łapa martwego niedźwiedzia złapała różową królewnę w pasie i uniosła ją wysoko w górę z zamiarem zmiażdżenia o najbliższą powierzchnię tudzież rozszarpania na kawałki. Ostrzał ze słodkiego karabinku nie za bardzo robił wrażenie na potworze.

- "Mogłabym liczyć na jakąś pomoc?" - zapytała spokojnie Bonnibel.

- "Się robi" - odpowiedziała radośnie Marcelina zanim ktokolwiek zdążył otworzyć usta.

Wampirzyca poderwała się do lotu i w połowie drogi do truposza zaczęła się zmieniać. Stała się wielka, jej kończyny przedłużyły się, a na końcach jej rąk wyrosły długie, ostre pazury. Czarne włosy zmieniły się w gęstą grzywę, a skóra stała się ciemniejsza. Zza szpiczastych, teraz jeszcze dłuższych uszu wyrosły zakręcone rogi, z okolic łopatek para nietoperzych skrzydeł, a z końca pleców jaszczurczy ogon. Blada twarz wydłużyła się w paszczę wypełnioną potężnymi zębiskami. Bestia stanęła nad znacznie niższym niedźwiadkiem, który teraz wydał się wręcz śmieszny i skarciła go spojrzeniem błyszczących na czerwono oczu. Jedno machnięcie wielką, pazurzastą łapą zmieniło martwego miśka w jeszcze bardziej martwego miśka, a właściwie w stertę pogiętego metalu oraz pokruszonych kości i uwolniło postać Bonnibel. Demoniczna Marcelina podniosła awatara przyjaciółki i posadziła go sobie na ramieniu.

- "Dzięki" - różowowłosa odwróciła się od monitora i uśmiechnęła się z wdzięcznością do siedzącej na leżącej na podłodze poduszce czarnowłosej.

- "Nie ma sprawy" - blada dziewczyna wyszczerzyła się pokazując swoje białe ząbki, po czym spojrzała z powrotem na monitor laptopa, który trzymała na kolanach - "Cała mana poszła się… ekhem… Proponuje szybko się ruszyć w kierunku tego eventowego bossa. Póki jestem demonem."

Do miejsca, które znajdowało się dokładnie pod olbrzymim grzybem nie było daleko. Wkrótce przyjaciele dotarli na skażoną pustynię, a parę minut później zbliżyli się do centrum mapy na tyle, że mogli się spokojnie wszystkiemu przyjrzeć Tuż obok słupa powoli rozpływającego się w powietrzu, zielonego dymu stał wielki na ponad dwa metry stwór. Był odwrócony plecami więc było widać tylko jego podziurawione szaty oraz całkiem spory portal, którego pierścień zbudowano z ziemi, suchego drewna, kości i zardzewiałego metalu. Wewnątrz pierścienia pulsowała zielona energia.

Gdy tylko postacie zbliżyły się, stworzenie przestało wpatrywać się w portal i powoli odwróciło się w ich stronę. Był to kolejny nieumarły. Tym razem jednak znacznie straszniejszy. Na jego twarzy znajdowała się blada, wysuszona i naciągnięta na kości skóra, rozerwana w okolicach ust i ukazująca rząd krzywych, żółtawych zębów. Nad ustami ział otwór będący pozostałością po nosie, a oczy stwora były okrągłymi dziurami z drobnymi, zielonymi ognikami wewnątrz. Z boków jego zwieńczonej koroną głowy wystawały zakręcone rogi, z których lewy był odłamany prawie tuż przy czaszce.

Monstrum spostrzegło bohaterów, a w jego kościanych dłoniach pojawiły się zielone płomienie.

Obiecałem komuś wrzucić ten rozdział asap, więc jest asap. Czyli dziesięć dni po tym kiedy pojawić się powinien :I Sorki bardzo.

Nie przepraszam za to za lekki cliffhanger na końcu. Jeszcze dwa rozdziały do czegoś wielkiego :P

Pytajcie i recenzujcie. Mam nadzieję, że się wam podobało.