Rozdział szósty
Nigdy w życiu nie był na weselu. Mycroft jakoś nie uszczęśliwił go szwagierką, a resztę rodziny Sherlock konsekwentnie ignorował, więc jeśli w ciągu ostatnich paru lat były jakieś śluby, to on nawet o tym nie wiedział. Wśród przyjaciół to John żenił się pierwszy. Sherlock początkowo nie czuł się najlepiej w towarzystwie weselników, ale po pierwszej chwili szoku goście na szczęście nie robili z niego głównej atrakcji przyjęcia. Molly wmanewrowała go na koniec stołu, obok pani Hudson i Sherlock znalazł się nagle z powrotem w swoim świecie. Nawet nie uświadamiał sobie, że będzie zdolny czerpać przyjemność z czegoś tak trywialnego i nudnego jak weselny obiad.
Potem było nieco mniej ciekawie. Operowanie lewą ręką zarówno widelcem, jak i nożem doprowadzało go do szału. W pewnym momencie spróbował nawet pozbyć się temblaka i użyć drugiej ręki, ale nóż i tak zbytnio drżał mu w dłoni. W końcu dał sobie spokój i sięgał tylko po to, co dało się jeść samym widelcem. Czuł się już dość upokorzony, gdy poprzedniego dnia Mycroft zaoferował mu swoją pomoc. Nie chciał, by pani Hudson zrobiła to samo. I ona, i Molly zerkały na niego co jakiś czas z niepokojem; Sherlock nie musiał na nie patrzyć, żeby to dostrzegać.
Wesele, jak się okazało, nie mogło się obyć bez standardowych rytuałów. Zaraz po obiedzie Greg Lestrade, będący świadkiem Johna, wzniósł pierwszy toast za nowożeńców. Wygłosił przy tym przemowę, która brzmiała lepiej niż wszystkie jego konferencje prasowe razem wzięte. Sherlock dziwił się trochę, że to właśnie jego John wybrał sobie na świadka. Czyżby naprawdę nie miał nikogo bliższego? Z tego, co wiedział, doktor przez długi czas nie utrzymywał kontaktów z inspektorem. Widać jednak dwa lata to dość długi okres czasu, by zatrzeć żal i odnowić przyjaźń.
Greg wymęczył więc zgrabną przemowę, którą jak nic musiał ćwiczyć przedtem przed lustrem, a potem para młoda została zaproszona na parkiet do pierwszego tańca. Goście oczywiście podążyli za nimi i otoczyli wianuszkiem parkiet. Sherlock zamierzał zostać, choć ciekawość walczyła z ogólnym poczuciem, że to banał i nuda, ale Molly i pani Hudson wyraźnie na niego zaczekały, więc pozwolił ciekawości wygrać. Przepuścił obie kobiety do przodu i sam stanął najdalej, jak tylko się dało. Zauważył, że Sarah była dość uprzejma, by włożyć buty na niskim obcasie, ale potem wrócił do stołu, gdy tylko na parkiet zaczęły wchodzić inne pary.
Na dłuższą metę wesele robiło się nieco nudne. Goście na przemian wznosili toasty, jedli coś i tańczyli. Atmosfera była przyjemnie swojska, pomimo tego, że Sherlock znał ledwie kilka osób. Może dlatego, że to było tych kilka osób, które od dawna chciał zobaczyć? I mimo że nie bardzo wiedział, co z sobą zrobić, zdecydowanie wolał siedzieć w towarzystwie pani Hudson niż Mycrofta, sykającego z niezadowoleniem na każdy jego krok.
- Zatańczyłbyś z nią chociaż raz, co? - usłyszał nagle nad sobą. Sarah zatrzymała się przy jego krześle i pochyliła.
- Słucham? - Sherlock obrócił się w jej stronę i uniósł nieznacznie brwi. Czego Sarah od niego chciała?
- Z Molly. - Panna młoda wskazała na Molly, która rozmawiała na brzegu parkietu z jakimś lekarzem, którego Sherlock nie znał. Nie mógł być także pewny zawodu mężczyzny, ale w tym towarzystwie lekarz był najbardziej prawdopodobny. - Przyszedłeś razem z nią, prawda?
- Zawsze zadajesz oczywiste pytania? Tak, przyszliśmy razem. I nie, nie jesteśmy w związku, jeśli to insynuujesz - zastrzegł Sherlock, zanim Sarah nie zaczęła wyciągać dalszych błędnych wniosków.
- Nic takiego nie powiedziałam - odparła Sarah swobodnie, bez zdziwienia czy urazy. - Uważaj, uśmiechnij się - ostrzegła go nagle, a w następnej chwili oboje zostali oślepieni lampą błyskową.
- Jeszcze raz, jak można - odezwał się fotograf, widząc, że już przykuł ich uwagę. - Uśmiech proszę.
Zanim zdążył błysnąć lampą po raz drugi, Sherlock wstał i wyminął go płynnym ruchem, zostawiając Sarah samą.
XXX
John wziął dwa kieliszki z winem i poszukał wzrokiem żony. Ku swojemu zaskoczeniu dostrzegł, że Sarah rozmawiała z Sherlockiem, który nawet z pewnej odległości sprawiał wrażenie poirytowanego. Zaraz potem detektyw poderwał się nagle i czmychnął w kierunku parkietu do Molly, Grega i przełożonego Sarah, którzy stali z boku, pogrążeni w rozmowie. John zdziwił się jeszcze bardziej, gdy po krótkiej wymianie zdań Sherlock znalazł się na parkiecie z roześmianą Molly.
- Coś nie tak? - usłyszał z boku pytanie Sarah.
- Nie, czemu? - John podał żonie kieliszek. - Dzisiaj już nic mnie nie zdziwi, nawet jeśli za chwilę zobaczę na parkiecie Mycrofta w trampkach - mruknął do siebie, uśmiechając się pod nosem do obrazu, jaki podsunęła mu wyobraźnia.
- Kogo?
- Starszego brata Sherlocka - wyjaśnił John. - Facet jest chyba przyrośnięty do garnituru i parasola. Pewnie prędzej czy później będziesz miała nieprzyjemność go poznać, skoro Sherlock wrócił.
- Równe indywiduum co Sherlock, jak rozumiem - podsumowała Sarah, upijając łyk wina. John widział w jej oczach rozbawienie, gdy obserwowała Holmesa trzymającego się na parkiecie sztywno, jakby kija połknął. - Czy aż taki nieprzyjemny?
- Na pewno bardziej wyrachowany i mniej interesujący - odparł swobodnie John. - A w ogóle, co ty mu zrobiłaś, że poprosił Molly do tańca?
- Ja? Nic - roześmiała się Sarah. - Tylko mu to zasugerowałam, nie spodziewałam się, że zadziała.
- Też bym się nie spodziewał… On i uprzejmość?
- Coś mi się zdaje, że to akurat była zasługa fotografa – odpowiedziała Sarah. – Dość skutecznie go przepłoszył. Ale cóż, Molly zdaje się być z tego zadowolona.
O tak, Molly z pewnością się cieszyła, pomyślał John, obserwując, jak dziewczyna wiruje w tańcu. Po raz kolejny tego dnia uderzyła go jej śmiałość względem Sherlocka. Molly, którą znał i pamiętał z wizyt w kostnicy czy laboratorium, już dawno spłoniłaby się i straciła rezon. I kolejny raz pośród miliona pytań kłębiących mu się w głowie pojawiło się to dotyczące relacji pomiędzy tą dwójką. Co takiego zaszło, że Molly ze swobodą przyjmowała to, co Sherlock był skłonny jej dać, i jak to się stało, że Sherlock w ogóle przejmował się takimi drobiazgami. Bo z tego, co John zdążył zauważyć, jego przyjaciel zwracał szczególną uwagę na to, co mogłoby Molly sprawić przyjemność, a co ją zranić. Ta zmiana cieszyła go i intrygowała, bardziej, niż byłby skłonny przyznać.
Przez moment stali z Sarah i obserwowali parkiet, w tej chwili niemal pusty, jako że większość gości zrobiła sobie przerwę na kawę i ciasto. Sherlock niewiele stracił ze swojej sztywności, ale w sumie radził sobie nie najgorzej. Zresztą, on zwykle sobie radził, skonstatował John. Detektyw wytrzymał na parkiecie dwa utwory, dopiero przy trzecim powiedział coś do Molly i czmychnął w bok, gdzie niemal natychmiast wpadł pod opiekuńcze skrzydła pani Hudson. Wydawał się zadyszany i John poniewczasie pomyślał, czy taniec był na pewno dobrym pomysłem.
Molly widać musiała mieć podobne wątpliwości, bo mimo świecących z radości oczu wyglądała na zaniepokojoną, gdy podeszła do nich. Była zarumieniona od tańca, ale też zerkała na Sherlocka z poczuciem winy.
- Tak, Molly? - John odstawił kieliszek na stół. - Coś się stało?
- Jest tu jakieś ustronne pomieszczenie? Gdzieś, gdzie mogłabym zerknąć... Nie wiem, czy nie przesadziliśmy i Sherlock... - zapytała Molly z zakłopotaniem.
- Szybko sobie poczynacie - skomentował swobodnie stojący obok mężczyzna, chyba kuzyn Sarah, jeśli John dobrze pamiętał. - Nie ma jeszcze północy.
- David, zachowuj się! - syknęła Sarah z niesmakiem.
- Sherlock niemal zemdlał mi trzy dni temu na progu, więc cokolwiek sugerujesz, na pewno nie będzie miało miejsca - odezwała się Molly, a John znów zdziwił się jej chłodnym, opanowanym tonem. Kiedy Molly nabrała takiej pewności siebie?
David wymamrotał jakieś nieskładne przeprosiny i wycofał się, zostawiając ich samych.
- Tam po lewej stronie korytarza jest pokój, gdzie wszyscy zostawialiśmy płaszcze - powiedziała Sarah. - Coś z nim nie w porządku? - zapytała, nieznacznym gestem wskazując na Sherlocka siedzącego pod ścianą z przymkniętymi oczami. Pani Hudson zdawała się nie odstępować go na krok, a i Holmes wyraźnie wolał trzymać się na uboczu.
- Tak mi się zdaje. Chciałam zerknąć na opatrunki, Mycroft nie jest w tym najlepszy.
- Mhm... Tak, tam powinniście mieć dość prywatności - przyznał John. - Gdyby coś... O co chodzi? - zapytał, zwracając się do żony, bo Sarah roześmiała się.
- No idź, porozmawiajcie w końcu - odparła, wciąż uśmiechając się wesoło. - Przecież widzę, że nie możesz usiedzieć w miejscu z ciekawości. No i - dodała, mrugając do Molly - nie chcemy tu żadnych niepotrzebnych plotek.
- I tak nic nowego nikt by już nie wymyślił – mruknął John, z niesmakiem przypominając sobie wszystkie te spekulacje, które widywał swego czasu w gazetach. – Ale masz rację, trzeba wyjaśnić parę spraw – przyznał. – Mam nadzieję, że nie zajmie nam to za długo.
- Molly, próbowałaś już tego ciasta? Moja bratowa przeszła samą siebie – powiedziała Sara i poprowadziła towarzyszkę do sąsiedniego stolika, zostawiając Johna samego, żeby rozmówił się w końcu z Holmesem.
- Sherlock, pozwól ze mną - polecił krótko John, gdy podszedł do niego. Otaksował detektywa wzrokiem, oceniając, czy obawy Molly były słuszne. Sherlock nieznacznie zmrużył oczy, trochę kpiąco, trochę z zaciekawieniem, ale bez słowa poszedł za Johnem do pustego pokoju. Odezwał się dopiero, gdy usiadł na sofie zarzuconej płaszczami, a John przystawił sobie krzesło.
- Zamierzasz wykorzystać sytuację, że jesteśmy sami? - zapytał z nutką zainteresowania. - Lestrade zdołał się powstrzymać.
- Molly się martwiła, czy wszystko w porządku - odparł John bez związku; wróciło wrażenie, jakby śnił.
- Tak, w porządku – uciął krótko Sherlock. - A ty masz pytania - zauważył bez śladu emocji. To znajomo brzmiące stwierdzenie, powiedziane tak swobodnie i naturalnie, zirytowało Johna.
- No brawo! Oczywiście, że mam pytania – prychnął i wyprostował się odruchowo, napinając mięśnie. – Jak chociażby, czy zdarzyło ci się kiedyś pomyśleć, co to oznaczało dla nas wszystkich? Patrzyłeś kiedyś, jak, cholera ciężka, twój przyjaciel popełnia samobójstwo?! Czy… Nie, co ja mówię… - John pokręcił głową i odetchnął, zanim rozkręcił się na tyle, by zacząć krzyczeć. – Oczywiście, że nie pomyślałeś. Zniknąłeś, umarłeś, zabiłeś się, a teraz przychodzisz znikąd. Z tym. – Z kieszeni marynarki wyciągnął woreczek z łuską. – Kim był ten Moran i czemu mógł mi zagrozić? A skoro mógł, dlaczego o tym nie wiedziałem? Po co było to wszystko?
Sherlock, nienaturalnie cichy, siedział wpatrzony gdzieś w ścianę ponad ramieniem Johna. Zwlekał z odpowiedzią, jakby dopiero obmyślał, co może powiedzieć, a czego nie, a to dodatkowo zirytowało doktora. W końcu padły słowa, których się nie spodziewał.
- Zabiłby was, gdybym ja się nie zabił. – Znów ten ton, obojętny, wyprany z emocji. Sherlock mówił do ściany, jakby wcale nie chciał rozmawiać. – Nie mogłeś się dowiedzieć, to by było zbyt niebezpieczne.
- Niebezpieczne? – powtórzył John, gdy odzyskał mowę. – Przypomnę ci, że wiem, czym jest wojna – wytknął chłodno. - Lepiej niż ty. Dlaczego mi nie zaufałeś? – dorzucił z goryczą, której nie próbował ukryć.
- Nie dla ciebie – zaprzeczył Sherlock. – Dla mnie. Nie mogłem dopuścić, by powtórzyła się sytuacja z basenu. Towarzysząc mi, byłbyś narażony na niebezpieczeństwo,, a ja nie mogłem sobie pozwolić na taką dekoncentrację. Ty byłeś w Londynie, nieświadomy i bezpieczny, a ja mogłem działać, bo nic mnie nie rozpraszało.
- Na zdrowie ci to nie wyszło. Mi też nie. – John umilkł na moment, a potem zmienił temat. – Molly wiedziała, prawda? Zaplanowałeś to razem z nią. Dlaczego ona, nie ja?
- Ona nie była w niebezpieczeństwie. Moriarty o niej nie pamiętał, zlekceważył ją. I… Molly została w Londynie. Ty byś nie został, gdybyś wiedział, w co się pakuję – odparł Sherlock.
Punkt dla niego, pomyślał John. Oczywiście, że za nic nie zostałby w Londynie i…
- Nie ożeniłbyś się – dokończył detektyw, jakby czytając mu w myślach. John musiał potaknąć, zauważając przy tym, że Holmes potrafił znaleźć właściwe argumenty, gdy ich potrzebował. Gdyby Sherlock się nie zabił, John nie wróciłby do pracy na pełny etat, nie odnowiłby znajomości z Sarah i prawdopodobnie nadal byłby sam. Z tej strony także można było popatrzeć na sprawę… Co nie oznaczało, że John zapomni łatwo o całym koszmarze, przez jaki przeszedł.
- Więc? Jak ci się to w ogóle udało? – zapytał już spokojniej.
Ku jego zaskoczeniu detektyw nie potrzebował więcej zachęty. John nastawił się na to, że będzie musiał pytaniami wydobywać z Sherlocka kolejne informacje, ale ten przymknął oczy i nie patrząc na niego podjął opowieść, jakby recytował z pamięci. Mówił monotonnym tonem i tym samym dawał Johnowi czas na ochłonięcie. Miał do streszczenia dwa lata, ale po dziesięciu minutach umilkł. Powiedział, a raczej wyrzucił z siebie w zastraszającym tempie wszystko, co uznał za istotne; reszta widać czekała na dogodniejsze okoliczności.
John w milczeniu przetrawiał informacje i dopowiadał sobie to, co Sherlock pominął. Wielu rzeczy był w stanie się domyślić o inne zamierzał dopytać przy najbliższej okazji. Na razie tyle mu wystarczyło.
O dziwo to Sherlock pierwszy przerwał milczenie, w dodatku przeskakując na inny temat.
- Nie uwierzyłeś mi wtedy. - Dopiero kiedy para błękitnych oczu wbiła w niego intensywne spojrzenie, John zdał sobie sprawę, że dotąd Sherlock cały czas patrzył gdzieś w bok.
- Nie, nie uwierzyłem - potaknął ostrożnie John.
- Dlaczego? Co wtedy zrobiłem źle? - zapytał natarczywie Sherlock. John skrzywił się nieznacznie. Naprawdę nie miał ochoty wracać wspomnieniami do tamtego dnia, zbyt wiele czasu poświęcił temu, by móc je zablokować. Co nie oznaczało, że nie pamiętał.
- Przecież wiesz – odparł niechętnie. – Za długo mieszkaliśmy pod jednym dachem i za dobrze cię znałem, żebyś mógł mi wmówić coś takiego.
- Przez cały czas byłeś w stu procentach pewien? Zawsze?
- Zawsze – powtórzył z mocą John. – Lestrade i inni nie znali Moriarty'ego, nie widzieli go w akcji. Nikt nigdy nie przekonałby mnie, że tamta akcja na basenie była grą.
- Nawet ja? – dopytywał się dalej Sherlock.
- Tym bardziej ty.
- Dlaczego? – Tym razem w głosie detektywa pojawił się cień urazy. John uśmiechnął się pod nosem.
- Większość ludzi ma cię za nieczułego drania. Dość się nasłuchałem, jak obrażasz ludzi bez mrugnięcia okiem. Jeden jedyny raz słyszałem, jak płaczesz. Naprawdę myślisz, że znając cię, byłbym skłonny uwierzyć w twoje słowa, skoro twój głos im przeczył? Skoro emocje były zbyt silne, byś ty nad nimi panował?
- Dobra dedukcja – skwitował Sherlock. Nie powiedział nic więcej, przez co John zdał sobie sprawę, że to był komplement, bez dodatku złośliwego komentarza. Znów siedzieli w ciszy, dopóki nie przerwał jej dźwięk smsa.
- Nie zamierzasz sprawdzić, kto to? - zaciekawił się John, widząc, że Sherlock nie robi najmniejszego ruchu, żeby wyciągnąć telefon.
- Po co? Mycroft przysyła mi wiadomości średnio co kwadrans - wzruszył ramionami. - Ach, zapomniałbym, najserdeczniejsze życzenia od brytyjskiego rządu. O mało mi nie towarzyszył, by osobiście wam je złożyć - wzdrygnął się z niesmakiem.
- Nie sądzisz, że czegoś chce? - zapytał ostrożnie John bez specjalnego zdziwienia. Sherlock zwykle ignorował swojego starszego brata.
- Nic, czego bym nie wiedział - odparł Holmes i podał mu komórkę. John przejrzał wiadomości i rzeczywiście, nie było w nich nic zaskakującego. "Wszystko w porządku?" "Dajecie sobie radę?" a także ostatni "jeśli jesteś zmęczony, w przeciągu kwadransa przyślę samochód". Nie zdążył oddać telefonu Sherlockowi, gdy przyszła kolejna wiadomość.
- „Jeśli nie odpowiesz, przyjadę" – przeczytał na głos John. – Wygląda na to, że Mycroft się martwi. Jeszcze chwila, a zacznie pisać do mnie – skomentował. Sherlock uśmiechnął się pod nosem, a jego uśmiech powiększył się, gdy telefon Johna zawibrował. Doktor wyciągnął go i ostentacyjnie wywrócił oczami.
- I to mnie Mycroft usiłuje uczyć manier... – mruknął luźno Sherlock. – A mógł po prostu zadzwonić, może nawet bym odebrał.
- Zawsze wolałeś smsy – wytknął mu John.
- Jedną ręką niewygodnie pisać.
- A, faktycznie.
- W sumie chyba nawet do niego zadzwonię – zdecydował nagle Sherlock i wyciągnął do Johna rękę po telefon. Wybrał numer i niemal natychmiast zaczął rozmowę. – Tak, żyję jeszcze… Nie, nie chcemy kierowcy… Daruj sobie…. Ale jak masz pod ręką któregoś z tych swoich niesympatycznych troglodytów, to możesz jakiegoś przysłać… Tak, trzeba pogadać z jedną osobą… Osobiście? Z najwyższą nieprzyjemnością.
- Dobrze zrozumiałem, że ściągasz tu jakiegoś straszaka od Mycrofta? – upewnił się John, gdy Sherlock schował telefon. – Po co?
- A chcesz zobaczyć zdjęcia ze swojego ślubu w poniedziałkowych brukowcach? – odpowiedział pytaniem Sherlock. John pokręcił głową, przerażony taką perspektywą.
- Boże, nie!
- No właśnie. Więc trzeba będzie pogadać z panem fotografem i przekonać go, że idąc ze zdjęciami do gazet popełni największy błąd w swoim życiu. I nie ściągam straszaka, bo Mycroft uznał, że załatwi to osobiście.
- Miło z jego strony – skomentował John. – Wracamy do towarzystwa?
- Mhm. Muszę podpytać inspektora o jakieś zajęcie – odparł Sherlock, a John roześmiał się tylko, słysząc to. Ci w Yardzie będą mieli ciężkie dni, pomyślał rozbawiony.
Sherlock rzeczywiście przydybał Grega i pogrążył się w rozmowie, podczas gdy John tańczył z Sarah. Po uwadze detektywa nie mógł jednak nie przyglądać się fotografowi, który krążył po sali i robił zdjęcie za zdjęciem. Zastanawiał się, czy naprawdę mógłby pójść do gazet ze zdjęciami i uznał, że to bardzo prawdopodobne. The Sun czy inne gazety tego pokroju zapłaciłyby pewnie sporą kwotę za zdjęcie martwego detektywa pojawiającego się znikąd na przyjęciu weselnym swojego przyjaciela. Miał nadzieję, że cokolwiek zrobi Mycroft, będzie to skuteczne.
Nie musiał długo czekać na starszego Holmesa. W przeciwieństwie do większości gości John natychmiast zauważył go, stojącego w progu sali bankietowej w towarzystwie dwóch osiłków w garniturach i obserwującego wnętrze. W rękach trzymał bukiet kwiatów i wyglądał z nim wyjątkowo dziwnie. Prócz Johna chyba tylko Sherlock także dostrzegł brata, ale skinął mu tylko głową i kontynuował rozmowę.
- Wykrakałem – powiedział cicho John do Sarah. – Ten w środku to Mycroft – wyjaśnił, wskazując na starszego Holmesa. Sarah zmierzyła go spojrzeniem, a potem roześmiała się.
- Nie ma trampek.
- Jemu to powiedz. – John także parsknął śmiechem, ale poprowadził żonę pomiędzy tańczącymi parami ku drzwiom.
- Witaj, John – Mycroft Holmes uśmiechnął się uprzejmie. – Przyjmijcie moje przeprosiny za to najście i gratulacje z okazji ślubu – dodał oficjalnie i wręczył Sarah kwiaty. Cholerny dyplomata, przemknęło Johnowi przez głowę, ale potem zauważył z rozbawieniem, że Mycroft utrzymywał większy dystans, niż było to konieczne. Był wprawdzie czas, kiedy John na samą myśl o starszym Holmesie miał ochotę zrobić mu krzywdę, ale to było dawno. Teraz, wobec faktu, że Sherlock był żywy, jego brat zupełnie go nie obchodził.
- To Mycroft Holmes, brat Sherlocka – przedstawił Holmesa John, dopasowując się do jego sztywnej oficjalności. – Sarah, moja żona – dodał zbędnie, ale z czystą przyjemnością. Sarah wyciągnęła do Mycrofta rękę, uśmiechając się zdecydowanie za wesoło.
- Miło mi poznać.
- Mógłbyś poprosić fotografa na korytarz? – poprosił Mycroft. – Nie chcemy, khm, wzbudzać zainteresowania.
- Jasne, zaraz przyjdzie – obiecał John.
Mycroft skinął mu głową i wycofał się, a z nim jego towarzysze. Fotograf wyraził swoje zdziwienie, ale wyszedł zgodnie z prośbą Johna. Doktor podszedł do Sherlocka i Grega, w samą porę, by natrafić na barwną opowieść inspektora o łapance, w której pomagali niedawno kolegom z innego wydziału. John słyszał już wcześniej to i owo, więc miał ogólne pojęcie, w przeciwieństwie do Sherlocka, który usiłował dedukować w miarę poznawanych szczegółów. Prawie jak stare, dobre czasy, brakowało tylko zwłok na podłodze… John wstrząsnął się na tę myśl. Nie, zdecydowanie nie chciał tu dzisiaj żadnych trupów.
Po paru minutach fotograf, blady jak ściana, wsunął się z powrotem do sali. Zmierzył Sherlocka przestraszonym spojrzeniem i zajął się swoją profesją na drugim końcu pomieszczenia, jak najdalej od niego.
- Straszenie chyba zadziałało – zauważył John. – Ej, Sherlock, twój brat chyba czegoś od ciebie chce – dorzucił, widząc, że starszy Holmes znów stoi w progu. Sherlock nie wykazał najmniejszego zainteresowania tym faktem, więc John gestem wskazał Mycroftowi, by do nich dołączył. Holmes podszedł do nich, a na jego widok fotograf wykonał ruch, jakby chciał zniknąć.
- Odpowiedź brzmi „nie" – odezwał się Sherlock, zanim Mycroft zdążył się odezwać. Czyli to także się nie zmieniło, zauważył John. Holmesowie dalej porozumiewali się, jakby częściowo czytali sobie w myślach.
- Jak chcesz, w takim razie wyślę później kierowcę – odpowiedział Mycroft.
- Nie fatyguj się. Wrócę taksówką z panią Hudson. Na Baker Street – podkreślił Sherlock, za wszelką cenę starając się ukryć radość z tego powodu. Wyszło mu mniej więcej tak samo, jak Mycroftowi zatuszowanie swego niezadowolenia.
- Jesteś pewien? – zapytał starszy Holmes, co według Johna było całkowicie pozbawione sensu. Sherlock zbyt cieszył się z perspektywy powrotu na Baker Street, by ktokolwiek, a zwłaszcza Mycroft, był w stanie skłonić go do zmiany zdania.
- Całkowicie.
Mycroft pożegnał się i wyszedł, zanim John poczuł się w obowiązku zaprosić go, by został. I dobrze, bo atmosfera jak nic zgęstniałaby po mniej więcej kwadransie. Jeden Holmes wystarczał, a z nich dwóch John wolał towarzystwo Sherlocka.
- Faktycznie, specyficzny człowiek. Niezbyt sympatyczny – skomentowała Sarah. – O, przepraszam, Sherlock, nie chciałam cię urazić – dodała zaraz, gdy zdała sobie sprawę, że doskonale ją słyszał. W odpowiedzi Sherlock uśmiechnął się wesoło, bynajmniej nie urażony.
- Wiesz co, chyba jednak się dogadamy - stwierdził. – I może nawet cię polubię.
Jeśli Sarah go zniesie, to cuda faktycznie się zdarzają, pomyślał John, patrząc na żonę i Sherlocka. Miał wrażenie, że wymagałby za wiele, ale kto wie?
