Rozdział 7. Strategie i sekrety

- No dobra, muszę to usłyszeć jeszcze raz. Na pewno nie dostaniesz z powrotem peleryny?

- Cholera, Morrison. Powtarzam ci po raz ostatni, że...

- Po prostu się upewniam!

Był poniedziałek rano i Albus siedział z przyjaciółmi w Wielkiej Sali na śniadaniu. Wszyscy Ślizgoni przeżyli pewnego rodzaju wstrząs w sobotnią noc, kiedy Albus wkroczył do pokoju wspólnego i zaraz potem udał się do łóżka, chociaż nikt nie widział, jak wychodził. Potem całą niedzielę spędził w dormitorium, trzęsąc się ze wściekłości i omijając wszystkie posiłki, dlatego nie miał okazji powiedzieć przyjaciołom o zdradzie Jamesa aż do teraz.

- Po prostu nie mogę w to uwierzyć – dodał Morrison z przygnębioną miną. Pomieszał niemrawo swoją owsiankę, ale wyglądało na to, że stracił apetyt.

- W co nie możesz uwierzyć? – zapytał oschłym tonem Scorpius, biorąc kęs obwarzanka. – Że James wypełnia swoje obowiązki?

Albus zagapił się na kolegę.

- Chyba nie mówisz poważnie. Stoisz po jego stronie?

Scorpius powoli przeżuł obwarzanka, po czym wytarł usta chusteczką i dopiero przemówił:

- Słuchaj, szkoda, że nie masz już peleryny, ale czego się spodziewałeś w takiej sytuacji? James jest prefektem. Oczekiwałeś specjalnych przywilejów tylko dlatego, że jesteś jego bratem?

- Nie powiedziałem, że oczekuję innego traktowania – burknął Albus, ponieważ znów poczuł ogarniającą go złość. – Ale każdy inny prefekt udzieliłby mi najpierw upomnienia.

- Żaden inny prefekt by cię nie zobaczył – zauważył Scorpius. – Jedynie James ma mapę.

- To nie ma znaczenia...

- Słuchajcie, darujmy sobie te rozważania o tym, kto ma rację, kto się myli, a kto powinien mieć jakieś przywileje – wtrącił się Morrison. – Teraz liczy się jedynie odzyskanie peleryny. Jestem przekonany, że gdybyś tylko porozmawiał z nim na spokojnie...

Teraz to Albus przerwał przyjacielowi w pół słowa. Wydał z siebie drwiący śmiech, zanim Morrison zdołał skończyć zdanie.

- Nie będę go przepraszał za to, co powiedziałem, ani nie będę go prosił o pelerynę. Jeśli James będzie chciał z nami porozmawiać, będzie musiał najpierw do mnie przyjść, przeprosić za bycie durniem, zwrócić pelerynę i przyznać, że popełnił błąd. W zasadzie w dowolnej kolejności.

I chociaż obydwaj przyjaciele starali się go przekonać, żeby jeszcze to sobie przemyślał, Albus pozostał niewzruszony przez resztę śniadania. Zmienili temat dopiero, kiedy zadzwonił dzwonek na lekcje.

- Wiecie może, co Hagrid zaplanował na dzisiaj? – zapytał Morrison.

Albus jęknął. Zupełnie wyleciało mu z głowy, że dziś zaczną pracować z zupełnie nowym magicznym stworzeniem. Chociaż bardzo lubił Hagrida, musiał przyznać sam przed sobą, że opieka nad magicznymi stworzeniami znalazła się na liście przedmiotów, na które najmniej lubił chodzić, chyba zaraz za obroną przed czarną magią. Udało im się jakoś poskromić nieśmiałki w przeciągu dwóch ostatnich lekcji po tej nieszczęsnej pierwszej, co Albus przyjął z dużą ulgą. Okazało się jednak, że następne w kolejce stworzenia szybko sprawiły, że zatęsknił za nieśmiałkami. Psidwaki (przerażające bestie przypominające nieco wyglądem psy, chociaż miały rozwidlone ogony) trzymały go na dystans przez całe zajęcia, warcząc na niego groźnie. Parę lekcji później zarobił parę oparzeń od krabów ognistych (Morrisonowi nawet zapaliła się szata), a ostatnie stworzenie, jakie mieli przyjemność poznawać, cuchnęło tak okropnie, że Albus dwa razy niemal zwymiotował.

Co gorsza, chociaż nie przyznawał się do tego przyjaciołom, to właśnie na opiece nad magicznymi stworzeniami najczęściej robił z siebie głupka na oczach Mirry. Ostatnio pół żartem, pół serio zaproponowała, że przytrzyma mu włosy, na wypadek gdyby miał jednak zwymiotować przy kołkogonkach. Jednak Albus stanowczo odepchnął od siebie te nieprzyjemne myśli i udał się razem z przyjaciółmi trawiastym zboczem w stronę skraju Zakazanego Lasu, gdzie zgromadzili się już Gryfoni.

Ślizgoni pojawili się akurat wtedy, kiedy Hagrid wyłonił się ze swojej chatki. Zbliżył się do uczniów, uśmiechając się od ucha do ucha. Ci zaczęli między sobą szeptać, ale profesor szybko ich uciszył.

- Siedźcie spokojnie – powiedział. – Dziś mam dla was specjalną niespodziankę! Zwierzaki, które wam pokażę, są bardzo rzadkie, cholernie rzadkie... a inne bestie przy nich to nieszkodliwe kociaki!

Z tymi słowami Hagrid zanurzył się w głąb ciemnego, gęstego lasu, skutecznie przeraziwszy swoimi słowami wszystkich uczniów. Znowu rozpoczęły się szepty.

- Jak sądzisz, co nam przyniesie?

- Założę się, że coś nielegalnego...

- Czy jaja chimery są rzadkie? Nie, nie mógłby ich przynieść... prawda?

Uczniowie szeptali tak jeszcze przez kilka minut, chociaż Albus prawdę mówiąc nie za bardzo zwracał na to uwagę. Stał na końcu klasy i rozglądał się po znajomych twarzach, próbując ukradkiem zerknąć na Mirrę.

- Co ty wyprawiasz? – zapytał Scorpius.

- Hę?

Nie zdawał sobie sprawy, jak głupio musiał wyglądać, ale na całe szczęście z niezręcznej sytuacji wybawił go Hagrid, który wyłonił się z Zakazanego Lasu, trzymając w dłoniach dwie smycze, a na nich dwa chyba najgroźniej wyglądające stworzenia, jakie Albus w życiu widział.

Wyglądały jak krzyżówka dzika z baranem, z domieszką wielbłąda. Były ogromne – niższe, lecz o wiele bardziej masywne niż uczniowie, chociaż przez garby, jakie miały na plecach, sprawiały wrażenie, jakby niemal dorównywały im wzrostem. Sierść miały ciemnofioletową, a idąc, wąchały i warczały , używając pysków jak nosów. Albus zupełnie nie rozumiał, jakim cudem w ogóle są w stanie się poruszać, biorąc pod uwagę ogromną masę, jaką utrzymywały na czterech chudych nogach, ale najwidoczniej nie sprawiało im to problemów. Najbardziej interesującym elementem ich wyglądu były jednak rogi – dwa złote rogi, wystające każdemu z czoła i tak błyszczące, że niemal oślepiały. Wyglądały też na tak ostre, że prawdopodobnie z powodzeniem rozcięłyby stal.

- Garborogi! – oznajmił podekscytowany Hagrid, kiedy większość klasy ze strachu cofnęła się o parę kroków.

Garborogi, chociaż niezwykle silne, najwidoczniej nie były w stanie wymknąć się Hagridowi, który trzymał każdą smycz jedną ręką bez widocznego wysiłku. Dopiero kiedy jeden z nich chciał wychylić się do przodu, Hagrid małym ruchem ręki przyciągnął stworzenie z powrotem.

- Bardzo potężne bestie, ale też i fascynujące. Są naprawdę niezwykle rzadkie, można je spotkać jedynie w górach. Jednak mała ich grupka mieszka se niedaleko Zakazanego Lasu, nie mam zielonego pojęcia, jak się tutaj dostały.

Uczniowie jednak nie zważali na to, co mówi Hagrid. Może i garborogi rzeczywiście były fascynującymi stworzeniami, lecz ich pokaźne rozmiary sprawiały, że każdy dzieciak interesował się wyłącznie jedną rzeczą – tym, żeby trzymać się od nich jak najdalej.

- A co one robią? – zapytał ktoś z Gryffindoru.

- Dobre pytanie! – zawołał Hagrid. – Czy ktoś może mi powiedzieć, po co im te rogi?

- Do zabijania? – zasugerował Morrison. Kilka osób roześmiało się niepewnie.

Jak można było przewidzieć, Rose uniosła rękę i zaoferowała o wiele poważniejsze wytłumaczenie:

- Rogi garborogów, mimo że są niezwykle trudne do zdobycia, są najistotniejszym składnikiem większości antidotów, w tym bardzo trudnej do wykonania odtrutki na jad bahanek.

Hagrid rozpromienił się.

- Co prawda chodziło mi bardziej o odpowiedź Morrisona – mruknął zgodnie z prawdą – ale obydwoje macie rację. Po pięć punktów dla Gryffindoru i Slytherinu.

Morrison wyglądał na zachwyconego. Chyba po raz pierwszy udało mu się zdobyć punkty na zajęciach. Zanim Hagrid znowu przemówił, jeden z garborogów znów spróbował mu uciec, przez co nauczyciel musiał tym razem mocno szarpnąć smyczą. Wszyscy uczniowie odskoczyli płochliwie.

- Przepraszam – powiedział nieśmiało Hagrid. – W każdym razie, jak mówiła Rose, te ich rogi bardzo trudno skombinować. Garborogi mają bardzo twardą skórę, bardziej nawet twardą niż smoki. Trzeba by było niezłego kawałka dobrej magii, żeby je pokonać, a nawet wtedy trzeba im te rogi zabrać szybko, ponieważ raz-dwa dochodzą do siebie.

- Zaraz, trzeba im zabrać rogi, dopóki wciąż żyją? – przemówił Albus, zdziwiony swoim nagłym współczuciem dla tych istot, które z łatwością mogłyby go nadziać go na rzeczone rogi. – I żyją dalej bez nich?

- Z czasem rogi im odrastają – odpowiedział Hagrid. – Ale tak, zabiera im się rogi, dopóki żyją. Chyba nie boli to tak bardzo, jak myślisz, Al, bo skubańce mają wysoką odporność na ból. Pewnie przypomina im to wyrywanie zęba.

Właśnie wtedy, tak jakby garborogi zrozumiały, o czym mowa, obydwa wystrzeliły jednocześnie do przodu. Hagrida, pomimo całej swojej siły, musiał tym razem postąpić kilka kroków do przodu, zanim udało mu się je opanować. Pociągnął je za smycze z tak mocno, że stanęły na tylnych nogach, żeby się nie przewrócić.

Uczniowie wrzeszczeli i cofali się jeszcze bardziej, a niektórzy przewracali się o własne szaty.

- Przepraszam! – ryknął Hagrid. – Na sekundkę straciłem kontrolę...

Ta sekunda jednak wystarczyła – wszyscy uczniowie stanowczo odmówili ponownego zbliżenia się do bestii. Hagrid, wyczuwając ich strach, chyba doszedł do wniosku, że garborogi to jednak zły pomysł.

- No dobra, to ja zabiorę tę dwójkę z powrotem do Zakazanego Lasu – oznajmił, wciąż usiłując zapanować nad stworzeniami. – Tylko zostańcie na miejscu, dzieciaki!

I ponownie zagłębił się w lesie. Dźwięki wydawane przez garborogi powoli cichły i wkrótce uczniowie umilali sobie czas opowiadaniem, co by było, gdyby bestie zerwały się ze swoich smyczy.

Po pięciu minutach Hagrida nadal nie było widać, więc najwidoczniej miał problemy z odnalezieniem ich domu. Część uczniów usiadła na trawie i odpoczywała, podczas gdy inni beztrosko plotkowali. Albus właśnie myślał o tym, czy James opowiedział Rose, co się wydarzyło, kiedy usłyszał wrzask kuzynki:

- Albusie Severusie Potterze!

To był drugi raz, kiedy użyła jego pełnego imienia i nazwiska, ale po raz pierwszy nie miała ku temu najmniejszego powodu. Albus odwrócił się w jej kierunku i zobaczył, jak Rose toruje sobie drogę przez grupkę uczniów. Mirra i Eckley siedzieli na trawie zaledwie parę metrów dalej.

- Jakim prawem powiedziałeś swojemu bratu te wszystkie okropne rzeczy?! – ryknęła Rose, jak tylko znalazła się z nim twarzą w twarz.

Albus wydał z siebie ciężkie westchnienie.

- Nie zaczynaj, Różyczko...

- A właśnie, że zacznę! Zostałeś przyłapany poza łóżkiem i łamałeś szkolny regulamin, o czym sam doskonale wiesz! Co innego miał zrobić James?!

- Czy mogłabyś mówić trochę ciszej? – syknął Albus. – Co dokładnie powiedział ci James?

Rose pokrótce wyjaśniła, co przekazał jej James. Było to w gruncie rzeczy całkiem dokładne podsumowanie – brakowało tylko wzmianki o pelerynie-niewidce. Albus przypuszczał, że James nie powiedział o tym Rose dlatego, żeby osobiście nie zaniosła peleryny do McGonagall. Sama kłótnię jednak powtórzył jej niemal słowo w słowo.

- Daruj sobie, Rose – powiedział Scorpius. – Są braćmi, jakoś się ze sobą dogadają...

Uciszyła go jednym spojrzeniem, po czym natychmiast przystąpiła do dalszego ataku na Albusa:

- Następnym razem, jak zobaczysz Jamesa, masz natychmiast podejść do niego i go przeprosić! Lily jest zrozpaczona, wydaje się jej, że musi stronę stanąć po stronie któregoś z was!

- Nikt nie musi stawać po żadnej stronie! – wydarł się Albus. – Tyle że ty masz to w nosie! To nie twoja sprawa, Rose!

Dziewczyna otworzyła buzię, gotowa powiedzieć, jak mocno ta sprawa dotyka jej osobiście, ale przerwała jej Mirra, która podeszła i wcisnęła się pomiędzy nich. Albus zauważył, że Eckleyowi teraz towarzyszył Hornsbrook.

- On ma rację, Rose – powiedziała. Albus poczuł nagły przypływ wdzięczności. – To sprawa pomiędzy chłopakami. James przecież nie prosił cię, żebyś cokolwiek mówiła albo robiła.

Kuzynka gapiła się na niego ozięble przez kilka sekund, po czym otworzyła usta:

- Świetnie! – oznajmiła, po czym pomaszerowała w kierunku szkarłatno-złotej części klasy.

- Przykro mi z powodu tej sytuacji – mruknęła Mirra, kiedy jej przyjaciółka znalazła się poza zasięgiem słuchu.

Albus był tak podekscytowany faktem, że się za nim wstawiła, że na początku nie zrozumiał, co w ogóle powiedziała. Po chwili jednak to do niego dotarło.

- Mniejsza o to – powiedział, zauważając, że jego głos, jak to miał w zwyczaju w jej obecności, wyraźnie się pogłębił.

- Mówiąc szczerze, radziłabym ci jednak pójść porozmawiać z Jamesem i jakoś wyjaśnić tę głupią sprzeczkę. Zazwyczaj całkiem dobrze się dogadujecie – zasugerowała Mirra.

- Tak ci się tylko wydaje. – Wzruszył ramionami. – Tak naprawdę wcale nie. W domu ciągle się ze sobą bijemy, tutaj po prostu jesteśmy rozdzieleni, więc nie mamy takiej możliwości.

Albus mówił prawdę. Jego relacje z bratem uległy znacznej poprawie, kiedy znaleźli się w Hogwarcie. James wcielił się w rolę opiekuńczego brata, a Albusowi nie przeszkadzało to tak bardzo, jakby to było w domu. Najwyraźniej fajnie wiedzieć, że brat zawsze stanie za nim murem.

- Tak czy siak, spędzasz tutaj dziewięć czy dziesięć miesięcy w roku – powiedziała Mirra. – Więc na twoim miejscu spróbowałabym się pogodzić z Jamesem.

Albus zmarszczył brwi i ponownie wzruszył ramionami. Nie chciał składać obietnic, których nie będzie w stanie dotrzymać. Mirra najwidoczniej zrozumiała, że ta rozmowa do niczego nie doprowadzi, ponieważ szybko zmieniła temat:

- Cieszysz się, że w przyszłą sobotę jedziemy do Hogsmeade? – zapytała.

- Tak. Fajnie będzie w końcu wyrwać się z zamku. Masz już jakieś plany? – zapytał Albus ucieszony zmianą tematu.

- Nie do końca. – Uśmiechnęła się. – Prawdę mówiąc, pomyślałam sobie, że może wybralibyśmy się tam razem?

Albus zamarł w bezruchu, przekonany, że na chwilę zatrzymało mu się serce. Czy Mirra właśnie zaproponowała, żeby wybrali się razem do Hogsmeade? Kogo miała na myśli?

- W sensie... że ja i ty? – zapytał niepewnie.

Rzuciła mu dziwne spojrzenie.

- No, tak. I Morrison, Rose i Scorpius...

- Och, tak! – wykrzyknął szybko Albus. – To właśnie miałem na myśli. Ja, ty i reszta... właśnie tak.

- Cóż, to jeszcze nie do końca ustalone – zauważyła Mirra, zerkając przez ramię. Rose siedziała razem z Eckleyem i Hornsbrookiem na trawie. – Ale jeśli nic innego nam nie wypadnie...

- Tak, brzmi świetnie! – powiedział Albus. – Prawda, chłopaki?

Albus odwrócił się w stronę przyjaciół, ale zauważył, że oni również nie zwracają na nich uwagi. Obydwaj siedzieli na trawie, gdzie Scorpius próbował pomóc Morrisonowi z pracą domową, której, jak przypomniał sobie Albus, Morrison sam nawet nie ruszył. Właśnie miał podzielić się tą uwagą z Mirrą, ale zauważył Hagrida wyłaniającego się z Zakazanego Lasu Dyszał ciężko.

- No dobra! – powiedział profesor, biorąc głęboki oddech. – Myślę, że przez resztę lekcji sobie o garborogach po prostu pogadamy!

Albus już wcześniej był podekscytowany wizytą w Hogsmeade, ale teraz sama myśl o sobotnim wypadzie pomogła mu przetrwać cały tydzień. Chociaż trwał jeszcze wrzesień, Albus miał już dużo prac domowych - tak dużo, że spowodowany tym brak snu sprawił, że na pierwszym w sezonie treningu quidditcha wypadł wyjątkowo kiepsko.

- Daj spokój, Al! – ryknął na niego Patrick Parcher, ratując go przed tłuczkiem, który wystrzelił drugi pałkarz. – Mogłeś sam zrobić przed nim unik!

- Słońce świeciło mi w oczy! – usprawiedliwił się szybko Albus, ale prawda była taka, że oczy miał praktycznie zamknięte. Poprzedniej nocy spał zaledwie godzinę.

- Wyglądasz, jakbyś miał zaraz zasnąć!

Niemal natychmiast wleciał między nich Atticus.

- Dobra robota, Pat – pochwalił pałkarza. – Wszystko w porządku, Al? Chyba myślami jesteś daleko stąd.

- Jestem po prostu zmęczony – przyznał Albus. – Nie śpię ostatnio za dużo. Całymi nocami odrabiam prace domowe...

Atticus westchnął ciężko.

- Miej w nosie oceny! Przecież nie są ważniejsze niż quidditch! Musisz poważnie do tego podejść. Odpocznij. Gryfoni mają w tym roku dwóch nowych pałkarzy, jeden jest z twojej klasy, a drugi z siódmej! I uwierz mi, wolałbyś od tego drugiego nie oberwać w twarz tłuczkiem!

- W porządku – westchnął Albus. – Dziś położę się wcześniej spać.

Wiedział jednak, że ta obietnica będzie ciężka do zrealizowania. Prace domowe to jeden powód jego niewyspania, ale w tym przynajmniej pomagał mu Scorpius. Nie, częściej nie mógł zasnąć, bo coś innego chodziło mu po głowie.

Wyglądało na to, że James pierwszy nie wyciągnie do niego ręki na zgodę i Albus zaczął się denerwować. Jego peleryna została skonfiskowana wiele dni temu, a brat nie starał się go nawet przeprosić, nie mówiąc nawet o zwykłej rozmowie. Albus widział go dwukrotnie na korytarzu i za każdym razem ten przemaszerował obok niego, nie zaszczycając go nawet spojrzeniem. Co gorsza, miał wrażenie, że nie tylko Rose sympatyzuje z Jamesem. Jego młodsi kuzyni już nie machali do niego na korytarzach, a Lily również robiła to jakby z przymusem.

- Cóż, mówiąc szczerze, powinieneś był się tego spodziewać – powiedział Morrison, smarując marmoladą już piątego tego niedzielnego poranka tosta.

- Spodziewać się czego? Że cała rodzina zwróci się przeciwko mnie? – zapytał gorzko Albus.

- Nie, ale tego, że w razie czego wezmą jego stronę. Są w Gryffindorze, więc częściej z nim rozmawiają. Nawet nie wysłuchali jeszcze twojej wersji.

- Ależ owszem, zrobili to – oznajmił Albus. – James powtórzył im wszystko słowo w słowo, za wyjątkiem tej części o pelerynie. Nieważne, mam to wszystko gdzieś – dodał, chociaż był pewien, że Morrison natychmiast zorientuje się, że to nieprzejmowanie się to ściema.

Powrócił do swoich jajek z bekonem, jedynie po to, żeby mieć się czym zająć podczas rozmyślań. Nie żałował, że zwrócił się w taki sposób do Jamesa – chociaż mówiąc prawdę, mógł przekroczyć jakąś niewidzialną linię, gdy powiedział, że nie uważa go już za brata. Kiedy właśnie rozmyślał nad tym, że chyba nic nie jest w stanie oderwać go od rozważań na temat swojego problemu, po raz pierwszy w ciągu śniadania odezwał się Scorpius:

- Al, kto to jest Fango Wilde?

Albus zakrztusił się swoim bekonem.

- Kto? – zapytał, plując i starając się wykrztusić kawałki jedzenia, które utkwiły mu w gardle.

- Fango Wilde – powtórzył Scorpius, zerkając na niego znad Proroka Codziennego.

- To koleś, który okazał się szpiegiem w Ministerstwie w zeszłym roku, nie pamiętasz? W zeszłym roku był z nami w Zakazanym Lesie, gdzie go złapali. Czemu pytasz?

- Ponieważ twój tata właśnie wypuścił go z Azkabanu.

Albus uniósł brwi i pochylił się, żeby wyrwać koledze gazetę, ale Morrison dał mu po łapach.

- No, nawet nie próbuj! – wykrzywił się. – Nie będziesz znowu przewracał mojego soku pomarańczowego! Scorpius może ci przeczytać, o co chodzi!

- No dobra! – zgodził się Albus, ochoczo zerkając na Scorpiusa.

- Tak naprawdę nie ma zbyt dużo do czytania – powiedział jego przyjaciel. – Jest po prostu napisane, że oskarżony o ujawnianie poufnych informacji Ministerstwa Magii Fango Wilde został dzisiaj zwolniony z Azkabanu przez Dowódcę Aurorów Harry'ego Pottera w zamian za współpracę i podanie nazwisk kilku czarownic i czarodziejów, które przyznały się do pomagania Reginaldowi Aresowi i współsprawcy przestępstw, Sebastianowi Darvy'emu.

- Bez jaj! – wypalił Albus. Morrison szybko złapał swoją szklankę z sokiem i talerz z grzankami, jakby w obawie, że Albus jakimś cudem je podniesie i wywróci. – Mój tata nigdy by czegoś takiego nie zrobił! Musieli mieć na myśli po prostu Biuro Aurorów ogółem!

- Jest napisane wyraźnie: Harry Potter.

Albus zagapił się na Scorpiusa z tępym wyrazem twarzy. Co, do diabła, wyprawiał jego tata? Dlaczego zrobił coś takiego? Jakim prawem wypuszcza czarnoksiężnika z Azkabanu, co więcej - tego czarnoksiężnika, który zaatakował jego rodzonego syna?

Scoprius ponownie przemówił i Albus całą siłą woli skupił się na tym, żeby go uważnie wysłuchać:

- Muszę powiedzieć, Al, że to chyba najmądrzejsza decyzja, jaką mogli podjąć w tej sytuacji.

Albus odwrócił się do niego tak samo jak Morrison, który zaczął go strofować:

- Mógłbyś sobie już darować tę ironię – powiedział. – Tata Albusa dał ciała...

Albus rzucił mu wściekłe spojrzenie, ale Scorpius uniósł dłoń.

- Mówię poważnie. Czy nie widzicie, co takiego zrobił?

Potrząsnęli głowami.

Scorpius westchnął ciężko.

- To się nazywa strategia – wyjaśnił. – Strategia mająca na celu złapanie Aresa i Darvy'ego. Twój tata uświadomił sobie, że nie jest w stanie zrobić tego na własną rękę, bo są zbyt dobrzy w ukrywaniu się. W takim przypadku pozostawało jedynie wydusić z kogoś lepiej zorientowanego informacje, w tym przypadku, z Wilde'a, i użyć go jako przynęty. Gdzie uda się Wilde? Myślicie, że pozwolą mu wrócić do pracy w Ministerstwie? Nie, oczywiście, że nie. Teraz, kiedy jest na wolności, wróci do Aresa i stawiam tysiąc galeonów, że aurorzy śledzą go od chwili, w której opuścił Azkaban.

Morrison wyszczerzył zęby.

- Genialne! – wykrzyknął. – Teraz z pewnością schwytają Aresa! Już nie będzie żadnych strajków, co nie, Al?

Albus jednak nie był tego taki pewien. Wszystko, co powiedział Scorpius, mogło być rzecz jasna prawdą, ale fakt pozostawał faktem. Wilde był niebezpiecznym czarodziejem. Co z tego, że będą go śledzić? Czy to powstrzyma go od morderstw i torturowania ludzi? W końcu nie miał już nic do stracenia, prawda?

Przypomniał sobie coś, co powiedział mu tata, kiedy był jeszcze mały. Zapytał go wtedy, kto to jest auror i co tak naprawdę robi z wujkiem Ronem, żeby zarobić na utrzymanie. Szukamy niebezpiecznych ludzi, Albusie. A kiedy ich znajdujemy, zamykamy ich w więzieniu, żeby już nie stanowili dla nikogo zagrożenia.

A teraz wyglądało na to, że tata nie tylko zamyka ludzi, ale także ich wypuszcza. Czy fakt, że Wilde mógł doprowadzić ich do Aresa, cokolwiek zmieniał? Czy jeśli ktoś zostanie przez to ranny, to czy gra jest w ogóle warta świeczki?

Albus spędził kilka następnych dni samotnie, zamknięty w dormitorium, starając się nadążyć za odrabianiem prac domowych. Tak jakby utrata kontaktu z bratem nie była już wystarczająco przygnębiająca, teraz miał ponadto koszmary o swoim tacie, okropne sny, z których każdy kończył się w ten sam sposób – że jego tata przyznawał, że Ministerstwo Magii jest skorumpowane, i że wszystko, co powiedział Albusowi w dzieciństwie o sprawiedliwości i bezpieczeństwie, było kłamstwem.

- Zupełnie nie rozumiem, czemu nie jesteś w stanie się z tym pogodzić – powiedział mu Scorpius na lekcji zaklęć we wtorek. – Przecież to tylko jedna osoba, a poza tym, tak jak powiedziałem, to element strategii, żeby schwytać...

- Wiem – wydusił Albus przez zaciśnięte zęby. – I zazwyczaj mi to nie przeszkadza, moja rodzina ciągle opowiada o tym, że Ministerstwo dało plamę w tej czy innej sprawie. Tu chodzi o to, że tym razem to była decyzja mojego taty. Jeśli Wilde kogoś skrzywdzi, to będzie jego wina.

- Chłopcy, spróbujcie trochę bardziej uważać! – zaskrzeczał profesor Flitwick ze swojego stosu książek. Rozmowa Albusa i Scorpiusa natychmiast ucichła. – Teraz, tak jak mówiłem, będziemy uczyć się nowego rodzaju zaklęcia, czegoś o wiele trudniejszego, niż wszystko, czego próbowaliście w Hogwarcie do tej pory. Przywoływania zazwyczaj nie uczymy przed czwartą klasą, ale tak sobie pomyślałem, że jak zrozumiemy podstawy, w przyszłym roku będziemy mogli się skupić na pochodnej tego czaru, odrobinę bardziej skomplikowanym zaklęciu odsyłającym...

Być może Albus po prostu nie miał wrodzonego talentu do zaklęcia przywołującego, ale wyglądało na to, że ciągłe rozmyślania o bracie i ojcu przeszkadzały mu teraz nie tylko w pracach domowych, ale także w skupieniu się na lekcjach. Przez półtorej godziny uczniowie próbowali przywoływać pióra i książki, ale jemu zupełnie to nie wychodziło.

Na całe szczęście innym uczniom szło niemal tak samo źle, ponieważ jedynie Scorpiusowi udało się cokolwiek przywołać, a nawet wtedy pióro, na które rzucił zaklęcie, zatrzymało się i opadło w połowie drogi.

- Pamiętajcie, żeby skupić się na przywoływanym obiekcie! Musicie czuć wolę jego posiadania całym sobą! I dopiero potem wypowiedzcie inkantację! – nawoływał profesor Flitwick.

- Accio! – ryknęła cała klasa, lecz ponownie nic się nie zdarzyło. W tej samej chwili zadzwonił dzwonek, kończąc tę mało udaną lekcję.

- Łał, to dość skomplikowane – powiedział Scorpius, kiedy wychodzili z klasy, chociaż i tak wyglądał na zadowolonego z siebie.

Morrison szybko się z nim zgodził.

- To chyba najtrudniejsze zaklęcie, jakie do tej pory przerabialiśmy. Nie uważasz, Al? Al?

Albus nie słuchał. Obok niego właśnie przeszedł brat, nie zaszczycając go spojrzeniem nawet przez ułamek sekundy.

Sobota – dzień, w którym mieli wybrać się do Hogsmeade – nadeszła o wiele szybciej, niż normalnie, z czego Albus był zadowolony, ponieważ kilka ostatnich dni minęło mu okropnie. Mając nadzieję, że wizyta w czarodziejskiej wiosce przynajmniej na chwilę oderwie go od problemów rodzinnych, ustawił się w kolejce razem z resztą uczniów z trzeciej klasy i starszych, czekając na wyjście poza teren zamku.

- Pamiętajcie! – zawołał Neville do ogromnej rzeszy uczniów. – Nie macie wypełnionego formularza, nie idziecie!

Kilkoro uczniów jęknęło, chociaż większość najwidoczniej nie zapomniała o podpisie rodzica.

Neville dalej rozwodził się nad tym regułami wycieczki i nad tym, gdzie mieli prawo pójść, a gdzie nie. Właśnie wspominał o Wrzeszczącej Chacie, kiedy Albus odwrócił się w stronę Scorpiusa i o coś go zapytał:

- Czy widziałeś Mirrę? – Próbował brzmieć nonszalancko, żeby przyjaciele nie zorientowali się, jak ważna była dla niego wizyta w Hogsmeade razem z koleżanką, ale Scorpius nie zwrócił uwagi na jego ton. Po prostu rozejrzał się i wzruszył ramionami.

- Czy możecie mi pomóc ją znaleźć? – zapytał odrobinę zbyt entuzjastycznie Albus. – Miała iść razem z nami.

Scorpius westchnął ciężko.

- Okej – powiedział i razem z Morrisonem zaczęli przepychać się przez tłum uczniów.

Dziesięć minut później koledzy jednak nadal nie wrócili i Albus zaczął się niepokoić. Neville sprawdził już większość formularzy i tłumek powoli się przerzedzał. W końcu zobaczył ponownie Scorpiusa i Morrisona, ale obydwaj mieli ponury wyraz twarzy.

- Czy Mirra nie idzie? – zapytał Albus.

Jego przyjaciele wymienili spojrzenie – to z gatunku tych mówiących, że obydwaj wiedzą o czymś, o czym on nie wie. Potem równocześnie pokręcili głowami.

- Będzie zajęta – powiedział Morrison.

- Cały dzień? – zapytał Albus, starając się, żeby nie pokazać po sobie rozczarowania. – Więc nie chce umówić się z nami później?

Jego przyjaciele ponownie pokręcili głowami.

- Cały dzień – powiedział stanowczo Scorpius.

- Mówiła, że jej przykro – dodał Morrison.

Albus zmarszczył brwi.

- Cóż, szkoda – powiedział. Nie rozumiał, dlaczego Mirra czekała do ostatniej chwili, żeby odwołać ich spotkanie. Miał dziwne przeczucie, że była w to jakoś zamieszana Rose, ale czy Mirra już raz nie postawiła się przyjaciółce, stając po jego stronie?

- W takim razie lepiej chodźmy – dodał rozczarowany.

Jego przyjaciele wymienili kolejne spojrzenie. Poirytowany Albus miał właśnie zapytać, o co im chodzi, kiedy Scorpius nagle chwycił się za brzuch.

- Nie wiem, czy powinienem iść, stary – powiedział. – Nie czuję się najlepiej... Może powinienem zostać i odrobić kilka prac domowych.

- Co?

- Po prostu nie najlepiej się czuję – powtórzył Scorpius. – Jeśli mi nie przejdzie, to nie będę się cieszył wycieczką. Naprawdę, lepiej będzie, jak odpocznę w zamku. Nadrobię trochę zaległości.

Albus zagapił się na niego z niedowierzaniem.

- No dobra, jak chcesz – powiedział, kręcąc ze zdumieniem głową. – Morrison, jesteś gotowy?

- Ach, sam nie wiem... – oznajmił Morrison. – Będzie jeszcze mnóstwo wycieczek do Hogsmeade, a nie chcę zostawiać Scorpiusa samego...

Albus zagapił się na przyjaciół, zdumiony i zakłopotany ich zachowaniem. Przecież obydwaj cieszyli się na myśl o Hogsmeade, o ile było mu wiadomo. Prawdę mówiąc, zanim poszli poszukać Mirry, właśnie rozmawiali o tym, gdzie pójdą...

Wymienili kolejne spojrzenie, a Albus bezradnie przyglądał się, jak kilku ostatnich uczniów wyszło, zostawiając ich praktycznie samych w hallu.

- Mówicie poważnie? – zapytał jeszcze raz. – Naprawdę nie chcecie iść?

- Następnym razem – powiedział Morrison, a Scorpius kiwnął głową na znak zgody.

Decyzja została podjęta. Albus spędził resztę dnia w pokoju wspólnym z książkami porozrzucanymi na kilku stolikach, odrabiając prace domowe. Prawie każdy Ślizgon udał się do Hogsmeade, więc mieli do swojej dyspozycji praktycznie cały pokój. Albus jednak zauważył, że przyjaciele nie wydawali się zachwyceni decyzją, żeby zostać. Pracowali w zupełnej ciszy i nawet Scorpius pisał jakoś niemrawo, podczas gdy Morrison ograniczył się do zapisania na swoim pergaminie nazwiska i daty.

- Okej, co się z wami dzieje? - zdenerwował się w końcu Albus, stawiając z trzaskiem kałamarz na stole, przez co obydwaj jego przyjaciele aż podskoczyli. – Jaki był prawdziwy powód tego, że nie chcieliście się udać do Hogsmeade?

Wymienili, po raz kolejny tego dnia, to samo pełne wzajemnego zrozumienia spojrzenie.

- Przecież mówiłem, że nie czuję się za dobrze – powiedział z przekonaniem Scorpius.

Albus parsknął i chciał coś odpowiedzieć, ale w tym samym momencie do pokoju zaczęli wchodzić uczniowie, z entuzjazmem dyskutując na temat swojego dnia w Hogsmeade.

- To już oficjalne – powiedział Bartleby do Dantego Hauga, kiedy rozpromienieni przemknęli obok kolegów z klasy. – Piwo kremowe jest najsmaczniejszym napojem na świecie.

- Czy przynieśliście trochę krówek z Miodowego Królestwa? – pytał jakiś starszy uczeń.

- A co sądzicie o Wrzeszczącej Chacie? Przysięgam, że słyszałem jakiś wrzask, następnym razem podkradnę się trochę bliżej...

Albus zatrząsnął z wściekłością książkę i rzucił pogardliwe spojrzenie w stronę przyjaciół, po czym poszedł do dormitorium.

Co się dzisiaj dzieje?, pomyślał, rzucając się na łóżko i zaciągając kotary wokół niego. Wiedział, że jest jeszcze wcześnie, o wiele za wcześnie, żeby iść spać, ale nie miało to znaczenia. I tak nie był zmęczony. Nie, zamiast tego leżał na swoim łóżku o czterech kolumienkach w ciszy, intensywnie rozmyślając. Jego brat już nigdy w życiu się do niego nie odezwie. Rose i reszta kuzynostwa chyba tak samo. Jego tata zachowywał się wprost przeciwnie do tego, co kiedyś mówił, a jego przyjaciele mieli przed nim jakieś sekrety!

Przekręcił się na bok i schował twarz w poduszce, co stało się chyba jego ulubioną pozycją leżącą w tym roku szkolnym. Pamiętał coś jeszcze, co powiedział mu tata. Ten rok będzie najbardziej zwyczajnym rokiem, jaki do tej pory miałeś w Hogwarcie.

Albus jęknął. Wyglądało na to, że normalne lata w Hogwarcie są po prostu okropne.