ROZDZIAŁ SIÓDMY

Pogrzeb i ślub

Rozmowa z dyrektorem nie przyniosła tego, czego się spodziewał i na co czekał od tamtych czerwcowych wydarzeń. Mimo wszystko wstrząsnęła nim i sprawiła, że nie mógł się na niczym skupić. Zaś po wczorajszych wydarzeniach wszyscy stali się podejrzliwi i nerwowi, co też nie ułatwiało przetrwania zajęć. Jedynie poprawiający się stan Andy stanowił optymistyczny akcent ostatnich ponurych godzin.

Pracowali nad planami Hogwartu, potem Lupin wycisnął z nich siódme poty, dręcząc ćwiczeniami skomplikowanych zaklęć obronnych, i gdy wreszcie dotarli do Tarcz, Harry marzył tylko o tym, by pójść spać. Towarzystwo Malfoya wcale nie pomagało. Chłopak udaremniał wszelkie próby rozmowy, a jego obecność była w pewien sposób niepokojąca, choć Harry nie potrafił sam sobie wyjaśnić, na czym to polega.
— Skup się, Potter. Byłoby miło, jakby się nam wreszcie udało. Chyba że nadal jesteś takim optymistą.
— Nie wiem, o czym mówisz — syknął Harry, ustawiając się naprzeciw Malfoya, po tym, jak ostatnia próba odepchnęła go o kilka metrów w tył.
— O naszej wspólnej walce po jednej stronie. A raczej jej braku. Zobacz, nawet Weasleyom już się czasem udaje. Chyba możesz się postarać?
— Zamknij się, Malfoy. Potrafisz tylko się wymądrzać. Koszmar.
— To musi być moralny mezalians dla Wybrańca ćwiczyć z śmierciożercą, prawda?
Harry spojrzał na niego złowrogo i uniósł różdżkę.
— Znów chcesz trafić do skrzydła szpitalnego czy wreszcie zaczniesz coś robić?
Ślizgon podniósł rękę i zmierzył przeciwnika taksującym spojrzeniem. Przez chwilę patrzyli sobie w oczy, a uraza zmieszana z czymś niezidentyfikowanym drgała w gorącym powietrzu.
Scuti Aboleo! — rzucili w końcu równocześnie, a ich różdżki połączyła srebrno-złota, wibrująca poświata. Było to coś dziwnego i niesamowitego jednocześnie. Jakby łączyła ich jakaś niepojęta moc i siła. Wszystko wokół rozpłynęło się we mgle, widzieli tylko siebie i nić wypływającą z ich różdżek. A Harry czuł jakąś irracjonalną euforię i wydawało mu się, że w oczach Malfoya widzi odbicie swoich własnych przeżyć. W uszach mu szumiało, krew pulsowała w skroniach szaleńczo, serce biło zwariowanym rytmem. Zupełnie jak… na ułamki sekund przed złapaniem znicza. To było fantastyczne! W końcu jednak zaczął słabnąć i ręka sama opadła bezwładnie, przerywając niesamowite połączenie.
— Chyba się nam udało — zauważył słabo. Zaklęcie niemal całkowicie pozbawiło go sił.
— Tak — mruknął Malfoy równie zmęczony i Harry'emu zdawało się, że zauważył coś na kształt uśmiechu czającego się w kącikach ust chłopaka.
Natychmiast też znalazł się przy nich Wardrobe i kazał wypić po wyczarowanym kubku wzmacniającego eliksiru, który miał usunąć skutki działania Tarczy.

Przy kolacji Harry rozmawiał z bliźniakami głównie o tych zajęciach, za to Malfoy w ogóle się nie odzywał. Gryfon uznał to jednak za dobry objaw, ponieważ złośliwe docinki chłopaka wcale nie pomagały w trawieniu. W pokoju wspólnym, do którego zostali wszyscy zagonieni zaraz po posiłku, napisał listy do przyjaciół. Radość jednak zdążyła już z niego wyparować, musiał przecież opisać im wczorajsze tragiczne wydarzenia, potem rozmowę z Dumbledore'em i przechwałki na temat własnych marnych dokonań wydały mu się nagle bardzo głupie i płoche, więc wcale nie wspomniał o Tarczach. Może dlatego Malfoy nic nie mówił? Uważał, że jego radość jest nie na miejscu?

Noc była dużo bardziej niespokojna niż poprzednia. Przynajmniej dla Harry'ego. Po przeżyciach poprzedniego dnia usnął niemal natychmiast, a dziś miał zbyt wiele spraw do przemyślenia, by spokojnie zasnąć. Pozwoliło mu to też obserwować innych, którzy również nie mogli spać. Co prawda wszyscy byli dorośli i przyjechali tu właśnie z myślą o walce z Voldemortem, jednak bezpośrednie starcie z wrogiem nie mogło pozostać bez echa. Zwłaszcza, że większość z młodych aurorów nigdy jeszcze nie walczyła ze śmierciożercami. Wzajemne podejrzenia również nie sprzyjały nocnemu wypoczynkowi. Harry zastanawiał się, czy rzeczywiście ktoś z wewnątrz ich zdradził, czy był to tylko zbieg okoliczności. No i jeszcze śmierć Tima. Sonia nie pojawiła się na żadnych zajęciach ani posiłkach. Wszyscy wyglądali na przygnębionych, a przede wszystkim wstrząśniętych tragedią w najbezpieczniejszym miejscu Wielkiej Brytanii. Co prawda straciło ono bardzo wiele z tego statusu po śmierci Dumbledore'a, ale mimo wszystko wciąż kojarzyło się ze schronieniem. Dlatego też informacje o ataku nie powinny wydostać się poza mury zamku. Pogrzeb, który zaplanowano na rano, miał być cichy i utrzymany w ścisłej tajemnicy. W końcu za parę dni rozpoczynał się rok szkolny i McGonagall nie chciała wprowadzać popłochu wśród rodziców. Wprawdzie ich dzieci nigdzie nie były już bezpieczne, ale Hogwart i tak pozostał dla nich najrozsądniejszym miejscem pobytu i nauki.
Harry przewracał się z boku na bok, a gdy tylko zamykał powieki, przed oczami pojawiała mu się zmieniona, zmęczona twarz McGonagall, zaspany portret Dumbledore'a, Malfoy stojący naprzeciw niego na zajęciach z Tarcz, Tim jeszcze pełen energii, przerażona Sonia. A jeśli na chwilę udawało mu się uwolnić od obrazów i męczących go pytań, dręczyły go koszmarne wizje tego, co może się przydarzyć bliskim mu ludziom. Ronowi, Hermionie, Ginny... Z całych sił zapragnął znaleźć się w Norze i to nie obecnej, ale tej z czasów swoich pierwszych lat nauki w Hogwarcie. Kiedy Weasleyowie ukradli samochód ojca, by uwolnić go od Dursleyów, kiedy razem wybierali się na Puchar Świata w Quidditchu, kiedy wszystko było takie proste. Słyszał ciche szepty jakichś chłopaków, miał wrażenie, że bliźniaków. Mogli być zwariowani i pełni energii, ale naprawdę mieli o kogo się martwić. Prawie cała rodzina w Zakonie!
Zacisnął pięści aż do bólu. To musi się wreszcie skończyć!

W końcu granatowe niebo zaczęło szarzeć i noc niepostrzeżenie przeszła w bardzo ponury poranek. Deszcz najpierw nieśmiało, potem coraz bardziej natarczywie uderzał w parapet, a krople rozmazywały się na szybach. Zupełnie jakby pogoda wyczuła nastrój mieszkańców Hogwartu i dopasowała się do niego.
Kiedy opuszczali zamek w pogrzebowym orszaku, było niemal jesiennie. Wszyscy opatulali się szczelniej szatami i trzymali blisko siebie dla choćby pozoru ciepła. Harry jednak szedł na końcu i próbował zwalczyć wszystkie koszmarne wspomnienia, które opadały go niczym krople tego uporczywego deszczu. Czuł się, jakby w pobliżu znajdowali się dementorzy. Znów słyszał krzyk swojej mamy, widział ciało Cedrika i biały grobowiec Dumbledore'a. Myślał o Syriuszu, Timie i tych wszystkich bezimiennych, którzy zginęli i zginą. Bliźniacy zerkali na niego od czasu do czasu z lekkim zaniepokojeniem, ale najwyraźniej rozumieli, że chce być sam. Że tylko sam może sobie poradzić z tym wszystkim, co go dręczy.
Usiadł na najbardziej odległej ławce i przypomniał sobie ostatni lament feniksa, który rozlegał się tutaj tak niedawno. Brakowało mu czegoś i czuł się źle. Może samotnie? Ale nie chodziło o Rona i Hermionę, oni mieli siebie. Nie chodziło o Ginny, jej obecność dawała ciepło, ale stanowiła w pewnym sensie ciężar, odpowiedzialność. To on musiałby być dla niej wsparciem, nie na odwrót. A może nie chodziło o nikogo? Po prostu czuł się źle.
Dopiero po przemowie McGonagall, kiedy ceremonia miała się już właściwie ku końcowi, zauważył, że nie jest sam. Na drugim końcu ławki siedział Malfoy. Nie patrzył na niego, spoglądał gdzieś w przestrzeń i nie odezwał się ani słowem. Jednak świadomość jego obecności podziałała na Harry'ego kojąco. Nie potrafił tego zrozumieć ani wyjaśnić, ale czuł, że bliskość chłopaka przyniosła mu ulgę. To było dziwne, nawet niepokojące… Nie powinien tego wszystkiego odczuwać w stosunku do Malfoya, ale nie mógł nic na to poradzić.

Sierpień chylił się już ku końcowi i szkolenie, wraz z wakacjami, również dobiegało końca. Odkąd Harry'emu udało się razem z Malfoyem stworzyć Tarczę, z chłopakiem współpracowało mu się bardzo dobrze. Tak jakby coś zaskoczyło między nimi i dostroiło ich moce, a wszystko, co robili razem, wychodziło im doskonale. Może wynikało to też z większych umiejętności, jakich nabyli dzięki intensywnym ćwiczeniom. Harry'emu dawało bardzo dużo satysfakcji, kiedy udawało im się stworzyć skomplikowaną siatkę ochronną, zdjąć klątwę, nie mówiąc już o tworzeniu Tarcz. Pojedynkowali się też w parach i czwórkach, nabierając wprawy i szybkości. Gdyby teraz prowadził Gwardię Dumbledore'a, mógłby wiele nauczyć swoich kolegów… Chociaż, skoro ma zostać w Hogwarcie, chyba nadal powinien to robić. Musi porozmawiać na ten temat z McGonagall. Może ktoś z bardziej doświadczonych osób zgodziłby się im pomóc?
A jednak, mimo tych wszystkich sukcesów, Harry wciąż czuł się zagubiony. Malfoy wpływał na niego dziwnie. Prawie nigdy się nie odzywał, choć wciąż przebywał gdzieś w pobliżu. Oczywiście jego obecność łatwo dało się wytłumaczyć, w końcu zobowiązali się wzajemnie pilnować. Właściwie milczenie chłopaka też nie było zaskakujące. Jasnym było, że Ślizgon darzy go tą samą niechęcią, co kiedyś. To stosunek Harry'ego się zmienił. Najpierw jego nienawiść osiągnęła szczyt, a teraz… po tym wszystkim… nie wiedział, co ma myśleć. Rozpaczliwie chciał porozmawiać, ale Malfoy ucinał wszelkie próby. Niepokoiło go to wszystko i nie dawało spokoju. Naprawdę chciał ufać właśnie jemu? Naprawdę chciał jego przyjaźni? Czy to chodziło o wdzięczność?
— Hej, Harry, czas na nas! — Wyrwali go z zamyślenia bliźniacy. Stali przy wejściu do pokoju wspólnego i robili komiczne miny.
— Hmm? — Spojrzał na nich nieprzytomnie.
— Fred, zobacz! Harry zapomniał o najważniejszym wydarzeniu w tym dziesięcioleciu, jeśli nawet nie wieku! — zawołał teatralnie George, pociągając brata do okna, owijając sobie głowę firanką i ujmując go pod ramię.
— Tam, tam, ta-ra-ra-ra-ra, ram, tarara, rara-ram — Fred zaczął nucić melodię marsza weselnego.
Harry mimowolnie zachichotał.
— Oczywiście, że nie zapomniałem! Myślałem po prostu, że mamy jeszcze czas.
— Remus i Tonks przed chwilą wyruszyli — zauważył George, wyplątując się ze swojej imitacji welonu. — Dochodzi dziewiąta.
Harry spojrzał na zegar nad kominkiem. Rzeczywiście powinni już być w gabinecie McGonagall.
Kiedy jednak weszli, podając chimerom odpowiednie hasło, ich miny nieco się zmieniły, bowiem przy biurku, obok dyrektorki stał Draco Malfoy. W pierwszej chwili Harry pomyślał, że McGonagall chciała z nim porozmawiać przed wyjazdem, ale zaraz się zorientował, że nie zamierza nigdzie odesłać chłopaka.
Fred chrząknął znacząco.
— Czy chce mi pan coś powiedzieć, panie Weasley? — zapytała swoim zwykłym, surowym głosem dyrektorka.
— Czy on wybiera się z nami? — zapytał George, uprzedzając brata.
— Owszem.
Harry otworzył usta ze zdziwienia, a bliźniacy wymienili spojrzenia. Malfoy popatrzył na nich z satysfakcją.
— Mama dostanie zawału — oświadczył dramatycznie Fred.
— Molly i Artur wiedzą o wszystkim — odpowiedziała spokojnie McGonagall. — Pan Malfoy nie może zostać tutaj. Jest pod moją opieką.
Harry usiłował złowić spojrzenie Ślizgona, ale ten patrzył się teraz w okno z lekko znudzoną miną.
George zachichotał.
— Ciekawe, czy uświadomili też Roniaczka?
— Hermiona będzie miała pełne ręce roboty — odparł Fred z rozbawieniem.
— Masz na myśli rozdawanie policzków?
Malfoy drgnął na tę aluzję, ale w tym momencie McGonagall przerwała ich dyskusję, oświadczając, że nie mają czasu na żarty i że się spóźnią, jeśli natychmiast nie wejdą do kominka.
Harry zaś nie mógł odpędzić się od wizji Rona, który wychodzi na przywitanie Ślizgona.

To było naprawdę cudowne, poczuć zapach Nory. Otrzepać się z popiołu i wejść prosto w miękkie objęcia pani Weasley. Harry miał wrażenie, jakby wrócił do domu.
— Jesteś, kochaneczku! Strasznie się o ciebie martwiliśmy. — Przytuliła go, po czym odsunęła od siebie i przyglądnęła mu się uważnie. — Znowu wymizerniałeś. Pewnie nic nie jesz! Ale i wyrosłeś. Ron! Hermiono! Ginny! Harry już jest!
Tymczasem z kominka wyłoniły się twarze bliźniaków.
— Cześć, mamo! — przywitali się jednogłośnie. — Gdzie nasza ukochana panna młoda?
Pani Weasley pogroziła im ścierką.
— Tylko bez głupich dowcipów, chłopcy. Mamy jeszcze strasznie dużo roboty.
— Ooch, my jesteśmy zajęci — oświadczył George i razem z Fredem zrobili dwa kroki w kierunku schodów, ale pani Weasley złapała ich za kołnierze.
— Nie ma mowy. Charlie z tatą już na was czekają w ogrodzie. Macie im pomóc w montowaniu altanki.
— Tak jest, mamo! — zasalutował Fred i pociągnął brata w stronę wyjścia.
— Nie rozumiem, dlaczego Bill sam nie może się tym zająć — marudził po drodze George. — W końcu to jego ślub.
Kiedy głosy bliźniaków ucichły, cała uwaga pani domu znów skierowała się na Harry'ego.
— Pewnie jesteś strasznie głodny, kochaneczku. — Wyciągnęła do niego tacę z ciastkami. — Poczęstuj się i weź od razu kilka. To mandragorowe rogaliki według przepisu babci Fleur. Mówię ci, przepyszne.
Harry'emu nie trzeba było dwa razy powtarzać.
— A gdzie profesor McGonagall?
— Na pewno zaraz będzie — odpowiedział i już miał skosztować francuskiego przysmaku, gdy na szyi zawisły mu dwie dziewczyny.
— Harry, jak to dobrze cię znów widzieć!
— Umieraliśmy ze zmartwienia o ciebie!
Ginny i Hermiona ściskały go tak intensywnie, że miał wrażenie, iż zaraz się udusi. Przytulił je jednak mocno, bo jemu też strasznie brakowało przyjaciółek i bardzo się o nie martwił przez ostatni miesiąc. Oderwali się od siebie dopiero, słysząc brzęk rozbijanego szkła i wszyscy we trójkę odwrócili się w stronę schodów. Na samym środku stał Ron, z szeroko otwartymi ustami, ognistym rumieńcem i oburzeniem wypisanym na twarzy. Pod nogami miał tacę i walające się po stopniach odłamki czegoś, co zapewne przed chwilę było jeszcze kieliszkami.
— Na wściekłe buchorożce, niech ktoś mi powie, że to jakiś weselny dowcip Freda i George'a! — wyrzucił z siebie zbulwersowanym tonem.
Słowa powitania zamarły Harry'emu na ustach, bowiem jego wizja reakcji Rona właśnie zamieniła się w rzeczywistość.
— Tak się składa, że jestem na liście gości — wyjaśnił uprzejmie Draco Malfoy.
— Malfoy? — Hermiona i Ginny jak na zawołanie odwróciły się w stronę kominka.
— Jak miło, że wszyscy się cieszą na mój widok — skwitował Ślizgon z kpiącym uśmieszkiem.
Pani Weasley miała bardzo nieszczęśliwą minę, ale widać nic odpowiedniego nie przeszło jej przez gardło. Kiedy jednak otrząsnęła się z pierwszego, niemiłego wrażenia, wskazała gościowi krzesło oraz tacę z ciastkami i dostrzegła wreszcie zniszczenia dokonane przez najmłodszego syna.
— Ronaldzie, potłukłeś nasze jedyne kryształowe kieliszki!
Malfoy zakrztusił się ciastkiem, a Harry miał ochotę go stłuc. Cała nienawiść odżyła w nim ze zdwojoną siłą. Ślizgon nie powinien tu przebywać. To było jak świętokradztwo, wpuszczać go do tego domu!
Reparo! — Kieliszki wróciły do swojej dawnej formy na tacy. — Hermiono, możesz zabrać Harry'ego, Rona i Ginny na górę? Na pewno macie sobie wiele do powiedzenia. — Pani Weasley zagarnęła ich w stronę schodów.
Harry był wdzięczny, że nie wymieniła Malfoya. Miał tylko nadzieję, że chłopak nie zdoła zepsuć jedynego radosnego dnia, jaki w najbliższym czasie, a może w ogóle w życiu, jeszcze planował.
Kiedy pomagał Hermionie ciągnąć na górę zszokowanego Rona i znajdującą się niemal w takim samym stanie Ginny, usłyszał jeszcze, że pojawiła się McGonagall.
— Witaj, Molly, przepraszam za kłopot.
— Ależ to żaden kłopot, moja droga. Siadaj zrobię ci zaraz herbaty. I spróbuj rogalika.

— Harry, co on tu robi? — zapytała Hermiona, kiedy tylko zamknęli za sobą drzwi. Była widać jedyną osobą, której pojawienie się sensacyjnego gościa nie odebrało mowy. Rodzeństwo wyglądało jak spetryfikowane.
— To nie jest tak, jak wam się wydaje, chociaż ja też uważam, że nie powinno go tutaj być.
— Co nie jest tak, jak się nam wydaje? — indagowała dziewczyna. Ron oddychał głośno, Ginny na przemian otwierała i zamykała buzię.
— On jest po naszej stronie — oświadczył niepewnie Harry.
— Merlinie, biegnę po ojca! — Ron zerwał się z łóżka, ale Hermiona była szybsza i zablokowała drzwi zaklęciem, więc zaczął walić w nie pięściami. — Otwórz! Zwariowałaś? Nie widzisz, że to nie jest Harry? Słyszałaś, co on powiedział? Wypuść mnie natychmiast, mamy w domu przynajmniej dwóch śmierciożerców! Tato! Mamo! Charlie!
Muffliato! — zareagował niemal natychmiast Harry i ciężko westchnął. — Mam wam bardzo dużo do opowiedzenia. McGonagall zabroniła pisać o tym w listach.
Ron jeszcze chwilę tłukł w drzwi, powtarzając histerycznie „To nie jest Harry", ale wreszcie dał się odciągnąć i uspokoić, a Harry mógł opowiedzieć przyjaciołom o wszystkim, co miało miejsce przez ostatni miesiąc w Hogwarcie.

Po dwóch godzinach powtarzania w kółko tych samych opowieści, udowadniania na dwieście sposobów, że jest tym samym Harrym co dwa miesiące temu, Ron wreszcie przyjął do wiadomości, że Malfoy junior przestąpił próg jego domu prawdopodobnie w pokojowych zamiarach. Nadal był z tego powodu głęboko nieszczęśliwy, ale uznał temat za chwilowo wyczerpany. Ginny, kiedy otrząsnęła się z pierwszego szoku, przyjęła wszystkie wyjaśnienia raczej obojętnie i wyglądała na przygaszoną.
— Czy coś poza Malfoyem się stało? — zdołał szeptem zapytać Hermionę.
— Jest taka od początku wakacji. Chyba będziesz musiał z nią porozmawiać.
Harry skinął głową i westchnął. Dlaczego nic nie może być choć odrobinę prostsze?

Pierwszy raz znajdował się na czarodziejskim ślubie. Właściwie jakimkolwiek ślubie. Miał oczywiście pojęcie, jak to wszystko wygląda, ale nigdy nie interesowało go to na tyle, by wgłębiać się w szczegóły. Dużo szumu, biała suknia, goście, prezenty, obrączki... Jakoś tak. I w sumie z grubsza miał rację, jak teraz ocenił. Tylko z tym szumem był zdecydowanie zbyt oszczędny w swoich wyobrażeniach.
Nora pękała w szwach od gości. Wszyscy biegali w popłochu, robiąc koszmarne zamieszanie. Na domiar złego prawie połowa z nich nie znała bodaj słowa po angielsku, więc co rusz atakowało go francuskie świergolenie kuzynek i kuzynów Fleur, na które mógł odpowiadać tylko kretyńskim uśmiechem. Jestem Harry Potter i jestem sławny. Po co mi znajomość języków obcych?, myślał zgryźliwie. Raz czy dwa mignął mu gdzieś Malfoy, popisujący się swoim francuskim pochodzeniem i konwersujący w tym dziwacznym języku z jakimiś ślicznotkami.

Kiedy opuścili pokój Rona, dziewczyny pobiegły pomagać Fleur w ubieraniu się, natomiast Harry i Ron skierowali się na dół po instrukcje, w czym mogą się przydać. Chłopcy kończyli właśnie rozstawiać dekoracje w ogrodzie, panie krzątały się w kuchni, a w całym domu unosiły się niebiańskie zapachy.
— Kochaneczku, możesz mi tutaj zawołać Ginny? Obiecała mi pomóc przy eliksirze weselnym. — Pani Weasley zatrzymała ich w progu. — A ty, Roniaczku, idź pomóż chłopakom.
Ron spojrzał groźnie na matkę, ale posłusznie ruszył w stronę braci, zostawiając przyjaciela zmierzającego tam, gdzie przed chwilą udały się dziewczyny. Harry z wahaniem zapukał do pokoju.
— Proszi! — odpowiedział mu dźwięczny głos Fleur.
Uchylił drzwi i jego oczom ukazało się iście kobiece królestwo. Z żalem pomyślał o Fredzie i George'u, i tym, co musieli poczuć, widząc swój pokój w takim stanie. Zasłany koronkami i kwiatami, przesycony babskimi perfumami i wypełniony samymi dziewczynami.
— O, łał! — westchnął, dostrzegając wreszcie samą pannę młodą tonącą w atłasach.
— Aaaaaaaaaa! 'Arry! Ty wijdź! Widzenie panny mlodij przed ślubem, to przynosić pecha! — pisnęła Fleur.
Harry już miał zszokowany zamknąć drzwi, kiedy zatrzymała go Ginny.
— Harry, zaczekaj!
— Och, to straszni! — Fleur zaczynała już szlochać, usiłując ukryć się za kuzynkami.
Skonsternowany stał w progu, nie wiedząc co powinien zrobić.
— Uspokój się, Fleur — Hermiona zwróciła się do niej surowo. — Musiało ci się coś pomylić. To nie oglądanie przez mężczyzn przynosi pannie młodej pecha, ale przez narzeczonego! Tylko Bill nie może cię zobaczyć przed ceremonią w tej sukni.
— Ach. — Dziewczyna rozpromieniła się natychmiast — To ja pardon. Nie chciała być dla 'Arry'ego niemiła. Nie gniewasz się na mnie?
— Nie, skąd — zaprzeczył natychmiast, robiąc odruchowy krok w tył.
— A jak podobam ci się w tej sukni? — Okręciła się wokół własnej osi i posłała mu zalotne spojrzenie.
Harry czuł się coraz bardziej idiotycznie i nie na miejscu.
— Świetnie — oświadczył szybko.
Ginny posłała mu znaczące spojrzenie.
— Miałem na myśli, że wyglądasz naprawdę… ee… zjawiskowo, Fleur.
Hermiona tylko dyskretnie przygryzła wargę, ale Ginny niemal zakrztusiła się od tłumionego chichotu.
— Tak, pięknie. Naprawdę pięknie… — powtarzał Harry jak w transie i czuł, że coraz bardziej się rumieni. W końcu jego wzrok padł na siostrę Rona i przypomniał sobie, po co tu przyszedł. — Ginny, mama prosi cię, byś przyszła jej pomóc w kuchni.
Dziewczyna prychnęła, udając zniecierpliwienie, ale szybko pokonała dystans dzielący ją od drzwi i wyciągnęła Harry'ego na zewnątrz.
— To powodzenia! — zdążył jeszcze krzyknąć na pożegnanie, nim drzwi się zamknęły.
Ginny zwijała się już ze śmiechu.
— „Zjawiskowo", „powodzenia"… Nie mogę! Ron umrze, jak mu o tym opowiem.
— Bardzo śmieszne — mruknął Harry w najwyższym stopniu zażenowany. — Już widzę, jak on zachowuje się lepiej w podobnej sytuacji.
— Nigdy w życiu. — Dziewczyna poklepała go po plecach pocieszająco. — Jesteście siebie warci, naprawdę!

Dopiero trzy godziny później udało się wszystko zapiąć na ostatni guzik, chociaż sądząc po stanie ducha pani Weasley, można by pomyśleć, że zbliża się raczej koniec świata, a nie wesele najstarszego syna. Ozdobione kwiatami ławeczki zostały ustawione na polu wokół altanki, były też uginające się od potraw stoły i rośliny w rzeźbionych donicach, o jakich dotąd skromnemu ogródkowi Weasleyów się nie śniło. Wszędzie tłoczyli się goście i panowało potworne zamieszanie.
— Co myślicie o tym, żeby poczęstować się tymi smakołykami? — zapytał Ron, kiedy stali z boku i przyglądali się gromadzącym się gościom.
Hermiona szturchnęła chłopaka w bok.
— Jesteś okropny! — syknęła.
— Jestem głody! — sprostował urażony.
— Chodźcie, zajmijmy sobie lepiej jakieś miejsce, jeśli chcemy cokolwiek widzieć — zaproponowała Ginny.
— Ja tam potrzebuję mieć widok jedynie na tę część ogrodu.
— Ron! — oburzyła się Hermiona, na jego wymowny gest w stronę stolików.
— Rzeczywiście siądźmy, bo te Żanety i Żakliny idą w naszą stronę, a ja nie mam zamiaru znów udawać, że rozumiem, o czym one do nas mówią.
— Chyba nie będziesz miał tego problemu — zauważył zgryźliwie Ron, spoglądając wilkiem w stronę chichoczących dziewcząt w towarzystwie Draco Malfoya.
Harry poczuł irracjonalną wściekłość.
— Chodźmy zająć te miejsca — mruknął.
Ginny spojrzała na niego zdziwiona, ale nikt się nie odezwał. Harry pomyślał, że chyba zachowuje się idiotycznie, ale zaraz potem przyszło mu do głowy, że z nich dwóch, to Malfoy jest tu nie na miejscu i odczuł ulgę. To przecież oczywiste, że denerwuje go obecność Ślizgona. To on nigdy nie przepuścił okazji, żeby wyśmiewać Weasleyów i zmieszać ich z błotem. Był bezczelny i chamski. Nie wspominając o tym, że to jego ojciec podrzucił Ginny pamiętnik Toma Riddle'a…
Kiedy podeszli do ławki, powstało małe zamieszanie, bo Hermiona już zamierzała usiąść obok Harry'ego, który zajął miejsce z samego brzegu, ale Ginny straciła równowagę i popchnęła ją w kierunki brata.
— Ginny, uważałabyś trochę! — fuknął Ron, ale natychmiast wykorzystał sytuację, by usiąść obok Hermiony.
— Przesuńcie się do końca, żeby ktoś jeszcze mógł się zmieścić. W sam raz jest jeszcze jedno miejsce — zauważył Harry.
— Przyznaj się, którą kuzyneczkę Fleur sobie upatrzyłeś na towarzyszkę? — zaśmiał się Ron.
— Po prostu nie wyobrażam sobie, gdzie ci wszyscy goście się pomieszczą.
— Jaasne.
— Każdy sądzi po sobie! — zauważył Harry, przelotnie spoglądając na Hermionę i tym ostatecznie zamknął przyjacielowi usta.
Zresztą właśnie zaczęły cichnąć rozmowy, bo pierwsze dźwięki muzyki zasygnalizowały początek ceremonii.
— Zaczyna się! — szepnęła Ginny i ścisnęła go za ramię.
Spojrzał na trójkę swoich przyjaciół i uśmiechnął się. Nareszcie są razem.
Fleur sunęła po specjalnie rozwiniętym dywanie, ciągnącym się aż do altanki, prowadzona przez swojego ojca, postawnego, ciemnego mężczyznę. Za nimi szły najmłodsze dziewczynki i trzymały jej welon.
— Ron ci się pochwalił? — szepnęła Ginny do Harry'ego.
— Czym? — odszepnął.
— Że młodsza siostra Fleur i jakiś kuzyn są pierwszymi, a Ron z Hermioną drugimi drużbami!
Harry nie powstrzymał się przed rzuceniem okiem na parę przyjaciół. Hermiona zupełnie nieoczekiwanie spłonęła rumieńcem, a Ron udawał, że nie słyszał szeptów siostry, Harry jednak na tyle znał przyjaciela, by zauważyć ledwo dostrzegalny uśmiech zadowolenia.
— I nic nie powiedzieliście wcześniej?
— Kiedy nas zarzuciłeś tymi swoimi rewelacjami? Nie byłem w nastroju się dzielić — zauważył kwaśno Ron.
— Przestalibyście gadać. A ty Ron, skupiłbyś się. Zaraz mamy iść pod ołtarz.
— I po co w ogóle tu siadaliśmy?
— Musieliśmy cię odciągnąć od stołów, bo inaczej nie byłoby czym częstować gości! — odcięła się Hermiona.
— Poza tym przed czym mam się skupiać? Będziemy tam tylko stać i robić głupie miny — Ron udawał, że nie usłyszał ostatniej uwagi dziewczyny.
— Ostrzegam cię, lepiej nie rób tam z siebie idioty!
— A co cię to niby obchodzi?
— Może się wreszcie zamkniecie? — zasugerowała Ginny.
— Świetny pomysł — poparł ją Harry. — I nic nie chcę mówić, ale chyba czas na was. Bill spogląda w naszą stronę znacząco.
Dopiero kiedy Hermiona pociągnęła Rona za sobą, zauważył jak ładnie dziewczyna wygląda. Oboje z Ronem byli ubrani w bardzo eleganckie szaty, ale przyjaciółka wyglądała tak jakoś inaczej. Bardziej kobieco? A może doroślej? W każdym razie, gdy stanęli po stronie Billa, wyglądali tak uroczo obok siebie, że Harry nie mógł powstrzymać uśmiechu.
— Czyż nie wyglądają słodko? — szepnęła Ginny.
— Tak, myślę, że w końcu dojdą do porozumienia — odpowiedział Harry.
— Ee? Miałam na myśli Fleur i Billa. Są tacy… jak ty to określiłeś? Zjawiskowi.
— Ginny! — oburzył się Harry. — Zapomnisz o tym kiedyś?
Dziewczyna przekornie pokręciła głową.
— Nigdy! Ale tak właściwie o kim myślałeś? — Rozejrzała się. — Och, miałeś na myśli Roniaczka i Mionę! Nie wiem, na co oni jeszcze czekają?
Harry wzruszył ramionami.
— Oni sami chyba tego nie wiedzą.
Zamilkli wreszcie, bo oficjalna część uroczystości właśnie się rozpoczęła i specjalni urzędnicy z angielskiego i francuskiego Ministerstwa Magii zaczęli tradycyjne przemowy.
Dopiero po chwili obok Ginny siedli bliźniacy, którzy, oczywiście, nie wytrzymali bez wykombinowania czegoś podejrzanego i teraz sadowili się koło siostry z wielce zadowolonymi minami.
— Gdzie Charlie i Percy? — zapytała braci dziewczyna.
— Siedzą z przodu, koło rodziców. Stąd ich nie widać — odpowiedział George.
— To Percy też tu jest? — zdziwił się Harry.
— W końcu poszedł po rozum do głowy — zauważył Fred.
Ginny o coś jeszcze pytała bliźniaków, ale Harry się zamyślił. Dopiero chłodny głos wyrwał go z tego stanu.
— Żadnych miejsc dla arystokracji — oświadczył pogardliwie Malfoy i usiadł obok niego, zostawiając jednak możliwie jak największą przerwę między nimi. Harry wziął głęboki oddech i pomyślał, że nie może dać się sprowokować. Nie tu i nie teraz.
Tymczasem w małej altance wszystko potoczyło się bardzo szybko. Błysnęły złote obrączki, delikatna muzyka stworzyła podniosły nastrój, niektóre kobiety szlochały, a Fleur i Bill ślubowali sobie miłość, wierność i uczciwość małżeńską. Harry oczami wyobraźni zobaczył swoją mamę i swojego tatę, gdy, tak jak dziś młodzi państwo Weasley, spoglądali na siebie z radością i uniesieniem, a ich przyjaciele, Syriusz i Remus, stali u ich boku. A potem jego wzrok padł na dwójkę innych przyjaciół i z uśmiechem zauważył, jak Ron nieśmiało sięga po dłoń Hermiony, a ona odruchowo zbliża się do niego i stoją tak niemal przytuleni i prawie równie jak państwo młodzi szczęśliwi.
Nawet nie wiedział, kiedy sięgnął po dłoń Ginny i poczuł wędrujące od niej ciepło. Ale zamiast spojrzeć na dziewczynę i podzielić się z nią tą chwilą, nieposłuszne oczy powędrowały w zupełnie drugą stronę i napotkały inne, szare i zimne, spoglądające na niego z ironią.

Jeśli Harry'emu wydawało się, że wcześniej w małej Norze panowało zamieszanie, to teraz już wiedział, jak bardzo się mylił. To, co nastąpiło po oficjalnej części ceremonii, stanowiło istne apogeum. Sypanie kwiatów, szlochy i śmiechy, przemieszczający się tłum gości, życzenia... Wszystko to przeszło jego najśmielsze oczekiwania.
Wreszcie jednak rodzicom państwa młodych udało się jakoś ujarzmić gości i doprowadzić do względnej ciszy, w której Fleur i Bill dziękowali wszystkim i kroili tort, po czym każdy dostał specjalną czarkę eliksiru weselnego, który rozpoczynał serię tradycyjnych zabaw i obrządków ślubnych.
Harry nie miał pojęcia, o co chodzi w tym wszystkim, ale Ginny wydawała się podekscytowana, więc kiedy państwo młodzi dali znak, wypił eliksir tak jak wszyscy: na raz.
— Teraz sprawdź na dnie, Harry — szepnęła mu dziewczyna.
— Co mam sprawdzić?
— Kogo wylosowałeś do pierwszego tańca.
— To trzeba tam sprawdzić?
— Mhm. — Ginny przyglądnęła się swojej czarce z zainteresowaniem. — Och, wylosowałam Żaka. Widzisz, to ten wysoki… — zaczęła z nieco przesadnym entuzjazmem, ale Hermiona przerwała jej z obudzeniem:
— Ginny!
— No co? Masz Rona?
— Tak — odpowiedziała zawstydzona dziewczyna i już się nie odezwała.
Harry natomiast był szczęśliwy, że nikt nie zadał mu pytania o jego partnerkę. Postanowił skorzystać z zamieszania i szybko wymknąć się gdzieś dalej na czas nieszczęsnego walca. Miał nadzieję, że nikt tego nie zauważy. Kiedy jednak przeciskał się przez tłum, mignęły mu roześmiane twarze bliźniaków i domyślił się, komu zawdzięcza swoją czarkę.
— Wybierasz się na samotny spacer, Potter?
Harry drgnął. Nie spodziewał się pogoni. A już na pewno nie takiej.
— Zaszła jakaś pomyłka i moja czarka okazała się pusta. Pomyślałem, że nie będę robić zamieszania.
— To zupełnie jak moja, wiesz? — Malfoy spojrzał na niego z ironią. — Co za pech, myślałem, że zatańczę z jedną z tych Francuzek. Są całkiem ładne, nie sądzisz? Zresztą kogo ja pytam. Już po twoich ubraniach widać, że masz fatalny gust!
— Przyszedłeś mnie wkurzać, Malfoy?
— Całkiem możliwe. To zupełnie znośny sposób na spędzenie czasu. A swoją drogą, to bardzo interesujące, że akurat Wybraniec został tak potraktowany.
— Nie wiem, o czym mówisz.
— Mówię o tym, że byłem już na niejednym ślubie, ale zawsze eliksir weselny dobierał do siebie pary, nigdy nikogo nie pomijając i nie zauważyłem żadnych odstępstw od tej reguły. No, ale Weasleyowie to…
— Lepiej trzy razy przemyśl, zanim powiesz coś o nich w moim towarzystwie — warknął Harry.
— Spokojnie, Potter. Chciałem tylko powiedzieć, że ktoś zrobił nam kawał. Masz jakieś podejrzenia?
— Owszem — mruknął Harry już nieco spokojniej.
— To tak jak ja. Znam niewiele osób, które mogłoby bawić połączenie nas w parę. — Malfoy uśmiechnął się krzywo. — Ale swoją drogą uważam, że jesteś totalnym gburem i brak ci ogłady. Rodzina, która cię wychowała, to chyba jakieś dzikusy.
Harry pomyślał, że akurat w tym momencie Malfoy niewiele mija się z prawdą, ale się nie odezwał. Ślizgon nie był osobą, której miał ochotę się z tego zwierzać.
— Mam na myśli, że zamiast poprosić mnie do tańca, honorowo zwiałeś. Prawdziwy Gryfon.
— Merlinie, odwalisz się ode mnie? — zirytował się Harry. Z tego miejsca świetnie widział, jak nad Ginny pochyla się ten cały Żak.
— Jestem Draco Malfoy, bóg seksu i przyszły władca świata. Wystarczy, jak tak będziesz mnie tytułował. Merlina możesz sobie odpuścić.
Harry prychnął i nadal przyglądał się tańczącej parze.
— Och, ruda wiedźma! Jesteśmy zazdrośni? — zakpił Malfoy.
— Nie mam o co. Nie jesteśmy parą.
I po kiego testrala mu to powiedział?
— Czyżby ktoś z Weasleyów uznał Wybrańca za niegodnego kandydata na męża?
— Zamknij się. Pamiętaj, że bez względu na wszystko, to moja rodzina.
— Cóż, rodziny się nie wybiera. Mam nadzieję, że jesteś pod opieką specjalisty od problemów dzieci wychowywanych na marginesie społecznym?
Harry wyciągnął różdżkę.
— Jesteś pewny, że chcesz się bić na tym weselu? — Malfoy nawet nie sięgnął do swojej szaty.
— Nie znoszę cię, wiesz? — warknął Harry.
— Z wzajemnością. — Malfoy zmrużył oczy. — A teraz wybacz. Widzę, że McGonagall odtańczyła już swojego walca i możemy wreszcie opuścić tą żałosną uroczystość.
— I chwała Merlinowi! Od razu poczuję się lepiej. — Harry ruszył pierwszy szybkim krokiem.
— Czasami wciąż jesteś beznadziejnym kłamcą, Potter! — dogonił go ironiczny komentarz Malfoya, ale nie odwrócił się. Nie przyszło mu do głowy nic, co mógłby mu odpowiedzieć na tak oczywistą prawdę.