Anioł ze zmartwieniem spojrzał na drzwi schronu. Postanowił działać od razu. Jednak ktoś ponownie mu przeszkodził.
-Nad czym tak myślisz, Castiel? – zapytał łagodny, niski głos.
Stróż odwrócił się do przybysza, z ostrzem gotowym do walki.
- Nie zbliżaj się, albo stracisz życie – warknął.
Czarny mężczyzna w niebieskiej koszuli i ciemnych spodniach roześmiał się.
-Widzę, że wracasz od Jonatana. Nie musisz się mnie obawiać, bracie. Na mnie jego zabiegi nie podziałały.
Castiel nadal nieufnie przyglądał się gościowi. Jednak w jego oczach iskrzyło się dobro, tak rzadko dzisiaj spotykane u aniołów.
Stróż opuścił miecz, ale nadal mocno ściskał go w dłoni.
-Jak mogło na ciebie nie podziałać?
-Chyba dlatego, że jestem serafinem – odparł Barnaba, rozkładając ręce w geście niewiedzy. – Widocznie Jonatan nie odczytał małego druczku na dole strony, w którym tkwił haczyk o anielskiej hierarchii.
Castiel pokiwał głową. Ostrze schowało się w rękawie płaszcza.
-Przenieśmy się do lasu, dobrze? – zapytał Castiel, niespokojnie rozglądając się dookoła.
-Oczywiście.
Znaleźli się w dzikiej puszczy, gdzieś na terenie Yellowstone.
-Czy twój podopieczny jeszcze żyje? – Stróż od razu przeszedł do rzeczy, bo nie lubił owijania w bawełnę.
Barnaba skrzyżował ręce na piersi i uśmiechnął się.
-Nie. Był nim stary ateista, który zszedł w łóżku ze swoją dwa razy młodszą sekretarką. Zupełnie nie interesował się aniołem stróżem, więc uznałem, że mogę po raz pierwszy przysłużyć się Niebu…i odzyskać resztę Łaski. Ale ty nie masz ochoty, prawda?
-Prawda. – Miał na uwadze, że Barnaba był jedynym wiernym mu żołnierzem, tolerującym ludzkość bardziej niż pozostali aniołowie. Mógł go nazwać swoją prawą ręką.
Przyjaciel wpatrywał się Castiela łagodnie, ale wyczekująco.
-Moją podopieczną jest córka mojego naczynia. Ona też mogła nim być, jednak jej ojciec na to nie pozwolił i…oto, co spotkało Jimmy'ego. – Zaprezentował się ruchem rąk. – Ujawniłem się jej, co teraz uważam za wielki błąd, ale nadal myślę, że to było uczciwe posunięcie. Obiecałem sobie, że nie pozwolę jej umrzeć. Jeśli kiedykolwiek opuściłbym Jimmy'ego, nie chciałbym wiedzieć, co myślałby o mnie...i jakby zaakceptował odejście jedynej córki.
Barnaba kiwał głową ze zrozumieniem.
-Castiel. Anioł, który umiłował ludzi. Jestem pod wrażeniem – rzekł brat z uznaniem. Nie brzmiało to ironicznie. –Jednakże musisz się pospieszyć i lepiej chronić dziewczynę. Masz już jakiś plan działania?
-Tak, ale zaryzykuję i poczekam jeszcze trochę – odpowiedział stróż i kopnął szyszkę obok lewego buta.
Barnaba zatrzymał szyszkę swoim butem.
-Jaki jest ten plan? – Barnaba mówił z coraz większą podejrzliwością w głosie.
Castiel wyprostował się i zaczął mówić.
Kiedy kończył ostatnie zdanie, Barnaba zaczął szybko kręcić głową.
-Nie, bracie, to jest szaleństwo! – krzyknął, gwałtownie wymachując rękami. – Jaką masz gwarancję, że nie zostaniesz wyrolowany?
-Masz rację – odparł bezbarwnie anioł. – Nie mam żadnej gwarancji, a pomysł jest samobójczy. Jednak zapewni to chociaż trochę spokojnego życia dla Claire.
Barnaba chodził niespokojnie, deptając liście i gałęzie.
-To twoja sprawa – zaczął gniewnie. – Ale jeśli chciałeś usłyszeć moją opinię, oto ona: jesteś nienormalny.
-Wiem – odpowiedział Castiel bezbarwnie. Następnie odleciał do Paryża, aby podziwiać wieżę Eiffla.
Ciszę w bunkrze przerwał refren piosenki „Counting Stars". Claire podniosła telefon do ucha.
-Halo? – zaczęła niepewnie.
-Claire? Gdzie jesteś? Dobijam się do ciebie już dobre 10 minut! – mówił Martin pretensjonalnie. Dostała gęsiej skórki.
-Nocuję u koleżanki – odparła Claire. Dean siedzący przy laptopie spojrzał na nią z ukosa.
Cisza po drugiej stronie była nie do zniesienia. Będzie ostro, pomyślała. Ale Martin tylko się zaśmiał.
-Mama nie wie, prawda? – spytał rozbawiony.
-Pewnie, że nie – prychnęła dziewczyna. Może rozmowa nie będzie aż tak przejmująca.
-Mogłaś przynajmniej mi powiedzieć…nie pisnąłbym ani słowa i nie musiałbym się zamartwiać – odrzekł Martin lekko zawiedziony. –Wracasz jutro, prawda?
-Yy…tak
-W porządku. Będę u ciebie jutro o 15 i trochę pomogę ci posprzątać dom przed przyjazdem mamy, co ty na to?
Dziewczyna nerwowo przełknęła ślinę.
-Świetnie – odparła Claire z udawaną radością. –Do jutra.
-Do jutra, mała. Nie zmaluj czegoś głupiego, jasne? – Claire mogła wyczuć po jego głosie, że grozi jej palcem.
-Pewnie.
Claire rozłączyła się i schowała twarz w dłoniach.
-Twoja przyjaciółka Samantha wyszła na zakupy – zaśmiał się Dean.
Dziewczyna obdarzyła go morderczym spojrzeniem.
-Jutro Martin chce przyjść i pomóc mi posprzątać dom – wydukała z przerażeniem.
Dean wytrzeszczył oczy i wstał.
-Cholera! – przeklął głośno. – A Cas lata sobie nie wiadomo gdzie!
Nastolatka zmarszczyła brwi. Podobno miał rozprawiać się z jakimś demonem, a nie wykorzystywać czas wolny.
W bunkrze panowała cisza gorsza, niż podczas wyczekiwania na odpowiedź Martina. Zbadała wzrokiem pochyloną sylwetkę Deana. Prawdopodobnie coś ukrywał, dlatego zadała pytanie na temat stróża.
-Mówiliście, że kiedyś mieliście pewne problemy z aniołami…Cas na pewno zawsze był grzeczny?
Dean spojrzał Claire zdziwiony.
-Pewnie – odparł, zbyt teatralnie wzruszając ramionami. – Na początku był tylko…nieco nieprzystosowany do ludzkich obyczajów. Ale idzie mu coraz lepiej – powiedział z uśmiechem. – Cas oddał cię nam w opiekę, bo nie chciał cię narażać. To dla niego typowe, uwierz mi. Znikanie, aby chronić innych… - dodał melancholijnie, wbijając wzrok w ziemię.
Claire zmarszczyła brwi.
-Zdarzało mu się to częściej?
-Oj, tak – odpowiedział Dean, energicznie potwierdzając słowa kiwaniem głowy. – Ale zawsze dobrze się kończyło. Czemu teraz miałoby być inaczej?
-Słyszałam, że jego Łaska jest bardzo osłabiona… - przyznała i zgarbiła się. Kosmyk jasnych włosów musnął jej ramię i delikatnie opadł na prawy policzek.
Dean stanął prosto. Jego twarz przybrała poważniejszy wyraz.
-On jest silniejszy, niż ci się wydaje – rzekł z pewnością w głosie. – I nie chodzi tylko o jego Łaskę. Byłby zdolny zrobić dla ciebie wszystko. – Spojrzał na nią znacząco. – Oddałby dla ciebie swoje życie, innych aniołów, a nawet wysadziłby w powietrze całe Niebo.
Claire westchnęła ciężko.
-To wspaniałe, ale niech uważa. Nadal siedzi w moim tacie.
-Do zobaczenia, Claire – powiedział Martin, mrużąc oczy i uśmiechając się ciepło do dziewczyny.
-Cześć – odparła, ściskając w ręku miotłę i brudną szmatkę.
Drzwi trzasnęły za Martinem. Dziewczyna oparła się o nie i wypuściła z ulgą powietrze z płuc.
Ledwo zdążyła ukryć fakt, że brat Veroniki o imieniu Sam wcale nie ma 19-stu lat, a Impala to nie mercedes. Dziwiła się, że czterdziestoparuletni gość nie umie poznać marki samochodu.
Sam po chwili zjawił się w domu. Wziął torbę dziewczyny i zaniósł do bagażnika Impali.
Claire wyszła z budynku, niosąc w dłoni cienką siatkę wypełnioną rzeczami, które wcześniej zapomniała ze sobą wziąć. Cicho modliła się, żeby reklamówka nie pękła, ale niestety lichy materiał nie wytrzymał.
Zawartość w postaci paru tubek z kremami, dodatkowym swetrem i kabelkiem od iPoda wylądowały obok lewego tylnego koła samochodu. Claire, przeklinając, schyliła się i zaczęła zbierać przedmioty, niektóre oddalone o parę metrów, a Sam zamykał na klucz drzwi od domu.
Nagle silnik zawarczał. Dziewczyna poczuła, jak serce podskakuje jej do gardła. Sam zdezorientowany zaczął biec i krzyczeć, żeby uciekła na bok, ale jego słowa były oddalone i niewyraźne. Wydawało jej się, że czas na chwilę się zatrzymał, mimo to Impala sunęła ku niej z zawrotną szybkością. Tylne światła płynęły w powietrzu, przybliżając się do dziewczyny. Zdążyła jedynie wyprostować nogi w kolanach, zanim zimny, czarny bagażnik sprawił, iż przeleciała parę metrów w powietrzu.
-Mocny wstrząs mózgu, pęknięta potylica, kręgi szyjne naruszone, liczne potłuczenia, złamane dwa żebra i wybity łokieć – powiedział poważnym tonem dr William Bowman, patrząc ze współczuciem na małą istotę w kołnierzu i niemal całym ciałem pokrytym siniakami. – Na szczęście tomografia nie wykazała żadnych obrzęków i krwiaków.
Amelia wydmuchała nos i zgniotła chusteczkę w dłoniach. Dowiedziała się o wypadku cztery godziny temu i natychmiast udała się na lotnisko, by jak najszybciej dotrzeć do szpitalu w Pontiac.
Claire spała. Pewnie dzięki morfinie. Wyglądała jak kukiełka, na której małe dziecko testowało nowe farbki. Cienka kołdra powoli podnosiła się i opadała, a pod nosem wciąż widoczna była niedomyta stróżka krwi. Brązowa kreseczka sprawiła, że w oczach Amelii na nowo pojawiły się łzy.
Doktor Bowman, starszy, łysiejący mężczyzna o łagodnej twarzy i mocnej budowie, obdarzył Amelię ciepłym uśmiechem, po czym opuścił pomieszczenie.
-Gdybyś to mógł zobaczyć, Jim – szepnęła, pociągając nosem.
Mógł. Castiel zdecydował się na krótki przebłysk. Anioł poczuł, jak Jimmy'emu brakuje tchu i oczy robią się wilgotne, kiedy niewidzialny wpatrywał się w córkę z kąta sali. Potem Castiel zagłuszył jego świadomość, ponieważ Jim za chwilę mógł zacząć się awanturować. Stróż zauważył, że Jimmy'ego spotykają ostatnio same przykrości.
Jonatan, pomyślał po krótkiej chwili. Nie wierzę, że jestem spokrewniony z takim sadystą. Plan nie może już czekać. Ale najpierw trzeba coś komuś wyjaśnić.
Amelia podskoczyła, kiedy Castiel w ciele jej męża położył dłoń na jej ramieniu. Spojrzała na niego z rozwartymi ustami, które właśnie miały wylać potok pytań. Anioł nie pozwolił kobiecie mówić.
Dotknął jedynie jej skroni, by przelać Amelii wszystkie potrzebne wyjaśnienia. Kiedy skończył, żona Jimmy'ego jęknęła cicho i złapała się za głowę. Jej oddech przyspieszył, a Cas mógł przysiąc, że słyszy kołatanie jej serca. W oczach kobiety dostrzegł wściekłość.
-Ty skurczysynu – warknęła. Castiel spuścił głowę. – Nie wiesz chyba, co to znaczy być stróżem.
-Wszystko będzie dobrze – wyszeptał, puszczając zgryźliwą uwagę kobiety mimo uszu. – Obiecuję. Choćbym sam miał zginąć.
Zniknął. Zrozpaczona matka gorzko zapłakała.
